Tag: Tour de France

  • Hipster vs Kolarz

    Hipster vs Kolarz

    W oczekiwaniu na – miejmy nadzieję – emocjonujące rozstrzygnięcia w tegorocznym Tourze („Czy Contador dziś zaatakuje, czy Schleck znów będzie marudził). Sponsorzy wyścigu dobrze wykorzystali okazję. I zrobili to na zupełnie różne sposoby.

    Reklamy, które po części robią karierę virali są już znane od kilkunastu dni. Skoda, oficjalny samochód Wielkiej Pętli od kilku sezonów raczy nas zabawnymi filmikami. Tym razem czeska marka poszła kawałek dalej. Nie dostarcza humoru a emocje. Krew, pot , łzy i cierpienie. Cierpią kolarze: wywracają się, przełamują ból walcząc o sekundy. Wraz z nimi cierpi sprzęt: rowery ulegające destrukcji oraz samochody. Całość ma dowieść, że Skoda jest niezawodna i dobrze znosi ekstrema.

    Intrygujące jest jedno. Każdy z elementów spotu: kolarz, rower i samochód traktowany jest równie przedmiotowo. Gdy zawodnika łapią kurcze, jest rzucony na maskę i poddany brutalnemu masażowi. Ma jechać, ma wygrać. (Ma sławić swego sponsora). Gdy rower, a w zasadzie jego część, nota bene warta często kilka tysięcy Euro, zawodzi jest wyrzucana i zastąpiona nową. Nie ma czasu na cokolwiek innego, liczy się wynik. Samochód? Kto przejmowałby się samochodem. Przyspieszenia, hamowania, krawężniki. Można tłuc po blachach, dopingując kolarzy, można obijać, używać jako stojak, wszystko w imię sukcesu. Ostatecznie liczy się wynik na mecie. Po drodze nic nie może zawieść.

    Na koniec do napisu Tour dodawany jest przedrostek. Mamy więc Tour pełen Tortur. Dla Samochodów. Dla rowerów. Dla ludzi. Co ciekawe, Czesi, przyzwyczajeni raczej do żartów niż skrajnych emocji w swojej wersji reklamy mają nie Tortury a Turbo. Ot, taka mała różnica.

    Edit (24.07): Dziś zauważyłem, że w polskiej wersji reklamy Skody na końcu znajduje się napis: MOC->EMOCJE. Żadnego nawiązania do Touru. Słabe.

    HTC, które jest sponsorem tytularnym jednej z najbardziej utytułowanych ekip (swoją drogą przejęli schedę po Deutsche Telekom) poszło w inną stronę. Choć mogli zaatakować widza pyskatym Markiem Cavendishem, wybrali przekaz pełen pozytywnej energii a przy okazji pokazali Warszawę jakiej nie znałem. Zawodowi kolarze pojawiają się mimochodem, przemykając dyskretnie obok sporej grupy wyluzowanych hipsterów. Budząca się do życia Warszawa ? symbol korporacji, agresji, nerwów i walki o kasę, w tak miłym towarzystwie jawi się jako całkiem sympatyczne miejsce do życia. Cóż, może hipsterzy i cykliści nie są jednak złem tego świata ;) A skoro sam producent telefonów stawia raczej na pozytywny komunikat niż silne emocje, nie ma się co dziwić, że odporny na upadki i uszczelniony smartfon dla ekstremalistów ma w swojej ofercie Motorola a nie HTC.

    Jedyny zarzut to, jak ktoś słusznie zwrócił uwagę, spore podobieństwo koncepcji spotu do klipu formacji Thirty Seconds To Mars ? ?Kings and Queens?.

    Zatem w konfrontacji zawodowca z Tour de France z hipsterem z Warszawy wygrywa… hipster z Warszawy. Kto by się spodziewał!

     

  • Koniec Touru Dwóch Prędkości?

    Koniec Touru Dwóch Prędkości?

