Tag: wout van aert

  • Czy Pidcock i MVDP zbawią kolarstwo górskie?

    Czy Pidcock i MVDP zbawią kolarstwo górskie?

    Rywalizacja Mathieu van der Poela i Toma Pidcocka ze sobą nawzajem, z Nino Schurterem, z Francuzami i Szwajcarami specjalizującymi się w XCO sprawia, że serca fanów cross country biją szybciej. Ale czy jest odpowiedzią na wyzwania, przed którymi stoi olimpijska odmiana kolarstwa górskiego?

    Gwiazdy poza kategorią

    Holender i Brytyjczyk wymykają się wszelkim klasyfikacjom. Niewątpliwie wywodzą się z przełajów, ale od dziecka ścigają się i w cyclocrossie i na szosie i na rowerach górskich. Mają imponującą wydolność, znakomitą technikę, jeżdżą dynamicznie i widowiskowo niemal w każdym wyścigu, w którym biorą udział. 

    Łączy ich również fakt osiągnięcia najwyższego poziomu sportowego w nominalnym wieku młodzieżowca. Choć do MVDP trzeba tu już stosować czas przeszły, ponieważ w międzyczasie “postarzał się” (teraz ma 26 lat), to z dwudziestodwuletnim Pidcockiem ma wiele wspólnego. 

    Sukcesy w cyclocrossie czy mtb miałyby jednak znaczenie wyłącznie dla koneserów gdyby nie przebojowe wejście do szosowego peletonu (co łączy ich również z inną gwiazdą cyclocrossu, Woutem van Aertem). 

    Embed from Getty Images

    Co ciekawe, istotną rolę w ich karierach odgrywa wyścig Amstel Gold Race. Spektakularny pościg i zwycięstwo van der Poela w 2019r a także kilkumilimetrowa porażka Pidcocka z van Aertem w tym roku to jedne z najważniejszych wydarzeń w kolarstwie w danym sezonie. 

    Kontekstu sprawie nadaje również podpisanie przez Pidcocka kontraktu z najbogatszą szosową grupą, Ineos-Grenadiers.

    Choć to na szosie są pieniądze i sława, obaj myślą o olimpijskim złocie w Tokio a w ich przypadku zdobycie medalu wydaje się całkiem prawdopodobne, w przeciwieństwie do próby Petera Sagana w Rio de Janeiro. 

    Wszystkie oczy na mtb

    Trzeba jednak przyznać, że start będącego u szczytu sławy Słowaka w olimpijskim XCO podczas wspomnianych Igrzysk w Rio zwrócił uwagę na tę, nieco zmarginalizowaną, odmianę kolarstwa. 

    Sagan, który swoją charyzmą, osobowością i sposobem jazdy przyciąga na trasy tłumy widzów podniósł zainteresowanie cross country i wyniósł olimpijski wyścig do rangi prawdziwego wydarzenia. 

    MTB, zarówno XCO jak i jego wersje “grawitacyjne” od lat znajduje się bowiem w dziwnej niszy. Z jednej strony mamy patronat Redbulla czy Mercedesa, z drugiej obecność na igrzyskach a równocześnie stygmę czegoś nie do końca poważnego. A z pewnością nie tak prestiżowego jak jej wysokość szosa. 

    Embed from Getty Images

    Szosowa  gorączka

    Kolarstwo jako takie ma w swojej rodzinie jedno z najważniejszych wydarzeń sportowych na świecie. Tour de France to marka ustępująca nielicznym: Igrzyskom Olimpijskim, piłkarskiemu mundialowi czy Super Bowl. 

    Wielka Pętla przyciąga na trasy i przed ekrany nie tylko fanów sportu rowerowego. Jest globalnym wydarzeniem społecznym i kulturowym, zawłaszczającym na trzy tygodnie anteny stacji telewizyjnych czy okładki wydawnictw.

    Także Giro d’Italia, “monumenty” a także szereg innych wyścigów jest zakorzeniona w świadomości Europejczyków i pobudza wyobraźnię wciąż uczących się kolarstwa Anglosasów. 

    Choć UCI jest często krytykowana za indolencję i konserwatyzm, reformy kalendarza, jego globalizacja wraz z kolejnymi iteracjami World Touru oraz rozciągnięcie sezonu od stycznia do października sprawiły, że z “szosą” obcujemy niemal cały rok. 

