Tag: zwift

  • To nie to, co myślicie, ale…

    To nie to, co myślicie, ale…

    Zmotywowany komentarzami wspominającymi „stare dobre czasy” mam dla Was coś miłego :) Wybór wyselekcjonowanych treści z ostatnich dni, do poczytania i pooglądania w przerwie na kawkę. Mała uwaga jest taka, że z pewnością nie będą to wrzutki ani regularne, ani cykliczne, ale ponieważ wraz ze ściąganiem lock-downu można spodziewać się zalewu kolarskich treści mam nadzieję, że powrót takich zestawień wartościowego contentu będzie dla Was pomocny.

    Poczytaj do kawy

    Temperatura ma znaczenie

    Gdy zaczynał się lock-down i napisałem o problemach z jakimi musi mierzyć się ściganie online, jednym z powodów nierównej rywalizacji była temperatura, w jakiej przebywają poszczególni zawodnicy. Pogłębioną analizę tematu pod koniec sezonu zwiftowego przedstawia cyclingtips. Do przeczytania tutaj.

    Najlepsze przepisy dla kolarzy

    Nie ma lepszej książki kucharskiej niż „Eat Race Win” Hanny Grant. I nie ma fajniejszego bloga z przepisami dla kolarzy niż jej przepisy na czas kwarantanny.

    Sprawdźcie więcej na https://www.hannahgrant.com/blog. Takiej porcji zdrowego „comfort food” nie znajdziecie gdzie indziej.

    Robert Kubica > Kolarze

    e-Tour de Pologne amatorów to jeden z tych eventów Lang Teamu, o których wszyscy piszą, bo chcą być w dobrych relacjach z Czasławem Langiem. A także dlatego, że sportowych i celebryckich wydarzeń mamy teraz jak na lekarstwo, w związku z czym udział Anity Włodarczyk czy Roberta Kubicy to dobry temat, by mieć jakiegoś newsa. Tyle tylko, że rzeczony Kubica jest nie tylko świetnym kierowcą wyścigowym, ale i faktycznym pasjonatem kolarstwa. A co najważniejsze, znakomitym interlokutorem, w związku z czym przeprowadzone przy okazji „e-TdP” rozmowy są lepsze niż większość wywiadów z polskimi kolarzami, jakie kiedykolwiek pojawiły się w naszych mediach, przynajmniej tych elektronicznych. Szczególnie polecam tę, którą przeprowadził Jakub Zimoch dla rowery.org. Część pierwszą znajdziecie tutaj a drugą tutaj.

    Jeśli przegapiliście…

    Facebook od jakiegoś czasu mocno obcina mi zasięgi. Zatem poniżej znajdziecie linki do najciekawszych artykułów, które napisałem w czasie lockdownu. Częstujcie się do woli :)

    Kolarskie wideo

    W kolarskich social mediach nie ma fajniejszej osobowości niż Kate Courtney. Zobaczcie, jak Amerykanka radzi sobie z odłożonymi w czasie marzeniami o starcie w Igrzyskach Olimpijskich. I koniecznie śledźcie ją na instagramie: https://www.instagram.com/kateplusfate/
    Zobaczcie jak ewoluowal slopestyle w latach 2011-2019. Możecie być szosowcami, możecie być maratończykami, możecie być kimkolwiek chcecie, ale takie umiejętności zawsze budzą największy podziw.
    „Retro vs Modern” to świetna seria GCN porównująca rowery mistrzów Giro d’Italia (m.in Pantaniego, Cipolliniego, Induraina) z ich współczesnymi odpowiednikami. To nie tylko kawał historii roweru, ale też dobry przykład jak radzić sobie w momencie, gdy trzeba produkować treści a Giro jest przełożone na jesień.

