Tag: życie

  • Kolarz – wojownik

    Kolarz – wojownik

    Tour de France przemierza tereny północnej Francji, silnie naznaczone doświadczeniami obu wojen światowych. W czasach pokoju i komfortu, ?złotego wieku? atawistycznych emocji dostarcza sport.

    Połamane kości, rany cięte, ?szlify?, rozbite twarze, wyścig zbrojeń: technologicznych, farmaceutycznych, logistycznych, zagrywki psychologiczne… krótko mówiąc: wojna.

    Mark Madiot, dyrektor sportowy drużyny FDJ w swoim wpisie dla cyclingnews docenia rannych i poturbowanych w tegorocznym Tour de France. Zwraca też uwagę, że kontuzje kolegów źle wpłynęły na samopoczucie lidera jego zepołu, Thibaut Pinot, który nie odnalazł się we ?frontowej? atmosferze pierwszego tygodnia wyścigu.

    Zawodowy sportowiec jest jak myśliwy, żołnierz i misjonarz w jednym. Większość roku spędza poza domem, sporą część tego czasu ?skoszarowany? z drużyną w pokojach hotelowych, autobusach i samolotach. Niesie dobrą nowinę, nazwę marki swojego sponsora, a gdy staje na starcie rozpoczyna się polowanie. Pościgi, ucieczki, walka o premie, etapy, koszulki. W obronie lidera potrafi się całkowicie poświęcić: na szosie zostawiając kawał zdrowia, rezygnując z własnych ambicji czy oddając swój sprzęt.

    https://instagram.com/p/46ZZS3EV4G/

    Z kolei amator, współczesny homo laborans, żyjący w plastikowym świecie, oddychający sztucznym, klimatyzowanym powietrzem, jedzący żywność GMO, zasilany polem elektromagnetycznym generowanym przez monitory, komórki i całą elektronikę tego świata ma wyraźne przerosty energii, którą musi spożytkować.

    Czasy, gdy sześćdziesięciolatek był zniszczonym codzienną, kilkunastogodzinną fizyczną pracą wrakiem póki co mamy za sobą. Stąd też poszukiwania kontaktu z naturą, realnego wysiłku i pierwotnych doznań: zapachu błota, deszczu i świeżej krwi z rozbitego kolana.

    Laurens Ten Dam z rozbitą twarzą staje się idolem, tak samo jak Contador z wybitym barkiem czy rozszarpany drutem kolczastym Hoogerland. Przemykający po skałach, odziany jedynie w cienką lycrę zawodnik XC jest niczym polska konnica uderzająca na niemieckie czołgi a fan enduro z plecakiem pełnym ochraniaczy niczym dzielny Sancho Pansa na swoim osiołku.

    Zapewne znajdą się osoby o temperamencie nie wymagającym silnych bodźców. Spora część osobników wymaga jednak stymulacji, o którą w tak miłej rzeczywistości jak nasza trzeba zadbać samemu. Z pewnością, spełnienie tej potrzeby w, bądź co bądź kontrolowanych warunkach wyścigu kolarskiego jest lepszym rozwiązaniem niż śmierć na normandzkiej plaży.

  • 34 miesiące

    34 miesiące

    W tym roku Criterium du Dauphine, jeszcze bardziej niż w poprzednich sezonach, miało charakter testowo-treningowy. Nie zmienia to faktu, że sam wyścig był ciekawy a swoją funkcję – zaostrzającej apetyt przystawki przed daniem głównym, czyli Tour de France wypełnił  doskonale.

    Zazwyczaj nie piszę tu o mojej jeździe na rowerze. Ten blog jest o kolarstwie wyczynowym, czasami zahacza o tematykę sportu masowego i amatorskiego, gdy chcę bliżej przyjrzeć się jakiemuś zjawisku.

    Zawsze uważałem, że fakt aktywnego uczestnictwa w zawodach daje lepszy obraz danej dyscypliny. Łatwiej jest zrozumieć kolarza, typowanego na faworyta wyścigu, który nie wytrzymuje tempa i odpada od czołowej grupy na kluczowym podjeździe, gdy samemu doświadczyło się analogicznej sytuacji.

    Niedawno o tym w jednym ze swoich felietonów pisała Justyna Kowalczyk. Jej fani chętnie dzielą się swoimi historiami. Nawet, jeśli skala jest inna, mechanizmy pozostają podobne.

