Tag: Vuelta Espana

  • Carlos Sastre – bardzo cichy mistrz

    Carlos Sastre – bardzo cichy mistrz

    Stał sześć razy na podium wielkiego touru. Piętnaście (!) razy był w pierwszej dziesiątce. Ukończył trzy trzytygodniowe wyścigi w jednym sezonie. Zwyciężał na górskich etapach Touru, Vuelty, Giro. Gdy wygrał w Wielkiej Pętli, Lance Armstrong stwierdził, że to wstyd i postanowił wrócić do ścigania. Wczoraj Carlos Sastre, jeden z najwybitniejszych kolarzy minionej dekady ogłosił zakończenie kariery.

    Sastre (a właściwie Carlos Sastre Candil) nie jest, jak na współczesne standardy zawodnikiem szczególnie wiekowym. Na sportową emeryturę odchodzi w wieki trzydziestu sześciu lat. Leipheimer, Winokurow, Horer ścigają się dłużej. Trzeba jednak przyznać, że po pierwsze nie mają na swoim koncie wygranej w Tour de France a po drugie, nie eksploatowali się tak bardzo jak Hiszpan. Pewnego rodzaju apogeum był dla niego sezon 2006, gdy w maju pilotował Ivana Basso do zwycięstwa w Giro d’Italia. Gdy okazało się, że Włoch nie może wystartować w Wielkiej Pętli z powodu współpracy z Eufemiano Fuentesem, pozycję lidera drużyny CSC przejął właśnie Sastre. W Tourze cudów, gdzie testosteronowe zwycięstwo zabrano Landisowi a realny triumfator, Pereiro, dostał je w prezencie od peletonu, to nasz dzisiejszy bohater był najlepszym góralem. Choć ostatecznie zajął trzecie miejsce, nabrał pewności siebie i pokusił się o walkę w hiszpańskiej Vulecie. Tam jednak, zmęczony sezonem i pod naporem zawodników doładowanych świeżo przetoczoną krwią (Winokurow, Valverde, Kaszeczkin) zajął „dopiero” czwarte miejsce.

    Wydawałoby się, że tak hardcorowy sezon musiał odbić się na formie Carlosa Sastre. Tymczasem Hiszpan, owszem, odpuścił włoskie Giro, ale znów jako lider CSC stanął na starcie Tour de France. Zarówno w górach jak i w jeździe na czas nie był w stanie rywalizować z Conadorem, Evansem, Leipheimerem i relegowanym z wyścigu Rasmussenem. Ukończył jednak czwarty i kilka tygodni później podjął kolejną próbę wygrania Vuelty. Słaba jazda na czas nie pozwoliła mu nawiązać walki z Denisem Mienszowem, znów stanął na podium, lecz nie na jego najwyższym stopniu.

    Można było przypuszczać, że Carlos Sastre będzie kolejnym następcą Raymonda Poulidora. Wybitnym, lecz nie Wielkim. Świetnym, lecz bez błysku. I wtedy przyszedł ten dzień. 23.07.2008. Etap z Embrun na l’Alpe d’Huez. Przez Galibier i Croix de Fer. 210km. Ekipa CSC była zdecydowanie najmocniejsza. Mieli trzech liderów: braci Schleck i Sastre, do tego pomocników w rewelacyjnej formie. Frank Schleck prowadził w klasyfikacji generalnej, Sastre niewiele do niego tracił. W górach szalał Bernhard Kohl, później zdyskwalifikowany za EPO-CERA. Dyrektor CSC, Bjarne Riis nie stawiał na Sastre. Wyścig miał wygrać nie Hiszpan a jeden z jego wychowanków. Sastre taktycznie zaatakował u podnóża finałowego podjazdu i… rywale dosłownie zgłupieli. Nikt nie chciał ruszyć w pogoń. Evans pilnował Mienszowa, Mienszow Kohla, a wszystkich w szachu trzymali Andy i Frank Schleck. Sastre na szczyt wjechał w dobrym tempie (39’31”), ale swój sukces zawdzięczał głównie niezdecydowaniu rywali. Tak czy inaczej wypracował na tyle dużą przewagę, by nareszcie móc obronić się przed czasowcami podczas ostatniej w wyścigu jazdy indywidualnej.

    Pod koniec lata, w przeciwieństwie do wcześniejszych zwycięzców Touru znów stanął na starcie Vuelty i… znów przegrał, tym razem z Contadorem i Leipheimerem. Tyle, że z nowym kontraktem w kieszeni i żółtą koszulką w portfolio był już kolarzem spełnionym.

    Podobno to właśnie wygrana Sastre w Tourze była bodźcem, który spowodował, że Lance Armstrong porzucił życie celebryty, romanse z bliźniaczkami Olsen i postanowił wrócić do kolarstwa. Cóż, Hiszpan nigdy nie był wielką gwiazdą a i styl, w którym wygrał Wielką Pętlę może budzić mieszane uczucia. Wszak to nie on miał zwyciężyć, żółtą koszulkę zdobył dzięki dobrej jeździe ale jakby nieco tylnymi drzwiami. Do tego, choć z pewnością był wybitnym góralem, jego ataki nie porywały tłumów, tak jak jazda Jose Marii Jimeneza, prywatnie szwagra Carlosa. Tyle tylko, że ten fenomenalny kolarz zmarł na atak serca w szpitalu psychiatrycznym a Sastre z powodzeniem i bez większych emocji przebrnął przez całą sportową karierę.