    Cała prawda w jednym twittcie

    Takie wykresy chętnie oglądalibyśmy w związku z opanowywaniem pandemii, natomiast wygląda na to, że to co skutecznie potrafimy wygaszać, to specjalność, jaką jest jazda indywidualna na czas.

    https://twitter.com/cycling_visual/status/1264837394899054593

    Zdjęcia, których nie możesz przegapić

    Światełko w tunelu, czyli „Light behind the lockdown” to niezwykła galeria kolarzy trenujących w domu w czasach izolacji. Cały fotoreportaż autorstwa Hiszpana Alberta Gallego możecie obejrzeć na blogu Stravy, natomiast rozmowę z artystą przeczytacie w Cyclingtips. Znakiem czasów jest, że cały materiał powstał zdalnie.

    Zapowiedzi, patronaty i inne newsy

    Nie tylko pro kolarstwo zapowiada powrót. Szybciej niż się spodziewaliśmy „odmrażane” są też polskie wyścigi.

    Natomiast wszystko na to wskazuje, że pierwszą etapówką będzie Gwiazda Południa. Cezary Zamana wykazał się stalowymi nerwami, wyczekał, nie odwołał swojej imprezy i wygląda na to, że zawody się odbędą w zaplanowanym wcześniej terminie. Co ważne, jednymi z pierwszych słów rozesłanej informacji prasowej są podziękowania dla samorządów, z którymi współpracuje organizator a bez których tego typu wydarzenia są niemożliwe do zrealizowania.

    Więcej informacji o Gwieździe Południa znajdziecie na https://www.gory.zamanagroup.pl/

    Z kolei pierwszą post-lockdownową serią, która zapowiada powrót jest Puchar Mazowsza:

    https://www.facebook.com/PucharMazowszaMTB/photos/rpp.500338703442430/1680753235400965/

    A po więcej bieżących newsów dotyczących dynamicznej sytuacji w rodzimym kolarstwie amatorskim (i wyczynowym) wpadajcie na mtb-xc.pl oraz ich facebookową grupę.

  • Czy kolarstwo jest gotowe na ściganie indoor?

    Czy kolarstwo jest gotowe na ściganie indoor?

    Bez względu na to, czym zakończy się epidemia wirusa: kryzysem, rewolucją czy jeszcze większą dominacją najbogatszych korporacji, sport w końcu wróci. Rywalizacja online jest jedną z możliwości, pytanie tylko, czy kolarstwo jest na nią gotowe?

    Bez precedensu

    Nawet w najczarniejszych scenariuszach: globalnej pandemii na niespotykaną skalę, wielkiego kryzysu niczym z lat ‘20 XXw, czy innych, nawet ekstremalnych reperkusji, ludzie mają potrzebę rywalizacji. Nie tylko o mięso, papier toaletowy czy cokolwiek innego. 

    Sport towarzyszy nam od zawsze, czy to w formie antycznych igrzysk, czy meczu piłki podczas “rozejmu bożonarodzeniowego” na ziemi niczyjej frontu zachodniego pierwszej wojny światowej

    Masowo odwoływane wyścigi wiosną 2020 to pierwsza tak poważna przerwa w wyczynowym kolarstwie właśnie od obu wojen światowych. Ba, Włosi ścigali się nawet w 1940r gdy w Giro d’Italia triumfował nie kto inny jak Fausto Coppi a wrócili do rywalizacji rok przed Francuzami, w 1946 (wygrał Gino Bartali). Z kolei francuski Paryż-Tours rozgrywany był bez przerwy nawet pod niemiecką okupacją. 

    Ludzie adaptują się do niedogodności i zagrożeń szybciej niż mogłoby się wydawać. 

    Wyścigi F1, choć póki co jako towarzysko-reklamowy “event” już przenoszą się do symulatorów i transmisji online. Biorąc pod uwagę, że UCI w porozumieniu ze Zwiftem i tak zapowiadali rozegranie pierwszych “e-mistrzostw świata” spodziewam się szybkiej reakcji i rozegrania kilku testowych imprez wcześniej. 

    Pytanie tylko, czy jesteśm na to gotowi?

    Sport czy event?

