Tag: Trening

  • 34 miesiące

    34 miesiące

    W tym roku Criterium du Dauphine, jeszcze bardziej niż w poprzednich sezonach, miało charakter testowo-treningowy. Nie zmienia to faktu, że sam wyścig był ciekawy a swoją funkcję – zaostrzającej apetyt przystawki przed daniem głównym, czyli Tour de France wypełnił  doskonale.

    Zazwyczaj nie piszę tu o mojej jeździe na rowerze. Ten blog jest o kolarstwie wyczynowym, czasami zahacza o tematykę sportu masowego i amatorskiego, gdy chcę bliżej przyjrzeć się jakiemuś zjawisku.

    Zawsze uważałem, że fakt aktywnego uczestnictwa w zawodach daje lepszy obraz danej dyscypliny. Łatwiej jest zrozumieć kolarza, typowanego na faworyta wyścigu, który nie wytrzymuje tempa i odpada od czołowej grupy na kluczowym podjeździe, gdy samemu doświadczyło się analogicznej sytuacji.

    Niedawno o tym w jednym ze swoich felietonów pisała Justyna Kowalczyk. Jej fani chętnie dzielą się swoimi historiami. Nawet, jeśli skala jest inna, mechanizmy pozostają podobne.

    Zatem jeżdżę sobie na te wyścigi, czy to xc, czy to maratony czy nawet szosowe. W końcu ?jestę kolarzę?. Dzięki temu daleko mi do łatwego potępienia zawodników, którzy mimo oczekiwań danego dnia nie zaatakowali dość ?soczyście? a nawet, z różnych powodów chwilowo zawiedli. Chętnie też doceniam dobrą jazdę a jeszcze chętniej szukam granic fizjoloicznych możliwości.

    Jak pewnie zauważyliście, entuzjastycznie podchodzę do różnego rodzaju pomiarów i szacunków, mających za zadanie przybliżyć realne możliwości zawodowców. Sprowadza się to nie tylko do analizy obliczeń kilku specjalistów z twittera.

      Zabawa ze Stravą, daje obecnie najłatwiejszy dostęp do analiz i porównań. Czasy podjazdów, szacowana lub zmierzona moc czy VAM i wreszcie ulubiona przez wszystkich rywalizacja na segmentach. To dodatkowy element paranaukowo-rozrywkowy, który dodaje odrobinę emocji do i tak pełnego wrażeń sportu. W niemal trzy lata przejechałem ponad 32 tysiące kilometrów i poruszam się właściwie tak samo szybko jak w udanym sezonie 2008. W międzyczasie świat, w tym amatorski, poszedł do przodu. Zmienił się sprzęt, coraz więcej osób świadomie uprawia sport. Sport, w sensie aktywność fizyczną, której celem są jak najlepsze rezultaty. Wyścigi, nawet amatorskie, są więc wyrównane i choć niezmiennie nieciekawe dla kibiców, dla uczestników są naprawdę świetną zabawą. Poczucie, że mogę poruszać się na rowerze naprawdę sprawnie, mogę wjechać niemal gdzie chcę w tempie, jakie sobie założę jest niezmiernie przyjemne. Nawet, jeśli do ścisłej czołówki mojej, emeryckiej kategorii masters ciągle nieco mi brakuje. Zatem wsiadajcie na rower i bawcie się dobrze :) A żeby nie było wątpliwości, ten wpis jest odejściem od reguły. To jest blog o kolarstwie. Wyczynowym.

  • Jak nie cierpieć zimą

    Jak nie cierpieć zimą

    Lubię trenować w zimie. I nie chodzi o tę całą otoczkę o budowaniu charakteru i wyrzeczeniach, które hartują stal. Jak każda część sezonu, tak i ta ma swój urok a wszystko tak naprawdę zależy od nastawienia.