    Thomas Voeckler przejechał Pireneje w żółtej koszulce. Lider Tour de France puszczony wcześniej w ucieczce na kilka minut utrzymuje przewagę nad faworytami. Co więcej, „dzielny Francuz” nie tylko ostatkiem sił przeczołgał się przez góry. Z wyzywającym wyrazem twarzy i jednoznaczną gestykulacją dał do zrozumienia, że on również jest w grze. Kolarze jadą wolniej, więc większa grupa zawodników ma szansę na zwycięstwo.

    Voeckler był już w podobnej sytuacji. W 2004r po ucieczce w pierwszej fazie wyścigu zdobył pozycję lidera i dzielnie bronił jej do 15. etapu. Wtedy też Wielka Pętla zaczynała przejazd przez góry od Pirenejów i dopiero pierwszego dnia w Alpach oddał maillot jeaune Armstrongowi. Wielce prawdopodobne jest, że przy takiej jeździe, jaką prezentuje w tym momencie, Voeckler utrzyma ją przynajmniej do czwartku i finiszu na legendarnej przełęczy Galibier. Etapy do Gap i Pinerolo, znany z waleczności Francuz byłby w stanie przejechać w pierwszej grupie nawet w latach powszechnego stosowania EPO i dopingu krwi.

    Docieram bowiem do kluczowego momentu. Dlaczego Voeckler z pomocą młodego Pierre’a Rolanda jest w stanie jechać razem ze Schleckiem, Basso, Evansem czy Contadorem. Sprawa dotyczy także, choć nie w tak widoczny sposób Damiano Cunego. Odpowiedź na to pytanie, choć oczywiście tylko w sferze przypuszczeń daje nieoceniony w takich sytuacjach blog The Science of Sport. Otóż od wprowadzenia na przełomie 2007 i 2008 paszportów biologicznych, w zawodowym peletonie drastycznie spadła ilość wyników badań wskazujących na nieprawidłowości sugerujące manipulację krwią. Według pokazanej w tabeli historii owych nieprawidłowości, patrząc na ilość „młodych” krwinek (retikulocytów) można przypuszczać, jaki rodzaj dopingu jest popularny w peletonie.

    I tak do 2003, gdy zaczęto stosować skuteczny test na EPO, nadmierna ilość retikulocytów w testach była powszechna, co sugerowało dostarczenie do organizmu erytropoetyny z zewnątrz. Wraz z wprowadzeniem testów zawodnicy mieli przerzucić się na doping krwi np. w postaci przetaczania tejże, na co wskazuje wyraźnie niedobór nowych krwinek a nadmiar „starych”. Pamiętacie Tour 2003 i fenomenalną jazdę Ullricha? Pamiętacie kto był wtedy jego wyłącznym opiekunem? Rudy Pavenage, który to opiekun i mentor nie tylko wpierał Jana psychicznie, ale też przede wszystkim skontaktował z Eufemiano Fuentesem, antybohaterem „Operacji Puerto”. Rewelacyjnie jadący wtedy Tyler Hamilton a także Alexander Vinokourow w niedługim czasie również wpadli na przetaczaniu krwi.

    Drastyczny spadek nienormalnych wyników nastąpił dopiero w 2008r, gdy wprowadzono paszporty biologiczne. Tamten wyścig, wygrany przez Carlosa Sastre również był dziwny. Komentatorzy prześcigali się wtedy w sugestiach wobec Cadela Evansa, że ten nie jest dość waleczny a jego ataki są niemrawe. Cóż… słyszymy to i w tym roku względem Andy’ego i Franka Schlecków w sytuacji, gdy Evans ma szansę na zwycięstwo. W 2008r Sastre wygrał nie dlatego, że w porywający sposób odjechał rywalom a dlatego, że mająca trzech liderów ekipa Bjarne Riisa zdominowała wyścig i Sastre, jako „Joker” został puszczony przez pozostałych pretendentów na Alpe d’Huez. Owszem, zawodnicy w międzyczasie testowali różne inne substancje, kierując swoją uwagę w stronę zmniejszenia częstotliwości oraz dawek. Stąd Dynepo („EPO II generacji”), według niepotwierdzonych i nieautoryzowanych testów miał je stosować Rasmussen oraz CERA („EPO III generacji”) a także, być może również GW 1516 i AICAR, substancje będące rodzajem dopingu genetycznego.