    Pisząc o sporcie mam na myśli faktyczną rywalizację, a nie towarzyskie czy reklamowe wydarzenie promujące tego czy tamtego producenta oprogramowania.

    Czym innym jest bowiem ustawka z kolegami, czy też nawet z tysiącami wirtualnych znajomych a czym innym sformalizowane zawody.

    Mimo zapowiadanej, pilotażowej imprezy mistrzowskiej sądzę, że z wielu powodów kolarstwo nie jest gotowe na rywalizację indoor-online. Nie tylko ze względu na zamknięcie pod dachem ludzi, którzy są przyzwyczajeni do wiatru we włosach, adrenaliny na zjazdach i wchodzących im pod koła, entuzjastycznie wrzeszczących fanów. 

    Kto się zgodzi na 100% transparentność?

    Ściganie online wymagałoby od zawodników największej zmiany mentalnej do tej pory. Rywalizujący na trenażerach kolarze zostaliby zmuszeni do odkrycia najważniejszych kart: masy ciała i generowanej mocy.

    Owszem, wciąż kilku profesjonalistów zachowuje transparentność, udostępniając pełne dane z wyścigów na stravie, ale im bliżej są wielkich sukcesów, tym chętniej je ukrywają. 

    Oceniając np. dyspozycję na kluczowych podjazdach jesteśmy skazani na precyzyjne, jednak wciąż estymacje a weryfikować możemy je dzięki takim śmiałkom jak np. Tadej Pogacar, który póki co wciąż zachowuje przejrzystość i dzieli się swoimi danymi. 

    W trenażerowych wyścigach online to właśnie obserwacja i analiza “cyferek” byłaby jedną z głównych rozrywek, po kilku  wyścigach wszyscy dokładnie znaliby parametry fizjologiczne najlepszych atletów świata. 

    A mogę się założyć, że wielu z nich chętnie zachowałaby te informacje tylko dla siebie i swoich najbliższych współpracowników. 

    15 lat wyścigu technologicznego do kosza?

    W wirtualnym ściganiu wiele elementów udoskonalanych przez ostatnich 15 lat przestaje mieć znaczenie. Miliony a może i miliardy wydane przez całą branżę rowerową na dopracowanie aerodynamiki: ram, kół, kasków, strojów czy pozycji zawodnika przestaje mieć znaczenie. 

    “Zysków graniczynych” znanych szerzej jako “marginal gains” trzeba będzie szukać gdzie indziej w sytuacji, w którym wyścig staje się rozgrywką czysto fizjologiczną. 

    Wspomniana aerodynamika być może nie jest kluczowa dla amatora, ale warto w tym miejscu zaznaczyć, że różnice uzyskiwane dzięki przewadze technologicznej wcale nie były tak marginalne jak wskazywałaby nazwa. Zwłaszcza przy prędkościach rozwijanych przez zawodowców. 

    Z drugiej strony ostatnie torowe mistrzostwa świata pokazały, że to wciąż człowiek a nie maszyna głównie decyduje o wyniku. Rekordy świata na 4km bili bowiem nie Australijczycy na nowym, udoskonalonym modelu Argona a drużyna duńska korzystająca z poprzedniej iteracji, dostępnej nawet dla każdego zainteresowanego klienta indywidualnego. 

    Walka z żywiołem – zapomnij!

    Jednym z kluczowych elementów kolarstwa jest obcowanie z siłami natury. Od tak indywidualnych kwestii jak reakcja organizmu na określoną pogodę: upał, zimno czy deszcz (czego przykładem są regularne problemy Rafała Majki w czasie ochłodzenia czy ulewy) po konieczność sięgania po “protokół ekstremalnych warunków pogodowych”, przerywania etapów czy anulowania wyścigów. 

    Poniekąd atak SARS-Cov-2 to najbardziej doniosła w skutkach ingerencja natury w światowy sport przy której lawina błotna na zeszłorocznym Tour de France to mało znaczący incydent. 

