Tag: wywiad

  • Bartosz Huzarski – wywiad dla Strefy Rowerowej

    Bartosz Huzarski – wywiad dla Strefy Rowerowej

    Moim gościem w „Strefie Rowerowej” był Bartosz Huzarski. Ikona polskiego kolarstwa, świetny pomocnik, znany uciekinier, uczestnik wielkich tourów.

    Strefa Rowerowa to program i podcast Centrum Rowerowego, w którym prowadzę rozmowy z zawodnikami, trenerami, rowerowymi i kolarskimi influencerami.

    „Huzara” nie trzeba wam przedstawiać. Oprócz przebiegu jego kariery, pracy gregario i jazdy w world tourze porozmawiałem z nim o komentowaniu Tour de Pologne w TVP a także startach w maratonach po rozstaniu z zawodowym peletonem.

    Rozmowa dostępna jest w krótszym, niespełna półgodzinnym formacie na Youtube:

    A pełnej, godzinnej wersji możecie posłuchać na Spotify:

    Zachęcam do subskrybcji kanału Centrum Rowerowego na youtube, playlistę ze „Strefą Rowerową”, gdzie systematycznie dodawane będą kolejne rozmowy znajdziecie tutaj a wszystkie odcinki w wersji podcastowej na Spotify.

  • Trzecia rewolucja rowerowa dzieje się teraz.

    Trzecia rewolucja rowerowa dzieje się teraz.

    W obliczu pandemii koronawirusa ludzie na całym świecie masowo przesiadają się na rowery. Kolejne miasta wprowadzają rozwiązania ułatwiające przemieszczanie się przy pomocy tego nie tylko ekologicznego, ale też zdrowego środka transportu. O tym, że Światowy Dzień Roweru 3. czerwca ma szansę stać się naszą codziennością, rozmawiałem z jego pomysłodawcą, profesorem Leszkiem Sibilskim. 

    Logo Światowego Dnia Roweru zaprojektował Isaac Feld

    Zbliża się Międzynarodowy Dzień Roweru, którego jest Pan inicjatorem. A równocześnie, w związku z pandemią dzieją się w kontekście jazdy na rowerze bardzo ciekawe rzeczy i o tym chciałem dzisiaj porozmawiać. Zatem pierwsze moje pytanie jest takie, czy te wszystkie działania prorowerowe, które obserwujemy Pana zaskoczyły?

    Właściwie nie. Kiedykolwiek na świecie wydarza się jakiś kryzys, ekonomiczny lub związany ze środowiskiem czy z klimatem albo z innymi zjawiskami, których człowiek nie może kontrolować, rower pojawia się jako pierwszy środek lokomocji. Zwycięzcami są wtedy ci, którzy mają rower w garażu czy na balkonie lub w piwnicy. Ten, kto go ma, jest zabezpieczony na te najtrudniejsze chwile. 

    W tym momencie musimy wszyscy przestrzegać dystansu społecznego. I okazuje się, że rower jest idealnym sposobem, żeby przemieszczając się zachowywać ten wymagany dystans około dwóch metrów. 

    Np. w Mediolanie (i w wielu innych miastach na całym świecie) wyznaczane są tymczasowe drogi dla rowerów, tzw. “Pop-up lanes”, które prowadzą równolegle do linii metra. Dzięki temu ludzie mogą przemieszczać się po swoich trasach zamiast komunikacją zbiorową – rowerem.

    Transport publiczny jest teraz jednym z nośników koronawirusa a rower staje się sposobem podróżowania, także rodzinnie, np. rowerami cargo. 

    Rower stał się środkiem lokomocji, który jest wszędzie. A ostatnie dodatki w postaci silnika elektrycznego pozwoliły uruchomić ludzi, którzy np. już mieli mniej siły do jazdy lub mieszkają w warunkach, gdy jest ona mocno utrudniona ze względu na ukształtowanie terenu czy klimat. 

    W czasie pandemii ta przesiadka na rower wydarzyła się bardzo szybko. W sklepach rowerowych sprzęt został wykupiony, ludzie stoją w kolejkach do serwisów. 

    Tutaj w Waszyngtonie, gdzie jest piękna trasa wzdłuż Potomaku, pojawiło się bardzo dużo ludzi na rowerach. Według mnie przeżywamy teraz trzecią światową rewolucję rowerową. 

    Pierwsza była w XIXw, gdy rower został zaprezentowany światu. Zwyciężczyniami wówczas były kobiety, które wykorzystały rower w ruchach emancypacyjnych. Następnie bardzo długo nic się nie działo aż do 1973r, gdy wydarzył się kryzys paliwowy i wówczas rowery znowu wróciły do łask. 

    W tej chwili obserwujemy trzecią “rewolucję” czy też renesans. Sytuacja jest o tyle nietypowa, że ludzie pamiętają, co działo się poprzednio, gdy dla rowerzystów brakowało przestrzeni. 

    Teraz mam nadzieję, że te “pop-up lanes” zostaną przekształcona w stałą infrastrukturę, która jest kluczowa. Jest takie powiedzenie, “gdy zbuduje się drogę, to oni się pojawią” i według tego trzeba zacząć funkcjonować. 

    Natomiast trzeba do tych tymczasowych linii podejść ostrożnie, ponieważ one zwiększą ruch rowerowy, co z kolei spowoduje brak miejsc do parkowania i to może niektóre osoby zniechęcić. A potem najważniejsze będzie przekształcenie dróg tymczasowych w stałe, które będą bezpieczniejsze. 

    “Dzień bez samochodu” wnosi negatywne myślenie. “Światowy Dzień Roweru” jest promocją a nie negacją. 

    Ten trend możemy obserwować na całym świecie. Pan mówi o Mediolanie, mieszka w Waszyngtonie, u mnie w Krakowie czy także w innych polskich miastach też powstają takie tymczasowe drogi dla rowerów. Na wiele z nich musieliśmy czekać latami a tymczasem wystarczyło kilka tygodni epidemii, by te procesy bardzo przyspieszyły i to jest rzecz niezwykła. 

    Natomiast mam pytanie, czy poza tym, że doświadczamy kryzysu a kryzysy często wymuszają zmiany, czy jedną z przyczyn tej rewolucji rowerowej może być fakt, że zachód już się nasycił konsumpcją związaną z samochodami czy innymi rodzajami atrakcyjnych dóbr i może się teraz zwrócić w stronę szeroko pojętego bycia lepszym: bardziej ekologicznym, wrażliwszym, z większą ilością czasu dla siebie i bliskich, ponieważ rower bardzo skraca czas dojazdu? Bo zanim to się wydarzyło, kojarzył się z tym, że jest środkiem lokomocji albo biednych, albo już tych na tyle bogatych, że mogą wybierać.

    To jest bardzo ciekawe pytanie i faktycznie to jest jeden z argumentów, który wywołał tę kolejną rewolucję rowerową. Koronawirus tylko przyspiesza pewne procesy. Ciekawostką jest to, że spadły ceny paliw, w Stanach benzyna jest tańsza o prawie 40% a ludzie mimo to wybierają rower. 

    Jeśli chodzi o pewną stygmę, w krajach rozwijających się rower jest faktycznie kojarzony jako środek transportu ludzi biednych. I to przeszkadza rozwojowi roweru w tych krajach. Natomiast w krajach rozwiniętych jest drugi typ stygmy, ponieważ kojarzony jest ze sportem wyczynowym, z Tour de France. I to są takie dwa elementy, które nie pomagają zarówno na tzw. “globalnym południu” jak i na “globalnej północy”.

    Czy świat sam dochodzi do tego, że rower jest najlepszym środkiem transportu? 

    Niewątpliwie tak a przyczynami jest automatyzacja, związanie nas z internetem, praca zdalna, biurowa, brak ruchu. To są pierwsze elementy, które wyzwalają w ludziach potrzebę aktywności. Zaczynają biegać, spacerować, jeździć na rowerze. 

    Dla ludzi, którzy są zainteresowani szybkością, rower jest bardzo dobrym rozwiązaniem, pomaga na w miarę sprawną komunikację a równocześnie chroni nas przed tym, by nasze ciała po prostu nie zwiędły. 

    Duże znaczenie będą miały rowery cargo, ułatwiające dowóz towarów na tzw. “ostatniej mili”. 

    Bardzo wiele dzieje w tym temacie, świat niewątpliwie dojrzewa, chociaż nierównomiernie. 

    Obserwuję ciekawą tendencję, jeśli chodzi o zainteresowanie rowerami. Wiadomo, że liderami są oczywiście Holandia i Dania. Oni są jednak tak daleko z przodu, że podczas konferencji ich opinie i doświadczenia często są trudne do wdrożenia w innych krajach. 

    W tym roku w wyniku pandemii Brytyjczycy i Francuzi wychodzą na czoło, jeśli chodzi o implementację nowych rozwiązań, następnie ciekawie działają też Niemcy i Belgowie. Rower staje się też bardzo popularny również w krajach takich jak Kolumbia czy Peru. W Bogocie w niedziele główne ulice są zamykane dla samochodów i ludzie tam biegają, spacerują i jeżdżą na rowerach. 

    Gdy tworzyłem Światowy Dzień Roweru miałem nieco wątpliwości, ale koledzy ze środowiska naukowego zajmującego się aktywnym transportem zwrócili uwagę na pewien fakt. “Dzień bez samochodu” wnosi negatywne myślenie. “Światowy Dzień Roweru” jest promocją a nie negacją. 

    Rower wraca i nawet Chińczycy znów zwracają się ku rowerom. Gdy byłem tam po raz pierwszy 30 lat temu, na ulicach poruszały się fale rowerów. Teraz tam stoją fale samochodów. W powrocie roweru mają im pomóc rowery elektryczne.

    Musimy mieć świadomość tego, że mamy 2 miliardy rowerów na świecie a ponad połowa ludzkości potrafi jeździć. Jest to więc nieprawdopodobna siła wyborcza, która może bardzo wiele zmienić. 

    Czy w takim razie jesteśmy skazani na rower?

    Jesteśmy skazani na rowery, bo na samochody zwyczajnie nie mamy już miejsca. Szczególnie w starych miastach Europy czy Ameryki południowej, gdzie architektura nie daje miejsca na budowę nowych dróg. 

    Świat bardzo przytył. Rower pozwoli nam się wyzwolić i z tego.

    Obserwujemy ruch klimatyczny, gdzie wytyczone są określone cele do zrealizowania i zmiana środków komunikacji własnie na rower będzie w tym niezbędna 

    Stała się jedna niedobra rzecz, że wśród 17 celów zrównoważonego rozwoju ONZ transport został pominięty. Co za tym idzie nie ma tam roweru. Natomiast jeśli przyjrzymy się tym celom uważnie, rower można zaadaptować do każdego z nich. 