    Powiedzmy sobie szczerze. Jeśli decydujesz się na uprawianie sportu, z dobrodziejstwem inwentarza otrzymujesz elementy, które nie są przyjemne same w sobie. Boli, brakuje oddechu, jeśli pojedziesz faktycznie mocno, chce ci się rzygać. Latem pot zalewa ci oczy a gdy jest cieplej niż 35 stopni, dyskomfort może być równie poważny co przemarzanie zimą. Jeśli by patrzeć na aktywność fizyczną, bez względu na to, czy wyczynową czy rekreacyjną, tylko od strony wad, lepiej byłoby nie wychodzić z domu.

    Etos zimowego cierpienia może być ciekawą kreacją, zwłaszcza, gdy chcemy wśród znajomych odgrywać rolę kompletnego, rowerowego freaka. Opowieści o wielogodzinnym przymarzaniu do szosówki podczas lutowej zamieci mogą zrobić wrażenie raz, albo dwa. W tak zwanym okresie przygotowawczym jest jednak o wiele więcej fajnych elementów niż tylko krew, pot i zamarzające łzy.

    https://www.instagram.com/p/BAPGXpOkcoc/

    Po pierwsze, do weryfikacji wykonanej pracy jest jeszcze daleko. Nawet, jeśli robisz po drodze badania wydolnościowe czy testy, jeżdżenie, obojętne czy metodą ciągłą czy z interwałami, jest samym jeżdżeniem w formie czystej. Jeździsz, żeby jeździć, efekty przyjdą później. Bez nerwowych ruchów, korekt planu, dostosowywania się do rywali (realnych lub wyimaginowanych). Każdy robi swoje. To czas, gdy w pełni można kontemplować kolarstwo jako takie bez dodatkowych bodźców z zewnątrz.

    https://www.instagram.com/p/_hry2kkcpz/

    Z drugiej strony, panujące warunki utrudniają tę kontemplację, za to wprowadzają element różnorodności. Gdy sypnie śniegiem, zamiast na szosę, możesz pojeździć na góralu i poćwiczyć technikę. Gdy na kilka dni przymrozi, możesz zrobić marszobieg a jeśli lubisz, to wsiąść na trenażer i wykonać ćwiczenia w bardziej precyzyjny i kontrolowany sposób. Wreszcie, zawsze możesz wyjechać w ciepłe kraje. W ten sposób będziesz mieć wakacje w środku zimy, po przerwie wrócisz opalony i niczym gad, ze zgromadzonymi zapasami energii.

    I tak dochodzimy do miejsca, w którym nie ma złych wyborów. Każda, sytuacja ma rozstrzygnięcie win-win. Lans na cierpiętnika jest najsłabszym z dostępnych rozwiązań.

     

    ZOSTAŃ PATRONEM XOUTED

    O tym, co to jest Patronite, do czego służy i czemu właściwie proszę Was o wsparcie przeczytacie tutaj. A klikając w banner poniżej możecie zobaczyć mój profil i zrobić zrzutę na dobrą treść o kolarstwie:
    Zostań patronem XOUTED patronite.pl/xouted

  • Jak przejechać 12000km

    Jak przejechać 12000km

    Zakończenie ?offseasonu? uczciłem poranną przejażdżką po Lasku Wolskim. Temperatura 6 stopni i brak wychładzającej mgły powodują, że takie warunki odbieram jako nad wyraz sprzyjające. To niesamowite, jak wiele zależy od punktu odniesienia.

    Jutro pierwszy dzień nowego sezonu. Ten miniony zakończyłem z bilansem  około 12,3tys kilometrów, około 540 godzin aktywności. Gdyby przeliczyć to na średnią, krajową wartość godziny pracy, wyszłoby ponad dziewięć tysięcy nowych, polskich złotych, za które mógłbym kupić? no właśnie, co? Pierwsza myśl, to rower. Ale skoro bym nie jeździł, to po co mi rower? To może samochód. Albo telewizor. Pytanie tylko, kto by mi za te nadgodziny zapłacił. Zresztą, wcześniej pewnie mózg by mi eksplodował i tyle byłoby z pieniędzy.

    lasek1

    Skoro tak się sprawy mają, wolny czas spędzam w sposób, który po prostu lubię. Wychodzi tego sporo. Średnio 1,5h dziennie. Kładąc większy nacisk na maratony lub wyścigi szosowe a nie na xc, wyszłoby jeszcze więcej. Jaki za tego wniosek? Przede wszystkim: da się. Po drugie da się chodząc do normalnej pracy. Po trzecie, to wcale nie wymaga specjalnych wyrzeczeń, o których można przeczytać tu i ówdzie. Skoro poświęcam się temu, co lubię, to trudno płakać za tym, co lubię mniej. Proste, czyż nie?