    Jeżeli jedną ze zmian, które wywoła będzie przeniesienie się wyścigów do zamkniętych pomieszczeń i rywalizacji online, wyeliminuje to kilka niezmiernie istotnych elementów. 

    Przewagę stracą zawodnicy, którzy do perfekcji opanowali technikę jazdy, na zjazdach, na bruku, w trudnych warunkach. Ci, którzy doskonale “czytają” sytuację w peletonie, wiatr, ukształtowanie terenu.

    Wiele rozstrzygnięć, które wynikały z szybkiej reakcji na zmieniające się warunki, w wirtualnym ściganiu zwyczajnie się nie wydarzy nawet przy rozbudowie modelu odwzorowującego fizykę jazdy czy udoskonaleniu trenażerów. 

    Równe szanse, ale czy na pewno?

    W obecnej formie wyścigi na trenażerach można traktować jedynie jako niezobowiązującą zabawę. Z wielu powodów rywalizacja nie jest i być może nigdy nie będzie równa. 

    Pierwsza kwestia to dokładność sprzętu. Mierniki mocy czy też trenażery, te wyższej jakości i dobrze skalibrowane zapewniają dokładność na poziomie 1%. Choć generalnie można im ufać, jednak czy w sytuacji “być albo nie być” i walce o zwycięstwo na finiszu decydującej o mistrzostwie świata można ten element pominąć?

    W skrajnym przypadku przy mocy 800W różnica między wskazaniami dwóch zawodników może wynosić 16W, przy 1200W – 24W, a na odcinku górskim, przy 450W – 9W. Choć może wydawać się do błahe przy towarzyskiej “ustawce” wygrana “o błysk szprychy” w takim układzie staje się dyskusyjna. 

    Idąc dalej, zakładając, że rywalizacja nie odbywa się w jednej hali, na dostarczonym przez organizatora sprzęcie, znaczenie zaczynają mieć zupełnie inne kwestie niż w przypadku jazdy na zewnątrz. 

    Jeśli wspomniałem o “marginal gains”, jestem sobie w stanie wyobrazić, że zawodnik czy drużyna szczególnie zdeterminowani do odniesienia sukcesu mogą zapewnić sobie jak najbardziej optymalne warunki do “jazdy”. Pomieszczenie z odpowiednią temperaturą, wilgotnością i ciśnieniem to przestrzeń do poszukiwania “marginal gains” w kolarstwie wirtualnym. 

    Myślicie że to bzdura? Cóż, historia rekordu godzinnego pokazuje, że absolutnie nie. Położony na odpowiedniej wysokości obiekt, z wydajną, precyzyjną klimatyzacją niewątpliwie pomaga w osiągnięciu właściwego rezultatu. Nawet, jeśli odejmiemy kwestię gęstości powietrza wpływającą na opór aerodynamiczny, to właśnie temperatura, wilgotność i nawiew mogą przesądzić o zwycięstwie lub porażce w wyczynowym trenażerowaniu. 

    Ostatnia kwestia to doping technologiczny. UCI stawia dopiero pierwsze kroki w detekcji modyfikowanego sprzętu, do którego ma dostęp podczas tradycyjnych wyścigów. Jak więc rozwiązać problem modyfikacji trenażerów, rowerów stacjonarnych, ale i samego oprogramowania (np. softu w miernikach)?

    Jedynym rozwiązaniem wydaje się używanie na oficjalnych imprezach homologowanych, dostarczonych przez zewnętrzny podmiot i plombowanych akcesoriów: trenażerów, odbiorników, transmiterów i… wag. Oraz sprawdzanie plomb przed i bezpośrednio po zawodach. 

    Inne kolarstwo – inni kolarze

    Każda z tych kwestii powoduje, że docelowo w kolarstwie trenażerowym wygrywać powinien kto inny niż na szosie. 

    Można sobie wyobrazić, że po kilku sezonach doświadczeń wykrystalizuje się optymalny fenotyp kolarza trenażerowego: proporcje ciała, stosunek mocy do masy, wytrzymałość zarówno na specyficzne warunki fizyczne rozgrywania takich zawodów jak również odporność psychiczna na jazdę w pomieszczeniu. 