    Zatem jeżdżę sobie na te wyścigi, czy to xc, czy to maratony czy nawet szosowe. W końcu ?jestę kolarzę?. Dzięki temu daleko mi do łatwego potępienia zawodników, którzy mimo oczekiwań danego dnia nie zaatakowali dość ?soczyście? a nawet, z różnych powodów chwilowo zawiedli. Chętnie też doceniam dobrą jazdę a jeszcze chętniej szukam granic fizjoloicznych możliwości.

    Jak pewnie zauważyliście, entuzjastycznie podchodzę do różnego rodzaju pomiarów i szacunków, mających za zadanie przybliżyć realne możliwości zawodowców. Sprowadza się to nie tylko do analizy obliczeń kilku specjalistów z twittera.

      Zabawa ze Stravą, daje obecnie najłatwiejszy dostęp do analiz i porównań. Czasy podjazdów, szacowana lub zmierzona moc czy VAM i wreszcie ulubiona przez wszystkich rywalizacja na segmentach. To dodatkowy element paranaukowo-rozrywkowy, który dodaje odrobinę emocji do i tak pełnego wrażeń sportu. W niemal trzy lata przejechałem ponad 32 tysiące kilometrów i poruszam się właściwie tak samo szybko jak w udanym sezonie 2008. W międzyczasie świat, w tym amatorski, poszedł do przodu. Zmienił się sprzęt, coraz więcej osób świadomie uprawia sport. Sport, w sensie aktywność fizyczną, której celem są jak najlepsze rezultaty. Wyścigi, nawet amatorskie, są więc wyrównane i choć niezmiennie nieciekawe dla kibiców, dla uczestników są naprawdę świetną zabawą. Poczucie, że mogę poruszać się na rowerze naprawdę sprawnie, mogę wjechać niemal gdzie chcę w tempie, jakie sobie założę jest niezmiernie przyjemne. Nawet, jeśli do ścisłej czołówki mojej, emeryckiej kategorii masters ciągle nieco mi brakuje. Zatem wsiadajcie na rower i bawcie się dobrze :) A żeby nie było wątpliwości, ten wpis jest odejściem od reguły. To jest blog o kolarstwie. Wyczynowym.

  • Szosa ssie

    Szosa ssie

    Uwielbiam kolarstwo szosowe. To piękny sport, a Contador, Froome czy Kristoff są prawdziwymi gladiatorami. Tyle tylko, że jeśli miałbym mieć jeden rower, byłby to rower górski.

    Szosa jest matką kolarstwa. Moc, prędkość, rywalizacja ramię w ramię, współpraca w drużynie, to wszystko sprawia, że można postrzegać ją jako dyscyplinę kompletną.

    Jest jednak coś, co powoduje, że matka przegrywa z córką, czyli brudnym, półamatorskim i młodszym kolarstwem górskim. To otoczenie, czy też, jeśli wolicie, okoliczności przyrody.

    https://instagram.com/p/2qIR28Ecvl/

    Współczesnemu homo laborans, zamkniętemu w plastikowej rzeczywistości brakuje kontaktu z realnym światem. Ziemia, woda i powietrze, prawdziwe zapachy i dźwięki dostępne są na leśnym singletracku lub na polnej drodze. Asfalt to wytwór cywilizacji a nie tego szukam wstając za biurka.

    Rozpoczęcie dnia od spojrzenia sarnie w oczy jest z pewnością lepszym doświadczeniem niż ominięcie zwłok rozjechanego jeża. Śpiew ptaktów zawsze wygra z klaksonem i ?znakiem pokoju?, którym przywita nas pędzący taksówkarz.

    Rower szosowy to moje podstawowe ?narzędzie pracy?. To na nim wysiaduję ?kilometry bazy?, to na nim ćwiczę interwały i to na nim przyjeżdżam na sparingi z lokalną grupą kolarzy. Jazda po asfalcie jest świetna, daje pełną kontrolę nad wykonywanym ćwiczeniem, cieszą pochłaniane kilometry a pęd powietrza i rywalizacja dostarczają brakujących w czasach pokoju emocji.

    https://instagram.com/p/2qHXBTkcud/

    Jednak to ?góral? daje poczucie wolności związanej z nieskrępowaną eksploracją, organoleptyczny kontakt z żywiołem i wreszcie, oddech świeżego powietrza.

