Tag: recenzja

  • Peter Sagan. Mój świat

    Peter Sagan. Mój świat

    Największa gwiazda współczesnego peletonu opowiada o swoim podejściu do kolarstwa. I do życia trochę też. Choć to wciąż ?sportowa biografia?, skutecznie wymyka się schematom obciążającym tego typu publikacje i dzięki temu pozytywnie zaskakuje.

    Gdy ?The Inner Ring? opublikował nieszczególnie przychylną recenzję książki Sagana, do lektury zasiadłem bez entuzjazmu. Na szczęście wraz z kolejnymi stronami niechęć mijała i muszę stwierdzić, że spisane przez ghostwritera przemyślenia trzykrotnego mistrza świata to dobra propozycja dla fanów kolarstwa bez względu na ich doświadczenie czy poziom zaawansowania.

    Przede wszystkim Sagan unika schematycznej, linearnej opowieści, w zamian opierając swoją opowieść o bezprecedensowe, zdobyte z rzędu, trzy tytuły najlepszego kolarza globu.

    Sporo miejsca poświęca swojej relacji z Olegiem Tińkowem, kontrowersyjnym miliarderem i pasjonatem kolarstwa, który był równocześnie szefem Sagana w sponsorowanym przez siebie zespole. Wygląda na to, że mimo wielu konfliktów i różnicy zdań, słowacki mistrz ostatecznie znajdował wspólny język z ?szalonym? Rosjaninem. Z pewnością obu panom nie brakuje charyzmy, cechy, która we współczesnym, zawodowym peletonie jest na wagę złota.

    Motywem przewodnim ?Mojego Świata? jest znaczenie i funkcjonowanie ?Team Peter?, czyli grupy najbliższych współpracowników i przyjaciół Sagana. Nie byłoby trzech tęczowych koszulek bez brata, menadżera, trenerów, rzecznika prasowego, przyjaciół-gregario, masażysty i mechanika. Myśląc o kolarstwie jako o sporcie zespołowym, zazwyczaj mówimy o roli, jaką pełni drużyna na szosie. Tymczasem Peter Sagan przybliża swoim czytelnikom zasady działania grupy ludzi, którzy wydatnie przyczyniają się do jego kolejnych sukcesów.

    A cała reszta? Cóż, zawodowego sportowca, celebrytę, gwiazdę kina, jakąkolwiek osobę publiczną znamy na tyle, na ile ona sama zechce dać się poznać. Sagan prezentuje się jako wyluzowany gość, chwytający życie i każdego dnia cieszący się swoim talentem.

    Książka sama w sobie ma nieco wad. Momentami czuć, że spory udział miał ghostwriter, pewne nieścisłości pojawiają się również w tłumaczeniu. Jest też już nieco nieaktualna, ponieważ od jej napisania sporo zmieniło się w życiu prywatnym Petera Sagana (jest w separacji z żoną, w biografii znajdziemy tylko informację o ich spektakularnym weselu). Mimo wszystko fajnie, że wydawnictwo SQN wprowadziło tę pozycję na nasz rynek, co więcej wiosną, czyli w czasie, gdy jej bohater co roku walczy w wyścigach klasycznych.

    Peter Sagan. Mój Świat
    Wydawnictwo SQN, 2019
    Cena na okładce: 39,99, swój egzemplarz kupiłem w promocyjnej cenie 28zł.

  • Eat Race Win – jedz i wygrywaj z Hanną Grant

    Eat Race Win – jedz i wygrywaj z Hanną Grant

    Jeśli myślicie, że kolarze jedzą głównie makaron to, cóż? jesteście w błędzie. Hannah Grant w swoim poradniku ?Eat Race Win? pokazuje, że współczesny sportowiec odżywia się bardzo różnorodnie.

    Na postać Hanny Grant trafiłem, gdy szukałem przepisu na ?ciasteczka ryżowe?. Dunka wówczas była kucharzem w zespole Olega Tinkowa a dzięki swojemu występowi w odcinku Global Cycling Network oraz aktywności na twitterze zyskała status ?celebrity chef? zawodowego peletonu.

    Teraz Grant gotuje w programie zatytułowanym tak jak jej druga książka (napisana przy współudziale dr Stacy Sims), czyli właśnie ?Eat Race Win?, który dostępny jest w usłudze Amazona, a na wyścigach pojawia się z własnym foodtruckiem.

    https://twitter.com/dailystews/status/872404091443585025

    Jej propozycja kolarskiej diety pokazuje, jak bardzo różni się żywienie zawodowców od tego, co powszechnie uważamy za słuszne, właściwe i prawdziwe.

    Tak jak w starym dowcipie o radzieckim kosmonaucie, który dziwi się, że przecież by zaspokoić zapotrzebowanie kaloryczne należy zjeść 30kg ziemniaków, tak i kolarz, biegacz czy triathlonista nie będzie dobrze ćwiczył, regenerował się i rozwijał żywiąc się wyłącznie makaronem.

    Sportowa kuchnia Hanny Grant jest jak każda inna? z tych na najwyższym poziomie: sezonowa, różnorodna, atrakcyjna wizualnie i przede wszystkim bardzo prosta.

