Tag: tom pidcock

  • Czy Pidcock i MVDP zbawią kolarstwo górskie?

    Czy Pidcock i MVDP zbawią kolarstwo górskie?

    Rywalizacja Mathieu van der Poela i Toma Pidcocka ze sobą nawzajem, z Nino Schurterem, z Francuzami i Szwajcarami specjalizującymi się w XCO sprawia, że serca fanów cross country biją szybciej. Ale czy jest odpowiedzią na wyzwania, przed którymi stoi olimpijska odmiana kolarstwa górskiego?

    Gwiazdy poza kategorią

    Holender i Brytyjczyk wymykają się wszelkim klasyfikacjom. Niewątpliwie wywodzą się z przełajów, ale od dziecka ścigają się i w cyclocrossie i na szosie i na rowerach górskich. Mają imponującą wydolność, znakomitą technikę, jeżdżą dynamicznie i widowiskowo niemal w każdym wyścigu, w którym biorą udział. 

    Łączy ich również fakt osiągnięcia najwyższego poziomu sportowego w nominalnym wieku młodzieżowca. Choć do MVDP trzeba tu już stosować czas przeszły, ponieważ w międzyczasie “postarzał się” (teraz ma 26 lat), to z dwudziestodwuletnim Pidcockiem ma wiele wspólnego. 

    Sukcesy w cyclocrossie czy mtb miałyby jednak znaczenie wyłącznie dla koneserów gdyby nie przebojowe wejście do szosowego peletonu (co łączy ich również z inną gwiazdą cyclocrossu, Woutem van Aertem). 

    Embed from Getty Images

    Co ciekawe, istotną rolę w ich karierach odgrywa wyścig Amstel Gold Race. Spektakularny pościg i zwycięstwo van der Poela w 2019r a także kilkumilimetrowa porażka Pidcocka z van Aertem w tym roku to jedne z najważniejszych wydarzeń w kolarstwie w danym sezonie. 

    Kontekstu sprawie nadaje również podpisanie przez Pidcocka kontraktu z najbogatszą szosową grupą, Ineos-Grenadiers.

    Choć to na szosie są pieniądze i sława, obaj myślą o olimpijskim złocie w Tokio a w ich przypadku zdobycie medalu wydaje się całkiem prawdopodobne, w przeciwieństwie do próby Petera Sagana w Rio de Janeiro. 

    Wszystkie oczy na mtb

    Trzeba jednak przyznać, że start będącego u szczytu sławy Słowaka w olimpijskim XCO podczas wspomnianych Igrzysk w Rio zwrócił uwagę na tę, nieco zmarginalizowaną, odmianę kolarstwa. 

    Sagan, który swoją charyzmą, osobowością i sposobem jazdy przyciąga na trasy tłumy widzów podniósł zainteresowanie cross country i wyniósł olimpijski wyścig do rangi prawdziwego wydarzenia. 

    MTB, zarówno XCO jak i jego wersje “grawitacyjne” od lat znajduje się bowiem w dziwnej niszy. Z jednej strony mamy patronat Redbulla czy Mercedesa, z drugiej obecność na igrzyskach a równocześnie stygmę czegoś nie do końca poważnego. A z pewnością nie tak prestiżowego jak jej wysokość szosa. 

    Embed from Getty Images

    Szosowa  gorączka

    Kolarstwo jako takie ma w swojej rodzinie jedno z najważniejszych wydarzeń sportowych na świecie. Tour de France to marka ustępująca nielicznym: Igrzyskom Olimpijskim, piłkarskiemu mundialowi czy Super Bowl. 

    Wielka Pętla przyciąga na trasy i przed ekrany nie tylko fanów sportu rowerowego. Jest globalnym wydarzeniem społecznym i kulturowym, zawłaszczającym na trzy tygodnie anteny stacji telewizyjnych czy okładki wydawnictw.

    Także Giro d’Italia, “monumenty” a także szereg innych wyścigów jest zakorzeniona w świadomości Europejczyków i pobudza wyobraźnię wciąż uczących się kolarstwa Anglosasów. 

    Choć UCI jest często krytykowana za indolencję i konserwatyzm, reformy kalendarza, jego globalizacja wraz z kolejnymi iteracjami World Touru oraz rozciągnięcie sezonu od stycznia do października sprawiły, że z “szosą” obcujemy niemal cały rok. 

    Zmiana podejścia największych gwiazd, które zamiast spędzać czas w ukryciu na zgrupowaniach z otwartą przyłbicą rywalizują w kolejnych wyścigach powoduje, że zawodowy peleton dostarcza nam rozrywki niemal non stop. 

    Mniejsze wyścigi mają problem by przebić się przez rozmach Tour de France o czym przekonuje się co kilka lat Czesław Lang gdy jego wyścig pokrywa się teminem z Wielką Pętlą. Kolarstwo kobiece z trudem walczy o swoją pozycję a nawet gdy “monumenty” dostały w ostatnich latach damskie wersje, ich śledzenie jest utrudnione. Bo ciężko spędzić przed ekranem cały dzień, najpierw oglądając panie a zaraz potem panów. Po głowie wkrótce zapewnie dostanie też kolarstwo torowe, które z komfortowego terminu zimowego zostało przerzucone na lato. Kto będzie kibicował w hali, gdy na Alpe d’Huez czy Tourmalet będzie działa się historia?