    O ile więc szosa jest rewelacyjnym obiektem zainteresowania, mtb to znakomita propozycja praktyczna. Powiedzmy sobie szczerze, wyścigi xc z punktu widzenia kibica są nudne. Maratony interesują niemal wyłącznie uczestników. Prawdziwe igrzyska są na szosie i od lat jestem ich wiernym fanem. Co nie zmienia faktu, że osobiście wolę doświadczać jazdy w terenie.

  • Ten moment

    Ten moment

    Miesiące oczekiwania. Miesiące pracy. Tygodnie przed telewizorem. I w końcu nadchodzi ten moment. Z kibica kolarstwa stajesz się kolarzem. Może i amatorem, może i z lekką nadwagą oraz z trzy razy mniejszą ilością przejechanych kilometrów, ale mimo wszystko namiastką zawodowca.

    Kolarstwo to piękny sport z wielu powodów. Jednym z nich jest możliwość doświadczenia podobnych doznań co twoi idole. Nie pobiegniesz 100m na stadionie olimpijskim, nie skoczysz z Wielkiej Krokwi i nie zagrasz meczu na Camp Nou. Możesz za to wjechać na Alpe d?Huez, powąchać kurz spod kół Sausera na Cape Epic, porównać swój czas do ?KOMa? w Gliczarowie i spróbować skoczyć z tej samej hopy co Włoszczowska.

    Mniej śpisz, tłuściej jesz, jeśli nie jesteś ?mastersem-prawnikiem? masz gorszy sprzęt. Ale w największym możliwym dla siebie wymiarze godzin marzniesz w deszczu, cierpisz pod górę i starasz się nie zamknąć oczu ze strachu na karkołomnym zjeździe. Doświadczasz kurczy z odwodnienia, dotkliwych ?szlifów? po kraksie na szosie i wypluwasz płuca próbując złapać koło odjeżdżającego rywala.

    Gdy w lipcu zasiądziesz z rodziną do transmisji z Tour de France, będziesz wiedzieć, co czują kolarze, którym ?odbiło korby? i z pobłażliwą miną przyjąć komentarze o zawodnikach, którzy nie dość soczyście atakują mając 200km w nogach. Dobrze wiesz, że nie jest łatwo zaciągnąć po setce a co dopiero po całym dniu spędzonym w górach.

    Można uwielbiać Kamila Stocha, ale nigdy nie będzie się takim jak on. Zabawa w Kubicę skończy się przy pomyślnych wiatrach mandatem (a przy tym będzie wielokrotnie droższa niż zawodniczy rower) a młotem raczej mało kto będzie rzucał hobbystycznie.

    Rozpoczynający się właśnie amatorski sezon kolarski to jedno z najfajniejszych wydarzeń, w jakich można uczestniczyć. Niezmiernie się cieszę, że po raz kolejny mam szansę być częścią tej całej zabawy. Nawet, jeśli po drodze do celu trochę zmarzłem i kolejny rok z rzędu nie odmalowałem błotnika w samochodzie, bo przecież są inne priorytety ;)

  • Żarcik kosmonaucik

    Żarcik kosmonaucik

    Jeśli spędzasz 300 dni poza domem, przejeżdżasz 25tysięcy kilometrów rocznie w upale, różnych rodzajach burz, trąbach powietrznych i tym podobnych atrakcjach, musisz być śmiertelnie poważnym człowiekiem. Będąc kolarzem-amatorem, trenując de facto wyrabiasz drugi etat, zatem zwyczajnie nie masz siły, by robić sobie jaja.

    Tymczasem wśród kolarzy znajdziemy całkiem sporo otwartych i zrelaksowanych ludzi o specyficznym, ale zdecydowanym poczuciu humoru. Najbardziej znanym żartownisiem jest ostatnio Adam Hansen. Australijczyk mieszkający na Słowacji słynie z kolekcjonowania startów w wielkich tourach, potrafi skutecznie uciekać oraz pomagać swoim kolegom. Bycie poważnym profesjonalistą nie przeszkadza mu w znajdowaniu chwil rozrywki nawet na najtrudniejszych podjazdach.

    W tym momencie trudno nie wspomnieć Mario Cipolliniego, który był największą z gwiazd a przy tym nieustająco rozbawiał i prowokował swoimi, niestandardowymi zachowaniami.

    Swoje trzy grosze do tematu kolarskich śmieszków dodaje często Peter Sagan, choć akurat jego niektóre wyczyny spotykają się z powszechną krytyką, by przypomnieć incydent z hostessą na podium wyścigu E3 Harelbeke.