    Jestem sobie w stanie wyobrazić, że w początkowej fazie poważnego ścigania “na zwifcie” obecni mistrzowie odnajdą się z powodzeniem, ale długoterminowo, jeśli wyjdziemy z kryzysu epidemiologicznego i ekonomicznego, obie gałęzie sportu wyraźnie się od siebie oddzielą. 

    Ściganie wirtualne, bez względu na rozwój sytuacji z wirusem tak czy inaczej nas czeka. Obecnie można przypuszczać, że nawet na profesjonalnym poziomie doświadczymy go wcześniej niż później. 

    Mimo wszystko życzę i sobie i Wam, aby docelowo było tylko ciekawostką i miłą alternatywą na niepogodę a nie koniecznością. 

  • Rowerowy kościół świętego młotka

    Rowerowy kościół świętego młotka

    Jak żyć gdy kolejne plagi: e-bike?i, zwift, fatbike’i, radio, mierniki mocy spadają na chcących w spokoju spędzać czas na świeżym powietrzu rowerzystów

    Luddyści zawsze żywi

    Gdy rewolucja przemysłowa zmieniała nasz świat, w obronie tradycyjnych metod wytwarzania dóbr stanęli luddyści. Chcąc zachować miejsca pracy i w obawie przed zmianami w swoim życiu niszczyli krosna a ich działalność została zdelegalizowana przez parlament (brytyjski, bo tam ów ruch funkcjonował).

    Każdy postęp budzi obawy a jego konsekwencje bywają zarówno dobre jak i złe. Póki co jednak egzystujemy w rzeczywistości, gdzie obowiązuje paradygmat ciągłego wzrostu, zatem, cóż, z pewnymi wahaniami, ale zmiany są nieuniknione.

    Co ciekawe, patrząc z długoterminowej perspektywy, obawy luddystów mogły być słuszne, bo wiele wskazuje na to, że przyspieszenie rozwoju w ostatnich 200 latach zaowocuje końcem naszej cywilizacji.

    Równocześnie, choć nasze życie być może skończy się marnie, zanim to nastąpi będzie dłuższe i bardziej komfortowe niż kiedykolwiek wcześniej.

    W ten sposób dochodzimy powoli do tematyki rowerowej. Bo rowery, szanowni państwo są teraz najlepsze. Zarówno górskie jak i szosowe, i trzeba przyznać, że ewolucja tych drugich wyraźnie przyspieszyła wraz z presją wywieraną na rynku przez producentów ?górali?, którzy nota bene na dobre zadomowili się w elicie wyścigów zawodowców wypierając zeń rzemieślnicze produkty europejskich mistrzów.

    Lepsze jest wrogiem… a może po prostu jest lepsze?

    Gdyby Pantaniemu czy Ullrichowi pokazać w ?96 roku współczesną ?super-szosówkę?, zapewne parsknęliby śmiechem na widok ?juniorskiego? (by nie powiedzieć ?babskiego?) przełożenia 36×28.

    Embed from Getty Images
    Embed from Getty Images

    Gdy popatrzymy na pozycję Miguela Induraina bijącego rekord godzinny i porównamy go ze współczesnymi czasowcami, można by pomyśleć, że siedzi w prywatnym miejscu zadumy zamiast na legendarnym rowerze Pinarello Espada.

    Droga, jaką przeszły hamulce tarczowe, zawieszenia i kompozyty węglowe sprawiła, że po pierwsze obecnie większość najlepszego sprzętu wygląda i działa w bardzo zbliżony do siebie sposób a w ostatecznym rozrachunku liczą się drobne detale świadczące o lepszym projekcie i wykonaniu.