    Większość przepisów to zaledwie kilka składników i parę zdań opisu. Bez skomplikowanych procedur i czasochłonnej obróbki na wiele sposobów. Propozycje potraw są dostosowane nie tyle do pór roku (choć niewątpliwie uwzględniają sezonową dostępność na półkuli określonych składników), co do okresów przygotowawczych oraz rodzajów podejmowanej aktywności.

    To wszystko ma sens i jest bardzo inspirujące. Nie tylko do korzystania z gotowych przepisów, ale przede wszystkim do zmiany podejścia do odżywiania.

    Z Hanną Grant możemy przygotować interesujący i pełnowartościowy posiłek w czasie zbliżonym do ugotowania makaronu z pomidorami z puszki, którego atrakcyjność będzie tysiąc razy wyższa.

     

    A do tego znaleźć wiele pomysłów na zdrowe desery, przedstartowe przekąski i wiele, wiele innych.

    Jako bonus dostajemy wypowiedzi znanych zawodników (m.in. Petera Sagana) a kolejne przepisy oznaczone są piktogramami zależnie od tego, czy mamy do czynienia z jedzeniem przedstartowym, regeneracyjnym itd.

    ?Eat Race Win? jak na nasze warunki nie jest tania (kosztuje 45GBP, ja swój egzemplarz dostałem ?do recenzji?), można ją kupić bezpośrednio od autorki na jej stronie https://www.hannahgrant.com/shop/.

    Może być więc bardzo dobrym prezentem dla sportowca, który nie wiem czy od razu po jej przeglądnięciu zacznie wygrywać, ale z pewnością zacznie lepiej jeść. Wygrywanie przyjdzie chwilę później ;)

    A w wolnej chwili możecie zacząć obserwować Hannę Grant na twitterze https://twitter.com/dailystews/, facebooku https://www.facebook.com/hannahgrantcooking/ lub instagramie https://www.instagram.com/dailystews/ pamiętając oczywiście, że oglądanie atrakcyjnego jedzenia wzmaga głód.

  • ICA?US. „Ikar”. Przed Igrzyskami i Oscarami.

    ICA?US. „Ikar”. Przed Igrzyskami i Oscarami.

    Od sportowego eksperymentu-prowokacji do afery na skalę międzynarodową. Od hedonistycznego pościgu za wynikiem w amatorskich zawodach po program ochrony świadków i ingerencję służb specjalnych. „Ikar” Bryana Fogela to przykład na to, że dziennikarstwo jeszcze ma sens.

    Choć to „Ikar” jest filmem głośniejszym, nagrodzony Oscarem w kategorii dokumentów, trzeba pamiętać, że najpierw powstał materiał niemieckiej telewizji ARD.

    Hajo Seppelt ujawnił w nim sporą część procederu, o którym również opowiada Fogel: zinstytucjonalizowanego, zorganizowanego i bezkompromisowego systemu dopingu wśród rosyjskich kadr dyscyplin olimpijskich.

    Działalność zarówno Seppelta jak i Vogela przyczyniła się do poważnego naruszenia pozycji reprezentacji Rosji podczas letnich Igrzysk w Rio de Janeiro jak i realnego wykluczenia jej z zimowych Igrzysk w Pjongczang, gdzie 168 zawodników będzie startowało nie w barwach swojego kraju a jako sportowcy niezależni. Czterdziestu pięciu do ostatniego dnia starało się o prawo startu i choć nie zostali zdyskwalifikowani, międzynarodowy trybunał uznał prawo organizatora do wykluczenia ich z imprezy.

    Wracając do meritum, sam „Ikar” stawia kilka ciekawych tez. Po pierwsze, nawet jeśli sportowiec indywidualny, grupa zawodowa czy kraj opracuje, dzięki wybitnym umysłom (tu poznajemy byłego kierownika moskiewskiego laboratorium, Grigorija Rodczenkowa) sposób na równoczesne wspomaganie sportowców i unikanie pozytywnego wyniku kontroli, ostatecznie niezbędne są metody najbardziej prymitywne.

    W tym przypadku, by osiągnąć sukces podczas Igrzysk w Soczi, Rosjanie użyli służb specjalnych, które wykradły pobrane próbki, otwierały zablokowane pojemniki z moczem i podmieniały ich zawartość.

    To najważniejszy morał z tej, jak również z innych około dopingowych historii. Nielegalne wspomaganie zawsze wiąże się z korupcją, przemytem, czarnym rynkiem, zastraszaniem, mobbingiem i wieloma innymi przestępstwami.

    Ponieważ w tym, konkretnym przypadku mamy do czynienia ze zorganizowaną akcją prowadzoną przez kraj o de facto autorytarnym ustroju, stawka jest większa niż zazwyczaj. W grę wchodzi wolność a nawet życie zaangażowanych w proceder osób.

    Po drugie, jako wstęp do całej historii dostajemy ciekawą anegdotę na temat dopingu w sporcie amatorskim. Twórca filmu, sfrustrowanym brakiem wyników i pchany ciekawością zawodową postanawia, na potrzeby swoje i dziennikarskiego eksperymentu, odwzorować system, jakim posiłkował się Lance Armstrong.