    Embed from Getty Images

    Na wzór i podobieństwo przełajów

    Sukces i popularność kolarstwa przełajowego, z którego wywodzą się i van der Poel i Pidcock ma wiele źródeł. Cyclocross wykorzystuje ten jeden moment w sezonie, gdy widzowie mają chwilę oddechu od szosy.

    Co więcej, wykorzystuje swoje okienko do maksimum. Puchar Świata oraz serie komercyjne: Superprestige czy [nazwa sponsora, obecnie X²O Badkamers, wcześniej DVA, GVA czy BPost] Trophy wypełniają jesień i zimę po brzegi.

    Oznacza to, że z gwiazdami przełajów “widzimy się” co weekend a nawet częściej. Cały sezon CX ma swoją narrację a kolejne pojedynki wielkich mistrzów dostajemy w odstępie kilku dni. 

    Tymczasem mtb swój puchar ma rozrzucony często na pół roku a liczba eliminacji jest niewielka. Do tego niżej punktowane wyścigi są niezależne i choć puchary Włoch, Szwajcarii czy Niemiec gromadzą często na starcie śmietankę cross country, są rozrywką wyłącznie dla koneserów. 

    Co więcej, mimo wysokiego i wyrównanego poziomu sportowego, wieloletnia dominacja niewielkiej grupy zawodników spowodowała stagnację. W rzeczonych przełajach co kilka sezonów obesrwujemy wymianę pokoleń. Zatem nie tylko obcujemy z gwiazdami co tydzień, ale też cały czas coś się dzieje.

    Idąc dalej, mający potencjał na “Górski Tour de France” Cape Epic, być może najmocniejsza marka w mtb jako takim, nie jest imprezą docelową dla kluczowych nazwisk i największych gwiazd. Owszem, przyjeżdżają, trenują, ścigają się. Ale zawsze myślą a to o Pucharze Świata a to o Igrzyskach a to o tęczowej koszulce. 

    Choć lokalizacje kluczowych imprez od pewnego czasu są w miarę stałe, trudno po pierwsze wskazać między nimi jakieś różnice a po drugie nie wiążą się z nimi żadne specjalne historie. A przynajmniej nie takie, które zapamiętałaby szersza publiczność. 

    Owszem, zawodnicy i część polskich fanów kochają Nove Mesto, ale sekcje techniczne ze swoimi nazwami nie są ani Laskiem Arenberg, ani Alpe d’Huez, ani Murem d’Huy ani nawet narciarskim Alpe Cermis z Tour de Ski. 

    Mimo kilkudziesięciu lat historii i ćwierćwiecza obecności na Igrzyskach Olimpijskich mtb nie zbudowało dość legend i kultu. Pokuszę się o stwierdzenie, że więcej osób słyszało o Finale Ligure, gdzie można samemu pojeździć i przeżyć swoje własne wspomnienia niż o tym, co wydarzyło się w Albstadt. 

    Kolarze na start

    Van der Poela i Pidcocka z całym ich talentem i wszechstronnością trzeba nazwać po prostu “kolarzami”. Bez przypisywania do odmiany czy konkurencji. Wraz z Van Aertem, który jest prawdopodobnie najwszechstronniejszym kolarzem na szosie robią rzecz becenną. 

    Pobudzają wyobraźnię. 

    Sprawiają, że zastanawiamy się, gdzie są ich granice możliwości. Albo gdzie są granice ludzkich możliwości w ogóle. Dyskutujemy, ile jeszcze są w stanie wygrać. Albo nie tylko “ile” a “co jeszcze”. A także “w jakim stylu”. Czy po atomowym ataku, długiej, solowej ucieczce. A może po spektakularnym finiszu?

    W czasach, gdy wszystko jest policzone, “zyski graniczne” odnalezione w najmniejszych możliwych detalach, budżety ogromne a sprzęt kosmiczny, element charyzmy, który wnoszą do bikebiznesu jest bezcenny.

    Na szosie kontynuują dziedzictwo Sagana. A w mtb? Cóż, olimpijskiemu cross country dają nadzieję na nowe otwarcie pod koniec ery Nino Schurtera.

    Tyle tylko, że Sagan, którego wkład w poszerzenie fanbazy kolarstwa szosowego jest tak istotny, funkcjonował w bardziej komfortowych warunkach. Będąc fenomenem, który na podium staje niemal równie często co Eddy Merckx a na starcie pojawia się 70 dni w roku mógł porwać serca tłumów. 

    Van der Poel i Pidcock nie tylko dzielą uwagę między trzy odmiany kolarstwa, to jeszcze samo cross country najpierw musi się zreformować, skomercjalizować, zglobalizować i wymyślić na nowo. 

    Obawiam się, że mimo fascynacji MVDP startami na rowerze górskim, Holender zdąży albo wygrać wszystkie monumenty na szosie albo zakończy karierę nim w XCO, czy też czymkolwiek co zajmie kiedyś jego miejsce, coś się zmieni. 

    Cóż. Szkoda.