    Każda zmiana, niczym u luddystów, wywoływała gorące dyskusje, protesty i opór. Kolejne zębatki na kasecie, hamulce tarczowe, ?teleskopy?, owalne blaty, kaski (w ogóle) a następnie aerodynamiczne, szerokie siodła i cała masa innych elementów potrzebowały bardzo wiele czasu by przebić się do szerszej świadomości i na dobre zadomowić na rynku.

    Czego się boi UCI

    Jeszcze 20 lat temu z miernikiem mocy jeździła garstka zawodowców, licznik SRM był dostępny wyłącznie dla elity. Z GPS podróżowali głównie albo rowerowi nerdzi albo prawdziwi podróżnicy. Obecnie w miarę precyzyjny zestaw monitorujący absolutnie wszystko możemy kupić za mniej niż 1000USD, co przy okazji jest wartością zbliżoną do średniej pensji w Polsce w połowie 2019r.

    Mierniki mocy, łączność radiowa czy aerodynamika mają rzekomo zabijać rywalizację w zawodowym peletonie. Tymczasem w ostatnich sezonach obserwujemy spektakularne ataki, „epickie” akcje i heroiczne wyczyny, o których czytaliśmy w książkach. Froome na Finestre, Gilbert we Flandrii, Nibali na Mediolan – San Remo, Quintana na Vuelcie (i to kilka razy), Bernal na Tourze… przykładów można by mnożyć i mnożyć.

    Różnica jest taka, że coraz częściej obserwujemy teraz wyścigi w całości, od startu do mety, zatem również w tych momentach, gdy dzieje się mniej. Wbrew naciskom konserwatywnych gremiów, spodziewam się więc raczej zwiększania dostępu do danych prezentowanych widzom w trakcie tasiemcowych transmisji niż powodzenia prób archaizowania kolarstwa zawodowego.

    Wkrótce padnie pewnie jeden z ostatnich bastionów, czyli limit wagowy dla roweru szosowego wynoszący 6,8kg. Skoro średnio zasobny amator może pójść do sklepu i kupić lżejszy sprzęt, dlaczego na takim nie może ścigać się profesjonalista? Przy okazji niższa dopuszczalna masa roweru mogłaby zmniejszyć zagrożenie związane z „dopingiem mechanicznym”.

    Kto wyprzedził swój czas?

    Wynalazków, które miały zmienić zasady gry i sposób jazdy na rowerze po drodze było na pęczki. Część z nich poszła całkowicie w zapomnienie, część po kilku czy kilkunastu latach powróciła w nowej odsłonie a niektóre szybko wyewoluowału w coś zupełnie innego.

    Pamiętacie elektryczne przerzutki Mavica? Zdecydowanie wyprzedziły swój czas. Shimano Biopace? Amortyzowane wsporniki kierownicy Girvin? A co z fatbike?ami, których gwiazda zabłysła na moment i niemal od razu zgasła.

    Plaga elektryków

    Kolejną zmianą są rowery elektryczne. Wygląda na to, że zostaną z nami na dłużej. Wiele wskazuje, że faktycznie zmienią sposób, w jaki poruszamy się na rowerze. Nie ja. Nie ty. W sensie nie konkretne jednostki, ale my jako grupa, społeczność rowerowa.

    Śmiem twierdzić, że najbardziej zaawansowane modele elektryków z 2019r wraz z rozwojem baterii i sterowników będą z perspektywy kilku następnych chwil wyglądały kuriozalnie. Niebawem też technologia umożliwiająca realnie komfortową jazdę stanie się bardziej dostępna cenowo. Choć trzeba w tym miejscu przyznać, że np. sterowane elektrycznie przerzutki wciąż są dobrem luksusowym mimo dekady na otwartym rynku.

    Tak czy inaczej ?e-bike? doczekał się w tym roku pierwszych mistrzostw świata mtb. I choć lista startowa przypomniała nieco tę z samochodowego rajdu Dakar (wielkie gwiazdy, które zostały w sporcie, ale poza głównym nurtem), z czasem można spodziewać się specjalizacji w tej odmianie kolarstwa. UCI wciąż poszukuje sposobów na zwiększenie zainteresowania kolarstwem.