    Zmiana podejścia największych gwiazd, które zamiast spędzać czas w ukryciu na zgrupowaniach z otwartą przyłbicą rywalizują w kolejnych wyścigach powoduje, że zawodowy peleton dostarcza nam rozrywki niemal non stop. 

    Mniejsze wyścigi mają problem by przebić się przez rozmach Tour de France o czym przekonuje się co kilka lat Czesław Lang gdy jego wyścig pokrywa się teminem z Wielką Pętlą. Kolarstwo kobiece z trudem walczy o swoją pozycję a nawet gdy “monumenty” dostały w ostatnich latach damskie wersje, ich śledzenie jest utrudnione. Bo ciężko spędzić przed ekranem cały dzień, najpierw oglądając panie a zaraz potem panów. Po głowie wkrótce zapewnie dostanie też kolarstwo torowe, które z komfortowego terminu zimowego zostało przerzucone na lato. Kto będzie kibicował w hali, gdy na Alpe d’Huez czy Tourmalet będzie działa się historia?

    Embed from Getty Images

    Na wzór i podobieństwo przełajów

    Sukces i popularność kolarstwa przełajowego, z którego wywodzą się i van der Poel i Pidcock ma wiele źródeł. Cyclocross wykorzystuje ten jeden moment w sezonie, gdy widzowie mają chwilę oddechu od szosy.

    Co więcej, wykorzystuje swoje okienko do maksimum. Puchar Świata oraz serie komercyjne: Superprestige czy [nazwa sponsora, obecnie X²O Badkamers, wcześniej DVA, GVA czy BPost] Trophy wypełniają jesień i zimę po brzegi.

    Oznacza to, że z gwiazdami przełajów “widzimy się” co weekend a nawet częściej. Cały sezon CX ma swoją narrację a kolejne pojedynki wielkich mistrzów dostajemy w odstępie kilku dni. 

    Tymczasem mtb swój puchar ma rozrzucony często na pół roku a liczba eliminacji jest niewielka. Do tego niżej punktowane wyścigi są niezależne i choć puchary Włoch, Szwajcarii czy Niemiec gromadzą często na starcie śmietankę cross country, są rozrywką wyłącznie dla koneserów. 

    Co więcej, mimo wysokiego i wyrównanego poziomu sportowego, wieloletnia dominacja niewielkiej grupy zawodników spowodowała stagnację. W rzeczonych przełajach co kilka sezonów obesrwujemy wymianę pokoleń. Zatem nie tylko obcujemy z gwiazdami co tydzień, ale też cały czas coś się dzieje.

    Idąc dalej, mający potencjał na “Górski Tour de France” Cape Epic, być może najmocniejsza marka w mtb jako takim, nie jest imprezą docelową dla kluczowych nazwisk i największych gwiazd. Owszem, przyjeżdżają, trenują, ścigają się. Ale zawsze myślą a to o Pucharze Świata a to o Igrzyskach a to o tęczowej koszulce. 

    Choć lokalizacje kluczowych imprez od pewnego czasu są w miarę stałe, trudno po pierwsze wskazać między nimi jakieś różnice a po drugie nie wiążą się z nimi żadne specjalne historie. A przynajmniej nie takie, które zapamiętałaby szersza publiczność. 

    Owszem, zawodnicy i część polskich fanów kochają Nove Mesto, ale sekcje techniczne ze swoimi nazwami nie są ani Laskiem Arenberg, ani Alpe d’Huez, ani Murem d’Huy ani nawet narciarskim Alpe Cermis z Tour de Ski. 

    Mimo kilkudziesięciu lat historii i ćwierćwiecza obecności na Igrzyskach Olimpijskich mtb nie zbudowało dość legend i kultu. Pokuszę się o stwierdzenie, że więcej osób słyszało o Finale Ligure, gdzie można samemu pojeździć i przeżyć swoje własne wspomnienia niż o tym, co wydarzyło się w Albstadt. 

    Kolarze na start

    Van der Poela i Pidcocka z całym ich talentem i wszechstronnością trzeba nazwać po prostu “kolarzami”. Bez przypisywania do odmiany czy konkurencji. Wraz z Van Aertem, który jest prawdopodobnie najwszechstronniejszym kolarzem na szosie robią rzecz becenną. 