    Główna refleksja, jaka wiąże się z przejechanym dystansem jest jednak inna. O ile kilka lat temu, gdy kończyłem pewien etap i rower z przymusu powędrował w odstawkę, 10000km rocznie było wydarzeniem. Teraz może nie wszyscy tyle jeżdżą, ale jest to dość powszechne. Chętnych do zabawy w zawodowców jest coraz więcej. To fajne, bo od wszystkich wymaga ciągłej optymalizacji. Lepszy plan treningowy, lepsza organizacja dnia i nocy, sprzętowy wyścig zbrojeń… Sport to zdrowie. No to zaczynamy kolejny sezon!

  • L?verove 25.09.2014

    L?verove 25.09.2014

    Loverove, edycja ekspresowa (gdyż jestem w trakcie przeprowadzki):

    1. Jesteście na Bike Expo w Kielcach?

    Ja nie ;). Ale jest np. redekacja magazynu Bike i relacjonuje pierwszy dzień imprezy. Trudno się dziwić, że robi to również Magazyn Rowerowy.

    2. Cadel Evans zakończy karierę

    Pierwszego lutego. 

    Poza tym, że był mistrzem świata, wygrał Walońską Strzałę oraz Tour de France, zasłynął z dbałości o swojego pieska:

    3. Jak trenować z pomiarem mocy?

    Global Cycling Network zawsze pomocni. Serio, niesamowita robota, ilość świetnego contentu dostarczanego przez GCN powala.

  • Jedź. Baw się.

    Jedź. Baw się.

    Życie na walizkach, to może przesada, ale od kwietnia sporo się przemieszczam. Nawet, jeśli podróże nie są długie, weekendowy zestaw czynności jest dość absorbujący: ogarnięcie roweru, przygotowanie jedzenia, pakowanie, wybór drogi, mapa, wpisowe, start, zdjęcia, błoto, pranie, czyszczenie, jedzenie, spanie, zgranie zdjęć, poniedziałek i do pracy. Rutyna? Nie! Przygoda? Troszkę!

    W tygodniu niby to samo. Rano pobudka, owsianka, przejażdżka, praca, wpis na bloga, dom i tak dalej. I wiecie co? To jest fajne. Siedząc za biurkiem, patrząc na sztuczne światło, oddychając sztucznym powietrzem, po porannym treningu mam nie tylko zapas tlenu i naturalnej witaminy D, ale też energii, nawet, jeżeli wcześniej robiłem męczące powtórzenia.

    Wracając wytyrany z wyścigu mam wykres z Garmina na Stravie, ale też w pamięci coś więcej niż emocje związane z rywalizacją na trasie. Niemal co tydzień odwiedzam piękne miejsca, w które nie ruszyłbym się ?ot tak, bez powodu?: słowacki Spisz, Podhale, Beskidy albo jakieś zarośla bez większego znaczenia i nazwy. XC, maratony, uphille, nowe miejsca, nowe wyzwania, może nie na końcu świata, za to pod różnymi względami w moim zasięgu. Jeśli zabraknie okoliczności przyrody, sytuację uratują ludzie, których spotykam. Podobne mnie oszołomstwo, które chce potaplać się w błocie, zagiąć pod górkę i pościgać bez strachu na zjazdach. Zawsze fajnie Was spotkać, czekam na to każdej wiosny!

    Co dalej? Jest koniec sierpnia, moja ulubiona pora roku, gdy wszystko dzieje się odrobinę wolniej, za to możliwości jest bez liku. Wyścigów do wyboru jest mnóstwo, w perspektywie ?złota polska? z odpoczynkiem i wycieczkami a jeszcze dalej nowy rok i nowe nadzieje.

