Tag: Rekord godzinny

  • Poniedziałkowy skrót#31

    Andrzej Bartkiewicz skorzystał z okazji i zapisał się na kartach kronik polskiego sportu, bijąc rekord godzinny. Małgorzata Wojtyra zajęła trzecie miejsce w torowym Pucharze Świata a przełajowcy na dobre weszli w sezon. Zobacz przegląd wydarzeń minionego weekendu w coponiedziałkowym skrócie.

     

    Rekord godzinny Bartkiewicza

    Pruszkowski tor to zmora Polskiego Związku Kolarstwa. Przeinwestowany, z przykrą historią niegospodarności, ciążący niczym kotwica na budżecie organizacji. Z drugiej strony to nowoczesny obiekt o olbrzymim potencjale. Na fali renesansu rekordu godzinnego Andrzej Bartkiewicz, młody zawodnik z klubu Sante Whistle Ziemia Brzeska, specjalista torowej jazdy na dochodzenie idealnie trafił w swój czas. Echa kolarskiego sezonu jeszcze wybrzmiewają a sporty zimowe nie zaczęły angażować kibiców, dzięki czemu jego próba przykuła uwagę mediów i fanów. Jak na nasze warunki nawet na samym torze pojawiło się sporo kibiców, dzięki czemu słysząc doping, zawodnik w chwilach kryzysu mógł głębiej sięgnąć do rezerw i ustanowić nowy rekord z wynikiem 47,618km. Do rekordu świata Matthiasa Brandle?a brakuje blisko czterech kilometrów, ale nie o to chodzi. Wydarzenie to wnosi nową energię do rodzimego kolarstwa i to jest w całej tej sytuacji najcenniejsze.

     

     

    Torowcy w Meksyku

    Jeśli już jesteśmy przy tematyce kolarstwa torowego, to w Guadalajarze właśnie zakończyła się eliminacja Pucharu Świata. Najlepszym, polskim rezultatem jest trzecie miejsce Małgorzaty Wojtyry w wieloboju, zwanym tutaj Omnium. W Meksyku padły też dwa rekordy naszego kraju: w sprincie iindywidualnymKatarzyna Kirschenstein uzyskała wynik 11,248s zaś w parze z Urszulą Łoś 34,431s. Równocześnie trzeba zauważyć, że żaden z tych rezultatów nie dał awansu do finału. Sztuka ta udała się za to Kamilowi Kuczyńskiemu w keirinie, gdzie w najważniejszym wyścigu zajął szóste miejsce.

     

    https://twitter.com/SylvieFore/status/531506627099525120

     

    Przełajowcy ciągle po suchym

    Tymczasem w bebelgijskimuddervoorde rozegrano drugą eliminację przełajowej serii Superprestige. Ten drugi, najważniejszy po Pucharze Świata cykl cieszy się sporą popularnością i, jak sama nazwa wskazuje, prestiżem. Zwyciężył Tom Meeusen z grupy Fidea, któremu nie przeszkodził fakt, że jego nazwisko pojawia się przy okazji afery dopingowej, która zaczyna kwitnąć w belgijskim kolarstwie. Jest on jednym z dziewiętnastu kolarzy podejrzanych o współpracę z doktorem Chrisem Mertnesem, mającym być jedną z głównych postaci odpowiedzialnych za wspomaganie sporej rzeszy sportowców z krajów Beneluksu. Abstrahując od śmierdzących aspektów kolarstwa i skupiając się na samych wynikach, młody Mathieu van der Poela zajął drugą lokatę co dało mu prowadzenie w klasyfikacji generalnej. Drugi jest Sven Nys, czwarty w miniony weekend, za to póki co bardzo regularny, przez co do van der Poela traci tylko punkt. Tuż za nim plasuje się Lars Van Der Haar, zatem młodzież w natarciu.

     

    Tymczasem w kraju rozegrano eliminacje naszego Pucharu, tym razem w Bieganowie i Zielonej Górze. W Bieganowie triumfował eks-doper, Kacper Szczepaniak. Na temat zawodów w Zielonej Górze jakichkolwiek informacji brak.

     

     

    W ?Przełajach według Red Bulla? czyli zawodach Velodux triumfował Lars Forster, a z bardziej znanych nazwisk drugi był Adri Frischknecht (syn Thomasa) a trzeci Julien Absalon. Tam jednak sucho już nie było. Wideo znajdziecie tutaj.

     

  • Poniedziałkowy skrót #30

    Sezon przełajowy rozkręca się na dobre. Już wkrótce kolarskie media będą żyły głównie dokonaniami ?błotniaków?. W poniedziałkowych skrótach znajdziecie jednak nie tylko podsumowania najważniejszych wyścigów, ale też komentarze do wydarzeń z innych zakątków bike-biznesu.