    Pobudzają wyobraźnię. 

    Sprawiają, że zastanawiamy się, gdzie są ich granice możliwości. Albo gdzie są granice ludzkich możliwości w ogóle. Dyskutujemy, ile jeszcze są w stanie wygrać. Albo nie tylko “ile” a “co jeszcze”. A także “w jakim stylu”. Czy po atomowym ataku, długiej, solowej ucieczce. A może po spektakularnym finiszu?

    W czasach, gdy wszystko jest policzone, “zyski graniczne” odnalezione w najmniejszych możliwych detalach, budżety ogromne a sprzęt kosmiczny, element charyzmy, który wnoszą do bikebiznesu jest bezcenny.

    Na szosie kontynuują dziedzictwo Sagana. A w mtb? Cóż, olimpijskiemu cross country dają nadzieję na nowe otwarcie pod koniec ery Nino Schurtera.

    Tyle tylko, że Sagan, którego wkład w poszerzenie fanbazy kolarstwa szosowego jest tak istotny, funkcjonował w bardziej komfortowych warunkach. Będąc fenomenem, który na podium staje niemal równie często co Eddy Merckx a na starcie pojawia się 70 dni w roku mógł porwać serca tłumów. 

    Van der Poel i Pidcock nie tylko dzielą uwagę między trzy odmiany kolarstwa, to jeszcze samo cross country najpierw musi się zreformować, skomercjalizować, zglobalizować i wymyślić na nowo. 

    Obawiam się, że mimo fascynacji MVDP startami na rowerze górskim, Holender zdąży albo wygrać wszystkie monumenty na szosie albo zakończy karierę nim w XCO, czy też czymkolwiek co zajmie kiedyś jego miejsce, coś się zmieni. 

    Cóż. Szkoda. 

  • Nie dajmy sobie zabrać świetnej, kolarskiej wiosny

    Nie dajmy sobie zabrać świetnej, kolarskiej wiosny

    Afera bidonowa, zabroniona jazda w pozycji aerodynamicznej, odwołany Paryż-Roubaix i zamieszanie wokół przyszłości Petera Sagana tworzą szum, który zagłusza rewelacyjny początek kolarskiego sezonu 2021. 

    Embed from Getty Images

    Najlepsza wiosna od lat?

    Właściwie każdy wyścig, który oglądamy w tym roku jest świetny. Dwa rozegrane monumenty: Mediolan – San Remo oraz Ronde van Vlaanderen zakończyły się niespodziewanymi, lecz zasłużonymi zwycięstwami Jaspera Stuyvena oraz Kasper Asgreena. 

    Wielcy faworyci: Mathieu van der Poel i Wout van Aert choć bez monumentów, ale również kończą pierwszą część wiosny z cennymi wynikami na koncie. Obie wygrane, w Strade Bianche i w Gandawa-Wevelgem zostały osiągnięte po imponującej jeździe i finiszach z doborowej stawki asów. 

    Obecność MVDP i WvA w każdej imprezie, w której brali udział wpływała na jazdę innych drużyn. Obaj wybitni kolarze z przełajowym rodowodem choć konkurujący ze sobą, stali wspólnie po drugiej stronie barykady niż reszta peletonu. 

    Ekipy AG2r – Citroen, Ineos Grenadiers, Total – Direct Energie, Trek-Segafredo i przede wszystkim Deceuninck – Quickstep ścigały się uwzględniając pozycję, formę i sposób jazdy van der Poel i van Aerta. 

    Czy van Aert i van der Poel przeszarżowali, walcząc jak wściekli w Tirreno-Adriatico odpowiednio o etapy i klasyfikację generalną? Być może, co widać było w drugiej części kampanii klasyków, gdzie niewątpliwie brakowało im nieco świeżości. Natomiast znów, dzięki ich postawie, włoska etapówka była najciekawszą od lat. Zatem zamiast narzekać na brak ich dominacji w klasykach trzeba raczej im podziękować za wpływ, jaki mieli na cały pierwszy akt sezonu.