    Efektem tego jest wyraźny wzrost parametrów fizjologicznych, który jednak nie całkiem przekłada się na wynik sportowy. Mimo wszystko w dyscyplinie takiej jak kolarstwo mamy do czynienia z wieloma, innymi składnikami sukcesu niż tylko odpowiedni stosunek mocy do masy zawodnika.

    Dzięki tej próbie Fogel nawiązuje relację z Rodczenkowem a reszta, cóż, reszta jest historią, której efektem jest m.in. „Raport McLarena” oraz wykluczenie rosyjskich sportowców z Igrzysk w Pjongczang.

    Jeśli dołączymy do tego szerszy, polityczny kontekst, który rysują autorzy „Ikara” oraz dynamiczną narrację, dostajemy klasyk współczesnego dokumentu i jeden z lepszych filmów o mechanizmach rządzących sportem. Nawet, jeśli już wcześniej go widzieliście, polecam obejrzenie przynajmniej jeszcze raz!

    Na koniec dodam jeszcze jedną obserwację. Grigorij Rodczenkow, podobnie jak Michele Ferrari i kilku innych dopingowych magików jawi się jako postać sympatyczna, pasjonat nauki i przesuwania granic ludzkich możliwości. Mając świadomość, że to, czym się zajmuje jest nie tylko nielegalne, ale wręcz obrzydliwe, równocześnie nie sposób go nie lubić, nie doceniać zaangażowania a przede wszystkim profesjonalizmu, wiedzy i inteligencji. Ot paradoks.

    „Icarus”
    Reż. Bryan Fogel
    121 minut
    Netflix 2017

    PS
    Osiem lat od Soczi, Rosjanie na kolejnych, zimowych Igrzyskach, tym razem w Pekinie wciąż w ramach konsekwencji afery nagłośnionej przez Hajo Seppelta startują jako „niezrzeszeni” i w teorii nie mogą reprezentować swojego kraju.

  • Najlepszy

    Najlepszy

    „Najlepszy” Łukasza Palkowskiego broni się siłą opowiadanej historii. Inspirującej, dramatycznej i absolutnie niezwykłej. Czy ma do zaoferowania coś więcej?

    Właśnie ta historia: byłego narkomana Jerzego Górskiego który po terapii w Monarze wyrósł na mistrza triathlonu do pewnego stopnia zamyka dyskusję, nasuwa porównania z hollywoodzkimi super produkcjami i sprawia, że „Najlepszy” jest obrazem nie tylko głośnym, ale i powszechnie docenianym. Plus może pełnić rolę narzędzia motywacyjnego i wychowawczego.

    Nawet, jeżeli weźmiemy poprawkę na język filmu, zarówno postać głównego bohatera jak i droga, którą przeszedł zasługują na uznanie. Podobnie jak twórcy, dzięki którym Górski i jego życiowe perypetie trafili do szerszej publiczności.

    Jeśli dodamy do tego niezłe aktorstwo (Gajos, Gierszał, Kamińska, Jakubik) oraz fakt, że rodzima kinematografia mierzy się z filmem sportowym, „Najlepszy” zasługuje na uwagę. Niestety plusów wystarczyło mi zaledwie na cztery gwiazdki w dziesięciogwiazdkowej skali Filmwebu.

    Pierwszy cios pada już w sekwencji rozpoczynającej historię Górskiego. Jeżeli bowiem w 2017r za ilustrację renegackiego stosunku do życia głównego bohatera służy „Born to be wild”, wiedzmy, że coś poszło nie tak. Nie licząc oryginalnej ścieżki dźwiękowej z „Easy Ridera” ten utwór od niemal pół wieku używany jest w konwencji pastiszu a tymczasem w „Najlepszym” otwiera, w zamyśle, najbardziej dramatyczną, mroczną i trudną część filmu.

    Bo choć kulminacją historii jest zwycięstwo w morderczych zawodach „Podwójnego Iron Mana”, spora jej część dotyczy uzależnienia od narkotyków, fatalnych konsekwencji nałogu oraz stopniowego odbijania się od dna.

    Całość faktycznie miałaby zadatki na coś więcej niż tylko komercyjny sukces gdyby nie liczne mankamenty, które niebezpiecznie zbliżają „Najlepszego” do kina klasy „B”. A nie ukrywajmy spora część kina sportowego to właśnie takie produkcje w których, niestety, ślad idzie Palkowski.

    Zamiast pogłębienia postaci: ich motywacji, uzasadnienia wyborów, przemian i wysiłku dostajemy oglądany wielokrotnie zestaw ujęć, schematów i wyeksploatowanych do cna zagrań narracyjnych oraz formalnych. A gdyby tego było mało, całości brak choćby odrobiny finezji.

    Za przykład niech posłuży quasi metaforyczna scena w której bohater, by ostatecznie wygrać „walkę ze sobą” musi zwyczajnie „staremu sobie” dać w pysk. Dosłownie. Tak, to boli, tyle, że głównie widza.