    18 lat

    Tyle dzieli Svena Nysa od Wouta van Aerta. Ten pierwszy to ikona kolarstwa przełajowego, ten drugi to wschodząca gwiazda. Sobotnie zawody serii Bpost Bank Trophee (wcześniej znane jako GVA Trophee) rozgrywane na słynnym Koppenbergu padły łupem ciągle-jeszcze-orlika, van Aerta (wideo powyżej). Z jednej strony to niesamowite, jak długo Sven Nys utrzymuje dyspozycję na najwyższym poziomie wyczynu. Z drugiej, podobnie jak na szosie, ewidentnie widoczna jest zmiana kolarskich pokoleń. Gdy zaczynałem pisać o przełajach, Nys rywalizował z Erwinem Verveckenem, Richardem Groenendaalem, Bartem Wallensem czy Mario de Clerqiem. Obecnie większość jego konkurentów cieszy się już emeryturą a tymczasem Nys, który po raz pierwszy Puchar Świata wygrał w sezonie 1999/2000 a tęczową koszulkę w 2005r nadal jest faworytem większości zawodów, na starcie których staje. Nie dominuje już co prawda tak, jak jeszcze kilka lat temu, ale konsekwentnie buduje formę na najważniejsze imprezy. Do mistrzostw świata jeszcze daleko, zatem można się spodziewać, że również w tym sezonie jeszcze nie jest w pełnym gazie. Dlatego też nie dziwi druga (a nie pierwsza) lokata w niedzielnej eliminacji Superprestige. Tym razem pierwszy był zawodnik nieco bardziej doświadczony, trzydziestolatek Kevin Pauvels, ale tuż za Nysem był kolejny młody wilk, Lars van der Haar.

    Sponsoring to hazard

    Inwestycja w sport może się nie zwrócić. Ryzyko kontuzji, błędów w planie treningowym, awarii sprzętu czy też wpadki dopingowej jest spore. Nie przeszkadza to jednak firmom zajmującym się hazardem reklamować się na koszulkach klubów kolarskich. Wspomnieni wyżej Wout van Aert (Vastgoedservice – Golden Palace) i Kevin Pauwels (Sunweb – Napoleon Games) jeżdżą w zespołach finansowanych w połowie właśnie przez organizacje zajmujące się zakładami i grami losowymi. Promocja produktów i usług przeznaczonych wyłącznie dla dorosłych jest kontrowersyjna, ale z drugiej strony nasze niedoinwestowane, kluby chętnie przyjęłyby sponsoring nawet podmiotów tej branży. Tyle, że reklama hazardu jest w Polsce zabroniona. Widać jesteśmy na tyle bogaci, by sport wspierać z innych środków, czyż nie?

    O ile da się poprawić rekord Brändle?a?

    51,852km przejechał w zeszły czwartek Matthias Brändle podczas godziny, którą spędził poruszając się po torze w szwajcarskim Aigle. Chwilę później stwierdził, że nie zamierza tego robić nigdy więcej. Było blisko, by padła granica 52km, ale Austriak w końcówce nieco osłabł. Mimo wszystko uzyskany rezulat jest bardzo dobry, choć wciąż daleko mu do wyników z czasów, gdy nie obowiązywały ograniczenia techniczne i farmakologiczne. Co jednak ważne, to dopiero początek zabawy. Jens Voigt i Matthias Brändle zaskoczyli opinię publiczną swoimi rekordami. Oczy kibiców i ekspertów skierowane były od początku na trzech wybitnych czasowców: Tonego Martina, Fabiana Cancellarę i Sir Bradleya Wigginsa. Ten ostatni, właśnie ogłosił, że swoją próbę (prawdopodobnie jedyną) planuje przeprowadzić latem przyszłego roku na Majorce. Ma to być wydarzenie sportowe z jednej strony, ale też równocześnie promocyjne. Brytyjczyk, aktualny mistrz świata chce propagować wakacje na Balearach wśród swoich rodaków. Z punktu widzenia potencjalnego wyniku, nie jest to najlepsza lokalizacja. W teorii największy dystans zostanie pokonany na jednym z obiektów znajdujących się wyraźnie wyżej nad poziomem morza. Wiggins jest jednak pewny swego. To sportowiec, który póki co realizował większość celów, jakie przed sobą postawił, jest też w stanie zbudować więcej niż jeden szczyt formy w sezonie. Pierwszym ważnym sprawdzianem w sezonie 2015 będzie dla niego Paryż-Roubaix. Po ?Piekle Północy? prawdopodobnie na dobre powróci na tor.