    Dwuletni kontrakt z grupą Cervelo a następnie przejście do Geox i utworzenie duetu z Denisem Mienszowem jednym z głównych rywali to już schyłkowa część kariery Carlosa Sastre. Nie prezentował takiej formy co za czasów jazdy dla Riisa, ale ciągle potrafił o sobie przypomnieć walcząc na ważnych, górskich etapach. Trzeba bowiem przyznać, że był zawsze bardzo konsekwentnym i skutecznym zawodnikiem. Próbował walczyć tylko o ważne cele, budując formę na najistotniejsze momenty sezonu. Jeździł ekonomicznie i uważnie, choć – jak każdemu – zdarzało mu się popełniać błędy na płaskich lub pagórkowatych etapach. Jeśli już podejmował akcje w górach, często kończyły się sukcesem lub było do tego bardzo blisko. Swój ostatni wielki tour, tegoroczną Vueltę przejechał jako pomocnik Juana Jose Cobo. Po raz kolejny zawodnik, dla którego pracował wygrał trzytygodniowy wyścig. Choć w cieniu zwycięzcy, Sastre odniósł więc kolejny spory sukces. Cóż, taką obrał drogę i choć pewnie za kilka lat pamiętać o nim będą tylko koneserzy, można powiedzieć, że była to dobra droga.

    Carlos Sastre wygrywa na l’Alpe d’Huez

  • Nazwiska nie grają

    Nazwiska nie grają

    Nibali nie dał rady. Podobnie jak Scarponi, Rodriguez, Anton. Wiggins i Mienszow z liderów stali się pomocnikami. O wygranie Vuelta Espana 2011 walczą: zawodnik stawiany w przedwyścigowych spekulacjach raczej jako czarny koń niż jako 100% faworyt oraz kolarz kompletnie wcześniej nieznany. Co więcej, rywalizacja Cobo i Froome’a jest porywająca. Jeśli ktoś obstawiałby takie wyniki przed zawodami, teraz byłby milionerem.

    Tegoroczny wyścig dookoła Hiszpanii to wyzwanie dla kibica. Nie ma wielkich gwiazd, Condador nie walczy ze Schleckiem, ścigają się zawodnicy drugiego i trzeciego planu. Pierwsze dni peleton przejechał na remis ze wskazaniem na Joaquima Rodrigueza. Częste zmiany lidera poprowadziły do sensacyjnego rozstrzygnięcia podczas jazdy indywidualnej na czas. Bradley Wiggins, który w początkowej fazie wyścigu prezentował się świetnie i był stawiany jako główny rywal dla Vicenzo Nibalego przegrał ze swoim pomocnikiem, Christopherem Froomem. „Wiggo” i kierownictwo ekipy dali brytyjskiemu Kenijczykowi wolną rękę na górskich etapach w Asturii, jednak ten nie był w stanie odeprzeć ataku Juana Jose Cobo. Ten dla odmiany w swoim numerze wiezionym na plecach ma jedynkę, więc teoretycznie jest nominalnym liderem. Ale mało kto przed wyścigiem stawiał właśnie na niego a oczy ekspertów zwracały się raczej ku postaci Denisa Mienszowa. Wszak Rosjanin dwukrotnie wygrywał Vueltę i raz Giro, zatem to on powinien walczyć o końcową wygraną.

    Tymczasem Wiggins opadł z sił – mordercze nastromienia podjazdów w Asturii i Kantabrii zwyczajnie go przerosły. Froome jedzie więc sam i walczy z całych sił by wydrzeć Cobo koszulkę lidera. Spektakularny atak na Pena Cabarga to jeden z najbardziej emocjonujących momentów podczas wielkich tourów w ostatnich latach. Trzynaście sekund, dzielących obu zawodników można zyskać przy wsparciu kolegów z drużyny na nerwowych etapach w Kraju Basków. W tym układzie przewagę wydaje się mieć Hiszpan Cobo. Denis Mienszow lojalnie wywiązuje się bowiem z roli „super gregario”. To imponujące, że zawodnik z takim portfolio i cały czas z formą na top3 wielkiego touru potrafi w stosownym momencie stłumić swoje ego i pomóc mniej utytułowanemu koledze z drużyny. Mając w pamięci jazdę papierowych liderów, których w ostatniej dekadzie holowali w górach na przykład polscy pomocnicy, bez szans na choćby podjęcie próby walki o etapowe zwycięstwo, jazda Rosjanina nabiera dodatkowego wymiaru.

    W tle walki o zwycięstwo obserwujemy ambitną walkę o miejsca w czołówce i etapowe zwycięstwa. Przetasowania w światowym peletonie, fuzje i upadki grup zawodowych powodują, że wielu kolarzy jest niepewnych swojej przyszłości. Także rewelacja wyścigu, Christopher Froome dopiero teraz negocjuje kontrakt na sezon 2012. Przed Vueltą umowa z grupą Sky miała nie być przedłużona.

    Nieco po cichu, ale bardzo skutecznie jedzie Maxime Monfort. Podczas Tour de France wykonał tytaniczną pracę na rzecz Andy Schlecka, teraz mając wolną rękę zajmuje szóste miejsce. Ponieważ nie wiadomo, czy znajdzie się w składzie „RadioParda” będzie miał mocny argument w rozmowach z potencjalnymi pracodawcami. Dwudziestopięcioletni Bauke Mollema (Rabobank) jest w klasyfikacji tuż za Wigginsem i jeśli Brytyjczyk „wyjedzie się” dla Froome’a może awansować na podium. Rok młodszy od niego jest inny Holender, Wout Poels z drużyny Vacansolei i choć zajmuje miejsce na granicy pierwszej dziesiątki, jedzie niezmiernie ambitnie, często atakuje i zdecydowanie jest jasnym punktem tego wyścigu. Warto zaznaczyć, że swoją formę przed Vueltą budował podczas Tour de Pologne gdzie był czwarty w końcowej klasyfikacji. Bardziej znany bohater z Polski, Daniel Martin (Garmin) jest czternasty, ale wygrał etap i co chwilę szuka kolejnej szansy.