    Embed from Getty Images

    Zwycięska wataha

    Najmocniejsze ekipy podzieliły wiosenne łupy między sobą, choć trzeba przyznać, że po raz kolejny mistrzem taktyki okazali się podopieczni Patricka Lefevere’a/

    Deceunink-Quickstep wygrywali cztery razy:

    Davide Ballerini w Omloop Het Nieuwsblad, Kasper Asgreen w E3 oraz Dookoła Flandrii i Sam Bennett w de Panne. Mimo porażki w Scheldeprijs (drugie miejsce Bennetta), warto podkreślić powrót do formy Marka Cavendisha, który w tym wyścigu zajął trzecią lokatę. 

    Dla Alpecin-Fenix van der Poel zwyciężył w Strade Bianche, Jsper Philipsen w Scheldeprijs ale musimy też pamiętać, że Tim Merlier był pierwszy w Le Samyn, Breden Koksijde i GP Jean-Pierre Monseré. Mniejszy kaliber, ale to wciąż zawodowe, ważne imprezy. Dla drużyny, która nie ma licencji World Touru to wyniki imponujące. 

    Trek Segafredo mimo przerwy związanej z pozytywnymi testami na covid, mają na koncie monument, czyli Mediolan-San Remo po śmiałym ataku Stuyvena i Kuurne-Bruksela-Kuurne Pedersena. A dodatkowo, choć to nieco inny klimat, Trofeo Laigueglia Mollemy.

    Ineos Grenadiers, choć przez sporą część wiosny szarżował Tom Pidcock, wracają z bruków z wygraną doświadczonego Dylana van Baarle w Dwars Door Vlaanderen. 

    Na koniec wreszcie, Jumbo Visma i Wout van Aert spisali się świetnie podczas Gandawa-Wevelgem. 

    Embed from Getty Images

    Złoty wiek kolarstwa – także w klasykach

    W kontekście narracji całego sezonu, jesiennej kumulacji mistrzostw świata we Flandrii i przełożonego Paryż-Roubaix oraz kolejnych lat wygląda to bardzo obiecująco. Choć oczywiście żal z nieobecności “Piekła Północy” wiosną, zwłaszcza przy prognozowanych opadach deszczu jest niezmierny. 

    Przede wszystkim, podobnie jak w wielkich tourach odchodzimy od klasycznej historii kolarskich pojedynków. Grono pretendentów jest wyrównane i szerokie. Młodzież dojrzewa bardzo szybko a każde z tegorocznych zwycięstw było poprzedzone konsekwentnym budowaniem pozycji, doświadczenia i formy w poprzednich sezonach. 

    Obserwujemy “złoty wiek kolarstwa”, sytuację, w której na starcie każdego wyścigu staje znakomicie przygotowana, doświadczona, zmotywowana, bardzo szeroka grupa kolarzy i niemal każdego dnia ściga się jakby jutra miało nie być. 

    Właściwie każda impreza, czy to worldtourowa czy nieco niższej kategorii jest świętem sportu i fascynującym widowiskiem niemal od startu do mety.

    Aż żal patrzeć, że te znakomite widowiska rozgrywane są bez kibiców przy trasach. Rozentuzjazmowana publiczność zawsze jest dodatkowym czynnikiem motywującym atletów, ale też, nie ukrywajmy tego, potrafi wprowadzić dodatkowy, losowy element chaosu. 

    Kto wie, jak kolarze, którzy przez rok rywalizują w ciszy zareagują, gdy znów będą pokonywać kluczowe segmenty wyścigów w towarzystwie wrzawy, wyciągniętych rąk i zasłaniających szosę flag?

    Tak czy inaczej powodów do ekscytacji związanych z kolarską wiosną jest bez liku. I aż szkoda, że równocześnie pojawia się wystarczająco wiele zdarzeń, które przykrywają sport jako taki. 

    Embed from Getty Images

    Trudności i kontrowersje

    Mamy więc nowe przepisy UCI skupiające się na bezpieczeństwie i ekologii. Jedne dobre, choćby te dotyczące poprawy jakości barierek, których poprawione wersje już były testowane. 

    Inne kontrowersyjne, jak te zabraniające jazdy w bardziej aerodynamicznej, choć bardziej ryzykownej pozycji. I wreszcie te, które w założeniu sensowne, dotyczące zakazu śmiecenia, jednak w egzekucji zmieniające się w parodię zabraniającą rzucenia kibicom bidonu. Efekt jest taki, że dostajemy festiwal dyskwalifikacji i kar a największym absurdem jest ten, w którym na zawodniczkę relegowaną z kobiecego Ronde van Vlaanderen nakładana jest kara wyższa niż nagroda za zwycięstwo.