    Niemal wszyscy: od tytułowego Jerzego Górskiego, przez jego kolejne kobiety, mentorów, przyjaciół czy rodzinę sprowadzeni są do schematycznych wydmuszek, które można opisać w trzech słowach. Za narkomanię potomka odpowiedzialny jest ojciec-kat. Uciemiężona Matka Polka bezwarunkowo trwa przy synu degeneracie. Niemal-teść z milicjanta-oprawcy i mimo niewątpliwego udziału protagonisty w śmierci córki, zmienia się w przychylającego nieba przyjaciela. Bo tak. A klub w którym Górski trenuje triathlon (swoją drogą: jakim cudem? z czego żyje? czy dojście do mistrzowskiej formy wiąże się z jakimiś wyrzeczeniami?) mógłby bez problemu nazywać się „Tęcza” a trener „Jarząbek”.

    Fakt, że sport – nowe, za to społecznie akceptowalne – uzależnienie głównego bohatera de facto zastępuje to stare, destrukcyjne, jest jedynie zasugerowany. A szkoda, bo byłby to ciekawy motyw, wokół którego można by poprowadzić całą historię.

    Mamy więc kiepski film o narkomanach połączony z wtórnym filmem sportowym. Tyle tylko, że, jak wspomniałem na wstępie, sama historia jest wyjątkowa. Magiczna. Cudowna. I na tym trzeba zakończyć.

    Najlepszy
    Polska, 2017
    110 minut
    Reżyseria: Łukasz Palkowski
    Scenariusz: Agatha Dominik, Łukasz Karpiński

    PS

    Polecam obszerny wywiad z Jerzym Górskim, który wyjaśnia więcej niż film (klik) a równocześnie i dla kontrastu rozmowę z aktualnym rekordzistą świata na dystansie podwójnego Iron Mana, również Polakiem, Robertem Karasiem (klik).

    Natomiast jeżeli macie ochotę na film sportowy, w którym bohaterowie to coś więcej niż postaci z komiksu, do tego również osadzony w realiach schyłku „demokracji ludowej”, ciekawą propozycją będzie czeski obraz „Fair Play” (pisałem o nim TUTAJ).

  • Tour de Pharmacy, czyli Tour de Koks

    Tour de Pharmacy, czyli Tour de Koks

    Jeśli komedia zaczyna się od ujęcia penisa a później części intymne pojawiają się w niej jeszcze kilka razy, to musi być śmiesznie. No po prostu musi, nawet jeśli to film o kolarstwie. Obejrzałem dla Was quasi dokument „Tour de Pharmacy” abyście Wy nie musieli ;-)

    Nie ma polskiego odpowiednika słowa „mockument”, czyli materiału stylizowanego na dokument, tak naprawdę będący jego farsą. Choć biorąc pod uwagę różnego rodzaju kontrowersje wokół „polskiej szkoły reportażu”, całkiem sporo cenionej przez krytykę literatury faktu jest właśnie „mockumentem”. Podobnie jak książki Lance’a Armstronga z przełomu wieków: „Mój Powrót do życia” i „Liczy się każda sekunda”, które po raporcie USADA i publicznej spowiedzi wielu księgarzy przekładało na półki z beletrystyką.

    „Tour de Pharmacy”, który po polsku dostępny jest legalnie w HBO Go pod tytułem „Tour de doping” to właśnie mockument. Bierze on wszystkie, najbrudniejsze fakty, doniesienia i pogłoski z historii kolarstwa, przerysowuje kilkukrotnie i podlewa sosem grubiańskiego humoru.

    Materiał opisuje alternatywną rzeczywistość, w której w 1982r kolarze mogą ścigać się na trasie Tour de France bez kontroli antydopingowych.

    To prztyczek w nos wszystkim tym, którzy są zwolennikami legalizacji dopingu. W „Tour de Pharmacy” mogą oni w krzywym zwierciadle zobaczyć, czym kończy się koksowanie bez ograniczeń.

    A gdy już minie rechot nad kolarzem z fujarą na wierzchu upadającym w przepaść może przyjdzie też refleksja, że pozbawieni ograniczeń sportowcy realnie umierali, gdy ich organizmy nie wytrzymywały tak brutalnego traktowania.

    Nota bene ofiarą brania bez umiaru jest, ucharakteryzowany nie do poznania (m.in. z żółtą brodą a’la Pantani) Orlando Bloom, który występuje w Tour de Pharmacy obok plejady innych gwiazd kina, sportu i popkultury: Jeffa Goldbluma, Kevina Bacona, Mike’a Tysona czy J.J.Abramsa. Oraz autoironicznego Lance’a Armstronga i wielu, wielu innych.

    W filmie mamy odniesienia do niemal wszystkich afer dopingowych w historii kolarstwa, od najprostszych stymulantów po ukryte w rowerach silniczki. Dostaje się też skorumpowanym władzom UCI, niezbyt lotnym dziennikarzom oraz komercjalizacji sportu. Wiele jest też, nie do końca zrozumiałych dla nie-amerykanina dodatkowych odniesień, które z pewnością podnoszą satyryczną wartość „Tour de Pharmacy”.