    Dwa najbliższe odcinki zapowiadają się więc bardzo ciekawie. Z niecierpliwością czekam nie tylko na rozstrzygnięcia, ale przede wszystkim na kolejne odkrycia, które mam nadzieję przyniosą. Niedoceniany Tour drugiej kategorii w tym roku wyraźnie zyskał przy bliższym poznaniu. Jeszcze przed jego zakończeniem mogę śmiało stwierdzić, że warto było poświęcić nieco czasu na śledzenie wydarzeń 66. Vuelta a Espana.

    W oczekiwaniu na decydujące momenty wyścigu proponuję jeszcze raz zobaczyć fascynującą walkę Froome’a z Cobo na podjeździe Pena Cabarga.

  • Juan Jose Cobo – lider znikąd?

    Juan Jose Cobo – lider znikąd?

    Genialny występ Juana Jose Cobo na Angliru właściwie dał mu zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Vuelty. Przed kolarzami ścigającymi się wokół Hiszpanii jeszcze jeden finisz na podjeździe i dwa nerwowe etapy w Kraju Basków. Cobo powinien sobie poradzić. Ale czy można mu ufać?

    Nieciekawa przeszłość

    Juan Jose Cobo ma 29 lat. Na koncie kilka sukcesów, które sugerują, że może być bardzo dobrym kolarzem etapowym. Wygrana w wyścigu Dookoła Kraju Basków (2007), 10. miejsce w hiszpańskiej Vuelcie (2009), kilka dobrych rezultatów w klasykach: 9. w Liege-Bastogne-Liege (2007) i Giro di Lombardia (2008). Wygrane etapy Tour de France (2008) i Vuelta Espana (2009). Wszystkie te wyniki osiągnął, jako zawodnik niesławnej ekipy Saunier Duval, której zawodnicy: Ricardo Ricco oraz Leonardo Piepoli w 2008r wpadli na EPO – CERA na skutek czego drużyna musiała wycofać się z Wielkiej Pętli a rok później straciła sponsorów. Cobo odszedł więc do Caisse d’Epargne, w którym zaliczył najgorszy sezon w życiu nie wchodząc w pierwszą trzydziestkę żadnego wyścigu, w którym startował.

    Z drugiej strony wtedy było wtedy a teraz jest teraz. Cobo, choć jeździł w nieciekawym towarzystwie sam nigdy pozytywnego wyniku testu antydopingowego nie miał. Fakt, że odrodził się po powrocie do grupy Maruo Gianettiego, która teraz reklamuje markę Geox (po Saunier Duval i Footon Servetto taki jest teraz główny sponsor) również nie jest argumentem przeciwko hiszpańskiemu kolarzowi. Wszak rezultaty uzyskiwane przez Denisa Menchova spadły po tym, gdy odszedł z Rabobanku do Geoxu właśnie (co zbiegło się „przypadkowo” z zakończeniem działalności wiedeńskiego laboratorium hematologicznego Humanplasma, ale to inna historia). Cobo być może tego sezonu nie ma rewelacyjnego, ale przed wyścigiem dookoła Hiszpanii sygnalizował niezłą formę, zajmując trzecie miejsce w Vuelta a Burgos.

    Minuta, która robi różnicę

    Nie ma na razie oficjalnych danych dotyczących czasu podjazdu Juana Jose Cobo na Angliru. Te nieoficjalne wskazują, że morderczy podjazd pokonał zaledwie 32 sekundy wolniej od Alberto Contadora w sezonie 2008, zatem uzyskał średnią prędkość podjeżdżania (VAM) około 1875. Można więc szacować, że daje to 6.25 Watt na kilogram masy ciała. Jest to nieco powyżej granicy 6.2 W/kg, która według specjalistów wyznacza granice ludzkich możliwości bez niedozwolonego wsparcia farmakologicznego. Dla porównania Ivan Basso na podobnie wymagającym podjeździe, czyli Monte Zoncolan podczas Giro d’Italia 2010 uzyskał VAM 1777 i stosunek W/kg 5.68. Contador wygrywając na Angliru pojechał niemal w sposób nadnaturalny (VAM 1930 i 6.4 W/kg). Minuta i dwadzieścia sekund różnicy, które Wiggins stracił do Cobo na najtrudniejszym odcinku wzniesienia powoduje, że VAM Brytyjczyka to 1734 i 5.78 W/kg, czyli „normalnie dla wybitnego kolarza w szczytowej formie”. Dodatkowo na niekorzyść Juana Jose Cobo działa fakt, że jest dość ciężkim i masywnie zbudowanym zawodnikiem (1,75m wzrostu i ok. 67-69kg wagi), zatem realnie musiał wygenerować więcej mocy by w tym tempie pokonać tak trudny podjazd.

    Zanim jednak zaczniemy rzucać kamieniami w Cobo niezbędne jest kilka uwag. Po pierwsze, powyższe wyliczenia to tylko szacunek. Po drugie, chyba najważniejsze, bardzo strome podjazdy podnoszą wartość VAM co rzutuje również na oszacowanie stosunku mocy do masy.