    Tegoroczny Prima Aprilis kolarze uczcili z należytą godnością. Fabian Cancellara wspólnie z Trekiem wypuścił pefrumy „Monument”, dzięki którym będziesz pachnieć jak zwycięzca:

    Oleg Tinkow ogłosił, że w miejsce zwolnionego Bjarne Riisa zatrudnił Lance’a Armstronga:

    https://twitter.com/olegtinkov/status/583152826743975936

    Andre Greipel zapowiedział pobicie rekordu w jeździe godzinnej, ale na tandemie:

    A Eurosport Polska, skoro musiał oddać Dariusza Baranowskiego do centrali:

     

    Gratulacje Darku! Posted by Kolarstwo w Eurosporcie on Wednesday, 1 April 2015
    Postanowił bardziej promować rodzime kolarstwo: https://twitter.com/Kol_w_Eurosport/status/583176177302540288 Pytanie tylko, jak "Ryba" pogodzi obowiązki eksperta zastępującego Grega Lemonda z planami zawojowania hiszpańskiej Vuelty wraz z teamem Active Jet. https://twitter.com/BaranowskiDarek/status/583208159071879168

  • Układam sobie kalendarz

    Układam sobie kalendarz

    Nie chcę mieć problemów. Nikt nie chce mieć. Tym bardziej w sprawach, które co do zasady mają być przyjemnością. Ułożenie kalendarza startów to zatem nie problem – to wyzwanie.

    Informacje o kolejnych terminach zbierałem sobie sukcesywnie w googlowym arkuszu mniej więcej od grudnia. Co roku jest lepiej, na przełomie lutego i marca większość terminarzy jest już ?zaklepana?, a przecież jeszcze kilka lat temu z niecierpliwością czekaliśmy w zasadzie do ostatniej chwili, by organizatorzy i promotorzy zawodów łaskawie zakończyli swoją pracę. Choć część harmonogramów to wciąż wersje w budowie, nawet Polski Związek Kolarski zamknął większość spraw, zatem mogłem przystąpić do zadanego wyzwania.

    Od regularnego powrotu na rower nie mam zobowiązań klubowych, dzięki czemu cieszę się pełną wolnością w układaniu kalendarza startów. Z drugiej strony, myśląc pragmatycznie, staram się unikać długich podróży: kosztownych i męczących. Oferta jest obecnie tak bogata, że nie muszę ruszać się zbyt daleko od domu, by nadal doświadczać klęski urodzaju i dylematu związanego z wyborem.

    Mimo, że nadal nie myślę o startach na szosie, są weekendy, gdy z żalem będę musiał z czegoś zrezygnować. Pewnie spora część z Was również stanie przed koniecznością takiego wyboru. Ci, którzy ?na sztywno? trzymają się wybranej serii maratonów (ze względów sentymentalnych, klubowych czy sponsorskich), teoretycznie mają łatwiej, o ile oczywiście nie będą chcieli złapać zbyt wielu srok za ogon.

    Turieckap 2014

    Wiem jedno. Bardzo chciałbym wystartować w mistrzostwach Polski XC w swojej, emeryckiej kategorii wiekowej. W końcu są blisko, więc nie będę miał wymówek. Do tego dwie lokalne serie cross-country, ale bez wielkiego ciśnienia. Jasne, zbieranie punktów do generalki daje dobrą motywację na cały sezon, ale z drugiej strony, jaka to różnica dla amatora. Wolę skupiać się na konkretnych wyścigach i wracać do domu z garścią fajnych wrażeń niż za wszelką cenę walczyć o punkty.

    Dlatego też na pewno wrócę na kilka imprez na Słowacji. Bardzo je lubię, są dla mnie ciekawym doświadczeniem a poznawanie nowych miejsc i ludzi dużą przyjemnością. Do tego chcę dołączyć te zawody, w których uczestnictwo wiąże się z pozytywnymi doświadczeniami a nie ?walką z materią?. Jeśli organizator zadbał o mnie, jako zawodnika, tym chętniej do niego wrócę. Jeśli traktował mnie wyłącznie jako wartość przelewu z opłatą startową, chciał mnie otruć quasi posiłkiem regeneracyjnym albo, co gorsza, narażał moje bezpieczeństwo i zdrowie, zwyczajnie z niego zrezygnuję.