    W tym roku obserwujemy wzmocnioną powtórkę z 2008r. Faworyci wjeżdżają kluczowe podjazdy o kilka minut wolniej (Luz Ardiden 1,5′ a Plateu de Beille nawet 3′) niż kilka lat temu. Ivan Basso, szczuplejszy i bardziej aktywny niż w latach ubiegłych w swoim stylu nadaje mocne tempo, gdy szosa robi się bardziej stroma. Gdy wygrywał Giro, nie tacy kolarze jak Voeckler odpadali od niego jeden za drugim. Frank Schleck i inni faworyci ruszając w końcówkach do ataku pożerali uciekinierów. Tymczasem Sanchez czy Vanendert zyskawszy niewielką przewagę, jadą do mety zbliżonym tempem co potencjalni liderzy. Na Plateau de Beille to Voeckler, który owszem, poprawił jazdę w górach, ale etapy wygrywał raczej dzięki swej waleczności a nie wybitnym umiejętnościom w tej specjalności kontrował ataki, nadawał tempo i żywo gestykulował. Jakby chciał powiedzieć „Ha, patrzcie, nareszcie przyszedł ten czas. Już nie ma równych i równiejszych”.

    Po aferach Festiny i Cofidisu francuskie kolarstwo może nie popadło w zapaść, ale reprezentanci tego kraju mogli co najwyżej marzyć o wejściu do pierwszej piątki klasyfikacji generalnej. Bardzo restrykcyjne przepisy uniemożliwiały zawodnikom „rozwój”, na jaki mogli pozwolić sobie choćby Hiszpanie. W ich zasięgu znajdowała się ewentualnie koszulka najlepszego górala, myślenie o top5 traktowano w kategorii mrzonki. Jeśli peleton będzie jechał pod górę w tym tempie, Voeckler może zostać pierwszym kolarzem od czasów Virenque’a który w Paryżu stanie na podium. Dla przypomnienia, Virenque największe sukcesy odnosił wówczas, gdy wszyscy także byli równi. To znaczy równo nakoksowani.

    Częściowe (wszak nikt obecnie chyba już nie wierzy, że peleton jest 100% czysty a obecne przepisy po prostu utrudniają i ograniczają możliwość radosnego poprawiania swoich parametrów bez konsekwencji dyscyplinarnych) zrównanie sił może też tłumaczyć nerwowość i kraksy w pierwszym tygodniu touru. Skoro większa liczba zawodników miała szansę na dobry wynik, postanowili z niej skorzystać. Co za tym idzie tłok był większy i zdarzało się więcej wypadków.

    Cała hipoteza może jednak łatwo wziąć w łeb. Alberto Contador wraca do sił. Kolano przestaje go boleć a na akcje rywali zaczyna reagować dynamicznie dochodząc do grupy i bacznie przyglądając się co robią. Choć Pireneje były ciężkie, wyścig rozegra się w Alpach. Podmęczonych rywali i ich drużyny łatwiej będzie rozbić. Contador dobrze czuje się w sytuacji, gdy każdy jedzie na siebie, pokazał to w tegorocznym Giro. Tam wykorzystywał selekcję, którą swoimi atakami robił Joaquim Rodriguez. Kto więc pomoże mu teraz? A jeśli znajdzie się śmiałek, czy Alberto zniszczy rywali dynamitem w nogach (co sugerowałoby najgorsze) czy sprytem i taktyką?