    Mając to na uwadze, fan kolarstwa może się nieźle bawić, mniej więcej na równi z entuzjastą łopatologicznych komedii spod znaku „American Pie”.

    Największym beneficjentem produkcji jest jednak Lance Armstrong, którego występ to kolejny krok ocieplania i odbudowywania jego wizerunku. Trzeba przyznać, że „Boss” dostał od HBO świetną rolę i odegrał ją znakomicie, dzięki czemu nieco łatwiej będzie mu wybaczyć winy z przeszłości.

    Tour de Pharmacy (pol. Tour de Doping)
    Produkcja: HBO 2017

    Reżyseria: Jake Szymanski
    Długość: 41′

  • Krew, seks i kolarstwo

    Krew, seks i kolarstwo

    Miał być gwiazdą. Właściwie wydawało mu się, że nią jest. Albo że będzie za chwilę. Żył szybko, kochał (się) mocno, na szczęście nie umarł. Thomas Dekker, upadła nadzieja holenderskiego kolarstwa.

    ?The Descent? (?Zjazd?, w oryginale ?Mijn Gevecht?, czyli ?Moja walka?) to opowieść zawodowego kolarza, który na potęgę stosował doping.

    Wydana jesienią zeszłego roku wywołała niemałe poruszenie w środowisku, zwłaszcza wśród opisywanych, byłych kolegów Dekkera z zespołu Rabobank.

    W skrócie, obecnie trzydziestoczteroletni Thomas Dekker opisuje swoją przygodę z wyczynową jazdą na rowerze. Od czasów juniorskich, przez ?orlika? po elitę i World Tour. Niewątpliwie utalentowany, jako młody zawodnik wygrywał ze starszymi, bardziej doświadczonymi rywalami. Szybko zaczął zarabiać spore pieniądze, i wygrywać coraz lepsze imprezy. Aż zderzył się ze ścianą.

    Był rok 2005 i Włosi oraz Hiszpanie, z którymi przyszło mu rywalizować w tygodniowych etapówkach jak Tirreno-Adriatico nadawali tempo, którego młody bóg, bo tak siebie widział Dekker, nie był w stanie utrzymać.

    Szybko podjął więc decyzję. Jeśli chce ścigać się na najwyższym poziomie, musi sięgnąć po doping. Z pomocą managera skontaktował się z Eufemiano Fuentesem i lawina niedozwolonego wspomagania ruszyła.

    Przez kolejne transfuzje i zastrzyki, aferę ?Puerto?, Tour de France 2007 z którego wyrzucony zostaje Michael Rasmussen po ostrzeżenie związane z nieprawidłowościami w paszporcie biologicznym, retroaktywny, pozytywny wynik testu na EPO, dyskwalifikację i powrót do czystego kolarstwa w ekipie Jonathana Vaughtersa towarzyszymy Dekkerowi w kolejnych, nie tylko dopingowych ekscesach.

    Holenderski zawodnik był bezkompromisowym sportowcem, ale też bezkompromisowym hedonistą. To właśnie nie doping a rozwiązłość obyczajowa i opisy imprez, orgii, popijaw i nadużywania narkotyków wraz z kumplami z ekipy Rabobanku wzbudziły tak wielkie kontrowersje.

    Jednego wieczoru Dekker potrafił zapić i zaćpać by następnego dnia rano stanąć na starcie wyścigu a po kilku godzinach, na linii mety wznieść ręce w geście triumfu. Na zgrupowaniach był w stanie wykonywać katorżniczą pracę w ciągu dnia, by nocami pić, tańczyć i chodzić do burdeli.

    https://www.instagram.com/p/BWNzuafgFjM/

    Ba, nie tylko na zgrupowaniach, ale i na wyścigach, w tym na lubianym przez niego Tour de Pologne.

    Im bliżej końca tej historii, tym bardziej Dekker brzmi jak człowiek po dogłębnej psychoterapii. Nazywa wprost destrukcyjne zachowania, którymi sabotował swoją karierę, życie prywatne i relacje z bliskimi. Ciągłe poszukiwanie doznań i kolejnych ekstremów: czy to w sporcie, używkach, szybkiej jeździe samochodem i przygodnych znajomościach towarzyszy mu całe życie.

    Z czasem palący go ogień zaczął wygasać, przynajmniej w tej części, która dotyczyła kolarstwa. Dekker zakończył karierę po cichu, często wycofując się z kolejnych wyścigów i walcząc z kontuzjami.

    Jego wielkim, choć nie do końca udanym dziełem była próba pobicia rekordu godzinnego zimą 2015r, kiedy to na torze w Meksyku przejechał imponujące 52,221km (zaledwie 270m mniej niż ówczesny rekord Rohana Dennisa), pokazując, że fizycznie wciąż może walczyć z najlepszymi kolarzami na świecie.

    Jednak psychicznie Dekker był wrakiem, wypalonym, zmęczonym i nie potrafiącym sobie znaleźć miejsca na świecie.

    Ta opowieść to próba rozliczenia z własną przeszłością i otwarcie nowej drogi. Z ludzkiego punktu widzenia jest historią smutną i przykrą, w której nie ma wiele nadziei.