    Krótko mówiąc, planując sezon 2015 w pełni korzystam ze znanego faktu. ?Start w zawodach nie jest obowiązkowy?. Zatem jadę tylko tam, gdzie chcę, gdzie mogę się pościgać na niezłym poziomie, w dobrych towarzystwie i na godnych warunkach. Rynek mamy na tyle duży, że ułożenie takiego harmonogramu jest w pełni możliwe.

    Mój wstępny plan wygląda tak:

    1.  12.04.2015   Puchar Smoka Brzyska XC
    2.  19.04.2015   Puchar Tarnowa#1 Lasek Lipie XC
    3.  03.05.2015   Puchar Szlaku Solnego#1 Golkowice XC
    4.  16.05.2015   Dolna Marikova Maraton Słowacja XCM
    5.  30.05.2015   Hołda Race Chorzów XC
    6.  07.06.2015   Puchar Tarnowa#2 Marcinka XC
    7.  14.06.2015   Puchar Szlaku Solnego#2 Spytkowice XC
    8.  20.06.2015   Sulovsky Maraton Słowacja XCM
    9.  05.07.2015   Puchar Szlaku Solnego#3, Skomielna Biała XC
    10. 18.07.2015   MP XCO Sławno XC
    11. 25.07.2015   Cyklokarpaty#6 Zakopane XCM
    12. 15.08.2015   Horal Auto MSR XCM Słowacja XCM
    13. 09.08.2015   Puchar Polski XCO Tuchów XC
    14. 22.08.2015   Kralovsky Maraton Słowacja XCM
    15. 23.08.2015   Puchar Szlaku Solnego#4 Orawka XC
    16. 13.09.2015   Puchar Szlaku Solnego#5 FINAŁ Rabka XC
    17. 20.09.2015   Puchar Tarnowa#3 Marcinka XC
    18. 26.09.2015   Puchar Słowacji XCO Słowacja XC
    19. 4.10.2015    Liga Świętokrzyska, Finał Chęciny XCM

    Kilka wolnych terminów daje szansę na włączenie jeszcze np. jakiegoś uphillu w Beskidach lub innej, ciekawej propozycji :)

    A jakie są Wasze pomysły na kalendarz startów?

  • 3500 kolarzy utonie

    3500 kolarzy utonie

    Brązowy medal piłkarzy ręcznych to kolejny sukces naszych sportowców w ostatnich miesiącach. Jeśli mówimy o ?renesansie polskiego kolarstwa?, trzeba wziąć poprawkę na kontekst. A ten jest niezwykle optymistyczny, bo od kilkunastu miesięcy niemal każda aktywność zmienia się w nagrodę z cennego kruszcu.

    Właśnie ten kontekst sprawia, że choć w kolarstwie zawodowym odnosimy największe sukcesy w historii, są one równorzędne z rezultatami lekkoatletów, siatkarzy, szczypiornistów, narciarzy i innych, na których wymienianie braknie tu miejsca. Jednocześnie otoczenie sprawia, że tęczowa koszulka Kwiatkowskiego i ?grochy? Majki choć dla fanów są czymś wyjątkowym, dla widzów zainteresowanych sportem są jednymi z wielu świetnych wyników.

    Kilka dni temu Polski Związek Kolarski podał, chyba pierwszy raz, statystyki dotyczące ilości zrzeszonych w swych szeregach zawodników. Ponieważ, jak już wiele razy wspominałem, nasza licencja ma głównie charakter deklaratywny, osób które złożyły oświadczenie o byciu kolarzem mamy ponad 3500. To o wiele więcej, niż się spodziewałem. Imponująca jest liczba mastersów, czyli ?emerytowanych? sportowców chcących wciąż w sposób zinstytucjonalizowany uprawiać swoją ukochaną dyscyplinę. Jest nas około tysiąca! Nieźle wygląda też sytuacja w najmłodszych kategoriach. Kolarskiego ?narybku?, od żaka do juniora włącznie (dziewcząt i chłopców) mamy w sumie 2000. Jeśli by więc stworzyć piramidę wieku, będzie ona miała kształt klepsydry (elita i orlik to zaledwie nieco ponad pół tysiąca osób). Gdyby mówić o kolarzach jak o normalnym społeczeństwie, diagram prezentowałby perspektywiczny naród, w którym starsi niedawno spłodzili bardzo wiele potomstwa, by wyrównać straty, wynikłe w wysłania całego, środkowego pokolenia z samobójczą misją na wojnie.