    Nie raz i nie dwa przez to wszystko bywam zmęczony i niewyspany, mam debet na karcie a życie towarzyskie znacząco cierpi. Małe cele, które mogę realizować, wydarzenia, których niecierpliwie wyczekiwać, próby bycia kolarzem powodują, że z nikim bym się nie zamienił. Takie teraz czasy, że to wszystko po prostu mogę. Większość z nas może: jeździć gdzie chce, z kim chce i czerpać z tego dowolny rodzaj satysfakcji, czy czego tam potrzebuje. I tego się trzymajmy.

  • Kilka słów o grywalizacji

    Kilka słów o grywalizacji

    Znak czasów: zamiast ukrywać się ze swoimi możliwościami i pokazywać je tylko na wybranych wyścigach, dzielimy się wiedzą tajemną w zamian za podniesiony kciuk w górę. Możesz być najmocniejszy na podwórku, ale jeśli nie możesz tego udowodnić ?KOMem?, to się nie liczy!

    Strava jest fajna. Jest czymś więcej niż niezłym dziennikiem treningowym z rozbudowanymi możliwościami analizy wykonanych ćwiczeń, ale też dobrą zabawą. Ekipa z San Francisco trafiła w dziesiątkę. Łatwy w obsłudze interfejs, wygodna aplikacja mobilna, kompatybilność z wieloma modelami sprzętu, współpraca z zawodowcami. A do tego najważniejsze: grywalizacja.

    Ranking na stromym podjeździe
    Ranking na stromym podjeździe

    Systemów treningowych: darmowych, płatnych, otwartych, zamkniętych amatorskich i profesjonalnych jest multum. Training Peaks być może umożliwia lepszą analizę danych. Polar kiedyś był liderem, teraz nadgania ze swoją aplikacją webową i nadal uchodzi za coś elitarnego. Garmin to domyślne rozwiązanie dla użytkowników sprzętu tego producenta. Wiele innych ?trackerów?, kalendarzy i ?apek? na telefony również  nadaje się do codziennego zapisywania treningów. Możesz zaplanować, przeprowadzić i zanalizować swój plan, uzyskać kilka porad, popatrzeć na wykresy. Strava wprowadziła coś jeszcze. Segmenty.

    To proste: na śladzie z treningu zaznaczasz odcinek, stosownie nazywasz i sprawdzasz ranking. W tym momencie zaczyna się zabawa. Oczywiście można dołożyć ideologię ?Quantified self?: o świadomym ćwiczeniu, zdrowiu, kontroli i samodoskonaleniu. Eksploracja okolicy w poszukiwaniu nowych segmentów (każdy ma przecież swoje ulubione drogi, którymi dzieli się ze światem!) to również wielka zaleta systemy. Mimo to chodzi tylko o jedno: kto jest najszybszy na podwórku. Dla małej ikonki z koroną króla lub królowej podjazdu wielu z nas zagina się jak na zawodach!

    Do tego dochodzi cały aspekt społecznościowy: komentarze, ?lajki? (zwane tu ?Kudosami?), kluby i grupy. Genialnym pomysłem są też ogłaszane co chwilę konkursy, zazwyczaj związane z imprezami szosowymi. Przejedź w miesiąc łączny dystans wszystkich klasyków, przewyższenie premii Tour de France i wreszcie najważniejszy: zarżnij się w grudniu na mrozie i wygraj ?winter challenge? – jedyny sprawdzian, w którym dostajesz realną odznakę – skromną naszywkę z wyhaftowaną śnieżynką.

    Laurens Ten Dam z ekipy Belkin udostępnia swoje dane z Amstel Gold Race
    Laurens Ten Dam z ekipy Belkin udostępnia swoje dane z Amstel Gold Race

    Co więcej, do zabawy wystarcza darmowa wersja. Rozszerzenie (stosunkowo niedrogie) do wersji ?Pro? przyda się głównie posiadaczom mierników mocy. Za darmo dostajemy, poza segmentami, niezłej jakości wykresy (według mnie jedne z najlepszych w usługach online), szacunki dotyczące generowanej mocy oraz informację o VAM (średniej prędkości podjeżdżania). Amatorowi nie potrzeba więcej do szczęścia. Dodatkową zaletą jest możliwość śledzenia niektórych zawodowców, którzy dzielą się sporą częścią swoich danych treningowych.