    Wzmocnione CCC Sprandi Polkowice

    Swoją dezaprobatę do transferu Stefana Schumachera już wyraziłem. Pozyskanie drugiego, zagranicznego kolarza przez naszą pomarańczową drużynę budzi mniejsze kontrowersje. W barwach CCC Sprandi Polkowice w przyszłym sezonie będzie się ścigał Grega Bole. Ten niezły sprinter powinien godnie reprezentować naszą grupę w wyścigach wyższej kategorii, także w tych imprazch World Touru, na które zespół dostanie dziką kartę. W klasyfikacji CQ Ranking Bole sezon 2014 zakończył w pierwszej setce (96.) i po Davide Rebellinie (44. lokata) będzie drugim, najwyżej sklasyfikoanym zawodnikiem CCC. Jego punkty w tym roku dałyby ?cyckom? awans na 24 pozycję drużynowo (przed MTN Qhubeka), szóstą wśród zespołów Pro Continental. W rankingu UCI, CCC w składzie z Gregą Bole wystarczyłoby punktów na trzecią lokatę (przed Cofidisem). Większość z nich Słoweniec zdobył jednak w wyścigach azjatyckich. Inna sprawa, że gdy ścigał się w Europie (m.in w Lampre i Vacansoleil) często gościł w czołówce wysoko punktowanych imprez. Krótko mówiąc, kontrakt z nim to dobry pomysł. Aby dodać łyżkę dziegciu do niezłej wiadomości, trzeba zadać pytanie, dlaczego w tak nizinnym kraju jak Polska nie doczekaliśmy się równie skutecznego sprintera będącego równolatkiem Bole (urodził się w 1985r).

  • Ile przejedzie Brändle?

    Dziś wieczorem w szwajcarskim Aigle Matthias Brändle spróbuje pobić rekord świata w jeździe godzinnej. Tak samo jak w przypadku Jensa Voigta, wiele wskazuje na to, że pretendentowi się to uda.

    Kim jest Matthias Brändle? To młody, austriacki kolarz, reprezentujący barwy szwajcarskiej grupy IAM Cycling. Możecie go kojarzyć np. z zakończonych sukcesem dwóch ucieczek podczas tegorocznego Tour od Britain. To dobry czasowiec, dwukrotny mistrz swojego kraju w tej specjalności i, mimo zaledwie 25 lat, uznany pomocnik. Niektórzy sugerują, że może być kolarzem, który w peletonie zastąpi Jensa Voigta, przynajmniej, jeśli chodzi o styl jazdy.

    Rekord godzinny po zmianie przepisów dopuszczających użycie rowerów zbliżonych do sprzętu przeznaczonego do jazdy na czas w miejsce retro maszyn technologicznie tkwiących w latach siedemdziesiątych, przeżywa swoisty renesans. Konkurencja, która przez dekadę leżała zakurzona na półce, nagle wróciła do łask. Nic w tym dziwnego, abstrahując od dużych możliwości, jakie daje współczesny sprzęt, niebagatelne znaczenie ma również fakt, że kolarze mogą podchodzić do próby bardziej „z marszu”. Rower, na którym swój rekord bił Voigt (Trek), jak i ten, na którym pojedzie dziś Brändle (Scott) oparte są o standardowe ramy do jazdy na czas, z niewielkimi tylko modyfikacjami. To oznacza, że kolarze przyzwyczajeni są do pozycji, w jakiej chcąc pobić rekord, muszą pedałować przez godzinę.

    W ciągu sześćdziesięciu minut Voigt przejechał 51,115km. To znakomity wynik, ale pamiętajmy, że niemiecki zawodnik był już de facto na emeryturze. Choć jego sportowe CV jest o wiele bogatsze niż dotychczasowe dokonania Brändle’a, prawdopodobnie Austriak pobije dziś rekord. Podobnie jak Voigt, do próby przygotowywał się tylko kilka tygodni, ale z samą ideą nosił się dość długo. Co ważne, menadżerem dzisiejszego śmiałka jest nie kto inny jak Tony Rominger, który w połowie lat dziewięćdziesiątych ścigał się o rekord z Miguelem Indurainem i Chrisem Boardmanem. W 1994r uzyskał wynik 53,832km.

    Brändle celuje raczej w rezultat ok 52km, ale kto wie, ile rzeczywiście przejedzie. O ile rekord Voigta miał raczej charakter anegdotyczny i otworzył na nowo rywalizację w godzinnej konkurencji, o tyle dziś może paść wynik, z którym zmierzyć będą się musieli kolejni śmiałkowie i być może kilku z nich już się to nie uda. Największe gwiazdy, niczym w konkursie skoku o tyczce, póki co czekają aż poprzeczka powędruje wyżej. Tony Martin, Bradley Wiggins i Fabian Cancellara chcąc być przygotowani w 100%, wliczając w to przewagę taktyczną nad rywalami. Ich próby będą oparte o filozofię „marginal gains”, gdzie każdy szczegół będzie dopracowany z największą uwagą. Tymczasem Brändle, trochę jak Voigt bazuje na własnych możliwościach, entuzjazmie i fakcie, że stosunkowo łatwo można się zapisać na kartach kronik ze sportowymi osiągnięciami.