    Ilu z młodych ludzi, obecnie zaczynających swoją przygodę z kolarstwem dotrwa do kategorii elita, nie wiemy. Zapewne nie wszyscy. Edukacja, praca, rodzina, ?życie? sprawią, że część z nich z pewnością odejdzie i powróci już jako mastersi, wiedziona sentymentem i wspomnieniami. 3500 dzielnych ludzi to więcej, niż się spodziewałem, obiektywnie to wciąż garstka. Dla porównania przypomnijmy, że British Cycling niedawno chwalił się pozyskaniem stutysięcznego członka. Nie chodzi jednak o to, by po raz kolejny pastwić się nad PZKol, to lepiej ode mnie robią inni. Rzecz w tym, że nie możemy choćby pomyśleć o sobie w kategoriach jakkolwiek wyjątkowych. Kolarstwo nie wybija się ani pozytywnie, ani negatywnie spośród innych. Jego reprezentanci odnoszą sukcesy, które są wspaniałe, ale tak samo jak biegaczy, narciarzy czy szczypiornistów.

    ?Renesans polskiego kolarstwa? to raczej renesans wyników niż dyscypliny jako takiej. To dobry moment, by napędzić popularność, która zaczyna kiełkować (czego przykładem jest obecność Majki i Kwiatkowksiego w pierwszej dziesiątce plebiscytu Przeglądu Sportowego). Sama koszulka mistrza świata tego jednak nie zrobi. Rowerzyści nie przedzierzgną się w kolarzy tylko dlatego, bo imponuje im ?Kwiato? a rodzice nie zapiszą dzieci do klubów, bo marzą o tym, by ich pociechy spotkał los Majki. Takie mamy czasy, że klientom trzeba zawsze zaoferować coś więcej, niż sam produkt, jakkolwiek sam w sobie znakomity by nie był (a powiedzmy sobie szczerze, członkostwo w związki sportowym nie kojarzy się z prestiżem czy nobilitacją, chyba, że mówimy o golfie). Do wykonania jest gigantyczna praca związana z wizerunkiem i ofertą, jaką może dać kolarstwo i sam Związek. Jeśli nie zostanie ona wykonana w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy, renesans wyników będzie tylko chwilowym przebłyskiem a 3500 kolarzy z licencjami utonie w morzu innych aktywnych ludzi. Zwłaszcza, że do wyboru jest wiele innych możliwości, równie, jeśli nie bardziej atrakcyjnych co wyczynowa jazda na rowerze.

    [poll id=”2″]

  • Jak nie cierpieć zimą

    Jak nie cierpieć zimą

    Lubię trenować w zimie. I nie chodzi o tę całą otoczkę o budowaniu charakteru i wyrzeczeniach, które hartują stal. Jak każda część sezonu, tak i ta ma swój urok a wszystko tak naprawdę zależy od nastawienia.

    Powiedzmy sobie szczerze. Jeśli decydujesz się na uprawianie sportu, z dobrodziejstwem inwentarza otrzymujesz elementy, które nie są przyjemne same w sobie. Boli, brakuje oddechu, jeśli pojedziesz faktycznie mocno, chce ci się rzygać. Latem pot zalewa ci oczy a gdy jest cieplej niż 35 stopni, dyskomfort może być równie poważny co przemarzanie zimą. Jeśli by patrzeć na aktywność fizyczną, bez względu na to, czy wyczynową czy rekreacyjną, tylko od strony wad, lepiej byłoby nie wychodzić z domu.

    Etos zimowego cierpienia może być ciekawą kreacją, zwłaszcza, gdy chcemy wśród znajomych odgrywać rolę kompletnego, rowerowego freaka. Opowieści o wielogodzinnym przymarzaniu do szosówki podczas lutowej zamieci mogą zrobić wrażenie raz, albo dwa. W tak zwanym okresie przygotowawczym jest jednak o wiele więcej fajnych elementów niż tylko krew, pot i zamarzające łzy.

    https://www.instagram.com/p/BAPGXpOkcoc/

    Po pierwsze, do weryfikacji wykonanej pracy jest jeszcze daleko. Nawet, jeśli robisz po drodze badania wydolnościowe czy testy, jeżdżenie, obojętne czy metodą ciągłą czy z interwałami, jest samym jeżdżeniem w formie czystej. Jeździsz, żeby jeździć, efekty przyjdą później. Bez nerwowych ruchów, korekt planu, dostosowywania się do rywali (realnych lub wyimaginowanych). Każdy robi swoje. To czas, gdy w pełni można kontemplować kolarstwo jako takie bez dodatkowych bodźców z zewnątrz.