  • O pechu

    O pechu

    W sporcie coś takiego jak „pech” praktycznie nie istnieje. Spośród licznych przypadków kończących się wycofaniem z rywalizacji na skutek kontuzji czy defektu sprzętu tylko nieliczny odsetek to te, gdzie można mówić o czynniku losowym…

    Tym razem będzie mniej komentowania a więcej doświadczeń własnych. W końcu to blog ;)

    Ścigając się w zawodach xc i maratonach mtb, procent imprez, których nie kończyłem (lub kończyłem na szarym końcu, ponieważ droga po trasie była najkrótszą drogą na metę) był bardzo wysoki. Cóż, powodów było wiele. Permanentnie niedoinwestowany sprzęt, stawanie na starcie nie będąc należycie wypoczętym, podobnie jak przystępowanie do kluczowych treningów. Równocześnie poprzeczka postawiona dość wysoko a przynajmniej ranga imprez i cele oszacowane wyżej niż wynikające z realiów możliwości. W związku z tym wyników, które satysfakcjonowały mnie samego było stosunkowo niewiele. Raptem kilka dni w roku, choć wyniki badań czy rezultaty z treningów sugerowałyby coś innego. A do tego „pech”.

    Defekty, nagłe spadki formy, pozornie losowe przypadki, które nie powinny mieć miejsca. Oczywiście zdarzało się, że ingerowała siła wyższa, ale w odsetku jak najbardziej standardowym. Jeden z przypadków widoczny jest na zdjęciu, gdy będąc dobrze przygotowanym fizycznie i sprzętowo, jadąc dobry wyścig i walcząc w czołówce wypadłem z rywalizacji przecinając oponę w miejscu, gdzie nie powinno się to zdarzyć (przy okazji, jeśli poczuwasz się do autorstwa tej fotografii, którą wyciągnąłem z prywatnego archiwum i nie chcesz, aby się tu znajdowała, proszę o kontakt).

    Zawodnicy w różnych dyscyplinach sportu kończą rywalizację na skutek defektów lub kontuzji. Często eksponowanym gwiazdom przytrafiają się sytuacje kuriozalne, bywa też, że również niebezpieczne dla zdrowia, kończące się poważnym urazem. Mało kto łapiąc gumę na zjeździe powie: pojechałem za szybko, źle wybrałem tor jazdy. Mój błąd. Podobnie z upadkiem: ryzykowałem, przesadziłem z prędkością, liczyłem że się uda. Gdyby się udało, byłby sukces. Nie udało się, jest stracony wyścig, szwy, gips…

    Szczególnie dobrze widać to w rajdach samochodowych, gdzie wykorzystuje się każdy centymetr nie tylko drogi, ale i pobocza. Awarie eliminujące najlepszych (bo ci nieco słabsi często po prostu są niedoinwestowani i mają nadzieję, ale tylko nadzieję a nie pewność, że jest ok i wytrzyma) to pokłosie błędów. A nie pecha. Wypadnięcie z trasy to efekt błędu nie na konkretnym zakręcie a dwa lub trzy wcześniej (tak samo jak w narciarstwie alpejskim), defekt na dojazdówce to ostatnie tchnienie części nadwerężonej przez zbyt głębokie cięcie zakrętów OEs wcześniej. Przegrzanie to skutek trawy zatykającej odpowiedni wlot powietrza (no skąd ona się tam wzięła?).

    Wracając do kolarstwa. W poszukiwaniu cennych sekund albo po prostu podnosząc morale, stosuje się części, które nie nadają się do ścigania. A jeśli się nadają, to nie są poddawane wystarczająco częstej kontroli. Walcząc o zdobycie minimalnej przewagi lub nie powiększenie start jedzie się na limicie, którego wybrane elementy (sprzętu lub człowieka) mogą zwyczajnie nie wytrzymać… Im większy poziom wyczynu tym bardziej liczą się szczegóły (warto przeczytać tekst na cyclingnews o rowerze Alberto Contadora). Będąc nieprzygotowanym w 100% lub minimalnie słabszym, próbuje się nadrobić braki w inny sposób. Zazwyczaj jadąc ponad stan i ryzykując. A nuż się uda.