    Zastanawiam się, dlaczego, choć rower z nami, w sensie ludzkości, jest już tak długo, wielokrotnie jest pomijany przy powstawaniu nowych rozwiązań urbanistycznych. 

    Być może dlatego, że w naturze roweru jest pewna wolność. Jeśli mamy ochotę skręcić w lewo, skręcamy w lewo, jeśli w prawo, skręcamy w prawo. I większość ludzi wraca po jeździe do domu nie tylko zmęczona, ale przede wszystkim zrealizowana. Odstawiają rower i przechodzą do dalszych czynności. 

    Potrzebujemy więc aktywistów, którzy dodatkowo coś zrobią, napiszą, zagłosują. 

    Musimy mieć świadomość tego, że mamy 2 miliardy rowerów na świecie a ponad połowa ludzkości potrafi jeździć. Jest to więc nieprawdopodobna siła wyborcza, która może bardzo wiele zmienić. 

    Wydaje się, że powinno być do tej pory zrobione więcej, ale takie wstrząsy jak koronawirus przyspieszają pewne decyzje, które powinny być podjęte znacznie wcześniej. 

    A ta obecna rewolucja, jak długo ona potrwa?

    Wielu ludzi wciąż pamięta kryzys paliwowy z lat ‘70. Myślę, że to wszystko będzie się rozwijało w dobrym kierunku. Zwłaszcza w obliczu globalnej dyskusji na temat klimatu i zdrowia. 

    Ze względu na swoją przeszłość w sporcie wyczynowym i obecną działalność społeczną i naukową jest Pan dobrą osobą do odpowiedzi na kolejne pytanie. Mam wrażenie, że w dyskursie publicznym jest duży rozdźwięk między rowerem jako środkiem transportu, formą rekreacji i sportem, co powoduje wiele konfliktów czy złych skojarzeń. Są konflikty z kierowcami, jest obawa przed wysiłkiem lub zmęczeniem. Jak zatem powinno się mówić o czymś tak różnorodnych, by takich sytuacji uniknąć?

    Po pierwsze trzeba kierować się zdrowym rozsądkiem. Musimy się nauczyć dzielić przestrzenią. Kierowcy z rowerzystami, rowerzyści z ludźmi na rolkach i innych urządzeniach. Mamy coraz mniej przestrzeni, jesteśmy wszyscy uzależnieni od istniejących reguł. 

    Jeśli chodzi o sport wyczynowy, najmniej problemów mają oczywiście kolarze torowi, ale też kolarze górscy czy bmx, którzy korzystają ze swoich, niezależnych tras. Statystycznie w najgorszej sytuacji są kolarze szosowi, którzy nie tylko poruszają się po drogach publicznych, ale spędzają tam bardzo wiele czasu, więc ryzyko kolizji rośnie. 

    Trening na szosie jest coraz trudniejszy przez zwiększający się ruch samochodowy, problem jest skomplikowany. Jeśli ktoś jeździ lata bez wypadku, musi niestety wziąć pod uwagę, że po prostu ma wiele szczęścia. 

    Pewnym nieszczęściem jest, że przeciętny rower wytrzymuje bardzo długo, więc producenci niekoniecznie zarabiają bardzo duże pieniądze. To jest doskonała maszyna, która została wymyślona ponad 200 lat temu i ciągle nam służy w stosunkowo niezmienionej formie. 

    Wracając do samego Światowego Dnia Roweru, całość zaczęła się od artykułu i projektu dla studentów a teraz przez sytuację, której doświadczamy, ten “dzień roweru” faktycznie mamy nie tylko trzeciego czerwca, ale codziennie. Czy w związku z tym czuje się Pan prekursorem?

    Ja to ujmę inaczej. W pewnym momencie znalazłem się we właściwym momencie otoczony właściwymi ludźmi i podjąłem właściwą decyzję. Z perspektywy czasu wygląda na to, że nie miałem innego wyjścia. 

    Napisałem artykuł dla Banku Światowego, który był zatytułowany “Kolarstwo to interes nas wszystkich”. Zostałem zaproszony na konferencję do Seulu, gdzie wygłosiłem wykład, co pozwoliło mi uczestniczyć w kolejnej tym razem w Taipei. 

    Uznałem, że brakuje jednego elementu, który by spajał wszystkich tych, których łączy rower. Choćby producentów z użytkownikami rowerów. Każdy działa w swojej wąskiej przestrzeni a światowy dzień roweru ma nam pomóc lepiej wspólnie funkcjonować. 

    Głównym celem Światowego Dnia Roweru jest, by każdy na świecie potrafił jeździć na rowerze. Druga rzecz, chcielibyśmy, by ten symboliczny trzeci czerwca faktycznie dział się codziennie. Czy przez dojazdy do pracy, do szkoły, czy przez weekendową jazdę rekreacyjną. To przecież jest znakomita forma utrzymywania nie tylko kondycji fizycznej, ale też psychicznej, emocjonalnej dla całych rodzin. 

    Rower jednoczy. I to należy bardzo wykorzystywać. Ma to do siebie, że jest bardzo prosty w obsłudze. 

    Pewnym nieszczęściem jest, że przeciętny rower wytrzymuje bardzo długo, więc producenci niekoniecznie zarabiają bardzo duże pieniądze. To jest doskonała maszyna, która została wymyślona ponad 200 lat temu i ciągle nam służy w stosunkowo niezmienionej formie. 

    Jest niewiele takich urządzeń wymyślonych przez człowieka, które służą nam tak długo a równocześnie pozwalają na tak wiele, w tym na kontakt z naturą. 

    Ta maszyna staje się coraz lepsza. Jeśli chodzi o sport wyczynowy wygląda na to, że rower prześcignął człowieka, który jest już na granicy swoich możliwości. 

    Mam też wrażenie, że coraz więcej ludzi będzie jeździło na rowerze. Tych którzy będa zmęczeni czy wręcz zniszczeni siedzeniem przy komputerze a będą szukali aby szybko i tanio doświadczyć czegoś przyjemnego, spotkać się z innymi. 

    Niewątpliwie infrastruktura jest tu kluczem, chociaż trzeba pamiętać, że można też pojechać do lasu. 

    Nasz Peter Sagan, mówię “nasz”, bo robi to po raz trzeci,  promuje Światowy Dzień Roweru. UCI z tej okazji przygotowuje na Zwifcie zawody, w których wezmą udział Chris Foome, Victor Campenaerts, Chloe Dygert i Jolanda Neff. 

    Krajem, który wiedzie prym w światowym dniu roweru są niespodziewanie Indie, gdzie rower bardzo zyskuje na popularności. Zaangażowane są też Australia i Japonia. Czekamy tylko na naukowców z Antarktyki, którzy wsiądą na rower stacjonarny. 

    Chodzi przecież o wspólną zabawę, spędzanie wolnego czasu i promowanie roweru. Filozofia tego święta pokazuje nam, co można robić na rowerze. 

    Pomaga nam Światowa Organizacja Zdrowia, która wydała oświadczenie, że rower jest najlepszym środkiem transportu, który pozwala dbać o zdrowie. A firma konsultingowa Deloitte wskazuje, że już wkrótce bez roweru nie będzie można się obyć. Na samym końcu wsparł nas też premier Wiekiej Brytanii, Boris Johnson, który zrobił wiele dla ruchu rowerowego będąc burmistrzem Londynu zapowiedział, że nadchodzi złote stulecie roweru. Ministrowie z Danii i Holandii są też oczywiście z nami, podobnie jak pani burmistrz Bogoty, Claudia López Hernández czy Anne Hidalgo z Paryża. 

    Nie wiem, czy w najbliższych latach będziemy operowali w głównie obrębie rowerów elektrycznych. Z pewnością pomagają one producentom rowerów, zachęcając ludzi do wymiany sprzętu. Są też bardzo użyteczne dla osób starszych, do tej pory często wykluczonych z jazdy na rowerze. 

    Ze strony sportowej powinniśmy też pamiętać, że kolarstwo od samego początku było wśród założycieli współczesnego ruchu olimpijskiego. 

    Z kolei dla Polaków rower jest jedną z najchętniej uprawianych dyscyplin. 

    Ja jestem optymistą. Nie ma w tym momencie rozwiązań urbanistycznych bez roweru. Kto się w tym najlepiej odnajdzie, będzie wielkim zwycięzcą. 

    Leszek Sibilski jest profesorem socjologii na Montgomery College w Rockville, w stanie Maryland, USA. W latach ‘70 wyczynowo uprawiał kolarstwo torowe na poziomie reprezentacji Polski. Po zakończeniu kariery sportowej zajął się działalnością społeczną i naukową. Jest konsultantem Banku Światowego oraz Organizacji Narodów Zjednoczonych. Z jego inicjatywy ONZ w 2018r. ustanowiła 3. czerwca “Światowym Dniem Roweru”. 

    Wykorzystane zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum prof. Sibilskiego.

  • Jak się robi maratony warte zapamiętania?

    Jak się robi maratony warte zapamiętania?

    Cyklokarpaty to maratony rowerowe, na których co roku chętnie się pojawiam. To fajne zawody organizowane z ambicją i zaangażowaniem. O tym, jak zrobić maraton, na który uczestnicy chcą wrócić a bloger interesuje się nim nawet, gdy nie ma podpisanej umowy o współpracę zapytałem odpowiedzialnego za serię Kellys Cyklokarpaty, Grześka Prucnala.

    Marek Tyniec: Jak to jest, że się nie wymieniamy bannerkami a mimo to teraz rozmawiamy?
    Grzegorz Prucnal: Tak mówisz, że się nie wymieniamy? Ale chyba się czytamy i o sobie wiemy. Nie jestem przekonany, czy wymienianie się bannerkami jest potrzebne, żeby o sobie mówić. Bannerek gdzieś wiszący jest, cóż, tylko bannerkiem.

    MT: Ludzie się bardzo lubią wymieniać bannerkami. To czasem jest takie clou całej umowy o współpracy.
    GP: I logo, które koniecznie musi być w określonym rozmiarze, nie mniejszym niż logo innego partnera. Może dlatego się nie wymieniamy, że będziesz chciał jeszcze większy ten bannerek i braknie nam miejsca na stronie?

    MT: Niekoniecznie, ale do meritum. Kiedy się Cyklokarpaty zaczęły?
    GP: 2008 rok. Więc wkrótce będziemy mieli dziesięciolecie.

    MT: A ty ogarniasz Cyklokarpaty od samego początku?
    GP: Cyklokarpaty na początku wyglądały tak, że na jesieni 2007r było spotkanko osób, które organizowały kilka maratonów na Podkarpaciu: w Pruchniku, Komańczy, Przemyślu. Byłem też ja, miałem zajmować się stroną internetową wyścigów ale się tak poskładało, że w trakcie sezonu przejąłem też część spraw stricte maratonowych i tak już zostało.