    https://www.instagram.com/p/_hry2kkcpz/

    Z drugiej strony, panujące warunki utrudniają tę kontemplację, za to wprowadzają element różnorodności. Gdy sypnie śniegiem, zamiast na szosę, możesz pojeździć na góralu i poćwiczyć technikę. Gdy na kilka dni przymrozi, możesz zrobić marszobieg a jeśli lubisz, to wsiąść na trenażer i wykonać ćwiczenia w bardziej precyzyjny i kontrolowany sposób. Wreszcie, zawsze możesz wyjechać w ciepłe kraje. W ten sposób będziesz mieć wakacje w środku zimy, po przerwie wrócisz opalony i niczym gad, ze zgromadzonymi zapasami energii.

    I tak dochodzimy do miejsca, w którym nie ma złych wyborów. Każda, sytuacja ma rozstrzygnięcie win-win. Lans na cierpiętnika jest najsłabszym z dostępnych rozwiązań.

     

    ZOSTAŃ PATRONEM XOUTED

    O tym, co to jest Patronite, do czego służy i czemu właściwie proszę Was o wsparcie przeczytacie tutaj. A klikając w banner poniżej możecie zobaczyć mój profil i zrobić zrzutę na dobrą treść o kolarstwie:
    Zostań patronem XOUTED patronite.pl/xouted

  • Rok po odśnieżaniu

    Rok po odśnieżaniu

    Znów jest mróz, znów jest śnieg. Zawodowcy znów ścigają się w ciepłych krajach. Minął rok od restartu bloga i teraz muszę zmierzyć się z cyklicznością wydarzeń. Bo choć każdy wyścig jest inny, pewne schematy pozostają.

    To zawsze było zmorą, gdy pracowałem i współpracowałem z mediami rowerowymi. Sztampa. Kalendarz wyścigów określa tematykę wpisów. Pory roku nadają rytm artykułów o sprzęcie. Jak jest zima, to jest zimno, więc piszemy o ochraniaczach na buty. Gdy przychodzą wakacje, to o camelbackach. Co tydzień przełaje, potem Puchar Świata MTB i klasyki. Patronaty nad lokalnymi imprezami? Proszę bardzo: zapowiedź, zdjęcie, relacja. Tour de France? Lecimy. Zapowiedźzdjęcierelacja, zapowiedźzdjęcierel?

    Co więcej, można na tym bazować w nieskończoność. Co roku producenci oferują nowe modele, które chcą zaprezentować publiczności. W każdym, kolejnym sezonie nowe gwiazdy aspirują do miejsc na podium najważniejszych wyników. Wreszcie rosnąca popularność kolarstwa sprawia, że co 12 miesięcy dochodzi grupa począkujących fanów, których można wprowadzić w zawiły acz piękny świat rowerowania. I wiecie co, to nawet nie jest takie złe. Jeśli lubisz kolarstwo, to możesz dostarczać taką treść bez uszczerbku na zdrowiu i honorze.

    Wybrałem jednak inaczej. Nie relacjonuję a komentuję. Nie testuję a co najwyżej dzielę się opinią. Wygląda na to, że przypadło Wam to do gustu, bo jest Was tu coraz więcej, co bardzo mnie cieszy. Nie jestem też sam, bo w minionym roku zanotowałem wysyp blogów rowerowych i rozwój tych, które wcześniej działały bardziej dyskretnie, prywatnie i kameralnie. Rowerowanie i kolarstwo przestają być tylko pretekstem do promocji firm z branży, stają się otwarcie stylem życia i elementem wyrażania indywidualności.

    Tu jednak pojawia się pułapka. Media internetowe w wielu przypadkach wciąż przegrywają z tradycyjnymi na kilku płaszczyznach. Są zbyt biedne, by oferować dopracowaną treść autorską. Oczywiście są wyjątki, ale one potwierdzają regułę. Dobry reportaż, dziennikarstwo śledcze a nawet profesjonalny wywiad wymagają środków, które niekoniecznie się zwrócą. ?Jakościowy content? klika się gorzej niż przysłowiowe [MAJTKI DODY SZOK I NIEDOWIERZANIE], za to jego produkcja jest kilkukrotnie droższa niż prostych treści rozrywkowych czy bezrefleksyjne przeklejenie informacji prasowych.