    W tegorocznym Tour de France wypadków jest wiele. Jak to ma jednak miejsce zazwyczaj, ci najmocniejsi nie są dotykani przez „pecha”. Bracia Schleck jadą bez obrażeń. Ivan Basso, który zaimponował formą na Luz Ardiden również uniknął przykrości w pierwszej, nerwowej fazie wyścigu, podobnie jak jego super-gregario, Sylwester Szmyd. Cadel Evans, który do tej pory często plątał się w wiele przykrych sytuacji, jedzie nie dość, że bez przeszkód, ale też pomaga szczęściu jak może. Jego drużyna często dyktuje tempo w końcówkach etapów, czego sens poddawany jest w wątpliwość. Tymczasem dzięki temu Australijczyk nie leżał w kraksie i nad większością rywali nadrobił przynajmniej minutę. Widać musi być mocny a jego koledzy o tym wiedzą i mu ufają, skoro są w stanie dzień w dzień zaginać się dla niego, choć przecież nie walczy ze sprinterami w końcówkach. Pamiętacie Armstronga i to jak jeździła ekipa US Postal? Gdy był u szczytu formy nie doświadczał kłopotów, chyba, że podczas drużynowej jazdy na czas, gdy pojawiała się presja prestiżowej porażki. Poważny błąd popełnił dopiero, gdy był już wyraźnie słabszy fizycznie i zaplątał się w kraksę na wyścigu w Algarve łamiąc sobie obojczyk. Gdy był najsilniejszy, był niemal nietykalny.

    Alberto Contador to nieco inna historia, ponieważ Hiszpan będąc w super formie, nie stosuje się do zasad dbania o pozycję w grupie i zdarza się, że gubi czas na pozornie łatwych etapach. W Tourze 2011 jest to widoczne szczególnie, bo mając za sobą mordercze Giro di Italia raczej szuka optymalnej formy niż ją od początku prezentuje. Stąd też błędy, upadki, kontuzja, czyli przypadki, które trafiają nie murowanych faworytów a raczej pretendentów. Wiggins, Van Den Broeck, Vinokourow, Gesink, których spotkało wiele przykrości to właśnie pretendenci. By dorównać stuprocentowym faworytom musieli coś zaryzykować. Nie udało się. Pech to?

  • Tour nerwów

    Tour nerwów

    Wypadki, kraksy, wycofania faworytów. Raporty o złamanych kościach czołowych kolarzy trafiają nawet do polskich mediów. Krew i flaki wylewają się z ekranu. W końcu mamy lipiec. A lipiec to Tour. A Tour to wojna. A wojna to ofiary.

    Gdyby nie pechowe incydenty z udziałem pojazdów kolumny wyścigu: motocykl z reporterami potrącił Nikiego Sorensena a samochód francuskiej telewizji zaatakował Johny?ego Hoogerlanda i Juana Antonio Flechę, byłoby dramatycznie, ale w normie. Bradley Wiggins, kandydat do podium wycofał się ze złamanym obojczykiem. Jurgen van den Broeck leży w szpitalu ze złamaną łopatką. Vinokourow złamał kość udową. Tak, to przykre i bolesne, ale? tak wygląda to co roku. Kości trzeszczą w peletonie walczącym o każdy metr wolnej szosy przy zawrotnym tempie rywalizacji o pozycje. W końcu to Tour i każdy chce być z przodu.

    Pamiętacie najbardziej emocjonującą ?Wielką Pętlę? ostatniej dekady? Bohaterem był Tyler Hamilton, który walczył nie tylko z konkurentami, ale też i z bólem pękniętego obojczyka. Los był mniej łaskawy dla Joseby Belokiego, któremu skutki (złamana kość udowa i roztrzaskany łokieć) zerwanej na łacie smoły szytki przerwały karierę. Co ciekawe, fragmenty tego właśnie zjazdu są dopiero przed zawodnikami, ponieważ do Gap docierają w tym roku z tej samej strony.
    W porównaniu z analogiczną fazą wyścigu, wycofanych kolarzy nie jest jakoś szczególnie więcej niż w latach ubiegłych. Fakt faktem, że dołożenie dwóch kolejnych teamów do peletonu w zeszłym sezonie zwiększyło ilość kraks, ale nie jest ona różna od średniej (w nawiązaniu do statystyki, którą można znaleźć tutaj). Wyraźnie spokojniej jest, gdy startuje 20 a nie 22 teamów po dziewięciu kolarzy.