    Arogancka i zagrażająca innym jazda Nacera Bouhanniego spotyka się ze zdecydowaną reakcją rywali z peletonu a federacja wzywa go na przesłuchanie i planuje większą karę, co powinno przyczynić się do ukrócenia takiego zachowania na szosie. Równocześnie francuski kolarz staje się obiektem nagonki ze strony fanów, którzy wykorzystują jego recydywę nie do potępienia bandyckiej jazdy a do rasistowskiego hejtu.

    Wynaturzenia nie tylko przykrywają świetną rywalizację i wysiłek kolarzy, ale też obracają społeczność przeciwko ideom, stojącym za wprowadzanymi innowacjami.

    Kolarstwo nie jest ekologicznym sportem. Więcej bidonów ląduje w rowach niż zbieranych jest przez dzieci z miejscowości przez które przejeżdżają wyścigi a imitujący pozycję “super tuck” młodzicy mogą ulegać wypadkom. 

    Wraz z ekscytacją potencjalnym transferem Petera Sagana do Deceuninck – Quickstep i pięcioletnim kontraktem Remco Evenepoela trzeba pamiętać o dysproporcjach w zarobkach czy budżetach grup.

    Ale, hej, nawet, jeśli są jakieś potknięcia, kolarstwo AD 2021 ma potencjał nieobserwowany od lat. A przed nami Ardeny, Giro i kolejne wyścigi, których nie mogę się doczekać!

    Zdjęcie okładkowe: LaPresse – Marco Alpozzi, materiały prasowe RCS

  • Mistrz na trudne czasy

    Mistrz na trudne czasy

    Julian Alaphilippe, Anna van der Breggen i Wout van Aert to największe gwiazdy pandemicznych mistrzostw świata w kolarstwie szosowym. W tle mieliśmy nie tylko genialne widoki, ale też bardzo dobrą jazdę Michała Kwiatkowskiego i Katarzyny Niewiadomej. 

    Cud w Imoli

    Wygląda na to, że zorganizowane rzutem na taśmę szosowe mistrzostwa świata we włoskiej miejscowości Imola były kolejnym elementem ratującym kolarstwo w roku pandemii.

    Zrestartowany po lockdownie sezon oferuje ściganie na najwyższym poziomie i przynajmniej ze sportowego punktu widzenia jest sukcesem. Czy drużyny, organizatorzy, media a nawet sama Międzynarodowa Unia Kolarska wytrzymają go finansowo to temat na inną dyskusję. 

    Gdyby nie odbył się, lub co gorsza, przerwany został Tour de France, z dużym prawdopodobieństwem pożegnaliśmy kilka drużyn zawodowych a pracę straciłoby przynajmniej kilkaset osób. Gdyby nie odbyły się mistrzostwa świata, pogłębiłyby się kłopoty UCI. 

    Przesunięty na późne lato i jesień, maksymalnie intensywny i skoncentrowany sezon 2020 rozgrywany jest mimo licznych przeszkód i niemal codziennie oferuje sportowe widowisko na najwyższym poziomie. 

    Mistrzostwa Świata miały być rozegrane na górzystej trasie nieopodal siedziby UCI w Szwajcarii, ostatecznie ciężar organizacji wzięli na siebie Włosi. Ci sami Włosi, których wczesną wiosną pandemia dotknęła najbardziej w Europie, których gospodarka od lat się chwieje i których kolarstwo, choć wciąż popularne, nie jest w stanie nawiązać do dawnej świetności. 

    Tymczasem, przynajmniej z perspektywy transmisji w Eurosporcie, choć okrojone wyłącznie do wyścigów elity, mistrzostwa w Imoli były sporym sukcesem, czego istotnym elementem była właśnie lokalizacja zawodów. Selektywna trasa i genialne widoki były scenerią znakomitej rywalizacji. W przeciwieństwie do wielu poprzednich czempionatów, ten zapamiętamy na długo. 