    Pomysł chwycił na tyle, że Garmin odświeża (choć idzie im to opornie) swój dziennik treningowy online. Nowa wersja ?Connecta? ma zawierać zbliżone funkcje co Strava – w tym słynne segmenty.

    Napisałem, wcześniej, że system jest darmowy. Cóż, to tylko pół prawdy. Za świetną zabawę, interakcję z innymi użytkownikami i – typowe dla mediów społecznościowych – pompowanie ego, płacimy tym co zawsze: swoją prywatnością.

    PS. W tym tygodniu odpoczywam od ?jedz normalnie?. Święta mnie nasyciły ;-)

  • Jesteś wyjątkowy

    Jesteś wyjątkowy

    Dziś przychodzi do nas wiosna. Jeśli przez ostatnie ostatnie trzy miesiące znalazłeś na tyle motywacji, by trenować, jesteś kimś wyjątkowym!

    To nie była ciężka zima. Śniegu spadło niewiele, nawet o deszcz trzeba było prosić. Również temperatura rozpieszczała. Dni z dwucyfrowymi mrozami było zaledwie kilka. Mimo to, długie noce, lód na drogach i szlakach, konieczność stosowania wielowarstwowego, nieprzewiewnego ubioru dawały się we znaki jak zawsze.

    Rosnąca popularność aktywności na świeżym powietrzu w połączeniu ze sprzyjającą aurą przyniosły efekt: ogólną zajawkę na trening. Kolarze, biegacze, triathloniści, wszyscy byliśmy widoczni bardziej niż do tej pory. Pamiętam zimy, gdy wokół krakowskich Błoń truchtało paru kolarzy, dwóch biegaczy, jeden piłkarz i chodziarka. W tym roku niemal o każdej porze dnia, bez względu na pogodę było tłoczno. Podobnie na szosach i bezdrożach: rowerzyści czy kolarze jeździli, trenowali, przemieszczali się gremialnie.

    To więcej, niż fajne. Jeśli w biegu codzienności, obojętne czy chodzisz, do szkoły, na uczelnię lub do pracy, jesteś w stanie wygospodarować godzinę czy dwie na sport, to znaczy, że coś się zmieniło. Nie tylko w hierarchii potrzeb pojawiła się kolejna pozycja, to jeszcze znajdujemy środki na jej realizację. Czy swój udział mają w tym dyskonty oferujące ?techniczną? odzież poniżej kosztów produkcji, czy kiełkująca klasa średnia, nie wiem. Ważne, że podobno mamy 300 tysięcy biegaczy a liczba ta rośnie z miesiąca na miesiąc. Ważne też, że więcej rowerzystów na drogach to nie tylko plus dla branży, ale też większe bezpieczeństwo: kierowcy przyzwyczajają się do cyklistów – uczestników ruchu. Nawet triathlon, napędzany w dużej części modą nie jest taki zły, skoro zrzuca kolejne jednostki z ich wypasionych kanap, sprzed ekranów HD o dużej przekątnej.

    Miało być jednak nie o socjologii, a o motywacji. Sport, nawet ten amatorski, nawet w formie nieco bardziej usystematyzowanej rekreacji wymaga pewnych wyrzeczeń. Zimno, ciemno, wysiłek, drenaż energii potrzebnej do ?normalnego? życia a mimo to tysiące ludzi chcą być wyczynowcami. Zamiast na urlop, jadą na zgrupowanie, zamiast przed telewizorem, siedzą na rowerze, zamiast na liposukcję wydają pieniądze na buty z goretexem. Nie bez znaczenia jest w tym dobra postawa naszych zawodowców, coraz lepiej prezentujących się na międzynarodowych arenach. Jeśli im się wiedzie, amatorom łatwiej przychodzi podjęcie dodatkowego wysiłku. I tak się to kręci :)

    Zatem, jeżeli codziennie rano zwlekasz się z łóżka, by wykonać zadane ćwiczenia, jesteś kimś wyjątkowym. Prywatnym bohaterem dnia codziennego, zdrowszym, pewniejszym siebie i bardziej zadowolonym z życia. Bo robisz to, co lubisz, nawet, jeśli zmagając się z marznącą mżawką, przez kilka chwil wydaje ci się, że jest inaczej.