    Dodatkowo Cobo niemal cały wyścig jechał na remis z Wigginsem. Jeśli były różnice, to sekundowe. Zarówno na czasówce drużynowej jak i podczas górzystych oraz górskich etapów. Hiszpan stracił do Brytyjczyka 1’40” podczas jazdy indywidualnej, co odrobił z nawiązką w górach Asturii: łącznie 1’41” plus bonifikaty za drugie i pierwsze miejsce. To właśnie głównie bonifikaty odpowiadają za przewagę, którą wypracował nad zawodnikami grupy Sky: Wigginsem i Froomem. Zatem wygląda na to, że Cobo Vueltę jechał ekonomicznie, skupiając się na dwóch etapach gdzie miał największe możliwości wypracowania przewagi nad rywalami. Co więcej pochodzi z pobliskiej Kantabrii, więc z pewnością zna większość tajemnic jazdy w takim terenie.

    Cień przeszłości

    Wniosek jest tak naprawdę przykry. Jose Juan Cobo właśnie jedzie wyścig życia. Może być niemal całkowicie „czysty” a na Angliru prawdopodobnie wywalczył zwycięstwo w wielkim tourze, czyli życiowy sukces mając swój „dzień konia”. Taki, który zdarza się raz na kilka lat. Niestety grzechy jego kolegów z drużyny, licznych poprzedników i rywali a także niejasne i często żenujące zachowanie hiszpańskiego związku kolarskiego oraz UCI (obie organizacje skutecznie zamiatają wiele spraw pod dywan lub latami przeciągają kontrowersje) spowodowały, że zamiast cieszyć się walką kolarzy zaczynamy ich podejrzewać. Tym samym Cobo nie będzie zwycięzcą Vuelty, tylko „zwycięzcą Vuelty, który kiedyś był w grupie z doperami a potem o minutę za szybko wjechał Angliru”.

  • Vuelta zaskoczyła!

    Vuelta zaskoczyła!

    Wielki tour drugiej kategorii, czyli hiszpańska Vuelta zgromadził w tym roku na starcie wielu mocno zmotywowanych zawodników. Mamy więc ciekawy pojedynek ?górali? z ?czasowcami?, z którego jak na razie zwycięsko wychodzi pomocnik jednego z liderów.

    Na trzynastym kilometrze wczorajszej jazdy indywidualnej Bradley Wiggins jawił się jako jeden z najbardziej wybitnych kolarzy etapowych dekady. Supernowa, która rozbłysła na ciemnym niebie. Trzeci w Paryż-Nicea, wygrane Dauphine Libere, mistrz kraju. Pechowy Tour de France nie złamał mu sezonu, powrócił na Vueltę jeszcze silniejszy. Świetny w górach, gdy trzeba kontroluje sytuację, gdy trzeba przejmuje inicjatywę. Na rowerze czasowym przyjmuje perfekcyjną pozycję i miażdży rywali. WTEM! Wiggins osłabł. Po prostu się przeliczył. Od startu chciał wywrzeć presję na rywalach a tymczasem sam wypalił się jeszcze przed połową próby. Teraz musi obronić się w górach Asturii nie tylko przed Vicenzo Nibalim, nad którym zyskał niewiele, ale też przed około dwudziestoma (!) innymi kolarzami. Po pierwszej części wyścigu nadal jest bowiem bardzo ciasno w klasyfikacji a najbliższe pięć dni będzie ciężkich i nerwowych.

    Ba, Wiggins nawet nie jest liderem. Czerwoną koszulkę przywdział jego pomocnik, kenijski Brytyjczyk, Chris Froome. Zawodnik znany tylko koneserom, zatrudniany przez kolejne ekipy nie tylko ze względu na umiejętności, ale też narodowość. W Barlowordzie ścigał się dzięki temu, że urodził się w Afryce (z Johnem Lee Augustinem czy Robertem Hunterem pochodzącymi z RPA – grupa miała silną afrykańską tożsamość), do brytyjskiego projektu Team Sky trafił także ze względu na paszport. Vueltę jedzie genialnie, wydaje się, że jest mocniejszy od swojego lidera. Pilotował Wigginsa na pierwszych, górzystych etapach, bardzo pomógł mu też na La Covatilla. Inaczej rozłożył siły na czasówce, zostawiając siły na drugą jej część dzięki czemu przegrał jedynie z nastawiającym się na ten konkretny etap Tonym Martinem. Teraz jest liderem, co komplikuje sytuację Wigginsowi i dokłada dodatkowy smaczek do całej rywalizacji. Przypomina się sytuacja z 2003r, gdy Igor Gonzalez de Galdeano musiał uznać wyższość Izidro Nozala a obu kolarzy ONCE, świetnych czasowców, pogodził Roberto Heras. W tamtym wyścigu również ?na remis? zawodnicy wjechali na Sierra Nevada a po drodze mieli jeszcze kilka ciężkich etapów. Angliru ominęli, ale ścigali się m.in. na Sierra de la Pandera.

    Joaquim Rodriguez nie jest ?góralem? pokroju Herasa, ale tracąc niespełna 3 i pół minuty nadal pozostaje w grze o zwycięstwo, choć grono faworytów zostało po pierwszej, nerwowej i ciężkiej części Vuelty, mocno przemodelowane.  Wiggins, Nibali, Fuglsang, Kessiakoff, Mollema, Brajkovic, Van Den Broeck i Mienszow. To na nich w tej chwili spoczywa wzrok kibiców. Co więcej, kilka ekip ma po dwóch zawodników, którzy mają szansę na podium: Sky, Leopard, Radioshack, Rabobank, Katusha. Będą albo atakować albo trzymać się w szachu. Dzięki niejasnej sytuacji możliwe jest nawet, by straty odrobił Michele Scarponi. Tym samym wyścig, który zapowiadał się jako monotonny i nieciekawy zaczyna być nieprzewidywalny i pasjonujący.