    Austriak jest wysoki i ma dość masywną budowę. Ze swoimi 189cm i niemal 75kg będzie musiał zmagać się z siłą odśrodkową na 50m krótszym torze w Aigle. Miejsce próby bicia rekordu wybrał po kilku testach (sprawdzał również tor w Grenchen, gdzie swój wynik uzyskał Voigt), ale ostatecznie wybrał siedzibę UCI. Obiekt jest nowoczesny i uznawany za szybki, jednak eksperci wskazują, że mniejszy owal stanowi pewne utrudnienie. Dodatkowo położony jest stosunkowo nisko (nieco ponad 400m n.p,m.). Wiele wskazuje na to, że kolejne rekordy będą bite np. w Kolumbii na wysokości ok 1000m n.p.m.

    Zmagania Matthiasa Brändle będzie można oglądać na żywo na youtubowym kanale UCI. Za darmo :)

    PS W tym miejscu warto przypomnieć, że nieco ponad tydzień po Brändle’u z godzinną próbą zmierzy się w Pruszkowie Andrzej Bartkiewicz. Celem będzie pobicie liczącego ponad trzydzieści lat rekordu Polski, który wynosi nieco ponad 42km. Szczegóły tego wydarzenia znajdziecie np. w  „evencie” na facebooku. Jeśli mieszkasz gdzieś w okolicy i nie masz planów na przyszłą sobotę, wybierz się na pruszkowski tor by wesprzeć ten projekt!

  • Godzina Voigta

    Godzina Voigta

    Dziś wieczorem Jens Voigt pobije rekord w jeździe godzinnej i otworzy nowy rozdział w hisotrii tej pięknej konkurencji. Czy można wątpić w to, że mu się uda? Oczywiście, ale szanse porażki są niewielkie. Nowy rekord będzie miał o wiele większe znaczenie, niż tylko dzisiejszy show popularnego Niemca.

    Większość aspektów oraz historii rekordu godzinnego opisał Jakub Zimoch w swoim tekście dla rowery.org. Kilka tygodni temu również wspomniałem ten temat, przy okazji odroczonej próby Fabiana Cancellary. A propos Cancellary, pojawia się pierwszy istotny element dzisiejszego wydarzenia.

    Super gregario (nawet na emeryturze)

    Jens Voigt to kolarz, który przez większość swojej kariery wypruwał sobie żyły, by sukcesy mogli odnosić inni. Oczywiście, ma w sportowym CV wiele znakomitych rezultatów, ale jego zadaniem było nadawanie tempa, gonienie ucieczek, kontrolowanie sytuacji w peletonie czy ochrona lidera przed wiatrem. Basso, Schleck czy Cancellara (a także Jan Ullrich podczas Igrzysk Olimpijskich w Sydney) korzystali z jego pomocy i cenili ją niezmiernie. Voigt był także kluczowym ogniwem swoich zespołów podczas prób jazdy drużynowej, by przypomnieć choćby sensacyjną wygraną zespołu Credit Agricole podczas Tour de France 2001. Wiele wskazuje na to, że również jako niemal-emeryt, Voigt nie będzie pracował tylko na własne konto. Obiegowa opinia głosi, że godzinna próba niemieckiego kolarza to tylko preludium do późniejszego podejścia Fabiana Cancellary.

    Nowe otwarcie

    Tor w szwajcarskim Grenchen będzie areną nowej ery w historii rekordu godzinnego. Międzynarodowa Unia Kolarska dopuszcza do tej próby rowery, które spełniają przepisy dotyczące wymiarów, kątów i aerodynamiki. Nie ma pełnej dowolności, ale współczesne maszyny do jazdy na czas czy też torowych wyścigów na dochodzenie to bardzo zaawansowane konstrukcje, dopracowane pod kątem stawianego oporu powietrza. Również przyjmowana pozycja jest zaprojektowana w najmniejszych szczegółach. Ostatni rekordziści: Chris Boardman i Ondrej Sosenka mierzyli się z ?Rekordem Merckxa? na rowerach o klasycznej geometrii, z ramami zbudowanymi z okrągłych rur, kołami zaplecionymi na tradycyjnych szprychach oraz kierownicą ?barankiem?. Tymczasem Voigt pojedzie na aerodynamicznej ramie Treka, z pełnymi kołami a jego ręce będa oparte na wymyślnej, współczesnej wersji ?lemondki?. Choćby z tego względu jest niemal pewne, że Voigt pobije dziś rekord i to o więcej niż kilkadziesiąt metrów. Średnia prędkość powyżej 50km/h wydaje się całkiem realna.

    Początek wyścigu

    Niemiecki kolarz był przynajmniej bardzo dobrym czasowcem. W związku z tym jego rezultat stanie się znakomitym punktem odniesienia dla kolejnych zawodników, którzy zmierzą się z godzinną próbą. Co więcej, w rowerze Voigta znajdzie się precyzyjny miernik mocy (SRM), w związku z tym możliwa będzie nie tylko pełna analiza jego pracy, ale też szacunek rezultatu kolejnych herosów w realiach nowych przepisów UCI. Stąd też podejrzenie, że rekord Voigta to tylko przymiarka do dalszej batalii. O przejściu do historii sportu myśli nie tylko wspomniany Cancellara, ale także Tony Martin czy Bradley Wiggins a kto wie, może znajdzie się więcej chętnych. Tym samym, tak jak przez większość swojej kariery, Voigt i jego drużyna znajdą się w sytuacji win-win. On ugra coś dla siebie (będzie zapisany w kronikach jako kolejny rekordzista) a przy tym wykona bezcenną pracę dla kolegi z drużyny.