    Fot. okładkowe, wikimedia commons, Quartl, CC BY SA 3.0

  • Jedz normalnie – pancake, jakich mało

    Jedz normalnie – pancake, jakich mało

    Po takim omlecie możesz iść na przodek wydobywać węgiel lub przejechać dowolną ilość podjazdów z kadencją 60. Pożywne danie do zrobienia w kilka chwil, gdy potrzebujesz załadować się kaloriami.

    Najważniejsze jest ciasto. Na wierzch dajesz, co chcesz. Masło orzechowe, gruszkę, miód i prażone orzechy? Proszę bardzo. Grillowana cukinia, kiełki i ostry ser? Jak najbardziej. Całość jest prosta, szybka w przygotowaniu i niezmiernie uniwersalna. A do tego całkiem efektowna :).

    Inspirację kilka lat temu zdradzili mi w Karmie, za co jestem dozgonnie wdzięczny. Tyle, że nie pamiętam, czy nadal trzymam się wyjściowego przepisu, z pewnością daję mniej proszku do pieczenia, zwykłą mąkę często zastępuję razową, pełnoziarnistą lub orkiszową.

    Do zrobienia ciasta potrzebujesz:

    Szklankę mąki
    Pół szklanki mleka
    2 jajka
    Małą i płaską łyżeczkę proszku do pieczenia
    Jeśli ma być na słodko, możesz trochę posłodzić, jeśli ma być na słono-ostro możesz dać soli i odrobinę ulubionej przyprawy.
    Do wersji obiadowej dorzuć garść zielonego groszku lub kukurydzy

    Wszystko trzeba dość dokładnie zmiksować, nie tylko by wymieszać składniki, ale również by dobrze napowietrzyć ciasto (jeśli dodajesz groszku, dodaj go na koniec). Z takich proporcji będzie gęste, na rozgrzaną patelnię zwilżoną olejem trzeba je nakładać łyżką. Aby nie przypalić, zmniejsz ogień. Aby po kilku minutach łatwiej odwrócić, przykryj patelnię przykrywką, wierzch nieco się zetnie i łatwiej będzie położyć nasz ?pancake? na drugiej stronie, którą piecz bez przykrycia. Ciasto pięknie wyrośnie, wypiecze się w środku a z wierzchu będzie chrupiące!

    A na ten chrupiący wierzch? na co tylko masz ochotę. To moje ulubione śniadanie przed długim treningiem, mogę po nim jechać i jechać i jeeechać…

    PS. Ponieważ jest to bardzo syte proponuję przekroić na pół i podzielić się z kimś bliskim :)

  • Jedz normalnie – nie bój się drożdży

    Jedz normalnie – nie bój się drożdży

    Ciasto drożdżowe uchodzi za trudne i czasochłonne w przygotowaniu. Nie jest to prawda a do tego w prosty sposób można zrobić z niego wiele smacznych dań. Przy okazji, samo w sobie składa się głównie z mąki, zatem bez martwienia się o nadmiar kalorii można je przyrządzić z czym się chce. Właśnie dlatego często po nie sięgam. Na pierwszy ogień pójdą pierogi.

    pierogi drożdżowe (1 of 1)pierogi drożdżowe (1 of 1)-2

    Aby rozwiać wątpliwości, przepis połączę z planem dnia. Ostatnio takie właśnie pierogi robiłem w sobotę. Po śniadaniu wyjąłem drożdże z lodówki, podgrzałem szklankę mleka do stanu, gdy jest ciepłe (a nie gorące). Pokruszone drożdże posypane odrobiną cukru zalałem wspomnianym mlekiem i mieszając rozpuściłem. Zostawiłem na chwilę aż się ?ruszą?, w międzyczasie wykonując standardowy zestaw porannych czynności. Jakieś 20 minut później odsypałem mniej więcej 1,5 szklanki pełnoziarnistej mąki, którą dodając do drożdży z mlekiem zacząłem mieszać drewnianą łyżką a potem wyrabiać rękami. Dodałem łyżkę oliwy, trochę soli i garść suszonego tymianku. Dosypałem jeszcze nieco mąki i po kilku minutach wyrabiania ciasto było gotowe. Przykryłem ściereczką, odstawiłem, poszedłem na zakupy a potem na trening. Sto kilometrów, prysznic i cztery godziny później ciasto jest wyrośnięte. Wyrabiam je jeszcze raz przez chwilkę i odstawiam.