    Dziś kolarze odpoczywają, ale we środę, piątek, sobotę i niedzielę (Angliru) czekają ich bardzo ciężkie, pełne niezwykle stromych podjazdów etapy. Będzie się działo!

  • Bjarne Riis nie tak wybitny?

    Bjarne Riis nie tak wybitny?

    Przyjęło się mówić, że Bjarne Riis jest wybitnym dyrektorem sportowym. Jego podopieczni odnoszą liczne sukcesy, stając na starcie uważani są za faworytów. Tymczasem  okazuje się, że zawodnicy teamu Saxo Bank często zanim sięgną po podium, postawieni są w bardzo trudnej sytuacji.

    Vuelta a Espana 2011 to nie jest docelowy wyścig dla kolarzy Riisa. Szansę na potwierdzenie klasy ma jednak Chris Anker Sorensen. Wczoraj na Sierra Nevada walczył o zwycięstwo etapowe, ale też odrabiał straty w klasyfikacji generalnej. Przed pierwszym górskim finiszem od lidera dzieliło go 3?46? a od grupy faworytów ok, 1,5 minuty. Nawet, jeśli zdolny Duńczyk będzie w dobrej formie, niezmiernie wiele wysiłku włoży by wrócić do czołówki.

    Jeśli przejrzeć wyniki z ostatnich wielkich tourów, taka sytuacja regularnie się powtarza. Oczywiście należy brać poprawkę na to, że poszczególne wyścigi mają swoją specyfikę, ale istotny jest jeden fakt. Liderzy drużyny prowadzonej przez Riisa mają przed pierwszym etapem z metą na podjeździe stratę do rywali. Contador na Giro d?Italia i Tour de France musiał gonić. We Włoszech mu się udało, we Francji nie. Podobnie Andy Schleck, gdy jeździł w drużynie duńskiego dyrektora sportowego. Właśnie w takim stylu zaczął swoją karierę, od startu pierwszego Giro d?Italia musząc gonić Danilo di Lucę. W podobnej sytuacji byli też w 2010r Frank Schleck na Vuelcie i Richie Porte na Giro. Również Zwycięzca Touru 2008 Carlos Sastre a także obaj bracia Schleck byli nieco z tyłu po pierwszych etapach ówczesnej Wielkiej Pętli i dopiero jadąc taktycznie i poświęcając Andy?ego byli w stanie ograć Cadela Evansa w samej końcówce.

    Riis potrafi przygotować i zgrać ekipę a także, co chyba najważniejsze należycie ją zmotywować. Ale zbyt często jego podopieczni tracą cenne sekundy we wczesnej fazie wyścigu. Kolarzom z innych ekip również się to zdarza, jak się później okazuje, często pech i nerwowość są wyrazem nie najwyższej dyspozycji. Riis tymczasem funduje i zawodnikom i kibicom solidnie napisane thrillery, gdy jego ekipa uporczywie goni liderów.

    Nie wiadomo, jaką rolę odegra w tegorocznej Vuelcie Chris Anker Sorensen. Bywało już tak, że Riis przywoził na wielki tour drużynę bez lidera na ?generalkę?. Sorensen jest jednak zawodnikiem ze sporym potencjałem a wyścig dookoła Hiszpanii ma to potwierdzić. Igor Anton, zdecydowany przedwyścigowy faworyt pierwsze trzy etapy przejechał czujnie, co sugerowało, że będzie mocny. Tymczasem stracił sporo i, przynajmniej na kilka dni wypadł z gry. Sorensen odwrotnie. Na Sierra Nevada nie odrobił zbyt wiele, ale pokazał wolę walki i dobrą formę. Przy okazji warto też nadmienić, że dobre przygotowanie do ataku Duńczyka zrobił jego drużynowy kolega, Rafał Majka. Polak swoją akcją rozpoczął zabawę w głównej grupie i było to bardzo miłe doświadczenie dla kibica przed ekranem.

    Jeśli wrócimy na chwilę do tegorocznego Tour de France, to okaże się, że za spektakularną walkę w Alpach odpowiada głównie strata, jaką poniósł Contador w pierwszym tygodniu wyścigu, jadąc niepewnie i nieuważnie. Wyraźnie otworzyło to wyścig. Faworyt jadąc ostrożnie i mocno zmusza pretendentów do ataku, samemu pozostawiając sobie możliwość kontrowania. Tak robił Armstrong, tak zrobił też w tym roku Cadel Evans. Prowadząc drużynę w nieco inny sposób, Bjarne Riis wiele ryzykuje. I, mimo opinii ?super dyrektora?, często przegrywa.

    Gdy kolarz Riisa wygrywa, ten potrafi się cieszyć (Nick Nuyens triumfuje we Flandrii 2011)

  • Ścigają się w Stanach

    Ścigają się w Stanach

    Drugi wielki tour w sezonie traci uwagę przez imprezę rozgrywaną za oceanem. Konserwatywni, europejscy kibice pewnie nie byliby zainteresowani ściganiem w Kaliforni czy Kolorado, ale odpływ potencjalnych faworytów zwraca wzrok w stronę USA. W Pro Cycling Challenge jadą Evans, bracia Schleck czy Ivan Basso. Faworytem Vuelta a Espana jest Igor Anton.