    Dla fanów kolarstwa to ważny element układanki, spora porcja wiedzy o kolarstwie zawodowym, efektach i mechanizmach organizowania i stosowania dopingu a także odkrycie ciemnych kart funkcjonowania grup zawodowych oraz Międzynarodowej Unii Kolarskiej.

    Pozycja zdecydowanie warta przeczytania, o ile radzicie sobie z angielskim, niemieckim lub flamandzkim, bo w takich językach została póki co wydana.

    Ja kupiłem ebooka na Amazonie za $19, ale było warto.

  • Kiedyś to były czasy? Recenzja książki ?Historia najpiękniejszego kolarskiego wyścigu świata?.

    Kiedyś to były czasy? Recenzja książki ?Historia najpiękniejszego kolarskiego wyścigu świata?.

    Urok historii o kolarzach, których znamy z czarno-białych zdjęć jest nieodparty. Im dalej w przeszłość, tym opowieści z Giro d?Italia są bardziej doniosłe i budzą większy sentyment.

    Colin O?Brien zebrał wspomnienia o byłych mistrzach włoskiego touru, przeplatając je anegdotami o ważnych dla wyścigu miejscach. Dzięki temu dostajemy żwawą podróż przez sto edycji Giro d?Italia, która mija szybciej niż można się spodziewać.

    https://www.instagram.com/p/BT6SRQXjTwA/

    Binda, Coppi i Bartali, Gimondi, Anquetil, Merckx, Sarroni i Moser i wreszcie Pantani. A także wielu innych wielkich mistrzów. W tle interesy sponsorów, faszyści i doping. Zależnie od tego, jak bardzo interesujecie się kolarstwem, kolejne opowieści będą dla Was mniej lub bardziej znane. Nawet, jeśli słyszeliście je już wcześniej, miło będzie je sobie przypomnieć. Jeśli to Wasz pierwszy raz, będziecie zaskoczeni i podekscytowani przygodami herosów z przeszłości.

    Z perspektywy aerodynamiki, włókien węglowych i mierników mocy wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat są niczym podróż do egzotycznej krainy.

    Autor nie sili się na obiektywizm. Ma swój punkt widzenia, kolejnych mistrzów, ich charaktery i wybory ocenia wedle własnej sympatii. Dostajemy więc kawał klasycznego, sportowego dziennikarstwa podpartego solidną pracą faktograficzną.

    Najciekawiej prezentują się dwa wątki. Ten polityczny, związany z zawiłościami stosunku kolejnych zawodników do reżimu Mussoliniego skłania do refleksji. Ten sportowy, w którym głos dostaje Andy Hampsten, zwycięzca z 1988r, wspominający słynny etap na zaśnieżonej przełęczy Gavia, pokazuje jeden z przełomowych momentów w historii kolarstwa.

    Osobiście mam problem z brakiem jednoznacznej, negatywnej oceny pokolenia zawodników ścigających się w latach ?90 XXw i masowo stosujących doping. Autor wciąż jest pod wrażeniem spektakularnych ataków Marco Pantaniego a postać ?Pirata? zdobi różową okładkę książki. Ale cóż, takie prawo twórcy a ponieważ całość jest niezłą lekturą dla fanów nie tylko kolarstwa, ale i sportu w ogóle, ten drobny mankament można mu wybaczyć.

    Książkę do recenzji otrzymałem od wydawnictwa SQN, które ładnie ją wydało i złożyło tak, by lektura była jak najłatwiejsza dla czytelnika. Całość z przyjemnością pochłonąłem w dwa wieczory. Co i Wam polecam.

    Autor: Colin O’Brien
    Tytuł polski: Giro d’Italia. Historia najpiękniejszego wyścigu kolarskiego świata
    Tytuł oryginału: Giro d’Italia: The Story of the World’s Most Beautiful Bike Race
    Tłumaczenie: Bartosz Sałbut
    ISBN: 978-83-7924-845-2
    Data wydania: 10 maja 2016
    Format: 140 x 205 mm
    Liczba stron: 304 tekst 8 zdjęcia
    Okładka: Miękka

    Jest też dostępny ebook.

  • Fair Play – o dopingu i bezpiece

    Fair Play – o dopingu i bezpiece

    Historia zawodniczki, która staje przed wyborem: brać doping, jechać na Igrzyska Olimpijskie i odmienić swoją przyszłość, czy żyć zgodnie z zasadami by w konsekwencji skończyć marnie. Kolejna odsłona opowieści o niedozwolonym wspomaganiu, tym razem w czeskim filmie ?Fair Play?.

    Czeska kinematografia znana jest z tego, że nawet, gdy nie wypuszcza na rynek kolejnego arcydzieła, średni poziom tamtejszych filmów jest wysoki. Podobno ma to związek z niskim współczynnikiem Giniego, dzięki czemu ludziom żyje się w miarę dostatnio co pozytywnie wpływa na rozwój kultury, w tym popularnej.