    Zapowiada się więc interesujący okres w dziejach kolarstwa. Wyścig herosów będzie rozgrywany równolegle z wyścigiem technologicznym, ale ciągle regulowanym przez restrykcyjne przepisy UCI. Rozpoczyna Trek, wkrótce dołączą Pinarello (Wiggins) i Specialized (Martin), zatem będzie to na wielu płaszczyznach starcie światowych gigantów.

    Idol ?Jensie?

    W tym wszystkim jest jeszcze jeden, istotny aspekt. Ten cały, poważny proces uruchamia zawodnik nie tylko ceniony w zawodowym peletonie ale też będący idolem kibiców na całym świecie. To świetny krok wizerunkowy dla UCI, Treka, Voigta i samego kolarstwa. Relacja na żywo w Eurosporcie od 18.30.

    Zdjęcie okładkowe: William Warby, flickr CC BY 2.0

  • Odroczony rekord

    Odroczony rekord

    Zgodnie z przedsezonowymi zapowiedziami, mniej więcej w tych dniach Fabian Cancellara miał bić rekord w jeździe godzinnej. W międzyczasie jednak zmieniły się przepisy i wiosną Szwajcar odstąpił od podejścia do tej wyjątkowej próby.

    Cancellara chciał, zgodnie z dotychczasowymi regułami, zmierzyć się z heroicznym wysiłkiem na najbardziej klasycznym z możliwych sprzęcie. Rama zbudowana z okrągłych rur, oczywiście ostre koło zaplecione na zwykłych szprychach, kierownica ?baranek? i żadnych dodatkowych modyfikacji aerodynamicznych. Do 1996r kolejne osiągnięcia były wynikiem nie tylko stosowania EPO, ale też specyficznego wyścigu zbrojeń. Pozycja kolarza i kształt roweru coraz bardziej odbiegały od tradycyjnego wzorca, w związku z tym Międzynarodowa Unia Kolarska zabroniła kombinowania ze sprzętem a za obowiązujący przyjęła rekord Eddy’ego Merckxa z 1972r.

    Zabroniona "pozycja supermana", Chris Boardman pobił w ten sposób rekord godzinny w 1996r

    Zmierzenie się z dokonaniem najwybitniejszego kolarza w historii w niemal takich samych warunkach stało się wyzwaniem tyleż intrygującym, co mało ekscytującym dla szerszej publiczności. Zrobił to w 2000r wybitny brytyjski specjalista na czas, Chris Boardman (posiadacz rekordu na aerodynamicznym rowerze z 1996r). Wydarzenie z Manchesteru na żywo transmitował Eurosport, miałem przyjemność oglądać, jak pretendent walczy z dystansem przez godzinę jeżdżąc wokół toru. Jego rower, klasyczny Look, już wtedy odbiegał wyglądem od sprzętu używanego przez współczesnych mu kolarzy, obecnie byłby z pewnością perłą w kolekcji jakiegoś hisptera, fana stylu vintage. Pięć lat później, znienacka, więcej metrów w ciągu godziny przejechał Czech, Ondrej Sosenka. Było ich dokładnie 49700, o 259 więcej niż przejechał Boardman i i o 269 więcej niż Merckx. Ponieważ próbwa odbyła się w Moskwie, niemal bez udziału mediów a sam Sosenka miał na koncie dopingowe wpadki, światek kolarski przeszedł nad tym do porządku dziennego, choć rekord został oficjalnie uznany.

    Rower Ondreja Sosenki z 2005r. Klasyczna konstrukcja, choć o nietypowych wymiarach ze względu na 2m wzrost czeskiego kolarza

    W ostatnich latach kilku wybitnych specjalistów jazdy na czas zaczęło przebąkiwać o chęci zmierzenia się z godzinnym wyzwaniem. Najpoważniej do tematu podszedł Fabian Cancellara. To nie dziwne, ponieważ w wielu aspektach jest kolarzem spełnionym, zatem porównanie się z legendarną próbą musiało podziałać na jego wyobraźnię. To miał być pierwszy rekord ery ?marginal gains?. Dobrane miały być wszystkie elementy wpływające na opór powietrza: wysokość nad poziomem morza, temperatura, wilgotność, oczywiście aerodynamika w tych najmniejszych dopuszczalnych elementach (kaks, buty, strój). Wstępnie próbę planowano na czas niedługo po Tour de France, czyli właśnie na teraz.