    Nazwisko „Cadel Evans” mogło się obić o uszy nawet przeciętnej gospodyni domowej. Schleck i Basso powinni być znani osobom, które ogólnie interesują się sportem. Amerykanie mają swojego Leipheimera, Danielsona, Van de Velde, Hincapiego. Oprócz nich w Colorado startują Robert Gesink, Jens Voigt, Peter Weening, Kenny van Hummel czy Robert Forster. Całkiem niezła ekipa, jak na wyścig kategorii 2.1. Dla ścisłości: tej samej, jaką ma Wyścig Solidarności i Olimpijczyków. Ok, trudno się spodziewać, by wszyscy zawodnicy, którzy walczyli w Tour de France ścigali się na Vuelcie, ale gwiazdorska obsada, z jaką mamy do czynienia w imprezie organizowanej raptem po raz drugi, do tego pod koniec sezonu, daje do myślenia.

    Spójrzmy jeszcze, kto startował w Tour of California, wybierając budowanie formy na zachodnim wybrzeżu Stanów zamiast we francuskich (Dauphine) lub szwajcarskich (Tour de Suisse) Alpach. Oczywiście Amerykanie: Leipheimer i Horner, George Hincapie, Tom Danielson. Temu akurat trudno się dziwić, ale startowi Andy Schlecka, Jensa Voigta, Thora Hushovda czy Oscara Freire już nieco bardziej. Tour of California był transmitowany na żywo w Eurosporcie, na szczęście dzięki różnicy czasu nie pokrywał się z Giro d’Italia, z którym zazębiał się terminem. Amerykański wyścig zamienił się miejscami z najstarszą tygodniową etapówką, dookoła Katalonii i jako etap przygotowań do Tour de France odebrał jej prestiż.

    Sprawa stanie się prostsza, jeśli zobaczymy na zmiany, jakie zaszły w ostatnich latach w kolarstwie zawodowym. Tradycyjne, rowerowe manufaktury, które rękami włoskich mistrzów tworzyły dzieła sztuki użytkowej stały się niszą dla kolekcjonerów. Amerykańskie marki (nie mylić z producentami) zaczęły dominować. Wśród ekip Pro Teams na Specializedzie jeżdżą: HTC, Saxo Bank i Astana. Na Treku Leopard i Radioshack. Garmin-Cervelo i BMC są współtworzone przy udziale nowych, wchodzących na rynek brandów, skierowanych głównie na rynek amerykański. Liquigas związany jest z Cannondale. Omega Pharma-Lotto dosiada Canyonów, które również robione są na dalekim wschodzie a sprzedawane wysyłkowo na całym świecie. Krótko mówiąc są to globalne przedsiębiorstwa, którym zależy na globalnej sprzedaży a nie uznaniu konserwatywnych pasjonatów z Europy. O tym, że inaczej działają i inaczej są finansowane same grupy zawodowe, pisałem już wcześniej. Dość powiedzieć, że na 18 zespołów pro teams, 5 jest zarejestrowanych w USA lub Wielkiej Brytanii, gdy jeszcze na przełomie wieków były to w porywach dwa.

    W tym kontekście wsparcie, jakie francuskie ASO, globalny koncern medialno – sportowy daje hiszpańskiej Vuelcie wydaje się być nie do przecenienia. Niewykluczone, że wyścig rozgrywany w kraju znajdującym się w kryzysie stałby się realnie marginalny. Obecnie można nieco narzekać, a to na obsadę, a to na trasę, a to na scenerię, ale impreza istnieje, ma transmisje w ogólnoeuropejskiej stacji tv a zawodnicy, choć może nie tak powszechnie znani, ścigają się nie tylko o pieniądze, ale i o realny prestiż. Oddała nieco tożsamości w imię unifikacji z korporacją, ale wygląda na to, że wychodzi na tym nieźle.

    Patrząc na tak silną globalizację sportu, trzeba też pamiętać o naszym Tour de Pologne, który nie sprzedał swojej nazwy (jak AMGEN Tour of California), nie jest częścią większej całości (jak Vuelta, Dauphine Libere czy Paryż – Roubaix) i cały czas się rozwija. Ale to temat na inną okazję :-)

  • Dyskretny urok korporacji

    Dyskretny urok korporacji

    Od czterech lat wyraźny udział (49%) w hiszpańskiej Vuelcie mają Francuzi z Amuary Sport Organisation (ASO). Gigant organizujący Tour de France, rajd Dakaru czy maraton paryski, na wzór wielkich korporacji powoli unifikuje kolarstwo. Jak zatem radzi sobie Vuelta wciągnięta w trybiki wielkiej machiny? Zyskuje czy traci?

    Portfolio ASO jest imponujące. Skupiając się już tylko na kolarstwie, francuski koncern organizuje: Tour de France, Vuelta a Espana, Criterium du Dauphine, Paryż-Nicea, Criterium International, Tour de l’Avenir, klasyki: Walońską Strzałę, Liege-Bastogne-Liege, Paryż-Roubaix i Paryż-Tours a także egzotyczne: Tour du Faso, Tour of Qatar, Tour of Oman oraz od tego roku wspiera UCI przy Tour of Beijing. Dla porównania , konkurencyjna, włoska grupa mediowa, RCS zajmuje się: Giro d’Italia, Tirreno – Adriatico, Grio di Lombardia, Mediolan-Sanremo, Strade Bianche oraz Giro del Piemonte.