    Idąc tym tropem, praca blogera ma same zalety. Jest tania, bo ogranicza się do jego opinii i wiedzy. Niepotrzebny jest research, wyjazdy i sprzęt. Niepotrzebne jest też zabieganie o względy reklamodawcy czy czytelnika, skoro pisze się szczerze od serca. Z drugiej strony to wciąż tylko opinia a chcąc dostarczać możliwie najlepszą treść, trzeba zacząć wychodzić poza swoje głębokie przekonanie.

    Zeszłoroczne odśnieżanie bloga, choć całkiem spontaniczne, miało nieprzypadkową datę. W końcu domenę miałem od trzech lat i czasem coś sobie w niej pisałem. Własne urodziny to dobry czas na zmiany i choć pomysł na restart pojawił się jako autoprezent, okazało się, że pociągnąłem go przez cały rok, niemal bez przerw. Aż sam siebie zadziwiłem. Nadal robię to bez napinki, bo cieszy mnie praca nad słowami a fakt, że interesuję się kolarstwem jest niezaprzeczalny. Mimo wszystko pojawiają się koncepcje, by robić to lepiej i dostarczać treść ciekawszą, bardziej intrygującą i lepiej opakowaną. Oby mi starczyło czasu i środków, bo przecież nie chcielibyście, żebym popadł w sztampę, czyż nie? Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale mam nadzieję, że za rok znowu się tu spotkamy a w międzyczasie przeczytacie sporo ciekawych słów.

  • Live, Death and the Art of Cycling. Dawno nie było wojny.

    Live, Death and the Art of Cycling. Dawno nie było wojny.

    Żyjemy w najwspanialszym ze światów w najbardziej przyjaznej z możliwych rzeczywistości. Przynajmniej co do zasady. Powszechny spokój i dobrobyt sprawia, że pierwotne popędy kanalizujemy w mniej szkodliwych aktywnościach niż polowanie czy wojna. Na przykład w kolarstwie.

    https://www.youtube.com/watch?v=da9IZqXJuGk

    Zaczynamy zimą. Tak, właśnie teraz. W garażach, piwnicach, salonach, sypialniach i gdzie tam jeszcze trzymamy swoje rowery, trwa wyścig zbrojeń. Lżejsze koła, tytanowe śrubki a może i cały, nowy sprzęt. Szukamy przewagi nad rywalami tam, gdzie to możliwe. Nie liczy się tylko waga, ale i efekt psychiczny, jaki możemy wywrzeć na konkurentach gdy tylko sprzęt startowy ujrzy światło dzienne w pierwszych promieniach wiosennego słońca.

    Do tego dochodzi praca nad własnym ciałem. Trening. Pot na rolce, mróz na szosie, tętno, waty, mleczan, badania, fiting i wszystko, co można zrobić, by ze zwykłego śmiertelnika stać się herosem. Bohaterem, wybijającym się z szarego tłumu otyłych korposzczurów. Doskonałym w formie i bogatym w treść wysiłku włożonego w proces samooptymalizacji.

    podia

    A potem przychodzi najważniejsze. Konfrontacja. Nieważne, czy to weekendowa przejażdżka z grupą lokalnych mastersów, ?ogórek? dla amatorów bez licencji czy wyścig z oficjalnego kalendarza. Nawet, jeśli post factum pójdziesz z kolegami na piwo, na trasie będziesz czerwonym baronem, który chce wyjść ze starcia niezwyciężony, samemu pozostając bez szwanku. Każdy wiadukt, każdy zakręt na singletracku, każda zmiana wiatru to okazja, by uwolnić instynkty tłumione przez najlepszą w dziejach cywilizację .

    Długo oczekiwany film Life, Death and the Art of Cycling od podia.cc ujrzał światło dziennie. Widziałem go już kilka dni wcześniej, miałem też przyjemność spotkać się z jego pomysłodawcą i autorem bloga. Wideo możecie zobaczyć na okładce tego wpisu. Mam nadzieję, że się Wam spodobało. Ma świetny styl, opowiada fajną historię i zostało przygotowane przez profesjonalną ekipę (sprawdźcie napisy końcowe!). Liczę, że ?wygra internety?, choćby dlatego, że pokazuje ładne kadry z okolic Krakowa i polsko-słowackiego pogranicza. Niech świat zobaczy, jak tu jest pięknie.