    Niestety plan wziął w łeb, ponieważ UCI zmieniła reguły. Teraz kolejne podejścia do rekordu będą podejmowane na rowerze torowym, przeznaczonym do wyścigów na dochodzenie. Jest to sprzęt bardzo zaawansowany technologicznie, często testowany w tunelach aerodynamicznych, jednak obwarowany szczegółowymi przepisami, które nie pozwalają na wolną amerykankę znaną z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia.

    Bradley Wiggins podczas Igrzysk Wspólnoty Brytyjskiej na współczesnym rowerze zgodnym z przepisami UCI

    Choć Cancellara się zniechęcił, to był dobry ruch ze strony UCI. Powiedzmy sobie szczerze, klasyczny rower torowy nie jest dla nikogo atrakcyjny a samo bicie rekordu ma wymiar wyłącznie ludzki. Sprzęt do wyścigów na dochodzenie daje szansę nie tylko popisu kolarza, ale i zaprezentowania możliwości technologicznych firmie rowerowej. Temat dość szybko podchwycili m.in. Tony Martin oraz powracający na tor Bradley Wiggins. Nie wiadomo, co zrobi Cancellara, ale z pewności jeszcze kilku chętnych się znajdzie. Choć ostrzyłem sobie zęby na bicie rekordu przez Szwajcara w klasycznym stylu, to jednak nowinki techniczne, które w obrębie przepisów będą wprowadzały największe marki (Specialized, Pinarello, Trek) dodają dodatkowego smaku całemu przedsięwzięciu. Podejrzewam, że klasyczny rekord Cancellary byłby jednym z ostatnich, jeśli nie ostatnim w historii. Nowe otwarcie może przyczynić się do pewnego renesansu jazdy godzinnej.

    Zdjęcie okładkowe: rower Eddy’ego Merckxa z 1972r, fot. wikimedia commons, David Edgar, CC BY SA 3.0

  • Panie Marchand, tak nie wypada!

    Wyczyn studwuletniego Francuza, Roberta Marchanda po raz kolejny znalazł się w wiadomościach całego świata. Niespełna 27 kilometrów, które pokonał na rowerze w czasie godziny jest oficjalnym rekordem świata w kategorii Masters 100+.

    Pan Marchand znów nas zadziwił. Powoli staje się symbolem siły ducha i sportu bez ograniczeń. Sam jeden bardziej promuje kolarstwo niż peleton zawodowców, który w zamian za petrodolary szlifuje formę na Półwyspie Arabskim. Kogo tak naprawdę obchodzą wyniki kolarzy, którzy z niewiadomego powodu ścigają się w zimie na pustyni? Za to dziarski staruszek, do tego o tak pociesznej aparycji jak Robert Marchand, który podąża za swoją pasją i bije kolejne rekordy, jest idealnym newsem do telewizji śniadaniowej.

    W ostatni piątek, zanim Marchand pokonał 26,927km powiedział:

    ?Czuję satysfakcję przystępując do takiej próby. Być może za rok już nie będę miał takiej możliwości?.

    Po rekordowym przejeździe stwierdził, że nie pojechał na 100% swoich możliwości. Poruszanie się rowerem torowym nie jest proste i śmiem twierdzić, że spora część siedzących za biurkiem trzydziestolatków nie byłaby w stanie powtórzyć wyczynu Marchanda. Zatem tego typu niepełnego wykorzystania własnych możliwości trzeba życzyć każdemu. Podziw jest więc uzasadniony, podobnie jak życzliwy uśmiech, który budzi cała sytuacja.

    Czy wyczyn Roberta Marchanda jest rzeczywiście osiągnięciem sportowym? Trudno powiedzieć. Niewielu przedstawicieli naszego gatunku dożywa tak sędziwego wieku, o jeździe na rowerze nie wspominając. Zatem jego rekord być może nigdy nie zostanie zweryfikowany przez innego pretendenta. Sam w sobie jest wydarzeniem na tyle nietypowym, że zwraca uwagę największych: swoim wyczynem wiekowy kolarz uświetnił otwarcie Vélodrome de Saint-Quentin-en-Yvelines. To nowy obiekt, wokół którego ma zostać zbudowany renesans tamtejszego kolarstwa. Wzorując się na najlepszych (Brytyjczykach, choć i Polacy próbują wdrożyć podobny model) Francuzi wybudowali centrum treningowe wraz z welodromem, przy którym siedzibę będzie miała krajowa federacja.