    Faktem jest, że np. Paryż-Nicea został przez ASO uratowany od bankructwa i zniknięcia ze sceny. Dauphine Libere zmieniło nazwę na Criterium Dauphine po tym, gdy medialny gigant przejął imprezę od lokalnego wydawcy, gdy ten również dostał zadyszki. Kupno 49% udziałów Vuelty od Unipublic (czyli de facto telewizji Antena 3) w 2008r również wzięło się z problemów finansowych wyścigu. Jak pisałem wcześniej, Vuelta szuka nie tylko miejsca w kalendarzu ale i charakteru. W związku z tym podejmowane jest ryzyko innowacji, które w ostatniej dekadzie nie sprawdziło się zbyt dobrze. Innowacje były kosztowne, w związku z tym lokalizacje niektórych etapów były ściśle komercyjne (parki rozrywki, fabryki, nowo powstałe stacje narciarskie). Miejsca bez legendy, bez klimatu, do tego z niewyjaśnionych przyczyn najciekawsze fragmenty sytuowano w środku tygodnia pracy. Przez to przy trasach było pusto, podobnie jak przed telewizorami.

    Do tego Vuelta, podobnie jak w pewnym momencie Giro stała się wewnętrzną sprawą gospodarzy. Angel Casero czy Aitor Gonzalez to zwycięzcy z pierwszych lat XXIw, anonimowi dla szerszej, międzynarodowej publiczności, do tego zamieszani w okołodopingowe problemy. Sami Hiszpanie też zresztą musieli przeczuwać, że coś jest nie tak z ich kolarstwem, gdy kolejne wybuchające skandale były zamiatane pod dywan.

    Co robi więc ASO by uratować Vueltę? Sięga po sprawdzone metody. Ujednolica koszulki liderów klasyfikacji. Sprinter dostaje zieloną (bywało, że jeździł w niebieskiej w żółte rybki), góral w grochy, by odróżnić się od Touru – niebieskie  (wcześniej np. biała w ziarna kawy lub biała z czerwonymi rękawkami) a pozostałą (tradycyjną dla Vuelty łączącą punkty, nazwijmy ją wszechstronną) – białą. Standard na wszystkich imprezach organizowanych przez Francuzów. Lider nie jedzie na żółto, zrezygnowano też z innowacji w postaci złota i ustanowiono, krwiście czerwoną nawiązującą do koszulek piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii – w końcu to narodowy wielki tour.

    W kwestii trasy postawiono na miks. Z jednej strony eksperymenty z wizytami za granicą. W 2009r startowano z Holandii, ale to nie spotkało się z uznaniem zawodników i kibiców. Z drugiej ustanowienie pewnych stałych, gwarantujących sukces. W czteroletniej kadencji ASO po raz drugi pojawia się Angliru, postanowiono po latach przerwy powrócić też do Kraju Basków. Tam z pewnością widownia nie zawiedzie!

    Również z obsadą jest lepiej, staje się bardziej międzynarodowa. Można mówić różne rzeczy o motywach Vicenzo Nibalego, ale tak czy inaczej na starcie wielkiego touru z jedynką stanie obrońca tytułu. Gdybanie, że pewnie by go tam nie było po wygranym Giro, podobnie jak Michele Scarponiego niewiele zmienia. Są i chcą walczyć o wygraną w całym wyścigu a nie tylko o etapy jak niegdyś Gilberto Simoni. Tym samym Vuelta staje się bardziej globalna i wychodzi poza wewnętrzne hiszpańskie rozstrzygnięcia.

    Wygląda na to, że hiszpański tour nieco wychodzi z dołka, dzięki wsparciu inwestora o ponadnardowym zasięgu. Czy ASO pójdzie drogą znaną z „No Logo” Naomi Klein, gdzie korporacja przeżuwa i wydala wszystko, co napotka na swojej drodze? Portfel Francuzów pełen jest wartościowych walorów, które jednak powoli dopasowywane są do szerszej strategii marketingowej. Poszczególne imprezy nie giną, ale tracą swój charakter. Zawodnicy jeżdżą w takich samych koszulkach, zapraszane są te same drużyny a start w najważniejszych eventach zależny jest od lojalności względem korporacji i odpowiedniego zaangażowania w pomniejszych zawodach. Efekt jest taki, że w tym roku dziką kartę przyznano dwóm hiszpańskim drużynom (na cztery wolne miejsca). W Giro d’Italia Włosi swoich drugoligowców zaprosili pięciu…

    Najciekawsze wydarzenia Vuelty 2010

  • Niechciany bonus na pocieszenie

    Niechciany bonus na pocieszenie

    Vuelta Espana to trzeci z wielkich tourów. Najmłodszy, najmniej prestiżowy, ale czy najmniej ciekawy? Od wielu lat szuka własnej tożsamości. Póki co częściej się zdarza, że traktowany jest jako rekompensata po wcześniejszych porażkach niż cel numer jeden.

    Znaleźć swój udział w ugruntowanym i konserwatywnym rynku jest trudno. Obserwujemy to na własnym podwórku przy okazji Tour de Pologne, który awansował do najwyższej kategorii tygodniowych etapówek, ale wciąć mu czegoś brakuje, by traktować go na równi z pozostałymi.  Z Vueltą jest podobnie. Młodsza, początkowo rywalizująca z włoskim Giro została przeniesiona na późne lato. Jest jedynym z Tourów, który nie jest traktowany jako cel sam w sobie. Dla wielu zawodników najważniejszym punktem ostatniej części sezonu są Mistrzostwa Świata i do nich przygotowują się startując w Hiszpanii.