    Do nerwowej atmosfery przyczyniają się jeszcze dwa elementy: brak bonifikat oraz brak indywidualnej czasówki we wczesnej fazie wyścigu. Tym samym zabrakło elementów, które ustawiały klasyfikację i powodowały różnice między zawodnikami, ograniczając liczbę chętnych do walki w pierwszej fazie wyścigu. Dodatkowo wysoko punktowane premie lotne wzmagają aktywność sprinterów i ich drużyn a tymczasem trasa wyścigu poprowadzona jest po tych samych szosach co zawsze. Szosach drugiej czy trzeciej kategorii. Może niekoniecznie dziurawych, ale na pewno wąskich, krętych, pełnych rond, wysepek i chodników z krawężnikami zamiast szerokich, asfaltowych poboczy.

    Z kolei sami faworyci, czując możliwość pokonania zmęczonego po ciężkim Giro Contadora, również szukają swojej szansy. Hiszpan, w swoim stylu, jedzie niefrasobliwie i już teraz, zaplątany kilkukrotnie w kraksy, traci minutę czterdzieści do głównych rywali. Nie zostało ich wielu, ale Cadel Evans i bracia Schleck wjadą w Pireneje z przewagą, która będzie wymagała od obrońcy tytułu wiele pracy, jeśli chce ją zniwelować. Zadziwia szczególnie Evans, który w latach ubiegłych często padał ofiarą incydentów wczesnej fazy wyścigu. Teraz jego pomocnicy na 20km przed metą często prowadzą peleton a Evans, nawet na etapach sprinterskich jedzie w czubie grupy. Fakt, wymaga to wysiłku i zabiera cenną energię, ale tak powinni jeździć faworyci klasyfikacji generalnej. Jeśli przypomnieć sobie Armstronga, to właśnie w ten sposób często pozbywał się głównych rywali. Contador jest dla odmiany zwycięzcą wielkich tourów, który taktykę ma w głębokim poważaniu i często popełnia błędy. Jest silniejszy, więc odrabia starty, ale ogólna zasada jest taka, że to nie szczęście sprzyja lepszym a silniejszym właśnie. Słabsi, bardziej nerwowi, mniej zdeterminowani popełniają błędy. Bo nie licząc wypadków jak ten z Hoogerlandem, to właśnie błędy zawodników są najczęstszą przyczyną kraks i kontuzji.

  • Skoro mamy lipiec to się pojedynkujemy

    Skoro mamy lipiec to się pojedynkujemy

    Andy Schleck i Alberto Contador to kolejna para wybitnych rywali walczących o wygranie Wielkiej Pętli. Świat lubi takie pojedynki. I zazwyczaj kibicuje tym, którzy regularnie ponoszą porażki.

    Anquetil ? Poulidor, Coppi ? Bartali, Armstrong ? Ullrich. Wiele takich pojedynków było, wiele pewnie będzie. Niektóre z nich były naprawdę zacięte, inne wyrażające się tym, że jeden z rywali bezskutecznie dobijał się do najwyższego stopnia podium. Co ciekawe, często ?ten drugi? nigdy nie wygrywając Tour de France był kolarzem o wiele bardziej wybitnym niż niektórzy jednokrotni triumfatorzy Wielkiej Pętli.

    Najsłynniejszy ?wiecznie drugi? kolarz w historii, Raymond Poulidor przegrywał Tour de France kolejno z Anquetilem, Gimondim, Aimarem, Merckxem i van Impe. Najsłynniejsza była jego heroiczna walka z Anquetilem, być może ze względu na wiele różnic dzielących obu zawodników. Wielki tour wygrał tylko raz, najmniej prestiżową Vuelta Espana. Za to jego liczba pozostałych zwycięstw jest imponująca i zawiera w sobie Dauphine Libere, Criterium Internacional (do dziś, wraz z innymi dwoma kolarzami jest na szczycie listy pod względem ilości wygranych z pięcioma triumfami na koncie), Walońską Strzałę czy wreszcie Mediolan ? San Remo.

