Tag: Sędziowie

  • Kozioł ofiarny

    Kozioł ofiarny

    Dziewięć miesięcy dyskwalifikacji dla Dylana Groenewegana za spowodowanie kraksy na mecie pierwszego etapu Tour de Pologne 2020 to najcięższy wyrok w tego typu sprawie. Nie wiadomo, dlaczego Holender został potraktowany tak surowo i dlaczego UCI robi z niego kozła ofiarnego. 

    Nerwy po lockdownie

    Tour de Pologne 2020 był pierwszym wyścigiem etapowym na poziomie World Touru po wznowieniu rywalizacji przez zawodowych kolarzy po czasie lockdownu. 

    Owszem, spodziewaliśmy się zwiększonej nerwowości, kraks i niespodziewanych rozstrzygnięć. Wiele miesięcy bez ścigania w połączeniu ze zwiększoną presją spowodowaną kryzysem finansowym sugerowały, że pierwsze wyścigi po czasie izolacji będą trudne dla wszystkich. 

    Pierwszy etap pandemicznego TdP rozgrywany był na rundach w Katowicach z charakterystycznym, bardzo szybkim finiszem przy tamtejszym “Spodku”.

    W rozpędzonej grupie sprinterów o zwycięstwo rywalizowali Dylan Groenewegen z Jumbo – Visma, Pascal Ackerman z Bora – Hansgrohe, Fabio Jakobsen z Deceunink – Quickstep, Marc Sarreau z Groupama – FDJ czy Luca Mezgez z Mitchelton Scott. 

    Na ok. 150m przed metą prowadzący Groenewegen zaczął zmieniać linię sprintu, zjeżdżając z ok. ⅓ szerokości szosy pod barierkę, blokując Jakobsena i dodatkowo w ostatniej chwili, jakieś 50-70m przed “kreską” zastawiając się łokciem. 

    Przy prędkości ok. 80km/h Jakobsem uderzył w bannery rozbijając zabezpieczenia, upadając wpadł w sędziego mety a latające wszędzie płotki dodatkowo wywróciły kolejnych kolarzy.

    Wszystko działo się w ułamkach sekund. 

    Pierwsze emocje

    Sędziowie dość szybko uznali faul Groenewegena, zdyskwalifikowali go a zwycięstwo przyznali Jak

    Jakobsenowi, który w tym czasie był reanimowany. Upadek był tak silny i niefortunny, że kolarzowi Deceunink – Quicksetep zerwało z głowy kask a obrażenia spowodowały poważną utratę krwi. Realnie rzecz ujmując, miał wiele szczęścia, że w tych okolicznościach przeżył. 

    Sprawca kraksy został usunięty z wyścigu i dodatkowo ukarany grzywną w wysokości 500CHF. Sam doznał złamania obojczyka, kontuzja wykluczyła z dalszej jazdy również Marca Sarreau. 

    Jakobsen z ciężkimi obrażeniami twarzy był operowany w szpitalu w Sosnowcu, po około dwóch dobach został wybudzony ze śpiączki. 

    Menadżer jego drużyny, Patrick Lefevere w pierwszym odruchu domagał się nie tylko kary dyscyplinarnej dla Groenewegena, ale postępowania karnego. 

    Wraz z poprawiającym się stanem zdrowia Jakobsena, emocje na szczęście stygły. 

    Kolejne operacje, w tym m.in. przeszczep kości z miednicy do szczęki i skuteczna rehabilitacja sprawiają, że zawodnik dochodzi do zdrowia. To, do czego zdolna jest współczesna medycyna ociera się o cuda. 

    Z kolei dla Groenewegena, oczywiście w innym wymiarze, wypadek również okazał się traumatyczny. Drużyna odsunęła go od startów, sam kolarz musiał mierzyć się nie tylko ze świadomością konsekwencji swojej jazdy, ale też atakami mediów i kibiców, którzy zaczęli robić z niego mordercę. 

    Kozioł ofiarny

    Decyzja o dziewięciomiesięcznej dyskwalifikacji Groenewegena została wydana ponad 3 miesiące po spowodowanej przez niego kraksie. 

    Zawodnik w tym czasie nie ścigał się, ponieważ dochodził do siebie po złamaniu a także w ramach wewnętrznego zawieszenia przez samą ekipę Jumbo-Visma. 

    Hipotetycznie jednak, gdyby nie kontuzja, mógłby w tym stanie startować a nawet wygrywać, jego wyniki musiałyby być anulowane. To nie pierwszy raz, gdy UCI nie spieszy się z nakładaniem dyskwalifikacji, biorąc jednak pod uwagę praktyki przy sprawach dopingowych, trzy miesiące to jak na nich tempo iście ekspresowe. 