    pierogi drożdżowe (1 of 1)-3

    Następnie potrzebny jest sporych rozmiarów por. Należy go naciąć wzdłuż i solidnie wypłukać w środku, żeby nie zepsuć wszystkiego chrzęszczącą między zębami ziemią. Odsączonego z wody kroję w plasterki i szklę na niewielkiej ilości oliwy w towarzystwie pieprzu. Przekładam do kubka blendera razem z kostką białego sera, dodaję sól do smaku i również nieco tymianku. Miksuję na jednolitą masę i gotowe. Włączam piekarnik by nagrzał się do wysokiej temperatury, przynajmniej 220 stopni.

    pierogi drożdżowe (1 of 1)-4

    Ciasto cienko rozwałkowuję podsypując mąką, by się nie kleiło. Średniej wielkości miseczką wykrawam kółka. Pierogi będą duże, to bardzo skraca czas produkcji. Na przygotowane kółka nakładam po solidnej łyżce nadzienia i zalepiam. Piekę około 15 minut aż będą rumiane. Z zaproponowanych proporcji powinno wyjść około 30 pierogów – bardzo solidna porcja dla dwóch lub trzech osób.

    pierogi drożdżowe (1 of 1)-5

    Składniki:
    Na ciasto:

    Pół opakowania drożdży
    Szczypta cukru
    Sól do smaku
    Łyżka oliwy
    Tymianek do smaku
    2 szklanki mąki pełnoziarnistej
    Niecała szklanka mleka

     Do środka:

    Sporych rozmiarów por
    Łyżka oliwy
    Biały, świeżo zmielony pieprz
    Trochę soli
    ok. 250g półtłustego białego sera

    pierogi drożdżowe (1 of 1)-6

    Czas przygotowania to ok. 20 minut na ciasto, 10 minut na farsz, 20 minut na klejenie pierogów i 15 minut na pieczenie. W sumie nie więcej niż godzina a efekt jest warty każdej poświęconej minuty. Można dowolnie eksperymentować z nadzieniem oraz użytą do ciasta mąką. Zaproponowana wersja jest de facto wegetariańska, ma przewagę węglowodanów i około 1200kcal na całość, zatem porcja to ok. 600kcal, 15g tłuszczy, 30g białek i 90g węglowodanów. Nieźle smakuje zagryzane jakąś jarzyną :)

  • Like a pro

    Like a pro

    Był taki czas, jeszcze kilkadziesiąt lat temu, gdy kolarze w zimie nie trenowali jak szaleni, lecz oszczędzali energię na najważniejsze starty. Przełom nastąpił mniej więcej ?za panowania? Eddy?ego Merckxa. Od tamtego momentu wszyscy staramy się żyć jak zawodowcy.

    Federico Bahamontes, wybitny kolarz, który największe triumfy święcił na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XXw niedawno w artykule dla portalu cyclingnews opisał, jak wyglądały przygotowania zawodowców pół wieku temu. Kluczem do sukcesu było dla niego zachowanie dobrej formy w zimowych miesiącach, co sprowadzało się do trzymania diety i odpowiedniego wysypiania się. Dyscyplinę utrzymywał także na przedsezonowych zgrupowaniach, które dla jego równolatków bywały okazją do solidnych imprez. Zamiast trenować w grudniu, styczniu i lutym, kolarze więcej startowali w sezonie. Im później zaczynali się ścigać, tym lepiej: więcej energii zostawało im do spożytkowania podczas najważniejszych zawodów wiosną i latem. Człowiekiem, który wywrócił kolarstwo do góry nogami był oczywiście Eddy Merckx. Mniej więcej w okresie, gdy zaczynał dominować w peletonie kolarze zaczęli zachowywać się, jak teraz byśmy to nazwali, profesjonalnie. Belgijski ?Kanibal? wiódł w tym oczywiście prym.