    Aby pozostawić duchy przeszłości w spokoju, rzut oka na czasy nieco nam bliższe. W latach ?90 żółtą koszulkę na Polach Elizejskich próbowali ubrać m.in Gianni Bugno czy Tony Rominger, postaci o wiele ważniejsze dla światowego kolarstwa (przynajmniej jako czynni zawodnicy) niż Bjarne Riis, który zakończył erę Induraina a przy okazji jest symbolem galopującego postępu w dopingowym wyścigu zbrojeń. Choć ścigał się przez wiele lat, wygrał Tour i wsparł Jana Ullricha gdy ten zaczynał swoją karierę, pełnię swego talentu rozwinął dopiero jako dyrektor sportowy.

    Wspomniany Ullrich natomiast stał się jedynym kolarzem, który stawiał realny opór Armstrongowi. Jego rewelacyjnie zapowiadająca się kariera została nieco przystopowana jednak już rok przed pierwszą wygraną Teksańczyka. W 1998 Marco Pantani ? wybitny góral, pokonał Jana Ullricha ? wybitnego czasowca. Z perspektywy czasu Niemiec jawi się jako najjaśniejsza gwiazda jazdy indywidualnej przełomu wieków, co więcej, tę rzadką umiejętność łączył ze skuteczną jazdą w Alpach i Pirenejach. Choć przegrywał Tour z Riisem, Pantanim i Armstrongiem, warto pamiętać, że gdy nie mógł powtórzyć zwycięstwa we Francji, triumfował w hiszpańskiej Vuelcie (jak Poulidor) a także mistrzostwach świata w jeździe na czas oraz Igrzyskach Olimpijskich w Sydney.

    W tym roku podczas Giro d?Italia anonsowany był pojedynek Vincenzo Nibalego z Alberto Contadorem. Włoch chyba nie jest jeszcze gotowy do walki o tak ważne zwycięstwo (mając na koncie Vueltę i dwa podia we Włoszech ma spore zadatki na bycie kolejnym ?wiecznie drugim), w nadchodzących sezonach interesująco mogą wyglądać jego potyczki z, o pięć lat starszym, Michele Scarponim. Obu kolarzy różni nie tylko wiek, ale również charakterystyka. Scarponi pięknie atakuje pod górę, Nibali fenomenalnie zjeżdża.

    Główna para tegorocznego Touru, czyli Andy Schleck i Alberto Contador to również zawodnicy, którzy zasadniczo się od siebie różnią. To podstawa rywalizacji, która może być przenoszona bezpośrednio z szosy do mediów i odwrotnie. Contador to najlepszy obecnie kolarz etapowy, łączący znakomitą jazdę w górach ze skutecznymi czasówkami. Uwaga młodszego z braci Schleck skupiona jest na Tourze oraz górzystych wyścigach klasycznych. W tym roku, tworząc ze starszym od siebie (i od Contadora) Frankiem swoisty, jednolity, kolarski organizm, starł się w Ardenach z dominatorem tamtejszej specjalności, Philipem Gilbertem. Co ważne w kontekście bycia ?wiecznie drugim?, i tę rywalizację przegrał.

    Na koniec nie wolno zapomnieć o innym, współczesnym, wybitnym zawodniku, który od lat poluje na wygraną w którymkolwiek z wielkich tourów. Być może swoją szanse już miał (i przegrał ? w 2007r), co nie zmienia faktu, że w tym roku próbuje po raz kolejny. I póki co idzie mu bardzo dobrze. Jeśli, choć łatwo w to wątpić, pokona Schlecka i Contadora, będzie zawodnikiem nie tylko wybitnym, ale i spełnionym.

    Poniżej garść pojedynków z YouTube. Nie tylko kolarskich.
    Armstrong vs Ullrich

    Schleck vs Contador

    Pantani vs Ullrich

    Qui Gon Jinn vs Darth Maul

    O-Ren Ishii vs Black Mamba

    Anquetil vs Poulidor
    http://www.ina.fr/sport/cyclisme/video/I00007448/duel-poulidor-anquetil-au-puy-de-dome.fr.html