    Podwójni medaliści

    Zwycięzcy są na mecie, powinna każdemu powtarzać Anna van der Breggen. Giro Rosa wygrała, owszem, z Katarzyną Niewiadomą, ale po tym, gdy ze złamanym nadgarstkiem wyścig opuściła Annemiek van Vleuten. Tęczową koszulkę w jeździe indywidualnej na czas zdobyła, ponieważ jadąca z wyraźną przewagę Chloe Dygert w fatalny sposób upadła i omal nie złamała kości udowej.

    Być może mając to w głowie, van der Breggen postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce podczas wyścigu ze startu wspólnego, gdzie popisała się znakomitym rajdem i samotnie przez ponad czterdzieści kilometrów powiększała przewagę nad próbującymi zorganizować pościg rywalkami. Dwa złote medale na jednej imprezie mistrzowskiej to wielka rzecz!

    Dwa srebrne medale zdobył z kolei Wout van Aert. Choć oczywiście nowy mistrz świata ze startu wspólnego, Alaphilippe, może dokonać jeszcze w tym dziwnym sezonie rzeczy wielkich, zwłaszcza podczas wyścigów jednodniowych, to Belg jest zdecydowanym kandydatem do “Velo d’Or”, tytułu kolarza roku.

    Wygrane w Mediolan-San Remo, Strade Bianche, na dwóch etapach Tour de France, jednym odcinki Criterium du Dauphine, rewelacyjna praca dla Primoza Roglica na Wielkiej Pętli i wreszcie znakomite występy w Imoli. 

    Owszem, w walce o tęczowe koszulki byli od niego lepsi: Filippo Ganna, który specjalnie przygotowywał się do walki o tytuł w jeździe na czas i Julian Alaphilippe, który, cóż, pojechał tak jak Julian Alaphilippe potrafi pojechać najlepiej górzysty klasyk. 

    Nie zmienia to faktu, że Van Aert jest bohaterem mistrzostw w Imoli niemal równym Annie van der Breggen. Kobiece kolarstwo wciąż umożliwia dominację wybitnych jednostek jak Vos, van Vleuten czy van der Breggen. W męskim tak wielka wszechstronność jaką prezentuje van Aert jest współcześnie fenomenem. 

    Nowy, wielki mistrz

    Wydawałoby się, że Julian Alaphilippe jest z nami “od zawsze”. Tymczasem nowy mistrz świata elity mężczyzn w wyścigu ze startu wspólnego ma wciąż tylko 28 lat i to zaledwie jego trzeci sezon, gdy odnosi realnie wielkie zwycięstwa. 

    Owszem, wcześniej stawał na podium i ogólnie “dobrze się zapowiadał”, natomiast to nie tak, że był (i jest) dominatorem światowego kolarstwa. 

    Wygrane w Walońskiej Strzale, Mediolan – San Remo, Clasica San Sebastian, Strade Bianche, na etapach i w klasyfikacji górskiej Tour de France czy wreszcie czwarte miejsce w Wielkiej Pętli poprzedzone heroiczną obroną żółtej koszulki to imponujące dokonania. 

    Równocześnie, lista celów, po które Francuz może jeszcze sięgnąć jest równie bogata, zaczynając od Liege-Bastogne-Liege, Lombardii, Amstel Gold Race, idąc przez Paryż-Nicea a kończąc albo na jednym z wielkich tourów (przy sprzyjającej trasie) albo, dla odmiany, Ronde van Vlaanderen pod koniec kariery. 

    Poza wymienianiem osiągnięć Alaphilippe’a, tych zaliczonych jak i potencjalnych, istotny jest także inny czynnik, jak najbardziej o charakterze sportowym, lecz mniej wymiernym. Jest to wpływ, jaki jego jazda wywiera na przebieg poszczególnych wyścigów, konsekwencja, z jaką wygrywa kolejne ważne imprezy i wreszcie styl, w jakim to robi. 

    Nowy właściciel tęczowej koszulki jeździ bowiem odważnie, bezkompromisowo, szukając okazji do wypracowania przewagi nad rywalami. Potrafi sięgnąć niezmiernie głęboko do swoich rezerw, wykorzystać talent i potencjał a przy tym wszystkim ma wielką charyzmę i radosny wizerunek. 

    Krótko mówiąc, to mistrz, jakiego kolarstwo w tym momencie najbardziej potrzebowało. 

    Imola a sprawa polska

    Reprezentacja Polski wraca z Włoch z czwartym miejscem Michała Kwiatkowskiego i siódmym Katarzyny Niewiadomej. 