    ?Fair Play? to kolejna wersja tej samej historii. Ponieważ od lat śledzę temat dopingu w sporcie, czytałem i oglądałem dziesiątki filmów, książek, wywiadów i dokumentów, pokazany w tym konkretnym obrazie mechanizm nie jest w żaden sposób zaskakujący. Zawsze chodzi o to samo: wybór ciemnej lub jasnej strony mocy. Tym razem, poza samym wyborem ważny jest również jego kontekst.

    Poznajemy młodą, utalentowaną lekkoatletkę specjalizującą się w biegu na 200m, Annę, w kluczowym momencie jej kariery, niedługo przed Igrzyskami Olimpijskimi w Los Angeles (1984r). Aby móc konkurować z reprezentacjami innych krajów ?bloku wschodniego?, zwłaszcza ?sowietami? i ?enerdowcami?, przedstawiciele czechosłowackiego aparatu partyjnego postanawiają rozpocząć program wspomagania kadrowiczek stanozololem. To ten sam środek, na którym ?wpadł? niesławny Ben Johnson, a który występuje pod nazwą ?Winstrol? oraz, z czym mamy do czynienia w tym wypadku, ?Stromba?.

    Choć wszystko odbywa się pod nadzorem lekarzy a nasza bohaterka notuje kolejne przyrosty formy, ciężko trenując doznaje zapaści i trafia do szpitala. W obawie o własne zdrowie, ale też mają wątpliwości co do etycznych aspektów całego procederu zaczyna się wahać.

    To co do zasady ta sama historia, którą oglądaliśmy w ?Małej Królowej?, czyli fabularyzowanej opowieści o Genevieve Jeanson, znamy z książki Tylera Hamiltona oraz z wywiadów i zeznań wielu sportowców odnoszących sukcesy w latach 1990-2005.

    Tyle tylko, że w przypadku ?Fair Play? dodatkowym czynnikiem są realia ?demokracji ludowej?, gdzie poza aspektem materialnym i emocjonalnym sportowego sukcesu mamy do czynienia z polityką.

    Za systemem dopingowym w Czechosłowacji, tak jak w każdym, innym kraju zza ?żelaznej kurtyny? nie stoją prywatne firmy, lecz państwo. Państwo, dysponujące własnym aparatem represji, nie stroniące od szantażu, podsłuchu, lubujące się w aresztowaniach, zastraszaniu i oparte o siatkę donosicieli.

    Przez to presja, pod którą postawiona jest główna bohaterka jest większa a wybór, przed którym staje jeszcze trudniejszy.

    Poza historią dopingu, w ?Fair Play? dostajemy wiele smaczków związanych z życiem wyczynowego sportowca w latach ?80. Specyficzna ?stylówka?, której nie powstydziliby się współcześni hipsterzy, nowatorskie wówczas metody treningowe oraz diagnostyczne w połączeniu z realiami krajów ?socjalistycznych? tworzą razem niepowtarzalny klimat.

    Film jest ładnie sfotografowany, kolorystyką nawiązuje do ?wypłowiałych? materiałów światłoczułych ORWO (których nota bene reklama pojawia się w scenie decydujących o kwalifikacji na IO zawodów). Mimo rozgrywających się na ekranie kolejnych dramatów, historia toczy się z zachowaniem pewnej dozy stoicyzmu. Dzięki temu jest to póki co najlepszy obraz o dopingu w sporcie z tych, które do tej pory widziałem, ponieważ broni się jako niezłe kino samo w sobie.

    ?Fair Play?
    Czechy 2014
    Reżyseria: Andrea Sedláčková
    Czas: 100 minut

    Film miał swoją premierę w 2014r, do polskich kin wszedł pod koniec października 2016

  • Czesław Lang – Zawodowiec

    Czesław Lang – Zawodowiec

    Historia utalentowanego, skutecznego sportowca i człowieka sukcesu. Medal igrzysk olimpijskich przekuty w pierwszy kontrakt zawodowego kolarza z bloku wschodniego, z którego z kolei wyrósł wyścig zaliczany do World Touru.

    Mam duży szacunek do Czesława Langa. Jasne, czasem pod adresem jego wyścigu napiszę kilka cierpkich słów, ale co do zasady nie tylko przyznaję mu rację, ale też cieszę się jego sukcesem. Lang bowiem zbudował najważniejsze, cykliczne wydarzenie sportowe w Polsce, ale też wiele razy pociągnął nasze kolarstwo ku lepszemu światu.

    Czy to jako pierwszy wyjeżdżając na „zachód” i przecierając szlaki dla swoich następców czy też wprowadzając kolarstwo zawodowe na nasze szosy, czy wreszcie, przez wiele lat budując i finansując kolarstwo górskie. Przy tym wszystkim, po raptem kilku okazjach do spotkania twarzą w twarzą, kojarzę go jako postać serdeczną i otwartą, co wcale nie jest takie oczywiste, gdy mówimy o ludziach sukcesu.

    Ale po kolei. „Zawodowiec” to autobiografia Czesława Langa, napisana przy pomocy Grzegorza Kalinowskiego. I chyba nie tylko jego, ale o tym za chwilę.