    Rik Van Looy, fot. Wikimedia Commons, domena publiczna
    Rik Van Looy Giro d’Italia 1961, fot. Wikimedia Commons, domena publiczna

    Przenosząc się sześćdziesiąt lat do przodu zastajemy sytuację, gdy niemal każdy co bardziej zaawansowany amator żyje i trenuje jak zawodowiec. Być może jest to zasługa popularności kolarstwa górskiego, które w pewnym momencie spopularyzowało wyczynową jazdę rowerem i zrównało wszystkich stawiając wspólnie na starcie. Tak czy inaczej, kolarz-amator ma obecnie przynajmniej pulsometr, coraz częściej miernik mocy, współpracuje z trenerem, dietetykiem, korzysta z odnowy biologicznej, garściami przyjmuje suplementy a jego sprzęt bywa lepszy i lepiej dopasowany (bike fitting) niż niejednego zawodowca. O takich drobiazgach związanych z postępem technologii jak choćby dostęp do analizy danych treningowych przez bezpłatne systemy typu Strava nie ma nawet co wspominać. Różnicą jest oczywiście czas, jaki amator może poświęcić na regenerację, ale mimo to roczny kilometraż i objętość, jaką wszyscy wykonujemy jest imponująca. Gdyby nie fakt, że gros tego dystansu to treningi a nie wyścigi, można by powiedzieć, że jesteśmy lepsi od herosów sprzed kilku dekad.

    W całym tym szaleństwie prym wiodą kolarscy neofici. Amerykanie, Brytyjczycy czy Australijczycy, którzy dopiero niedawno zorientowali się, że jazda rowerem jest po prostu fajna, próbują być bardziej papiescy niż sam papież. Skoro ideałem kolarza jest Włoch, stylizują się na Filippo Pozzato, Mario Cipolliniego i im podobnych, dobierając kolory, fryzury oraz  pijąc wyłącznie organiczną kawę z etiopskich plantacji.

    Być włochem - marzenie amatora!

    Nadrabiając wieloletnie deficyty, gdy tylko pojawiła się możliwość, również zaczęliśmy uczestniczyć w tej zabawie. Jeszcze kilka lat temu zimowe zgrupowanie w ciepłych krajach było dostępne dla nielicznych. Ba, nawet rodzimi zawodowcy trenowali na Bałkanach czy na Krymie a nie na Kanarach. Tej zimy łatwiej spotkać znajomych w Hiszpanii czy Włoszech niż na ulubionej rundzie treningowej pod miastem. Można się zżymać na zadziwiającą popularność jednej z miejscowości na iberyjskim wybrzeżu, ale fajne jest jedno: nie tylko coraz większa jest grupa ludzi, którą na to stać, ale też coraz więcej osób wysoko w swojej hierarchii potrzeb stawia zaawansowaną aktywność fizyczną. Być może uderzanie w wysoki ton, gdy klasa średnia bawi się we Włochów jest nieco nie na miejscu, ale niedawno przypomniany przez Google fragment Karty Olimpijskiej głosi ?Uprawianie sportu jest prawem człowieka?. Nawet jeśli to tylko moda to i tak o wiele lepsza niż moda na kupowanie coraz większych telewizorów. Jeżeli jednak ktokolwiek z nas zagalopuje się na tyle, by pomyśleć, że już prawie-prawie osiągnął mistrzowski poziom, na ziemię sprowadza jeden wynik: rekord w jeździe godzinnej. Wspomniany Merckx w 1972r przejechał 49,431km a Fausto Coppi w 1942r pokonał 45,848km. W porównaniu z nimi, jak bardzo dopasowanego nie miałbyś roweru, ilu suplementów byś nie brał i jak bardzo aerodynamicznych kół nie założył, nadal pozostaniesz tylko amatorem.