    Marchand oczywiście przełamuje stereotyp osoby starszej. Szacunek i uznanie, jakim się cieszy są imponujące. Na tor w Montigny-le-Bretonneux przyjechali kibice z całego kraju. Było ich wyraźnie więcej, niż na imprezach torowych rozgrywanych w naszym Pruszkowie. To świadectwo kultury sportu we Francji. Mimo to, nie jestem w stanie oprzeć się wrażeniu, że dokonania Roberta Marchanda traktujemy z pewną pobłażliwością. Czy jest to wyraz ageizmu (dyskryminacji ze względu na wiek)? Przecież na co dzień fascynujemy się wyłącznie dokonaniami pięknych, młodych i sprawnych. Prawdziwy rekord to ten Usaina Bolta na 100m lub (planowany) Fabiana Cancellary w jeździe godzinnej. Marchand to tylko sympatyczny dziwak, który ukrywając się przed statystyką zabawia nas w zimowe popołudnia. To jest również pytanie o poważne lub nie traktowanie sportu amatorskiego i aktywności innych niż te ściśle zinstytucjonalizowane i profesjonalne. Ale skoro wszyscy mamy szansę, i sami przed sobą podnosimy rangę naszych małych sportowych dokonań, dlaczego odmawiać tego dzielnemu Francuzowi? Ciesząc się dobrym samopoczuciem, które daje mu jazda rowerem, Marchand w pełni korzysta z dobrodziejstw ?najwspanialszego ze światów?. Skoro może coś robić, to dlaczego ma nie próbować? Przysłowiowe pięć minut sławy przyszło do niego dość późno, jako potwierdzenie teorii, że w realizowaniu swojej pasji należy być konsekwentnym i cierpliwym.

    Na wielu zawodach mastersów, obserwując zmagania najstarszych kategorii, młodsi zawodnicy i kibice często powtarzają zdanie ?chciałbym w jego wieku być w takiej formie?. Cóż, nie pozostaje nic innego, jak żyć w sposób, który to umożliwi. I mieć oczywiście nieco szczęścia.

  • Poniedziałkowy skrót

    Dla tych, którzy wolą robić coś innego niż śledzić kolarskie newsy: skrót najciekawszych wiadomości ostatnich dni. Tak, najciekawszych a nie najważniejszych ;)

    1. 102 latek, Robert Marchand po raz kolejny oficjalnie jeździł przez godzinę po torze, ustanawiając rekord świata w swojej kategorii wiekowej. To wydarzenie zecydowanie z pogranicza sportu i popkultury. Wiekowy Francuz z pewnością robi większą promocję kolarstwa niż kontener zawodowców wysłanych w lutym do Omanu. Większy tekst jutro. Już czeka :)

    2. Na tle Marchanda blednie średnia wieku gwiazd drużyny BMC. Mimo to od razu nasuwają się skojarzenia z piłkarskim AC Milan sprzed kilku lat. Do Cadela Evansa (37 lat), Thora Hushovda (36 lat), dołącza Samuel Sanchez (również 36). Tym samym kończy się kolejna transferowa saga, były mistrz olimpijski znajduje roczne zatrudnienie u ekscentrycznego Andy Rhiisa. Rola Sancheza w nowej drużynie będzie niejasna. Zarówno starymi gwiazdami, obecnymi liderami jak i młodą gwardią można by obsadzić więcej niż jeden topowy zespół.

    3. Holendrzy po raz kolejny pokazali, że znają się na przełajach. W Hoogerheide zaoferowali świetną arenę mistrzostw świata: trudną trasę i tłum kibiców. Gospodarze musieli jednak uznać wyższość Belgów a honor pomarańczowych obroniła tylko niezawodna Marianne Vos. Aby Belgom nie było za dobrze, Svena Nysa pokonał, startujacy z doskoku, Zdenek Stybar. Czech pojechał po mistrzostwo w aerodynamicznym kasku, czyżby ?marginal gains? i pogoń za każdym możliwym zyskiem sięgnęły także przełajów?

    Skrót wyścigu elity:

    4. Zawodowcy na szosie rozpoczęli ściganie w Europie. Podobno ci, którzy odnoszą sukcesy w lutym później nie błyszczą, ale ponieważ część kolarzy jest szczególnie zmotywowana by dobrze zacząć sezon, wyniki są ważne dla espertów. ?Men to watch?, to zawodnicy drużyn drugiej ligi: Kenneth Vanbilsen (TopSport Vlaanderen – Baloise) i Simone Ponzi (Nerri Sottoli Yellow Fluo), zwycięzcy w Marsylii i GP Costa degli Etruschi. Znaliście ich wcześniej?

    5. Na koniec narty biegowe i niewiadoma, jaką jest forma Justyny Kowalczyk przed Igrzyskami w Soczi. W ostatnim teście przed wyjazdem do Rosji, Polka na swoim koronnym dystansie 10km klasykiem uległa Bjorgen, Kalli i jeszcze dwóm innym zawodniczkom. Nie wiemy jednak, w jakim stanie jest jej kontuzjowana stopa oraz jakim cyklem przygotowań buduje szczyt formy na Igrzyska. Zatem póki co bez paniki, choć polski twitter przeżywa. Szwedzi też przeżywają: długie włosy Charlotte Kalli 

  • Najstarszy rekordzista świata

    Kolarskim wydarzeniem minionego weekendu nie były rezultaty przedsezonowych wyścigów zawodowców. Nieco w cieniu rywalizacji profesjonalistów po rekord świata w jeździe godzinnej sięgnął Francuz, Robert Marchand. Na torze w Aigle jadąc przez sześćdziesiąt minut pokonał 24251m. Mało? Być może. Tyle, że Marchand ma sto lat.