    Jeśli potraktować sezon w kategoriach kulinarnych, mamy przystawki (Paryż Nicea plus wiosenne klasyki), pierwsze danie (Giro, w sam raz pasuje, gdy jako primo piatto podamy makaron), danie główne (Tour de France) i deser w postaci klasycznej jesieni zbudowanej wokół Mistrzostw Świata i Giro di Lombardia). Tymczasem tuż po obfitym daniu głównym kelner przynosi nam, w prezencie od szefa kuchni, kolejne. Na pierwszy rzut oka wygląda intrygująco, pachnie nieco egzotycznie i kusi nowatorskim wyglądem, ale tak naprawdę jemy je z grzeczności. Czasem pozytywnie zaskoczy, czasem przyprawi o niestrawność, najczęściej jednak popadnie w zapomnienie.

    Taki ekstra dodatek ma jednak pewne zalety. Dla wielu zawodników to pierwsze zetknięcie z trzytygodniowym wyścigiem. Test wytrzymałości i pierwsze szlify zdobywane przy pokonywaniu takiego wyzwania. Dla faworytów, którzy chcą wygrać a także dla ich kluczowych pomocników to nadal ciężka praca do wykonania. Tym bardziej, że Hiszpanie w poszukiwaniu emocji lubują się w wyszukiwaniu nowych trudności niemal co roku. Można więc coś poznać, można zdobyć doświadczenie, można wreszcie, sięgnąć po cenny sukces. Co więcej, w tej ostatniej kwestii Vuelta daje szanse zawodnikom, którzy prawdopodobnie nigdy nie zwyciężą w Giro czy Tourze. Zależnie od wersji trasy mogą być to wybitni górale, fizjologicznie niezdolni do dobrej jazdy na czas (np. Roberto Heras), świetni czasowcy tracący zbyt wiele w górach (Olano, Jalabert, Zulle) czy wreszcie ci, którym najwyższy stopień podium dwóch, bardziej tradycyjnych trzytygodniówek zajął ktoś inny.

    Vueltę wygrał Jan Ullrich, nie mogąc zmóc Pantaniego i Armstronga w Tour de France. Wygrywał Tony Romminger, który przegrywał we Francji z Indurainem a w Hiszpanii mógł pobić rekord zwycięstw.  Wygrywając Vueltę jedyne zwycięstwo w wielkim tourze zaliczył wreszcie na swoje konto Raymond Pouilidor, symbol zawodnika, który zawsze trafia na silniejszych od siebie rywali.

    W tym roku w ramach poszukiwania emocji i innowacji organizatorzy Vuelty oferują słynny z gargantuicznego nastromienia podjazd Angliru, powrót do Kraju Basków oraz nietypowy układ trasy, który większość trudności gromadzi w pierwszych dwóch tygodniach  ścigania. Przed dniem odpoczynku mamy: dwie czasówki (krótką drużynową i długą jak na obecne standardy ? 47km ? indywidualną) oraz ciężkie finałowe podjazdy na Sierra Nevada i La Covatilla. Kolejne pięć etapów po dniu przerwy to ciągła szarpanina na stromych podjazdach Asturii ze zwieńczeniem na wspomnianym Angliru. Ostatni tydzień, choć pozornie prostszy może być nerwowy. Spodziewane są oczywiście liczne ucieczki, z niecierpliwością wyglądać będziemy aktywności Polaków, których aż czterech startuje w Hiszpanii (Niemiec, Majka, Marycz, Gołaś). Szczegóły trasy znajdują się tutaj.

    Obsada wyścigu potwierdza przedstawioną wyżej teorię. Mamy więc dwóch Włochów, którzy nie dali rady Contadorowi w na swoim terenie. Vicenzo Nibali rok temu na Vuelcie był ?młodym obiecującym?, tym razem jedzie jako obrońca tytułu, ale też i przegrany z Giro. Z kolei Michele Scarponi celuje w największy sukces kariery, która ponownie nabiera rozpędu po przerwie związanej z Operation Puerto. (Związki tego zawodnika z Hiszpanią są spore, na liście dopingowej Eufemiano Fuentesa występował pod kryptonimem ?Zapatero?). Na starcie staje też grupa rozbitków z Tour de France: Wiggins, Van Den Broeck, Kloeden i Brajkovic a także dwóch znakomitych kolarzy, których ekipa na Wielką Pętlę nie została zaproszona: Carlos Sastre i Denis Menchov. Do Hiszpanii jadą ratować sezon. Joaquin Rodriguez, kolarz raczej klasyczny niż etapowy podejmie kolejną próbę walki w wielkim Tourze a Igor Anton będzie chciał w końcu potwierdzić podobno drzemiąc w nim wielki potencjał. Z kolei Mark Cavendish czy Fabian Cancellara startują by trenować przed mistrzostwami świata i szukać etapowych zwycięstw.

    Czy będę śledził wydarzenia na Vuelcie? Tak. Liczę przede wszystkim na weryfikację obserwacji z Tour de France. Ciekawie zapowiada się również start kilku młodych, obiecujących zawodników, o których mam nadzieję, będzie jeszcze czas wspomnieć gdy dadzą przebłysk swoich możliwości. Z pewnością w międzyczasie pojawi się też przynajmniej kilka tematów, które znajdą szerszy kontekst. Zapraszam zatem do wspólnych poszukiwań :)

    Jose Maria Jimenez wygrał premierowy podjazd na Alto de L’Angliru w 1999r. W tym roku kolarze podjadą tam po raz piąty.