    Właściciela Lang Teamu, twórcę Tour de Pologne w zawodowym wydaniu i srebrnego medalistę Igrzysk Olimpijskich w Moskwie poznajemy chronologicznie, krok po kroku, zaczynając od korzeni na Kresach idąc, klasycznie, przez pierwszy rower, pierwszy wyścig, pierwszy klub, pierwszą grupę zawodową, pierwszy biznes a kończąc na dostatnim, choć aktywnym życiu człowieka w pełni wieku, zmieniającego nawyki żywieniowe swoje i swoich bliskich.

    https://www.instagram.com/p/BMJz4Bxh2yz/

    Kolarstwem pasjonuję się od wczesnego dzieciństwa. Byłem za mały, by kojarzyć nazwisko Lang, ale o Piaseckim słyszałem już dość sporo. Z zapartym tchem śledziłem schyłkową erę Wyścigu Pokoju, imprezy, bez której nie byłoby ani Piaseckiego, ani Langa ani „złotego wieku polskiego kolarstwa”.

    Spora, i najbardziej ciekawa, część autobiografii Czesława Langa to rodzaj przewodnika po polskim kolarstwie lat ’60, ”70 i ’80 XXw. Tekst co chwilę przerywany jest krótkimi notkami biograficznymi największych gwiazd peletonu tamtych czasów, które co kilka stron dodają kilka słów od siebie, uzupełniając wspomnienia naszego bohatera i dodając im nieco swojej perspektywy.

    Dostajemy więc w ten sposób ciekawe kompendium, cenne zwłaszcza dla zaczynających się interesować kolarstwem, lub po prostu młodszych fanów. Choć wiele, jeśli nie większość anegdot i historii można było gdzieś wcześniej przeczytać i usłyszeć, ponieważ pochodzą z „ery przedinternetowej” i nie są zaindeksowane przez Google, uwiecznienie ich w takiej formie to dobry pomysł.

    Przybliżenie realiów sportu w PRLu, zarówno amatorskiego, na poziomie szkolnym i klubowym jak i później, kadry narodowej, będzie dla wielu szokiem i niezwykłą lekcją. Tym bardziej, że Lang prezentuje wspomnienia ze stoickim spokojem, nie żaląc się ani też nie gloryfikując przeszłości. Podobnie prezentuje swoją przygodę z wyjazdem na „Zachód”, zmianą realiów, stylu życia i warunków uprawiania sportu.

    Być może niektórych czytelników może nieco zmęczyć wymienianie kolejnych wyników osiąganych przez naszego bohatera, mnie przy tej okazji nasunęła się pewna, dość istotna refleksja. Lang był znakomitym kolarzem, ale jednym z wielu. O zawodnikach, którzy od czasu do czasu wygrają etap w wyścigu World Touru czy imprezie klasy .HC często zapominamy, skupiając się na bohaterach wielkich tourów czy „monumentów”. Tymczasem tacy jak Lang to, realnie rzecz ujmując, światowy top, creme de la creme tego sportu i każde zwycięstwo na tym poziomie jest niezmiernie cenne. Jeśli ktoś jest ich w stanie zgromadzić kilka, jest postacią wybitną.

    Później jest niestety gorzej, ponieważ przechodzimy do ery, w której Czesław Lang staje się właścicielem Tour de Pologne. O ile wspomnienia z dzieciństwa czy kariery sportowej mają pewien rys osobisty, o tyle etap życia związany z prowadzeniem firmy – wyścigu ma bardziej charakter kroniki. Niewiele jest kulisów organizacji, mechanizmów decydujących o tym, że nasz narodowy wyścig wygląda tak, jak wygląda. To ciągle ta sama, nieco już zgrana historia „kolarskiej ligi mistrzów”, którą co roku serwuje nam biuro prasowe Lang Teamu i przetwarza większość zaangażowanych we współpracę z Tour de Pologne mediów.

    Ta część wygląda raczej, jakby bardziej niż sam Lang, przy jej tworzeniu pracował rzecznik prasowy czy też dział marketingu. A szkoda, bo mimo wszystko właśnie ta sfera najbardziej mnie intryguje, biorąc pod uwagę niewątpliwy sukces i konsekwencję, z jaką budowany jest TdP i jego marka. Cóż, może uda mi się kiedyś o tym z Czesławem Langiem po prostu porozmawiać.

    Na koniec dostajemy krótki obraz Langa jako osoby prywatnej. Życie człowieka sukcesu, spełnionego lecz wciąż aktywnego, nawet, jeśli nie pozbawione problemów osobistych czy zdrowotnych prezentuje się imponująco. I choć pewnie zasługuje na książkę ciekawszą, bardziej porywającą, wierzę, że tak jak ze swoich dokonań: sportowych, biznesowych i osobistych Lang jest z niej zadowolony.

    Bo jeśli czegoś nas uczy, to po pierwsze, by ciężko pracować na swój sukces a po drugie, co jest często trudniejsze, gdy już przyjdzie, samemu przed sobą go docenić.

    Czesław Lang, Zawodowiec
    Wydawnictwo Akurat 2016
    320 stron
    Ebooka oraz wydanie papierowe można kupić od 25zł