    Wina Groenewegena jest bezsprzeczna. Tak, zmieniał linię sprintu oraz tak, spowodował zagrożenie dla innych zawodników. W związku z tym zarówno relegacja w wynikach etapu, wyrzucenie z wyścigu, grzywna a być może jakiś rodzaj dodatkowej kary są zasadne. 

    Sam zawodnik zresztą nie dyskutuje i przyjmuje konsekwencje swojej jazdy.

    Jest jednak pewien problem. Przejrzałem większość sprintów z tegorocznego sezonu World Touru. Zarówno te kończące się relegacjami kolarzy jak Sagana na Tour de France czy Bennetta na Vuelcie i teoretycznie te “czyste”.

    Choć ewidentnie widać, że sędziowie zaczynają dyscyplinować kolarzy, powiedzmy sobie szczerze: zmiany sprintu takie jak ta Groenewegena nadal często uchodzą na sucho. Bywa też, że nawet użycie barków i łokci wciąż jest tolerowane. 

    Nie znamy szczegółów decyzji UCI, nie wiemy, jaki był powód ani motywacja kary, która choć częściowo w “offseasonie”, wyłącza Groenewegena z rywalizacji ze sporej części sezonu 2020 i 2021. 

    Można podejrzewać, że przyczyny są dwie: po pierwsze, skutki niebezpiecznej jazdy zawodnika i ciężkie obrażenia, jakich doznał najbardziej poszkodowany. Po drugie, wystąpienie dodatkowego “aktu agresji”, czyli wystawienie łokcia, które, nawet jeśli odruchowe, to jednak mogło przyczynić się do upadku. 

    Ale to wszystko domysły. UCI, jak w wielu innych przypadkach postanowiła nie być transparentna, pokazowo karząc sprintera Jumbo – Visma. 

    Jeden winny, problemów bez liku

    Wielu kolarzy czy dyrektorów sportowych, uczestników Tour de Pologne zarówno w 2020r jak i w latach wcześniejszych zwraca uwagę, że za część konsekwencji wypadku spowodowanego przez Groenewegena odpowiada usytuowanie oraz zabezpieczenie finiszu w Katowicach. 

    Choć Czesław Lang po kraksie w nieco arogancki sposób tłumaczył się, że przecież przez tyle lat zawodnicy ścigali się przy Spodku i nic się nie działo, sprawa wydaje się dość jednoznaczna. Ten finisz od lat prosił się o takie rozstrzygnięcie i nie jest to opinia widza sprzed ekranu, ale ludzi, którzy na kolarstwie, nomen omen, “zjedli zęby”. 

    Do tego dochodzą nieszczęsne barierki, które fruwały na prawo i lewo, stwarzając zagrożenie dla kolarzy, sędziów i kibiców. Tłumaczenie, że zazwyczaj elementem konstrukcyjnym zabezpieczenia trasy jest opierająca się o płotki widownia jest bez sensu. 

    Bo po pierwsze, widownia “trzyma” barierki, ale też przez nie się wychyla, sama w sobie często powodując kraksy a po drugie, cóż, można było przewidzieć, że w czasie obowiązywania “reżimu sanitarnego” tłumów nie będzie.

    I nie chodzi tu o Lang Team, czy idiotyczny finisz w Katowicach, bo barierki, ich podstawy, umieszczone na nich elementy reklamowe i wystawiający za nie swoje selfie sticki kibice to problem zarówno na TdP, Tour de France i wyścigach amatorskich. 

    Sezon 2020, który w okolicznościach pandemii można śmiało uznać za sukces organizacyjny równocześnie był pełen różnego rodzaju wpadek. Nie wszędzie dochodziło do tragedii, ale wiele razy było blisko. 

    Na “monumencie” Giro di Lombardia tuż przed metą Max Schachmann uderzył w jadący pod prąd samochód. Na Giro źle ustawione były bramy reklamowe a helikopter przewracający barierki spowodował kontuzję kilku kolarzy. Po trasach biegały psy i kucyki, zawodnicy wywracali się na mydlinach rozpylanych z kolumny reklamowej oraz na plamach oleju. Zderzali się z motocyklami i samochodami sędziów, operatorów i dyrektorów sportowych. Wypadali z trasy spadając z mostów łamiąc miednice czy rozdzierając mięśnie o elementy infrastruktury drogowej czy wreszcie protestowali przeciwko zbyt długim transferom między etapami. 

    Można powiedzieć, że to ryzyko zawodowe, bo kolarstwo to sport rozgrywany na otwartej przestrzeni, którego elementem jest rywalizacja bark w bark i mierzenie się z niespodziewanymi sytuacjami. 

    Jednak należy pamiętać, że mamy już lata dwudzieste XXIw a BHP i prawo pracy są pewnymi zdobyczami cywilizacyjnymi. 

    Pod presją zawodników, mediów i sponsorów UCI powoli zaczyna pochylać się nad tematyką bezpieczeństwa, ale sprawa idzie o wiele za wolno. 