    Temat mastersów krążył wokół mnie od kilku tygodni, gdy TVP przypomniała świetnydokument o mastersach ? pływakach. Wzruszający, budujący i prawdziwy, ale dziś nie o nim. Można go obejrzeć na stronie telewizji publicznej, trwa pół godziny i z pewnością warto poświęcić chwilę czasu na tę historię. Na pływaniu się jednak nie znam, skończę więc tylko na poleceniu linku. Chętnie za to nawiążę do tekstu o ?Starych ludziach którzy mogą?, zwłaszcza w kontekście osiągnięcia Marchanda.

    Przede wszystkim nie traktowałbym ludzi, którzy odbiegają od wzorca młodego gladiatora jako ewenementów. Gdy mówi się o sportowcach, którzy kontynuują karierę po czterdziestce często przywoływana jest Jeanie Longo. W dyscyplinach wytrzymałościowych, do tego niszowych, wybitna jednostka może utrzymywać się na szczycie bardzo długo. Longo to oczywiście ekstremum, ale wielu kolarzy, biegaczy narciarskich, maratończyków oraz zawodników dyscyplin ekstremalnych przeciąga swoje kariery niemal w nieskończoność. Nie w tym rzecz.

    Kiedyś pojawia się granica, za którą rywalizacja z młodszymi przestaje być możliwa. Wielu zawodowców zajmuje się wtedy biznesem i osiąga sukces. Inni nie dają sobie rady w ?cywilnym? życiu i do końca swoich dni borykają się z wieloma problemami. Można też wybrać drogę pozostania w sporcie jako trener lub działacz.

    Ale co z wieloletnimi przyzwyczajeniami i pasją? Nie trzeba wieszać roweru na haku i ze smutkiem zerkać na zakurzone, zdobyte za młodu trofea. Dla kolejnych kategorii wiekowych niemal w każdej dyscyplinie organizowane są zawody ?Masters?. Tam byli zawodowcy spotykają amatorów. Tych, którzy z różnych powodów nie zdecydowali się na poświęcenie całego życia wysiłkowi fizycznemu.

    Niektórzy wracają do aktywności po wielu latach. Inni zaczynają swoją przygodę już jako dojrzali ludzie. Przerwana studiami, powołaniem do wojska, założeniem rodziny kariera młodzieżowca. Zalecenie lekarza. Poszukiwanie nowych wyzwań. Nagabujący kumple. Powodów jest mnóstwo. Liczy się efekt.

    Robert Marchand bije rekord świata w jeździe godzinnej:

    Robert Marchand w pierwszych zawodach startował mając 14 lat. Do tej pory uczestniczy w regularnych treningach grupy mastersów. Takiej, jaką można spotkać w większości naszych miast. Ma sto lat i o swojej przygodzie ze sportem mówi z charakterystycznym dystansem. Na torowy rower z ostrym kołem w ubiegły piątek wsiadł po? osiemdziesięciu latach. Jak sam wspomniał, potrzebował chwili czasu, by się przyzwyczaić. Przy aplauzie widzów w godzinę pokonał dwadzieścia cztery i pół kilometra ustanawiając rekord świata w swojej kategorii wiekowej. Tym samym został wpisany na oficjalne listy UCI i stał się nieśmiertelny. Choć z pewnością była to dla niego wzruszająca chwila, warto wspomnieć też o dokonaniu sprzed dekady, gdy jako dziewięćdziesięciolatek pokonał trasę wyścigu Bordeaux ? Paryż (600km) w 36 godzin!

    Krótki materiał telewizji TF1 o stuletnim rekordziście:

    Historia Marchanda jest piękna (szerszy artykuł po angielsku na stronie UCI), ale chcę powiedzieć o czymś nieco innym. Francuz jest na szczycie pewnej piramidy. Mniej lub bardziej zinstytucjonalizowanego ruchu ludzi, którzy nie mówią ?stop?, chcą żyć i mieć z tego radość jak najdłużej. Nie przejmują się kanonami piękna, społecznym tabu czy posądzeniami o śmieszność. W zamian dzielą się optymizmem i doświadczeniem. Dla juniora kilka przejażdżek z Mastersami to lekcja warta więcej niż wiele tomów napisanych przez współczesnych specjalistów. A na zawodach najpowszechniejszym komentarzem z ust młodych zawodników oglądającym wyścigi najstarszych kategorii jest ?chciałbym w ich wieku być w takiej formie?. Z dużym prawdopodobieństwem dla spieszącego się do pracy przechodnia staruszek w lycrowm stroju i niemodnym kasku jawi się jako niegroźny dziwak, ale to nie on a ów staruszek ma rację. Bo robi to co kocha.

    Tekst oryginalnie opublikowany w portalu natemat.pl 23.02.2012