    MT: I teraz jesteście serią? no właśnie jak to nazwać? Regionalną? Ogólnopolską? Bo lubimy nazywać, że coś jest ?jakieś?. Np. ?największy w tej części Europy?. Jakie są zatem Cyklokarpaty?
    GP: Na pewno jesteśmy największą serią maratonów rowerowych ?w tej części świata?. Nie wybiegamy bardzo ani na zachód ani na północ. Staramy się pokazać nasze imprezy jak największemu gronu uczestników, ale nie planujemy robić imprez gdzieś pod Warszawą czy Wrocławiem.

    MT: Użytkowników macie raczej tych bardziej lokalnych?
    GP: Średnio zawodnicy mają do nas dwie godziny drogi. To jest maksymalnie, ile chcą poświęcić. Myślę, że w większości imprez rowerowych w tym momencie to tak wygląda. Jest ich tyle, są niemal w każdej miejscowości w kraju, że głupio byłoby jechać dłużej niż te dwie godziny. Ale mimo to zachęcamy wszystkich, aby nas odwiedzili, bo pod Warszawą czy pod Wrocławiem nie zobaczy się tego co u nas.

    MT: Gdy sobie przypominam, że jeszcze niedawno robiliśmy po 20tys kilometrów rocznie autem jeżdżąc na zawody, to było jakieś zupełne wariactwo. A jak dobrze pójdzie, to w tym roku będę miał większość wyścigów nie dalej niż 80km od domu.
    GP: Czyli ty też nie zapuszczasz się gdzieś dalej?

    MT: No nie?
    A powiedz mi, robicie zawsze na koniec sezonu dość obszerną ankietę? Co z niej wynika? Jaki czynnik decyduje o tym, że ludzie przyjeżdżają właśnie do Was, nie licząc odległości oczywiście.
    GP: Przede wszystkim doceniają atmosferę. Gdy czytam sobie te podsumowania, a jest co czytać, bo kilkaset osób wypełnia tę ankietę i często daje nam solidnie popalić, przede wszystkim pokazując, w którą stronę nie iść, to wskazują atmosferę. I wydaje mi się, że tworzą ją właśnie sami zawodnicy, których jest coraz więcej i którzy coraz chętniej do nas przyjeżdżają. A potem oni mówią nam, jak chcą, żeby Cyklokarpaty wyglądały i my staramy się spełnić te oczekiwania.

    MT: Mnie się nie do końca tak wydaje, że to ?tylko? ludzie. To znaczy niewątpliwie też, ale ja nie zakładam, że uczestnicy maratonów są inni na Podkarpaciu a inni na przykład na Mazowszu. Co do zasady jesteśmy podobni. Tym bardziej, że ja nie startuję w żadnej serii maratonów jako całości, więc wszędzie jestem gościem, więc mam jakieś porównanie. I u was jest jakoś fajniej i mam wrażenie, że to jest też trochę wasza zasługa.

    GP: Może to jest ta kwestia, że staramy się słuchać. Nie tylko, że robimy tę ankietę, ale na bieżąco rozmawiamy z zawodnikami, cały czas można przecież coś poprawiać. Kiedy jest wola, żeby coś zmienić, to po prostu to robimy. Nie jesteśmy zamknięci na schematy, poszczególne imprezy nie są robione od A do Z według tego samego scenariusza, może to jest to, co nas wyróżnia.

    MT: Mam też wrażenie, że wykonujecie wiele takich drobnych, ale ważnych gestów,które z mojego, zawodowego punktu widzenia są właściwie czystym marketingiem, ale bardzo przyjemnym w odbiorze..
    GP: … dostałeś od nas kartkę w tym roku?

    MT: Dostałem! Była super i o kartki chciałem właśnie zapytać. Ile ich wysłaliście?
    GP: Kilka tysięcy. Mieliśmy w okolicach 2000 zdjęć, które były otagowane i mam nadzieję, że nie były otagowane błędnie, więc zawodnicy dostali właściwe.

    MT: Ale przecież to jest koszt…
    GP: No jakiś koszt jest, ale sposób, w jaki to zadziałało, zawodnicy te kartki publikowali, przekazywali sobie o nich informację.

    MT: Zwłaszcza, że to nie były byle jakie zdjęcia.
    GP: Zgadza się, to były bardzo fajne zdjęcia. Fotografowie, którzy z nami współpracują robią bardzo dobre zdjęcia i my je chętnie wykorzystujemy. Z kartkami była taka historia, że zaplanowaliśmy ich wysyłkę, kiedy publikowaliśmy kalendarz. Troszkę zawiodła poczta, bo doszły kilka godzin później, kalendarz opublikowaliśmy w poniedziałek wieczorem, a zaczęły do was dochodzić we wtorek, ale i tak jesteśmy zadowoleni, bo zawodnicy dobrze to odebrali, mogą mieć cały czas kalendarz przed sobą i planować starty u nas.

    MT: Wysyłacie też smsy. Dużo smsów. O ile się orientuję, nikt inny tego nie robi. Nie jesteście najwięksi, ale jak na nasz rynek są to dość progresywne działania. Więksi i bogatsi tego nie robią.
    GP: Nam najbardziej zależy na tym, żeby zawodnicy, którzy decydują się do nas przyjechać, nie denerwowali się przed samym startem tym, co muszą zrobić, gdzie pójść, zapłacić itd. Teraz (rozmawialiśmy na początku marca, przyp. MT) mamy ok. 900 numerów zarezerwowanych, w tamtym roku o tej porze mieliśmy 500-600. Coraz więcej osób myśli o tym, żeby u nas wystartować. Informując zawodników wcześniej, że i nam i im będzie łatwiej, jeśli zarejestrują się z wyprzedzeniem, pokazujemy, że nam na nich zależy.Stąd też opłaty startowe są tak zrobione, że jadąc na zawody będzie można zapłacić jeszcze przez telefon, z drogi, mniej niż kilka chwil później w biurze.. Lubimy się spotykać z zawodnikami, ale wolimy na samym starcie a niekoniecznie w biurze, gdy się irytują, że muszą czekać na obsługę.

    MT: Jest jeszcze jeden wyróżnik, z którym was kojarzę. Dyplomy, pucharki i to, co jest na nich napisane jest mocno nieformalne. Skąd taki pomysł?
    GP: Dlaczego nieformalne?

    MT: Zamiast ?dyplom za miejsce? jest czasem napisane ?uszanowanko?
    GP: A ile już dyplomów dostałeś w swoim życiu?

    MT: Trochę
    GP: No właśnie. A ten pamiętasz. Nas to nic nie kosztuje, żeby zrobić fajny dyplom. Przecież jest fajnie dostać coś, co zachowasz jako przyjemną pamiątkę.

    MT: Z mojego punktu widzenia to wygląda tak, że jednak dość mocno myślicie o uczestnikach swoich maratonów.
    GP: No tak, przecież robimy je właśnie dla nich, nie robimy ich dla siebie.

    MT: Niby tak, ale znam takie powiedzenie, że zawsze na końcu jest aspekt finansowy imprez rowerowych. Nie wiem, jak to teraz wygląda, ale zwykło się mówić, że jest pewien limit uczestników, poniżej którego nie opłaca się robić maratonu. Wyprowadź mnie z błędu, ale u was czasami do, powiedzmy, 500 uczestników trochę brakuje.
    GP: Zgadza się, często nie ma 500 osób, ale ważne jest to, jak się wydaje pieniądze, które się otrzymuje od zawodników. Jeśli poruszamy kwestię dyplomów, to te dyplomy i tak trzeba zrobić, ponosząc ich koszt…

    MT: …ale można dać plastik z hurtowni medali, albo np. grawerowane drewienko, które ktoś musi wymyślić, zaprojektować, trzeba zapłacić grafikowi itd.
    GP: Gdy dostaniesz plastikowy medal, to wrzucisz go do szuflady albo przy najbliższej okazji do kosza. A gdy dostaniesz coś ciekawego, zrobionego specjalnie z myślą o tobie i o tej imprezie, to nie musi być wielki, szklany puchar, którego i tak nie masz gdzie postawić, to za tym idzie twój następny start u nas. A wtedy koszt tego przygotowania wygląda inaczej.

    MT: Przy ostatnich porządkach wielu medali faktycznie się pozbyliśmy. A drewienka z Cyklokarpat zostały i służą za podstawki pod kawę.
    GP: Dla wielu zawodników, i tych, którzy stają na podium regularnie i tych, którzy stają tylko od czasu do czasu, to jest ważne, jak zostaną wyróżnieni. Kilka lat temu jeden z zawodników pochwalił się na facebooku tym, że palił naszymi statuetkami w kominku, opinie były różne. Tak czy inaczej to, jak wygląda puchar czy statuetka wyraża nasz szacunek do uczestników, do ich wysiłku i rywalizacji.

    MT: A propos zawodników. Gdy ktoś ?z zewnątrz? do was przyjedzie, to może się zdziwić poziomem sportowym, jaki prezentują stali bywalcy Cyklokarpat. Mam wrażenie, że ludzie trochę nie mają ze sobą kontaktu, wyjazd poza swój region oznacza, że tam mogą czyhać bardzo mocni rywale. Co może przekonać zawodnika, takiego trenującego i zaangażowanego, żeby wybrał sobie Cyklokarpaty jako cel sportowy?
    GP: Jest u nas wielu bardzo dobrych zawodników. Czasy uzyskiwane na trasach są co roku poprawiane. Dobrze jest się ?przeciągnąć? z takimi zawodnikami, którzy u nas startują.

    MT: A nie korci was, żeby zaprosić do siebie czołówkę ogólnopolską? Mieliście przecież doświadczenie z organizowaniem eliminacji Pucharu Polski.
    GP: Mieliśmy, owszem, ale wolimy to doświadczenie traktować jako jednorazowy wypadek przy pracy. Jesteśmy trochę zrażeni do działań PZKolu, nie umniejszając roli, jaką odgrywały osoby bezpośrednio zaangażowane w Puchar, ale póki co nas do tego nie ciągnie.

    MT: Czyli w maratonowym Pucharze Polski nie było ?wartości dodanej??
    GP: Zawodnicy startują, przyjeżdżają sędziowie, którzy chcą wykonywać pracę, za którą my już komuś zapłaciliśmy i on to robi dobrze (mam na myśli np. pomiar czasu), do tego dochodzą różne interpretacje i rozbieżności w regulaminach. Do tego na Pucharze Polski były problemy z dekoracją, nikt nad tym nie panował, sami zawodnicy chyba nie byli do tej idei przekonani.

    MT: To skoro nie Puchar Polski, to co może przekonać zawodników wyczynowych, żeby u was startowali? (poza tym, że nie mogą, bo działa przepis o imprezach zabronionych). Pieniądze?
    GP: Wiesz co, sporo osób z elity startowało u nas w zeszłym roku poza klasyfikacją z numerem ?VIP?. Chcieli przyjechać, żeby pościgać się z naszymi zawodnikami i na naszych trasach. To czy ktoś taki jest w wynikach czy nie, nie jest dla mnie wyznacznikiem imprez, jakie robimy. Zapraszamy zawodników elity, zawsze ich miło witamy, ale czy mamy o to specjalnie zabiegać, takim czy innym kosztem, cóż, raczej się do tego nie przykładamy.

    MT: Pytam, bo mam na myśli zawody np. w Czechach czy na Słowacji i tam jest coś, czego u nas brakuje, czyli prestiż konkretnych imprez, które w danej miejscowości są organizowane przez wiele lat, są stałym punktem kalendarza, ważnym wydarzeniem, na którym pojawiają się ?wszyscy?.
    GP: Poniekąd też tak działamy, robiąc imprezy w tych samych miejscach przez kilka sezonów. Na zachodzie lokalne ośrodki promocji dbają o to, żeby impreza była u nich co roku, razem z gminą budując swoją markę. U nas tak nie ma, ciężko znaleźć lokalnych, stricte urzędowych działaczy, którzy stwierdzą, że takie zawody to dla nich coś dobrego. Zawsze wiele zależy od wyników wyborów samorządowych, po których czasami okazuje się, że pieniądze będą, owszem, na sport, ale np. na piłkę nożną. Tym bardziej, że choć dla zawodników liczy się trasa, niekoniecznie chcą wracać w te same miejsca, bo chcą odkrywać nowe szlaki.

    MT: W tym roku macie bardzo dużo imprez…
    GP: 14, tyle samo co rok temu. Zaczynamy trochę wcześniej, odstępy między kolejnymi eliminacjami są trochę większe, większa jest też rozpiętość geograficzna, od Horyńca całkiem na wschodzie po Rzyki koło Andrychowa, gdzie będzie fajna, górska, impreza. Myślę, że większej ilości zawodników będzie u nas łatwiej wystartować.

    MT: To ilu macie takich zawodników, którzy zaliczają 100% imprez?
    GP: Mamy nawet takiego, który w zeszłym roku zaliczył dwie ?generalki?. Ponieważ do klasyfikacji liczy się 7 startów, on przejechał 7 na dużym i 7 na średnim dystansie. Sporo było takich osób, które przejechały wszystkie imprezy. Wręczaliśmy im potem dyplomy w ramkach i palce nas trochę bolały od pakowania.

    MT: Mimo wszystko trzeba być mocno zdeterminowanym, żeby brać udział w tylu maratonach w sezonie…
    GP:…albo nas lubić

    MT: Czyli myślisz, że to się sprowadza głównie do lubienia albo nie lubienia? Do sentymentu?
    GP: Wiesz co? zdrowy tryb życia można prowadzić zawsze i wszędzie, ale coś musi cię ciągnąć, żeby ciągle spotykać się z tymi samymi ludźmi w mniej więcej tych samych miejscach. To, że ja byłem na wszystkich, naszych imprezach, to nie znaczy, że każdy musi na nich być.

    MT: Czyli co? Puchar Polski nie?
    GP: Póki co nie…

    MT: Cały czas lokalnie…
    GP: tak, cały czas lokalnie.

    MT: i? jesteście po prostu mili?
    GP: Tak, jesteśmy mili. Dzisiaj nawet rozmawiałem prezesem jednego z klubów, które u nas nie jeździły i dowiedziałem się, że dzięki temu, że u nas do ?generalki? liczy się właśnie 7 imprez, to może pogodzić starty w Cyklokarpatach ze startami w innych zawodach, trochę pozwiedzać. Może faktycznie jest tak, że jesteśmy mili?

    Zdjęcia użyte w tekście możecie znaleźć na facebooku cyklokarpat.

  • Bartek Wawak: gdy stajesz na starcie, jedyne, co masz zrobić, to walczyć jak gladiator.

    Bartek Wawak: gdy stajesz na starcie, jedyne, co masz zrobić, to walczyć jak gladiator.

    Czy żeby zostać mistrzem Polski trzeba wyjeżdżać na zgrupowania w ciepłe kraje? Ile godzin należy wysiedzieć na szosie, by skutecznie rywalizować w cross country? Jak to jest ścigać się w Pucharze Świata XCO? Bartek Wawak opowiada o życiu profesjonalnego kolarza górskiego.

    Choć nie pojechał na Igrzyska do Rio, sezon 2016 zakończył z kilkoma cennymi sukcesami na koncie. W swoim pierwszym sezonie jako zawodnik elity zdobył mistrzostwo kraju, pierwszy raz zajął też miejsce w top30 Pucharu Świata XCO seniorów.

    Reprezentuje Kross Racing Team, jedną z nielicznych grup z licencją UCI Elite MTB Team. Choć pochodzi z Beskidów, na co dzień mieszka i trenuje w Krakowie, dzięki czemu udało nam się spotkać w styczniowe, poniedziałkowe popołudnie.

    Marek Tyniec: Poniedziałki masz wolne?
    Bartek Wawak: Raczej nie, dzisiaj musiałem sobie tak ustalić dzień, żeby się z tobą zdążyć spotkać. Musiałem jeszcze pojechać z kotem do weterynarza.

    MT: A zazwyczaj?
    BW: To różnie. Wszystko zależy od tego, jak wypadają treningi.

    MT: Czyli ile godzin dziennie jesteś w pracy? Wliczając w to, że np. teraz też właściwie jesteś w pracy.
    BW: To zależy, ale najczęściej tak około czterech godzin jeżdżę na rowerze. W tym momencie to jest w sam raz.

    MT: A jak ogarniasz całą resztę? Czyli jedzenie, serwis? Wasza grupa to grupa zawodowa, ale każdy mieszka i pracuje gdzie indziej, zatem musisz to sobie zorganizować sam…
    BW: Moja narzeczona nie przepada za mięsem, więc muszę się trochę do niej dostosować. Staramy się wszystko tak zrobić, żeby posiłki były odpowiednio wartościowe, wzbogacone o witaminy i minerały.

    MT: Jesteście wege?
    BW: Nie, rybka jest.

    MT: Pytam, bo właściwie, jakby się zastanowić, to jedzenie też jest twoją pracą…
    BW: No ale, jakbyś tak wyliczał, to mógłbyś powiedzieć, że dojście do pracy też jest twoją pracą

    MT: Trochę tak
    BW: Ale nikt ci za to nie płaci a mi za jedzenie.

    MT: Zgadza się, ale np. utrzymanie masy ciała wchodzi w zakres twoich obowiązków
    BW: Wiesz co, wydaje mi się, że to bardziej działa na szosie. Jednak oni muszą bardziej trzymać wagę na jakimś, określonym poziomie. W mtb to też jest ważne, ale nie aż tak.

    MT: A jak sobie radzisz z serwisem? Robisz sam, czy korzystasz z czyjejś pomocy?
    BW: Mam to szczęście, że Hubert Grzebinoga jest w Krakowie, więc on mnie trochę w tym wyręcza.

    MT: To ile masz rowerów w domu?
    BW: Aktualnie? Trzy. Teraz tylko te do treningu: jeden enduro, szosa i góral, sztywny.

    MT: Któryś jest z błotnikami?
    BW: No oczywiście, każdy!

    MT: Pytam o takie rzeczy, bo was, kolarzy zawodowych, profesjonalnych czy jakby tego nie nazywać jest zaledwie kilku, łącznie szosowych i górskich.
    BW: To zależy, kogo chcesz tak nazwać, czy tego, kto w ten sposób pracuje, czy hobbystę-pasjonata?

    MT: Jakby tego nie liczyć i nazywać, to jest bardzo niewielka grupa zawodowa. Może kilkadziesiąt osób w sumie.
    BW: Jeśli tak na to patrzeć, to się zgadza. Generalnie kolarz w Polsce nie ma lekko. Jednak, nawet jeśli nie weźmiesz pod uwagę tych posiłków, których nie będę liczył, czasu na kolarstwo poświęcasz sporo. Musisz sobie zaplanować cały dzień, bo tyle to wszystko zajmuje. A jeszcze teraz, zimą, nie wyjedziesz na rower o dowolnej porze. Akurat jestem jednym z tych zawodników, którzy zimą zostają w kraju…

    MT: ?no właśnie, dlaczego?
    BW: Bo mam wszystko pod ręką. Nie potrzebuję nigdzie jechać. Gdy już gdzieś jadę, muszę szukać tracków, żeby zaplanować te kilka dni trenowania. A tak to, jak jestem na miejscu, wiem, gdzie co mam, w każdej chwili mogę coś załatwić, jeśli jest taka potrzeba. Jest to dla mnie mniejszym obciążeniem.

    MT: Miejsce, które sobie wybrałeś do życia i do trenowania jest dość nietypowe. Mimo wszystko kolarstwo górskie nie kojarzy się z milionowymi aglomeracjami.
    BW: Kraków nie jest złym miejscem dla kolarza górskiego, choćby ze względu na to, że mamy Lasek Wolski. Jest tu jeszcze parę miejsc w okolicy, gdzie mieszka kilku dobrych kolarzy, chociażby Sławek Łukasik. Downhillowiec w mieście to może trochę zabawne, ale jak widać się da i to całkiem dobrze.

    MT: A co z powietrzem i smogiem?
    BW: Wszędzie jest takie samo. Jakbym mieszkał tam, skąd pochodzę (Bielsko, przyp. MT), to mógłbym mieć nawet trochę gorsze warunki pod tym względem. Ale tak naprawdę mieszkam na obrzeżach Krakowa, więc gdy wyjeżdżam na trening, to nie jestem za długo w mieście z tym powietrzem.

    MT: Możesz powiedzieć, kto jest twoim trenerem?
    BW: Na szosie może tego tak nie widać, odnośnie metod treningowych, ale w mtb, jeśli chcesz robić progres, musisz cały czas coś zmieniać, szukać nowych rozwiązań. Intensywność treningów i samych wyścigów jest zupełnie inna. Więc odpowiadając na pytanie, trenuję siebie sam.

    MT: To stąd się bierze twoja przewaga? Że cały czas coś zmieniasz? Bo dość dawno nie było takiej sytuacji, żebyś w Polsce z kimś przegrał.
    BW: Nie wiem, czy to jest moja przewaga. Podchodzę do tego w ten sposób, że mam kontrolę nad tym, co robię. Nie do końca uznaję to, że trener, który mi pisze plany treningowe, będzie wiedział, jak się w danym momencie czuję i czy te treningi naprawdę na mnie działają. To w sumie przerabiałem jeszcze z Markiem Galińskim, sam mi to mówił, że nie każdy trening może dawać progres. Każdy jest inny. Ja się na pewno w ten sposób lepiej czuję.

    MT: Wspomniałeś Marka Galińskiego. Pracowaliście razem zaraz na początku twojej kariery…
    BW: ?zanim to się stało, jeździłem w Sokole Kęty, to był mój pierwszy klub i tam trenerem był Piotr Karkoszka, a potem wskoczyłem od razu do Marka. I to były 3-4 lata takiej ścisłej współpracy. A teraz zawsze znajduję jakieś nowe informacje, które przekładają się na efekty.

    MT: W bardzo młodym wieku trafiłeś najpierw do jednej, potem do drugiej grupy zawodowej. Teraz masz wciąż niewiele, bo rocznikowo 24 lata. Myślisz, że mógłbyś być kimś innym, niż kolarzem?
    BW: Nie wiem, na pewno chciałbym być przedsiębiorcą. To jest mój drugi cel w życiu, nie tylko kolarstwo. Ciężko mi teraz powiedzieć, na pewno chciałbym skończyć studia. Jest wiele osób, które to robi, łącząc sport z uczelnią, ale nie do końca jestem do tego przekonany. Jednak nie poświęcasz w 100% uwagi jednej rzeczy. Jej dzielenie jest dla mnie pewnym utrudnieniem. Dla innych tak jest lepiej, np. gdy sobie nie radzą ze stresem, mogą np. czas po treningu czy przed wyścigiem poświęcić na naukę. I jakoś im dzień mija, nie przejmując się obowiązkami. Ja się zaliczam do tych, którzy muszą się skupić na jednej rzeczy.

    MT: Czyli ty teraz skupiasz się na kolarstwie. A konkretnie na cross-country, i tylko na cross-country?
    BW: Aktualnie tak, ale może uda się wystartować też w kilku maratonach.

    MT: Na początku zrobiłeś kilka super wyników w maratonach. Jako młody orlik byłeś szósty na mistrzostwach świata. I pewnie, gdybyś chciał to kontynuować, to mógłbyś należeć do ścisłej czołówki. Pierwsza dziesiątka czy pierwsza piątka na świecie, nawet w mniej popularnej dyscyplinie, to jest fajnie. A na Pucharze Świata XCO, jeśli się załapiesz do pierwszej trzydziestki, to jest to twój najlepszy wynik w sezonie. Jaka jest twoja motywacja, żeby sobie samemu robić tak pod górkę?
    BW: To są dwie różne dyscypliny. Możliwe, że było mi łatwiej przygotować się do dłuższego, ale mniej intensywnego wyścigu niż do bardziej intensywnego, na dużej mocy. Jednak potrzebuję trochę czasu, żeby się przełamywać i osiągać to co chcę. W maratonie, jeśli masz trochę sił w nogach i trochę szczęścia, to możesz to dobrze rozegrać. Trochę jak na szosie. Póki będę mógł, to będę się ścigał w xc, chociaż chętnie bym też pojeździł w etapówkach, może niekoniecznie w pojedynczych maratonach.

    MT: W sezonie 2016 byłeś 27. na Pucharze Świata w Kanadzie. Prawda jest taka, że bardzo niewielu zawodników jest w stanie zrobić taki wynik. Chociaż w tabelkach takie 27. miejsce wygląda słabo, ale realnie rzecz ujmując, to elita. Jak to jest, tam się dostać, osiągnąć taki poziom?
    BW: Z perspektywy lat, pamiętam jeszcze swój pierwszy start w Pucharze, w Offenburgu, gdzie tych zawodników w elicie stało na starcie 250 i to co się działo na rozbiegówce, gdy rowery latały w powietrzu, teraz tych kolarzy jest mniej. W Czechach i w Albstadt jest może 130 i to jest najwięcej.

    MT: Jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, to nawet to 30 czy 40 miejsce to jest wciąż czołówka. Żeby to zrobić, trzeba być prze mocnym…
    BW: Czy ja wiem. Na pewno tu 40, tam 30, gdzie indziej 27 miejsce. Z roku na rok to jest jakiś progres. Coś się dzieje i jest szansa, że będę się w stanie przebić wyżej.

    MT: A jak myślisz, jak wysoko możesz dojść? W tym roku. Albo w najbliższych latach?
    BW: Myślę, że tak, żebym jeździł cały czas w tej pierwszej dwudziestce czy może piętnastce Pucharu Świata, to potrzebuję jeszcze 2-3 lata. To jest jednak duża różnica między tymi zawodnikami ze ścisłej czołówki a resztą.

    MT: W sumie masz punkt odniesienia u siebie w grupie, czyli Fabiana Gigera, który w tej czołówce jest.
    BW: No jest? W tym roku chciałbym być cały czas w tej ?25?, ?30?, żeby z niej nie wypadać. Chciałbym się też w rankingu przebić do pierwszej trzydziestki.

    MT: Wtedy byłoby łatwiej?
    BW: Jest dużo łatwiej!

    MT: Jaka to jest różnica? Bo dużo się mówi, że polscy kolarze nie mają punktów UCI, w związku z tym stoją na końcu i przez to jest im trudniej.
    BW: Chociaż nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem tego, co robi Polski Związek Kolarski, to jednak uważam, że w kolarstwie jest podobnie jak np. przy budowaniu firmy. Wszyscy obwiniają Związek, a żeby coś stworzyć, musisz samemu zainwestować. Tak naprawdę, każdy powinien też dać coś z siebie. Każdy kolarz, czy wcześniej każdy rodzic, bo to oni są często pierwszymi sponsorami, tak było też w moim wypadku. Można się zebrać w kilka osób, wynająć busa i jechać na wyścig, chociażby do Czech. I już tam można zdobywać punkty. Jest parę osób w Polsce, które tak działają: Żabiński, Bieniasz, Gierczak.

    MT: Ale póki co, w elicie, tych punktów nie macie za wiele. Jaka jest różnica startu na Pucharze Świata z ostatnich rzędów a powiedzmy ze środka stawki?
    BW: Tak szczerze, to między końcem a środkiem nie ma różnicy. Ale powiedzmy między 50 a 30 miejscem jest już ogromna. Startując z 50, jeśli nie uda ci się przebić a początek trasy jest wąski, to niestety, ale bucik. Z górki, pod górkę? i tak tracisz czas. Dwie, trzy minuty, tylko na pierwszej rundzie. A męczysz się tak samo albo i bardziej. Kilka razy miałem okazję startować z pierwszej trzydziestki to już jesteś w stanie pojechać na swoim poziomie cały wyścig, wytrzymać do końca i nie tracić miejsc.


    MT: To jest bardzo deprymujące, gdy wiesz, że stoisz na starcie i czekają cię dwie godziny takiego szarpania się, i niewiele możesz na to poradzić?
    BW: W takich momentach bardzo ważna jest głowa. Nie ma się co załamywać. Tutaj mistrzynią jest Kasia Solus. To jest jednak wyścig i trzeba jechać. Czasem się uda przebić, czasem nie i potem już jedziesz tylko po to, żeby przejechać. I jedyne, co może zostać, to satysfakcja taką, jaką miałem w La Bresse, że przynajmniej na zjeździe, sprawdzałem na Stravie, byłem najszybszy.

    MT: A propos. Dużo ćwiczysz technikę?
    BW: Na pewno muszę trochę w tym roku to nadrobić. Nie powiedziałbym, że to jest moja mocna strona. Cały czas widzę na wyścigach, że na technicznych odcinkach tracę czas. Na drobnych elementach. Np. na szybkich zakrętach, podobnych do tych w przełajach.

    MT: Jak wiele, przy tym jak obecnie wyglądają trasy XC trzeba poświęcać treningowi techniki, jazdę w terenie a nie tylko na budowanie parametrów fizjologicznych?
    BW: Z perspektywy lat, wcześniej trenowałem więcej na szosie, tak teraz powinno być na odwrót. Jak najwięcej spędzać czasu na rowerze górskim, na którym można przecież zrobić to samo co na szosie. A przecież pozycja jest inna, ułożenie rąk, inaczej rozkłada się ciężar, inaczej pracujesz ciałem. Właściwie każdy trening możesz zrobić na górskim rowerze. W sumie, Szwajcarzy tak trenują i mają efekty. Też zmieniły się trasy, ich długość. Kiedyś w elicie jechało się 2-2,5 godziny. Było to trochę podobne w charakterze do maratonu. No i są oczywiście trudniejsze. Teraz tylko Albstadt jest taką oldschoolową trasą. I to jest ulubiona trasa Fabiana (Gigera), on tam zawsze najlepiej sobie radzi.
    Teraz, przez trudność tras, ograniczyła się liczba zawodników, zostali tylko ci, którzy są w stanie na nich jakoś poradzić. A równocześnie to zawęża specjalizację i jeśli ktoś jeździ XC, to skupia się na nim. Zdecydowanie nie każdy sobie poradzi na trasie Pucharu Świata.

    MT: Cóż, nie każdy sobie poradzi na trasie Pucharu Polski…
    BW: …no właśnie, a jeszcze parę lat temu często było słychać narzekania ?taki zjazd, kto to zjedzie?, tak było chyba na mistrzostwach Polski.

    MT: No właśnie. Mistrzostwa Polski w tym roku będą w Warszawie. Co sądzisz o tym pomyśle?
    BW: Nie wiem, jak reszta, ja się cieszę. Jeśli trasa będzie tam, gdzie był Lang, to jest całkiem ciekawa. Trochę podjazdów, skoków, band. Wystarczy.

    MT: W tym roku mistrzostwa to będzie Wawak kontra Konwa, czy myślisz, że ktoś jeszcze się włączy do rywalizacji?
    BW: Nie wiem, ciężko mi powiedzieć, co kto robi przez zimę. Jezior może sobie dobrze poradzić, Kawalec może znowu wyskoczyć, ktoś z JBG2. Może się ktoś pojawić, komu przypasuje trasa i będzie miał dzień.

    MT: A z kolarzy górskich regularnie ścigających się w Polsce, kto jest najlepszy?
    BW: Dla mnie zawsze będzie to Marek Galiński.

    MT: Czemu tak rzadko ścigasz się w Polsce.
    BW: Bo nie mam z tego punktów. Sezon może być długi, ale nie ma na to czasu. Nie ma też kontaktu z zawodnikami czołówki światowej. To jest inna jazda, inne przepychanie się, wszystko jest inne.

    MT: Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, to było na prezentacji waszej grupy, w 2016 zimą, tak realnie myślałeś jeszcze, że wystartujesz na Igrzyskach w Rio? Czy już czułeś że jest posprzątane i nic z tego?
    BW: Liczyłem, że jakoś się uda. Ja zbierałem punkty tyle, ile mogłem. Pojechałem wszystkie wyścigi, które miałem pojechać i próbowałem punktować. Drugą osobą, która miała to robić był Marek Konwa. I jeśli ktoś, kto miał jechać do Grecji czy Turcji na wyścigi, gdzie można dość łatwo zebrać sporo punktów mówi przez Olimpiadą, że musi się przygotować do sezonu? Dobra, rozumiem to, bo ja też się chcę przygotować do sezonu, ale jeśli mamy walczyć o to miejsce na Igrzyska, to jednak trzeba trochę plany pozmieniać i jako trening traktować te wyścigi, na których musimy zbierać punkty. Żeby chociaż jeden z nas mógł jechać. Mi to już w pewnym momencie było obojętne, który z nas, ale żeby nie było takiej siary, jak wyszła. Takiej sytuacji, że nikt nie jedzie nie powinno być, ale ktoś musi zbierać punkty. Jedna osoba ich tyle nie zbierze, co trzy z innego kraju. Chyba, że się jest Nino Schurterem.

    MT: Myślisz, że po ciężkiej wiośnie, gdybyś jednak pojechał do Rio, to by coś zmieniło?
    BW: Fajnie by było pojechać ?zbierać doświadczenie?, ale już na Olimpiadzie według mnie się tego nie robi.

    MT: Teoretycznie za cztery lata będzie łatwiej. Prawdopodobnie będziemy mieli więcej wyścigów w kalendarzu UCI, nawet jeśli nie najwyżej punktowanych, to zawsze trochę…
    BW: Ale wciąż jedna osoba tego nie pociągnie. No i każdy chce podnosić swój poziom, czyli jednak ważne jest podnoszenie poziomu sportowego a nie jeżdżenie ?po ogórach?.

    MT: To ciekawe, bo jednak trochę żyjemy w takim świecie rządzonym przez liczby, statystyki i rankingi. A ty mówisz, że w sumie, to bardziej się liczy poziom sportowy zawodnika.
    BW: Statystyki liczą się pewnie dla Związku. Związek chce wysłać jak najwięcej zawodników na Igrzyska. A my nie jesteśmy nawet w pierwszej dziesiątce, więc musimy szukać miejsc, żeby zbierać punkty. Czyli jeździć po małych wyścigach, w tej Grecji czy Turcji. Bo jadąc na Puchar Szwajcarii, to jest taki mały Puchar Świata i tam już pierwsza dziesiątka, to sami świetni zawodnicy.

    BW: A może ty byś coś powiedział o Związku? Co sądzisz o wynikach wyborów?
    MT: Ja mam powiedzieć? Chyba najważniejsze będzie to, z kim prezes Banaszek będzie na co dzień współpracował. Ja mam na pewno o wiele mniej wspólnego ze Związkiem niż ty? Właśnie, ile ty masz właściwie wspólnego z PZKol, tak na co dzień?

    BW: Tyle, że jeżdżę na mistrzostwa w stroju kadry.

    MT: Aw jaki sposób Ciebie dotyczy sprawa wyboru trenera kadry narodowej?
    BW: W? żaden?

    MT: No ale było wiele zamieszania wokół tego, równocześnie was, kolarzy elity, jest właściwie kilku, jak to na ciebie wpływa?
    BW: Patrząc z mojej perspektywy podział na kadrę juniorów i młodzieżowców, poświęcanie większej ilości czasu młodszym zawodnikom było dobrym pomysłem. Czasem zostają hasła, które się usłyszało w tym czasie.

    Pamiętam, gdy byłem jeszcze w SMSie, przyjechał do nas trener Krawczyk i opowiadał o tym, jak to jest na olimpiadzie. Że jak już stajesz na starcie, to jedyne, co możesz i musisz zrobić, to walczyć jak gladiator. To bardzo dobre podejście. Jak już stajesz na starcie, to potem już walczysz do końca i nigdy się nie możesz poddać. Może to nie jest wiele, ale to jest motywujące i zostaje w głowie.

    Co aktualnie robi Bartek Wawak możecie śledzić na jego facebookowym fanpage https://www.facebook.com/BartWawak/, twitterze https://twitter.com/kolarz1  oraz na instagramie https://www.instagram.com/bwawak1/

    Zdjęcie okładkowe: materiały prasowe Kross Racing Team

  • Maciej Jeziorski: Żeby iść w górę, trzeba się poświęcić nie mniej niż w 100%

    Maciej Jeziorski: Żeby iść w górę, trzeba się poświęcić nie mniej niż w 100%

    Zwycięzca Pucharu Polski XCO. Akademicki Mistrz Polski XCO. Po finale Pucharu Szlaku Solnego w Rabce znalazł chwilę, by porozmawiać o tym, jak wygląda ściganie na rowerze górskim z perspektywy jednego z najlepszych zawodników mtb w kraju.

    Marek Tyniec: Kto jest najlepszym kolarzem górskim w Polsce?

    Maciej Jeziorski: Ciekawe pytanie? myślę, że Marek Konwa lub Bartek Wawak

    Bo? ?

    Bo są najszybsi!

    A gdzie są najszybsi?

    Na zawodach w Polsce. Na mistrzostwach Polski. Tyle, że Marek miał teraz kontuzję, więc ciężko powiedzieć, kto jest mocniejszy. W tej chwili pewnie Bartek Wawak, ale w przyszłym sezonie może być różnie.

    A zwycięzca Pucharu Polski jest w porównaniu z nimi gdzie?

    Zwycięzca Pucharu Polski, czyli ja (śmiech). Nie czuję się najmocniejszym kolarzem mtb, bo w Pucharze liczy się generalka, chodzi o regularność startów w danym cyklu. Akurat faktycznie nastawiałem się na tę serię, tam jeździłem i wygrałem. Zresztą o jeden punkt z Filipem Heltą, czyli z młodzieżowcem i to właśnie przede wszystkim orlicy mi deptali po piętach, jak Marceli Bogusławski, Filip czy Kuba Zamroźniak. Marek Konwa miał kontuzję, Bartek Wawak raczej takich wyścigów w Polsce nie jeździł, bardziej Puchary Świata i inne zagraniczne, konkretniejsze ściganie.

    maciek-jeziorski-02

    Właśnie, mamy Puchar Polski i to jest jakaś decyzja, deklaracja zawodnika, chęć, że tam jeździ. Jaka była twoja motywacja, żeby wybrać PP jako jeden z celów sezonu?

    Jakby ten Puchar Polski nie wyglądał, to jest najważniejszy cykl imprez xc w kraju. Ściganie na każdej eliminacji było dobre i ciekawe. Oczywiście myśląc o przyszłym sezonie chciałbym więcej się ścigać za granicą, ale czy to się uda, to zobaczymy. Wiadomo, że do rozwoju, żeby iść dalej, a chciałbym, potrzeba konkretniejszego ścigania.

    Skoro już wspomniałeś o rozwoju, jak myślisz, gdzie jest limit twoich możliwości. Chciałbyś np. jeździć na mistrzostwa świata, startować w Pucharze Świata?

    Tak, moje ambicje sięgają wysoko. Chciałbym się rozwijać. Po tym sezonie widzę, że cały czas mogę robić progres. Ten sezon był dobry, miałem najlepszą formę i na wyścigach i na treningach w porównaniu do poprzednich lat.
    Motywacja jest i liczę na to, że w przyszłym sezonie będę miał takie warunki, aby częściej startować w międzynarodowych wyścigach z rangą UCI.

    maciek-jeziorski-06

    Mówiąc o ?warunkach?… Dla wielu osób bycie członkiem ?Factory Teamu? sugeruje wysoki poziom zaangażowania to na pewno, ale może oznaczać jakiś rodzaj zawodowstwa. Ty jesteś kolarzem ?zawodowym?, ?wyczynowym?? Jak byś siebie określił?

    Zależy jak zdefiniujemy kolarza zawodowego. Jeśli miałbym traktować kolarstwo jako swój zawód, utrzymywać się z tego w 100% i być samodzielnym, to jeszcze nie jest to mój zawód.

    A chciałbyś, żeby tak było?

    Oczywiście, chciałbym. Chociaż jestem świadomy, że ograniczanie się do jazdy na rowerze, to słaby pomysł, bo to się może w każdej chwili skończyć. Wystarczy jakaś kontuzja i po zabawie. Ale tak jak w tym sezonie z warunków, które dostałem w Romet Racing Team jestem zadowolony i jestem za nie wdzięczny.

    maciek-jeziorski-04

    W tym roku ostatni raz startowałeś jeszcze jako student?

    W trakcie sezonu nie znalazłem czasu na napisanie pracy magisterskiej, obecnie czekam na decyzję, czy mogę się bronić w grudniu, więc myślę, że wtedy skończę studia i? zobaczymy co dalej.

    Właśnie, bo bardzo często jest tak, zwłaszcza w Polsce, że zawodnicy mają 23 czy 25 lat i są bardzo zaangażowani w sport, póki są na studiach a potem to jest różnie. Jak planujesz to rozegrać w najbliższym czasie?

    Nie ukrywam, że chciałbym może pójść jeszcze na jakieś studia (śmiech). W sensie podyplomowe, może coś o żywieniu, co mnie interesuje. Oczywiście to jest wszystko związane z finansami. Od zawsze rodzice byli zaangażowani i mnie wspierali w uprawianiu kolarstwa i miałem dzięki temu warunki.

    Nie ma co ukrywać, często jazda się kończy, kiedy trzeba wybrać między trenowaniem i sytuacją, kiedy trzeba zacząć pracować, bo rodzice mówią, że ile możesz sobie pedałować i nic nie robić innego. Na razie nikt mi tak nie mówi, więc jeżdżę na rowerze. Zwłaszcza, że z pomocą firmy Romet jestem w stanie sfinansować taki sezon.

    Zobaczę co będzie, ale plany mam takie, że zamierzam dalej się ścigać i zbytnio się nie przejmować przyszłością. A nawet, jeśli nie takie w 100% profesjonalne ściganie, na zasadzie tylko trenowanie i ściganie, żeby z tego żyć, to na pewno myślę, że coś wokół, związanego ze sportem. Nie wyobrażam sobie, żebym poszedł w jakąś inną stronę i siedział osiem godzin przed komputerem.

    maciek-jeziorski-05

    Czyli można powiedzieć, że jesteś ?kolarzem wyczynowym??

    Nie wiem, jaka jest definicja kolarza wyczynowego, ale jeśli byśmy definiowali to poprzez zaangażowanie i nastawienie, to jak najbardziej staram się podchodzić do wszystkiego w 100% profesjonalnie i przygotowywać się jak najlepiej potrafię. Studiując mogłem to pogodzić, miałem indywidualny tok studiów na Akademii Wychowania Fizycznego, więc w miarę to było ?do ugadania? i do pogodzenia.

    Takie profesjonalne podejście angażuje w 100%. Dużo osób się mnie pyta ?Jezior, co ty innego robisz. Co ty w ogóle robisz w domu poza tym, że pójdziesz na trening?. Ale wiele osób też nie do końca rozumie, że gdy trenujesz i masz zrobić np. dwa treningi dziennie, to pomiędzy nie można za wiele rzeczy zrobić, bo trzeba odpocząć między treningami, coś zjeść, napisać coś na bloga, wstawić coś na fejsa i tak dalej. I ten czas leci. O, komentarz postartowy napisać. Także to wszystko jest dosyć angażujące.

    Jesteś jednym z nielicznych zawodników, którzy od dość długiego czasu i, co ważne, regularnie, dzielą się tym, co robią. Budujesz swój wizerunek prowadząc bloga, dostarczając komentarze a nie wszyscy tak robią. Rozumiem, że traktujesz to jako istotny element całego tego? bałaganu.

    Zdecydowanie tak. Tutaj jestem wdzięczny, gdy z Adamem Starzyńskim, z moim trenerem zacząłem współpracę i w zeszłym sezonie jeździłem w barwach jego firmy trenerskiej, Adam starał się mi wytłumaczyć, że to też jest ważna kwestia.

    W tym całym ?bałaganie? nie chodzi tylko o zrobienie wyniku. Ten wynik trzeba też jakoś pokazać, sprzedać, bo sam suchy wynik nic tak naprawdę nie wnosi. I rzeczywiście z czasem to zrozumiałem, niedawno, od maja, prowadzę też fanpage na facebooku i nawet mi się to podoba. Tu przy okazji chciałem podziękować koleżance ? Agnieszce Torbie, która mnie wręcz trochę zmusiła do założenia tego fp i pomoga w jego prowadzeniu.

    Jakby się nad tym zastanowić, sportowcy często mają jakiś żal, że na sporcie nie zarabiają, że nic o nich nikt nie pisze, że ciężko się z tego utrzymać. Tylko właśnie trzeba zrozumieć to, że same wyniki niewiele wnoszą. Trzeba to sprzedawać, pokazywać, jakoś się z tym promować. Oprócz trenowania i robienia wyników, trzeba jeszcze trochę popracować nad wizerunkiem. Choćby w internecie. Tyle, że to wszystko oczywiście wymaga czasu. Jest kwestia, czy ktoś chce na to poświęcać czas i czy mu zależy.

    Ja się staram to robić, w miarę regularnie i mnie to całkiem nawet bawi. Co prawda nienawidzę siedzieć przy komputerze, ale takie mamy teraz czasy, że trzeba trochę przed tym komputerem czasu spędzić i coś popisać.

    Zawsze możesz spróbować zrobić relację na snapchacie z wyścigu, tego chyba jeszcze nikt nie robił.

    No tak, instagrama i snapchata jeszcze nie mam, muszę zainwestować w lepszy telefon, bo w tym, który mam kończy się pamięć. Ale myślę, że to jeszcze przede mną. Tak jak mówię, to wszystko mi się podoba, zobaczymy co będzie dalej, ale myślę, że powinno być ok.

    maciek-jeziorski-07

    A wyścigi takie jak te, czyli Puchar Szlaku Solnego czy Puchar Mazowsza. To są ogórki? Czy to nie są ogórki? Bo w zasadzie was (elity) tutaj jeździ bardzo niewielu, ale z tymi, z którymi się ścigasz o zwycięstwo rywalizujesz też na Pucharze Polski.

    ?Ogórek? to może trochę obraźliwe określenie dla np. organiztora czy reszty uczestników. Taka lokalna impreza, gdzie rzeczywiście przyjeżdża mniej osób, ale tak jak dzisiaj na przykład… Ilu nas było? Siedmiu w elicie, ale był Kuba Zamroźniak, czyli człowiek z czołówki Polski. I ściganie było przez cały wyścig, ganialiśmy się i wreszcie przyjechałem drugi.

    Patrząc na wyniki, na sześć osób drugi, szału nie ma, prawda? Ale ściganie jest fajne. I akurat też różne, inne czynniki wpłynęły, że przyjechałem na Puchar Szlaku Solnego. A jeszcze inna sprawa, że lubię po prostu być w górach. A tutaj też jest zawsze coś do wygrania, tak się też złożyło, że mogłem powalczyć w generalce.

    Oczywiście to jest koniec sezonu, więc takie wyścigi mają nieco mniejsze znaczenie, ale też takie starty są ważne pod kątem treningowym, można je pojechać na większym zmęczeniu, nie przejmując się wynikiem.

    Wiadomo, że chciałbym się więcej ścigać za granicą, ale do tego też się trzeba odpowiednio przygotować i nastawić.

    A jak myślisz, co trzeba, żebyś np. na wyścigach UCI w krajach ościennych przyjeżdżał w pierwszej piątce, albo na Pucharze Świata w pierwszej trzydziestce? To jest w twoim zasięgu? Albo szerzej, czy w ogóle któryś z polskich zawodników może robić takie wyniki? Bo żeby być w top30 Pucharu Świata, oczywiście trzeba być prze koniem, ale są jeszcze inne czynniki, jak np. start niekoniecznie z samego końca.

    Na przykład? Tak, ta kwestia jeśli chodzi o punkty UCI, dobrze byłoby, gdyby więcej możliwości ich zdobywania było w Polsce. W tym sezonie mieliśmy dwa takie wyścigi XC, no to nie jest dużo, jeśli spojrzeć na inne kraje, choćby Czechy. Tam takich możliwości jest więcej.

    A jeżeli chodzi o moją osobę i o ?trzydziestkę? Pucharu Świata, co by trzeba było? Cóż…ciężko powiedzieć… Przy skupieniu się wyłącznie na trenowaniu, odpoczynku i startach, to może jest to do zrobienia.

    Ja jestem dobrej myśli, że mógłbym kiedyś jeździć jeszcze szybciej. Nie wiem, czy dużo szybciej, ale to trzeba potrenować i za dwa, trzy lata zobaczyć, czy dalej jeszcze mogę iść w górę. Oczywiście każdy organizm ma jakiś swój limit, którego się nie przeskoczy, gdzieś to jest zapisane w naszych genach. Gdzie ja mam ten limit? Ciężko powiedzieć. Szczerze mówiąc już dwa lata temu myślałem, gdy mniejsze były progresy, że coś już ?jest słabo?, ale od kiedy zacząłem trenować z Adamem (Starzyńskim), jeszcze bardziej staram się do tego wszystkiego przykładać. I widzę, że to jednak idzie do góry. Tylko, że faktycznie tu już trzeba się poświęcić w 100%. Nie mniej, tylko 100%, żeby iść w górę. I trzeba mieć do tego warunki.

    O kolejnych dokonaniach ?Jeziora? możecie czytać na jego blogu: http://maciekjeziorski.blogspot.com/
    Polubcie też jego facebookowy fanpage: https://www.facebook.com/maciejjeziorjeziorski/

    Zdjęcia z archiwum zawodnika, autorstwa Zbigniewa Świderskiego

  • Cezary Zamana wraca w góry

    Cezary Zamana wraca w góry

    Mazovia MTB Marathon wyrusza na południe. Może Wam się to wydać dziwne, ale Cezary Zamana początkowo przygotowując zawody z myślą o mieszkańcach dużych miast w centralnej Polsce teraz ma ofertę także dla fanów jazdy w górach. Porozmawiałem z nim o zbliżających się wyścigach w Gorcach i Beskidach: uphillu na Turbacz, maratonie w Łopusznej oraz nowej etapówce na rynku, czyli Gwieździe Południa. Ale to nie wszystko…

    Marek Tyniec: Zacznę od wspomnienia i mam nadzieję, że nie pomylę faktów, ale o ile mnie pamięć nie myli, to przed zwycięskim Tour de Pologne w 2003r trenowałeś m.in. na podjeździe w Gliczarowie. Odczuwasz teraz satysfakcję wiedząc, że to jest miejsce, gdzie teraz w tym miejscu zapadają decydujące rozstrzygnięcia wyścigu rangi World Tour?

    Cezary Zamana: Tak odczuwam, bo Gliczarów odkryty został już dawno temu, a było to 1996 roku kiedy to po złamanym w kilku miejscach obojczyku na Pucharze Świata MTB w Belgii, postanowiłem przygotować się do drugiej części sezonu. Wtedy właśnie zamieszkałem w Gliczarowie, aby móc tam trenować.

    O tym podjeździe opowiadałem potem wielu kolarzom, co ciekawe również Markowi Kosickiemu, który jako pierwszy organizator przeprowadził tam jeden z etapów Małopolskiego Wyścigu Górskiego. Postawiłem tam kropkę nad ?i? wygrywając ten etap i dalej całą imprezę. Zresztą pozytywnym efektem moich treningów, na mało wtedy znanym podjeździe, były moje późniejsze zwycięstwa na Orlinku w Karpaczu, gdzie dwukrotnie z rzędu wygrywałem królewski etap Tour de Pologne w 2002 i 2003r.

    Oczywiście bardzo żałuję, że nie doczekałem czasów startów w TDP z etapem przez Gliczarów. Dał bym tam innym popalić!

    MT: TdP wygrałeś w 2003r, ?Mazovia? wystartowała dwa lata później, w 2005r. Na tyle, na ile kojarzę i obserwuję Twoje wyścigi, a tak się złożyło, że brałem udział w pierwszych zawodach firmowanych tą marką, mam wrażenie, że przez te wszystkie lata udało się Wam zgromadzić nie tylko bardzo liczną, ale przede wszystkim lojalną grupę uczestników, zawodników, klientów. Kim w 2016 roku jest ?przeciętny? maratończyk startujący w Mazovia MTB Marathon?

    CZ: Myślę że to fajny gość, który w dobrym towarzystwie chce razem podróżować z rowerem po naszym pięknym kraju ? od południowych rubieży, aż po najdalsze północne zakątki. Lubi ścigać się na różnych trasach MTB, chce doświadczać nowych wrażeń i poznawać nowe miejsca. Jest pewnie nieco cięższy niż przeciętny kolarz górski. Ten maratończyk, to coraz częściej również płeć piękna.

    Zauważamy w statystykach bardzo duży wzrost kobiet startujących głównie na dystansie Fit, co bardzo nas cieszy! Ten maratończyk jest także bardzo rodzinny i często zabiera ze sobą osobę towarzyszącą, a nawet całą rodzinę. No i bywa też dzieckiem, a nawet małym dzieckiem, które dopiero co nauczyło się dobrze chodzić i teraz stawia pierwsze kroki na rowerku biegowym. Jak widzisz układa się to wszystko w piękną opowieść o życiu ;)

    cezary-zamana

    MT: Jak to się więc stało, że już od ładnych kilku lat, oprócz odnoszących sukces komercyjny i frekwencyjny imprez na Mazowszu w zasadzie co sezon pojawia się jakiś nowy pomysł: a to 24h a to etapówka w nieoczywistej lokalizacji a to próba zabrania Warszawiaków w góry? Teraz doszły jeszcze imprezy szosowe, ale też nie stronisz w nich od innowacji.

    CZ: To mnie zwyczajnie kręci, a rutyna, stabilność i powtarzalność usypia!

    Każdy człowiek potrzebuje nowych bodźców żeby się rozwijać i nie stać w miejscu. Stagnacja kojarzy mi się z emeryturą, a mi do niej nie spieszno. Ten rozwój potrzebny jest również zawodnikom, którzy u mnie startują. Chcę im to dać. Chcę żeby rozwijali się razem ze mną.

     

    MT: Nazywając rzecz trochę po imieniu, nie łatwiej byłoby siedzieć na Mazowszu, robić co trzy tygodnie maraton dla lokalesów i zwyczajnie liczyć pieniądze, nie narażając się na ryzyko związane z tymi wszystkimi eksperymentami?

    CZ: Byłoby to z pewnością lepsze dla mojej rodziny, gdyż miałbym dla niej więcej czasu. Ale jak wspomniałem, to byłaby stagnacja i łatwizna. Zajmując się sportem najpierw liczy się pasja, a pieniądze są jedynie premią! Jeżeli odwrócimy sytuacje to lepiej zabrać się za coś innego. Dziś Mazovia to nie tylko Mazowsze jak mogłoby się kojarzyć z nazwy. Jesteśmy obecni w całej Polsce.

    Wielu nam zaufało i chyba nie żałują. Bardzo jestem im za to wdzięczny i dla nich właśnie staram się każdego dnia. Organizacja zawodów w całym kraju, to tysiące kilometrów podróży i całe miesiące w trasie. Ale moje paliwo to pasja jak już mówiłem, więc tym się karmię i pędzę do przodu.

    MT: Nie byłem w Tłuszczu na ?szutrowej? eliminacji Kross Road Tour, ale samą ideę przyjąłem ze sporym entuzjazmem. Może nazywanie tego ?Polskim Strade Bianche? jest na wyrost, ale pomysł, żeby skonfrontować szosowców z nieoczywistymi warunkami wydał mi się dość odświeżający. Jakie były komentarze uczestników? Czy jest przestrzeń, żeby ten wyścig wszedł na stałe do kalendarza?

    CZ: Wyścig w Tłuszczu już chyba stał się wśród jego uczestników legendą, mimo tego, że odbył się po raz pierwszy. Zaryzykuje stwierdzenie, że to było więcej niż tylko Strade Bianche, bo szutry w Tłuszczu były dużo bardziej wymagające, może nawet za bardzo, bo defektów, przebitych opon wystąpiło wiele, a nawet za wiele. Ale ci którzy to przetrwali zapamiętają ten wyścig do końca życia, tak jak pamięta się udział w Paris-Roubaix.

    Taka rywalizacja przypomina kolarstwo międzywojenne, w którym liczył się walczący kolarz, a nie wychuchane, wycieniowane i wypieszczone rowery.

    W przyszłym roku postaramy się znaleźć lepsze odcinki szutrów, aby zminimalizować defekty. Wierzę, że takie asfaltowo-szutrowe wyścigi staną się popularne na naszym polskim podwórku. Ludzie szukają nowych smaków, no bo jak często można jeść ziemniaki ze schabowym (śmiech!).

    Wracając do pytania. Planując każdy wyścig zakładam, że będzie cykliczny, gdyż dopiero dłuższa historia imprezy daje jej wymierny sukces. Poza tym organizując takie zawody jak w Tłuszczu chcę pokazać, że rower może wiele, że nie powinniśmy się ograniczać jedynie do wypracowanych standardów. Mazowsze dla górala może wydawać się nudne, ale jak wystartuje on na Mazovii, na przykład w Józefowie czy na szutrach w Tłuszczu, to zobaczy, że tego w górach nie znajdzie, i na odwrót. Kolarstwo daje wiele możliwości i to jest w nim piękne.

    cezary-zamana-02

    MT: W tym roku do menu ?Mazovii? wprowadzasz dwa kolejne punkty, które chętnie potraktowałbym wspólnie. Etapówka w Beskidach, czyli ?Gwiazda Południa? zostanie poprzedzona weekendem w Gorcach, na który złożą się Uphill na Turbacz i maraton w Łopusznej. To dość odważny krok, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Wasz standardowy klient nie zawsze ma doświadczenie w jeździe w górach. Jak chcesz ich przekonać, by spróbowali swoich sił w imprezach, w których w jeden dzień często zrobią więcej przewyższenia niż w miesiąc w Warszawie?

    CZ: Po pierwsze miejscówki, które wybrałem są bardzo atrakcyjne i jeszcze mało przejechane ? nie tylko przez Warszawiaków. Po drugie, w obu wypadkach robię na początku czasówki, po to żeby się zawodnicy sami, w swoim rytmie, wprowadzili w jazdę – najpierw pod górę, a potem bez stresu swoim tempem bezpiecznie zjechali.

    Dodatkowo jako jedyny organizator tego typu zawodów daje możliwość zmiany dystansu w trakcie imprezy, bez utraty udziału w klasyfikacji generalnej wyścigu. Ktoś przeholował z oceną formy? Proszę bardzo, następnego dnia bawi się z nami dalej, tyle że na połówce dystansu. Tu chodzi o przyjemność z uprawiania sportu i zdrową rywalizację.

    Wierzę, że te elementy przyciągną tych, którzy wahali się do tej pory wystartować w górskiej etapówce, bo naczytali się jakie to straszne i mordercze wyzwanie. Warunkiem koniecznym do satysfakcji w sporcie jest dostosowanie obciążeń do indywidualnych możliwości.

    cezary-zamana-03

    MT: Wjeżdżając w góry wchodzicie w teren wykorzystywany dotychczas przez innych. Co więcej, konkurenci w tym wypadku to jedne z nielicznych imprez w kraju mające wieloletnią tradycję. Z jednej strony Turbacz będzie się mierzył z ?legendarnym? wyścigiem na Śnieżkę, z drugiej na ?Gwiazdę Południa? czeka rozgrywane właściwie za miedzą MTB Trophy. Tymczasem markę trudnych i nietypowych wydarzeń sportowych buduje się latami. Jesteś gotowy na taką, niełatwą konfrontację?

    CZ: Zgadzam się z tobą, że aby zbudować markę trzeba uzbroić się w cierpliwość. Wspólnie z samorządami Stryszawy, Zawoi i Makowa Podhalańskiego dajemy sobie na to 3 lata. Mam nadzieję, że połowa sierpnia przyszłego roku, w której planujemy zorganizować Gwiazdę Południa 2017, nie będzie się nakładać na konkurencyjne imprezy. To również pozwoli zawodnikom wybierać świadomie miejsce gdzie chcą startować. Mam wiele głosów od zawodników, którzy mieli ochotę na naszą imprezę, ale dużo wcześniej zaplanowali inne starty. Zapraszam ich do mnie w przyszłym roku.

    MT: Dla mnie osobiście wyścigi rowerowe to zawsze coś więcej niż tylko sama trasa. Jasne, wjazd na Turbacz, maraton szlakami Gorców czy stromizny w okolicach Zawoi są same w sobie sporym wyzwaniem i fajnie jest poszukać granic swoich możliwości na takich zawodach, ale czy masz jakiś pomysł, czym te wyścigi mogłyby się odróżniać, co ma sprawić, żeby z jednej strony Warszawiak przyjechał na południe właśnie do Was a lokalny zawodnik, np. taki jak ja ;) wybrał ofertę ?Mazovii? a nie jakiejś bardziej lokalnej serii imprez?

    CZ: Nad każdą trasą zaczynając od mini wyścigów dla dzieci mocno się zastanawiamy i szczegółowo ją planujemy. Prawie wszystkie nasze miejscówki to również ciekawe okolice dla osób towarzyszących zawodnikom. Zawsze znajdą się tam atrakcje turystyczne warte zobaczenia.

    Moja idea jest taka, że jak już ktoś raz wybierze raz Mazovię, to później wystartuje także w naszej zimowej edycji maratonów MTB, potem spróbuje swoich sił w wyścigu Kross Road Tour, a może nawet w maratonie 24-godzinnym.

    Po za tą różnorodnością, mamy dobrze wypracowane standardy organizacyjne ? szczególnie te dotyczące bezpieczeństwa, a to przy jeździe na rowerze jest bardzo istotne. Ponadto wszystko atmosfera na naszych zawodach jest, co tu dużo mówić, naprawdę niepowtarzalna.

    Uwielbiam to uczucie, kiedy rusza peleton, kibice, dzieci dopingują i to wszystko pulsuje jak adrenalina we krwi. Zresztą sam zobaczysz w Łopusznej jak to wszystko u nas wygląda. Założę się, że spotkamy się znowu pod koniec lipca na Mazovii 24H, bo na pewno w takiej imprezie jeszcze nie startowałeś.

    MT: Ile dajesz sobie i ?Mazovii? czasu na sprawdzenie wyników takich eksperymentów jak szutry na Kross Road Tour w Tłuszczu, etapówka w Zawoi, czyli ?Gwiazda Południa? czy Uphill na Turbacz? Co będzie miarą sukcesu tych imprez i sprawi, że będę mógł pomyśleć o nich jako jednym z punktów programu w sezonie 2017?

    CZ: Miarą sukcesów imprez jest ich frekwencja. Dajcie mi trzy lata na ich ocenę, bo to dopiero początek.

    MT: I jeszcze na koniec: czy jest jakiś limit innowacji, którego nie planujesz przekraczać? ;)

    CZ: Limit, który mnie ogranicza, to czas, którego mam ograniczone zasoby. Jednak już dziś mogę Ci zdradzić, że bardzo chcę wrócić z przerwanym projektem sprzed lat, czyli Pętlą Karkonosko-Izerską ? etapówką na szosie na zasadach OS. Jak widzisz pomysłów mam cały worek i do tego bez dna.

    Zdjęcie okładkowe oraz ilustracje w tekście: fot. zamanagroup