    Dynamiczna konkurencja dająca szansę promocji producentom sprzętu to istny samograj. Można ją kontestować, ale na koniec dnia okaże się, że rower elektryczny wyprze tradycyjny. Komfort i dobra zabawa ostatecznie sprawią, że najwierniejsi towarzysze rowerzystów: wyrzeczenia i cierpienie pozostaną tylko z wąskim gronem koneserów.

    Z drugiej strony, grono owych koneserów może się gwałtownie zwiększać. Skoro wszystko jest tak komfortowe, wysiłek fizyczny i związana z nim rywalizacja realizują potrzeby zaspokajania bardziej pierwotnych potrzeb.

    Kolarstwo dla mięczaków

    I tutaj dochodzimy do następnego trendu, który powoduje, że tradycjonalistom włosy jeżyłyby się na nogach, o ile oczywiście nie zostałyby precyzyjnie wydepilowane. Indoor cycling. Zwift. Nowy wróg rowerowych konserwatystów. Bo kolarstwo to przecież wiatr we włosach a nie kałuża potu na podłodze przed telewizorem.

    Miałem pisać, że wcześniej niż później doczekamy się prologu wielkiego touru rozgrywanego na podpiętych do internetu trenażerach, ale UCI mnie uprzedziła zapowiadając mistrzostwa świata w zwiftowaniu.

    W kolarstwie jest bardzo wiele konkurencji, którymi interesuję się marginalnie. Lub w ogóle. Każdy pasjonat sportu rowerowego ma swoją niszę, zarówno jako kibic jak i uczestnik. Wszystko zależy od predyspozycji, temperamentu, dostępnego czasu i wielu innych czynników.

    Skoro i tak kolarze od lat trenowali pod dachem, albo w czasie złej pogody albo dochodząc do zdrowia po kontuzji albo po prostu z braku innych możliwości, nie widzę powodu, by i ten aspekt naszej aktywności był okupiony nudą, dyskomfortem i cierpieniem.

    Ewolucja trenażerów czy też stacjonarnych cykloergometrów podobnie jak towarzyszącego im oprogramowania sprawia, że nie trzeba już patrzeć się tępo w ścianę a w najlepszym wypadku oglądać kolejnych sezonów seriali równocześnie pilnując przełożeń czy kadencji chcąc wykonać wartościowy trening pod dachem.

    Jak pokazuje znana anegdota, trenując przy pomocy Zwifta można nawet przygotować się do zwycięstwa w Paryż-Roubaix. I nawet jeśli to nie jest propozycja, która podoba się każdemu, już sam fakt istnienia takiej możliwości jest dość pozytywny.

    Jedyny problem to wysoka bariera wejścia. To już nie jest zabawa ?dla każdego kto ma rower?. Potrzeba sporo nietaniego sprzętu, komputera sensownej klasy i solidnego łącza oraz subskrybcji. Ale równie dobrze zabawy można spróbować z telefonem średniej klasy i kilkudniowym ?trialem?.

    Oczywiście można podnieść argument, że postęp w przemyśle rowerowym zmierza w niewłaściwą stronę. Rowery, choć doświadczenie jazdy jest inne, wciąż co do zasady nie różnią się szczególnie od swoich protoplastów z XIXw. Większość stosowanych rozwiązań czy materiałów to żadna innowacja a prawdziwie rewolucyjne pomysły albo nie przebijają się na rynku, albo są torpedowane na poziomie prawnym lub regulaminowym albo zostają gdzieś w garażach ?szalonych? wynalazców.

    Jazda na rowerze i towarzyszące jej wrażenia wciąż jest o wiele fajniejsza niż brak jazdy na rowerze. Narzędzie to tylko narzędzie i jako takie jest wtórne do umiejętności, zaangażowania czy naturalnego talentu. Co nie zmienia faktu, że zawsze to miło mieć narzędzie lepsze niż gorsze. Bez względu na to, czy to młotek, wiertarka czy rower.