    Najbardziej dotkliwa, najdłuższa w historii dyskwalifikacja za niebezpieczną jazdę i spowodowanie poważnej w skutkach kraksy, wydaje się więc być w obliczu licznych problemów działaniem wyłącznie na pokaz. 

    PS Jako suplement zachęcam do odsłuchania komentarza Chrisa Hornera, zwycięzcy Vuelta a Espana 2013:

  • Po co komu fair play?

    Po co komu fair play?

    Richie Porte za przyjęcie koleżeńskiej pomocy przed finiszem 10. etapu Giro d?Italia otrzymał dwuminutową karę. To wyraźnie utrudnia mu walkę w klasyfikacji generalnej wyścigu. Zachowanie fair play, choć niezgodne z przepisami doczekało się więc nagany w sytuacji, gdy dużo poważniejsze sprawy pozostają bez konsekwencji.

    Jeden z faworytów wyścigu na kilka kilometrów przed metą (ale jeszcze poza zneutralizowaną strefą trzech kilometrów) łapie gumę. Rozpędzony peleton nie czeka, ponieważ ściga ucieczkę. Poszkodowanemu pomaga kolega, rodak reprezentujący jednak inną drużynę. Zgodnie z przepisami jest to ?niedozwolona obca pomoc techniczna? karana grzywną i dodaniem dwóch minut do całkowitego czasu zawodnika.

    Richie Porte, trzeci kolarz klasyfikacji generalnej Giro d?Italia znalazł się w takiej właśnie sytuacji. Szybko wspomógł go Simon Clarke z Orica Green Edge a następnie Michael Matthews oraz koledzy z własnej ekipy (Team Sky). Mimo szybkiej akcji Porte stracił kilkadziesiąt sekund do peletonu, w którym jechali Alberto Contador i Fabio Aru. Zdjęcia z gestu Clarke?a szybko obiegły internet spotykając się z jednoznacznie entuzjastycznym odzewem.

    Tymczasem sędziowie przynali Porte regulaminową karę, gasząc tym samym ducha fair play.

    Przepis o obcej pomocy wbrew pozorom ma sens. Służy wyrównaniu szans między drużynami, każda z nich jedzie na własne konto. Trzeba jednak pamiętać, że zespoły często ze sobą współpracują dzieląc się pracą a to w ucieczkach a to w nadawaniu tempa peletonu a także w wielu innych, mniej widocznych sytuacjach.

    W czasie tegorocznego Giro, na jednym z pierwszych etapów Philippe Gilbert dzielił się piciem z towarzyszami ucieczki a z samochodu drużyny BMC podawano bidony wszystkim zawodnikom w czołówce.

    Kilka lat temu Alberto Contador był chwalony za ?piękne gesty?, gdy po mistrzowsku oddawał etapy włoskiego Touru a to kolarzom Euskaltel Euskadi a to Paolo Tiralongo z Astany. W zamian za to Baskowie i Włoch wiele razy pomagali mu w trudnych chwilach, gdy osamotniony Hiszpan potrzebował wsparcia na górskich etapach.

    Kolarstwo wciąż boryka się z problemami wizerunkowymi. Jest postrzegane jako sport, gdzie trudno coś osiągnąć bez łamania reguł, głównie dopingowych. Z prostego gestu można by uszyć piękną historię o pomocy i zasadach fair play. Wygląda jednak na to, że komisja sędziowska Giro d?Italia ma ewidentny problem z tym, co jest etyczne a co nie.

    Przypomnę, że rok temu Nairo Quintana decydującą o zwycięstwie w całym wyścigu przewagę zdobył podczas zamieszania związanego z neutralizacją fragmentu etapu rozgrywanego w trudnych warunkch atmosferycznych. Bez względu na to, czy złamał przepisy czy nie jadąc przed motocyklem z czerwoną flagą, było to dalekie od fair play.

    Idąc dalej, znane są przypadki handlowania nie tak małymi wyścigami (Liege Bastogne Liege czy etapów Tour de France), które to sprawy ciągną się latami i właściwie są zamiatane pod dywan.

    O korupcji związanej ze współpracą Lance?a Armstronga z zarządem Międzynarodowej Unii Kolarskiej nawet nie ma co wspominać.

    Naprawdę są dużo poważniejsze wykroczenia niż koleżeńska pomoc, które trzeba wykrywać, ścigać i penalizować. Sędziowie Giro mogliby np. zająć się dyscyplinowaniem kibiców, którzy póki co doprowadzili do kilku poważnych kontuzji zawodników, ale by to zrobić, trzeba wykonać sporą pracę. Mając gotowe zdjęcia, które obiegły cały świat dużo prościej wykluczyć z rywalizacji jednego z faworytów za nieistotne przewinienie. Po wygaśnięciu licencji, komisarzom z tegorocznego Giro proponuję zatrudnić się w straży miejskiej. Znajdą tam spełnienie.