    Nasze gwiazdy były stawiane wśród pretendentów nie tylko do medali, ale wręcz do złota przez ekspertów na całym świecie. Dobre występy w poprzedzających mistrzostwa Tour de France i Giro Rosa, udokumentowany dorobek w ciężkich wyścigach jednodniowych, może nienajmocniejsze, ale solidne drużyny. Nawet bez nuty patologicznego, polskiego patriotyzmu za obojgiem stało dość argumentów, by nie tyle mieć nadzieję, co móc racjonalnie stawiać na ich dobry rezultat. 

    I takie rezultaty odnieśli. 

    Zarówno Michał jak i Kasia dojechali do mety w czołowych grupach. Gdy następowała decydująca selekcja, byli tam, gdzie mieli być. Kwiatkowski jechał bardziej agresywnie, Niewiadoma bardziej podążała za rywalkami, ale kto wie, dzień wcześniej lub dzień później może to oni ubieraliby na podium tęczową koszulkę. 

    To frazes, ale zwycięzcę nie tylko poznajemy na mecie, ale zwyczajnie zwycięzca może być tylko jeden. Dlatego mistrzostwo świata jest sprawą tak wyjątkową, ponieważ zdobywa się je raz w roku, a raczej raz w życiu. Ba, większość nie zdobywa go nigdy. 

    Doświadczenia nie tylko Kwiatkowskiego, ale i Alaphilippe’a z wyścigiem nazywanym “wiosennymi mistrzostwami świata”, czyli Mediolan-San Remo idealnie pokazują, jak niewiele dzieli zwycięstwo od porażki. 

    W 2017 po genialnym finiszu na Via Roma Kwiatkowski wystawił koło i o milimetry pokonał Sagana i Alaphilippe’a. W 2019 to Alaphilippe zaimponował w sprincie, pokonując Naessena i właśnie Kwiatkowskiego. A w pandemicznym 2020, ten sam Alaphilippe uległ van Aertowi po dwójkowym finiszu by kilka tygodni później na mistrzostwach świata odpalić swój rakietowy atak na ostatnim podjeździe dnia, wykorzystać kilka chwil zawahania rywali, pojechać “a bloc” do samej mety i spowodować, że rywale z San Remo musieli obejść się smakiem.

    A jeśli myślicie o Niewiadomej jako o przegranej faworytce, to, cóż, tak, niewątpliwie taką jest. Tyle tylko, że jak pokazuje Alaphilippe, kolarstwo premiuje cierpliwość i konsekwencję. Owszem, przykłady Bernala, Evenepoela czy Pogacara a wcześniej Sagana uczą nas, że można sięgać po wielkie cele już od początku zawodowej kariery. Równocześnie szereg wybitnych kolarzy na swój przełom czekało latami, by wspomnieć choćby Grega Van Avermaeta. 

    Nie ma szczególnego sensu udowadniać, że ich jazda w Imoli była genialna, bo fakty są proste: i Michał Kwiatkowski i Katarzyna Niewiadoma przegrali. Bo taki był dzień, bo tak ułożył się wyścig, bo tak układa się ten sezon. Z wielu różnych powodów. 

    A równocześnie ich postawa była znakomita, wpływali na przebieg wyścigu, ich obecność w ścisłej czołówce w decydujących momentach rywalizacji sprawiła, że obserwowaliśmy takie a nie inne rozstrzygnięcia na mecie. I to należy zarówno docenić jak i wprost nazwać jako bardzo dobrą jazdę.

    Wiadomo, że każdy sportowiec, czy to indywidualny czy drużyna, jest tak dobry jak jego ostatni wynik. Ale równocześnie jest szersza perspektywa, tych konkretnych zawodów, całego sezonu czy całej kariery. I z niej, zarówno Kwiatkowski, Niewiadoma, ale też ich pomocnicy i pomocniczki, za występ w Imoli zasłużyli na wielkie gratulacje. 

  • Długo wyczekiwany dzień

    Długo wyczekiwany dzień

    Kolarstwo wróciło! Choć nie wiem jak na dłuższą metę wyścigi będą rozgrywane w trawionej pandemią Europie, obejrzeliśmy świetne ściganie podczas Strade Bianche. I tym powinniśmy się cieszyć.

    Skróty i komentarze

    Jeśli przegapiliście świetne ściganie na białych drogach, bo w tym czasie sami jeździliście na rowerze albo Eurosport Player nie wydalał pod naporem wygłodniałej kolarskich wrażeń widowni możecie obejrzeć skróty:

    Strade Bianche 2020 mężczyzn
    Strade Bianche 2020 kobiet

    Zapraszam także do obejrzenia mojego komentarza nagranego wkrótce po wyścigu. Tak jak w zeszłym sezonie planuję przygotowywać dla Was takie krótkie podsumowania, zachęcam więc do subskrybowania mojego małego kanału na youtube.

    Pył i skwar na białych drogach

    Czyli niezastąpiona galeria Cyclingtips. W zestawie znajdziecie selekcję kadrów agencyjnych a także od uznanych artystów kolarskiej fotografii. Wszyscy na to czekaliśmy, bo zdjęcia często oddają więcej niż godziny wideo. Cała galeria dostępna jest tutaj.

    Dane anegdotyczne

    https://twitter.com/VelonCC/status/1289602896099713025

    Velon.cc prezentuje atrakcyjne infografiki z mocami generowanymi przez wybranych zawodników na wybranych fragmentach wyścigu. Atak Van Aerta miał przynieść imponujące 595W przez ok 1,5′ (przy deklarowanej masie ciała kolarza 77kg to imponujące 7,7W/kg). Z kolei Greg van Avermaet najbardziej znany sektor szutrowy, Monte Sante Marie, liczący 11,5km przejechał w 23’25” ze średnią mocą 330W (a trzeba pamiętać, że jest tam sporo zjazdów!). Wszystkie infografiki znajdziecie TUTAJ.

    Strade Bianche na Stravie

    Najwyżej sklasyfikowanym zawodnikiem, który publicznie udostępnił swoje dane na Stravie był Diego Rosa. Włoch z Arkea Samsic zajął 10. miejsce ze stratą 7’45” do Van Aerta. Była to największa strata kolarza zamykającego pierwszą dziesiątkę w historii wyścigu.

    Diego Rosa podczas Strade Bianche 2020 uzyskał średnią moc 239W
    Najlepsze rezultaty na Stravie na segmencie Monte Sante Marie. Możemy porównać dane z Velon.cc z realnymi wartościami.

    Trzy lata czekania

    Wout van Aert celował w wygranie Strade Bianche niemal od początku swojej kariery szosowej. W 2018r przegrał z kurczami, które dosłownie zrzuciły go z roweru:

    W 2019r bezkonkurencyjny był Julian Alaphilippe

    By wreszcie w 2020r, w wyjątkowym sezonie pandemii sięgnąć po zwycięstwo w wielkim stylu. Za takie chwile kochamy ten sport.

    https://twitter.com/JumboVismaRoad/status/1289665581894045697

    100% skuteczności

    Czy wiecie, że Annemiek van Vleuten w 2020r triumfowała w każdym wyścigu, w którym wystartowała? Zarówno przed jak i po lockdownie jedyne wyniki, jakie osiąga to zwycięstwa. Chapeau bas.

  • Loverove 20.10.2016

    Loverove 20.10.2016

    Czwartkowe loverove: dobre zdjęcia, zabawne wideo i pomysł na zwiększenie bezpieczeństwa rowerzystów. Enjoy!

    1. Jedyny Amerykanin, który wygrał Tour de France

    I to trzy razy. Przynajmniej tak obecnie wyglądają kroniki. Greg LeMond właśnie doczekał się biografii zatytułowanej „Greg LeMond: Yellow Jersey Racer”. Z tej okazji przyjrzyjcie się galerii zdjęć wybitnego kolarza, które są ilustracjami jego historii. Jest szansa, że przynajmniej części z nich nie znacie.

    2. Ciężkie życie mistrza świata

    Jeśli na imię masz „Wout”, koledzy z pracy mogą mieć problem z tym, jak się do ciebie zwracać. Mistrzowski viral przygotowany przez SRAMa:

    3. Otwórz drzwi rowerzyście

    A raczej sobie tak, by nie „zdjąć” rowerzysty z roweru gdy twoje szanowne Ty wysiada z auta. Jak? „Po holendersku”. Ma to jakiś sens: