Tag: PZKol

  • Zróbmy rebranding PZKol

    Zróbmy rebranding PZKol

    Nowe logo Międzynarodowej Unii Kolarskiej ma wyrażać zmiany, które zachodzą wewnątrz federacji. Zadaniem odświeżonego pakietu identyfikacji wizualnej ma być także poprawa komunikacji z kibicami oraz sponsorami. A gdyby tak popracować nad wizerunkiem Polskiego Związku Kolarskiego?

    Żeby nie było wątpliwości: UCI zebrała sporo krytyki za zmianę logo. Użytkownicy twittera ocenili, że jest to działanie zastępcze w obliczu problemów z dopingiem, korupcją i biurokracją. Częściowo mają rację, ale z drugiej strony trzeba oddać Federacji, że w ostatnich miesiącach wykonała sporą pracę, zwłaszcza w obszarze komunikacji i transparentności.

    uci-olduci-new

    Dostęp do informacji jest łatwiejszy, Unia aktywnie działa w social mediach, ich strona jest aktualna i przejrzysta, komunikaty trafiają terminowo do odbiorców a kanał youtube udostępnia darmowe transmisje z imprez mistrzowskich oraz prób rekordu godzinnego.

    ?Wieszanie psów? na Polskim Związku Kolarskim jest łatwe i do pewnego stopnia modne. Cóż, zadłużona i próbująca wyjść z zapaści instytucja boryka się z wieloma problemami. Jeśli UCI miewa kłopoty z komunikacją, to PZKol jest pod tym względem jeszcze bardziej upośledzony.

    Równocześnie trzeba docenić starania. Strona Związku, w przeciwieństwie do stanu sprzed choćby dwóch lat, jest aktualizowana. Dostępne są bieżące regulaminy, przepisy, kalendarze, ale też wyniki i rankingi. Jeszcze niedawno o takiej sytuacji można było tylko pomarzyć. Wbrew pozorom wykonano sporą pracę w dziedzinie komunikacji i należy to docenić.

    Tyle tylko, że wciąż raz na jakiś czas zdarza się ?wtopa?. Ostatnią jest zamieszczenie informacji o kadrze reprezentującej kraj na mistrzostwach świata w maratonie dopiero w momencie, gdy zawodnicy znaleźli się we Włoszech a jeden z portali z własnej inicjatywy zaczął dopytywać o powołania i ostatnie zmiany w składzie.

    Powiedzmy sobie szczerze: wizerunek PZKol leży i kwiczy. Jeśli przyjrzeć się bliżej, wykonywana jest żmudna, i co całkiem skuteczna praca nad poprawą sytuacji finansowej, sportowej i organizacyjnej. Proces oddłużania trwa, pojawiają się projekty związane ze szkoleniem młodzieży, reaktywacją Pucharów Kraju, na zawody międzynarodowe wysyłani są kolejni zawodnicy, także w konkurencjach nieolimpijskich (a co za tym idzie mniej dochodowych).

    pzkol-logo pzkol

    Choć rebranding jest procesem kosztownym, wbrew pozorom to jest właśnie moment, w którym Związek go potrzebuje. Nowa symbolika, która wyrazi nie tylko samą zmianę, ale też stojące za nią idee: przejrzystość, komunikację, otwartość i prostotę.

    W miejsce niejasnej symboliki użyjmy prostego, współczesnego fontu. Jedynym nawiązaniem do tradycji niech pozostanie charakterystyczny dla strojów reprezentacji narodowej (nota bene znakomity, ponadczasowy projekt świetnie widoczny w peletonie mistrzostw świata), czerwony pas. I to wszystko. Powyżej znajdziecie szybki szkic zrobiony w GIMPie. Profesjonalista zapewne dopracowałby tę ideę i dorobiłby resztę identyfikacji wizualnej, albo zaprezentował swój, zupełnie inny projekt.

    Logo organizacji nie zmienia się z nudów. UCI odświeża wizerunek, bo sama Federacja przechodzi proces trudnej transformacji. Dla PZKol nowy znak graficzny mógłby być dodatkowym bodźcem dla dalszych prac.

  • A czy Ty masz już swoją licencję?

    A czy Ty masz już swoją licencję?

    W tym roku wniosek o licencję wysłałem dość późno. Sporym zaskoczeniem było, że mój regionalny związek kolarski stanął na wysokości zadania i za nieco ponad tydzień wymarzony dokument czekał na mnie w skrzynce.

    W ramach niesienia kaganka oświaty na wstępie trzeba powiedzieć jasno: licencja kolarska to mniej niż choćby karta wędkarska. Może ją sobie kupić każdy, zdrowy, nawet nie dorosły człowiek. Jedyne, do czego uprawnia, to do startów w wybranych, zamkniętych dla ?amatorów? imprezach oraz (ewentualnie) do klasyfikacji w oficjalnych rankingach. O ile takie oczywiście są prowadzone.

    Z drugiej strony to jasna deklaracja dotycząca celu, w jakim uprawiamy kolarstwo. To sport zinstytucjonalizowany, sport wyczynowy, podlegający oficjalnym regulacjom, nastawiony na osiągnięcie jak najlepszych rezultatów.

    Prawda jest taka, że bez licencji można spokojnie żyć i ścigać się przez większą część sezonu. Na palcach dwóch rąk można policzyć imprezy, na których licencja jest faktycznie potrzebna, zarówno w mtb jak i na szosie.

    Mimo braku choćby symbolicznych korzyści uważam, że licencję warto mieć. Wymusza kupno ubezpieczenia a skromna opłata wspiera Polski Związek Kolarski lub jego regionalne oddziały. Do tego obliguje do przestrzegania przepisów i nadaje sensowne ramy całej zabawie.

    Łatwiej też wytłumaczyć znajomym, czym się zajmujemy w wolnym czasie, gdy zamiast na ?Puchar Burmistrza Gminy? albo na ?Hardcorowy Maraton Sponsora? jedzie się na ?Puchar Polski?, nawet jeśli realne różnice między nimi są niewielkie.

    Krótko mówiąc, przez kolejny sezon będę ?wyczynowym kolarzem?, nawet jeśli moja tekturowa licencja kategorii ?Masters? nic nie zmienia w moim życiu.

    [poll id=”3″]

  • 3500 kolarzy utonie

    3500 kolarzy utonie

    Brązowy medal piłkarzy ręcznych to kolejny sukces naszych sportowców w ostatnich miesiącach. Jeśli mówimy o ?renesansie polskiego kolarstwa?, trzeba wziąć poprawkę na kontekst. A ten jest niezwykle optymistyczny, bo od kilkunastu miesięcy niemal każda aktywność zmienia się w nagrodę z cennego kruszcu.

    Właśnie ten kontekst sprawia, że choć w kolarstwie zawodowym odnosimy największe sukcesy w historii, są one równorzędne z rezultatami lekkoatletów, siatkarzy, szczypiornistów, narciarzy i innych, na których wymienianie braknie tu miejsca. Jednocześnie otoczenie sprawia, że tęczowa koszulka Kwiatkowskiego i ?grochy? Majki choć dla fanów są czymś wyjątkowym, dla widzów zainteresowanych sportem są jednymi z wielu świetnych wyników.

    Kilka dni temu Polski Związek Kolarski podał, chyba pierwszy raz, statystyki dotyczące ilości zrzeszonych w swych szeregach zawodników. Ponieważ, jak już wiele razy wspominałem, nasza licencja ma głównie charakter deklaratywny, osób które złożyły oświadczenie o byciu kolarzem mamy ponad 3500. To o wiele więcej, niż się spodziewałem. Imponująca jest liczba mastersów, czyli ?emerytowanych? sportowców chcących wciąż w sposób zinstytucjonalizowany uprawiać swoją ukochaną dyscyplinę. Jest nas około tysiąca! Nieźle wygląda też sytuacja w najmłodszych kategoriach. Kolarskiego ?narybku?, od żaka do juniora włącznie (dziewcząt i chłopców) mamy w sumie 2000. Jeśli by więc stworzyć piramidę wieku, będzie ona miała kształt klepsydry (elita i orlik to zaledwie nieco ponad pół tysiąca osób). Gdyby mówić o kolarzach jak o normalnym społeczeństwie, diagram prezentowałby perspektywiczny naród, w którym starsi niedawno spłodzili bardzo wiele potomstwa, by wyrównać straty, wynikłe w wysłania całego, środkowego pokolenia z samobójczą misją na wojnie.

    Ilu z młodych ludzi, obecnie zaczynających swoją przygodę z kolarstwem dotrwa do kategorii elita, nie wiemy. Zapewne nie wszyscy. Edukacja, praca, rodzina, ?życie? sprawią, że część z nich z pewnością odejdzie i powróci już jako mastersi, wiedziona sentymentem i wspomnieniami. 3500 dzielnych ludzi to więcej, niż się spodziewałem, obiektywnie to wciąż garstka. Dla porównania przypomnijmy, że British Cycling niedawno chwalił się pozyskaniem stutysięcznego członka. Nie chodzi jednak o to, by po raz kolejny pastwić się nad PZKol, to lepiej ode mnie robią inni. Rzecz w tym, że nie możemy choćby pomyśleć o sobie w kategoriach jakkolwiek wyjątkowych. Kolarstwo nie wybija się ani pozytywnie, ani negatywnie spośród innych. Jego reprezentanci odnoszą sukcesy, które są wspaniałe, ale tak samo jak biegaczy, narciarzy czy szczypiornistów.

    ?Renesans polskiego kolarstwa? to raczej renesans wyników niż dyscypliny jako takiej. To dobry moment, by napędzić popularność, która zaczyna kiełkować (czego przykładem jest obecność Majki i Kwiatkowksiego w pierwszej dziesiątce plebiscytu Przeglądu Sportowego). Sama koszulka mistrza świata tego jednak nie zrobi. Rowerzyści nie przedzierzgną się w kolarzy tylko dlatego, bo imponuje im ?Kwiato? a rodzice nie zapiszą dzieci do klubów, bo marzą o tym, by ich pociechy spotkał los Majki. Takie mamy czasy, że klientom trzeba zawsze zaoferować coś więcej, niż sam produkt, jakkolwiek sam w sobie znakomity by nie był (a powiedzmy sobie szczerze, członkostwo w związki sportowym nie kojarzy się z prestiżem czy nobilitacją, chyba, że mówimy o golfie). Do wykonania jest gigantyczna praca związana z wizerunkiem i ofertą, jaką może dać kolarstwo i sam Związek. Jeśli nie zostanie ona wykonana w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy, renesans wyników będzie tylko chwilowym przebłyskiem a 3500 kolarzy z licencjami utonie w morzu innych aktywnych ludzi. Zwłaszcza, że do wyboru jest wiele innych możliwości, równie, jeśli nie bardziej atrakcyjnych co wyczynowa jazda na rowerze.

    [poll id=”2″]

  • Kalendarze, kalendarze

    To już ten czas. Można rozpocząć pierwsze przymiarki do sezonu 2015. Polski Związek Kolarski, niektóre Okręgowe Związki Kolarskie oraz część organizatorów imprez jako takich przedstawia szkice przyszłorocznego harmonogramu gier i zabaw na świezym powietrzu.

    Od Mistrzostw Polski przez Puchary, Prestiżowe Maratony po Lokalne Ogórki. Niby tak samo, jak co roku, a jednak trochę inaczej. Bez względu na to, czy pod presją mediów i startujących, czy na podstawie głębokiej autorefleksji wymienionych we wstępie ciał, już teraz mamy do wglądu pewien ramowy program, do którego można zacząć układać swoje plany.

    Główny trend brzmi: więcej. Jeśli chcesz się ścigać na rowerze, od poziomu przedszkolaka do poziomu elity z licencją, czy to na szosie czy to na ?góralu?, okazji będzie co nie miara. Kolejny sezon zapowiada klęskę urodzaju, pozostanie kwestią indywidualnego wyboru, gdzie zbierać punkty, gdzie spotykać się ze znajomymi i które części kraju odwiedzać. Dla zawodników mtb najważniejszą informacją jest zmiana w maratonowym Pucharze Polski, który będzie wykraczał poza cykl Skandii. Ze wstępnej wersji kalendarza PZKol wynika jednak, że ?prawdziwe góry? kolarze odwiedzą tylko dwukrotnie: w maju w Kluszkowcach i Wiśle. Póki co zaplanowano 7-8 eliminacji XCM oraz raptem dwie eliminacje XCO. Znając życie, pojawi się jeszcze sporo zmian. Co ważne, oficjalny sezon będzie dość długi: od 18.04 (białostocki Puchar Polski) do 3.10.2015 (Finał PP XCM – Kwidzyn). Maratonowe mistrzostwa kraju (po raz kolejny w Obiszowie) zaplanowano dopiero na 28.09, cross country to stały termin w połowie lipca (16-19), w nieznanej jeszcze lokalizacji. Do tego dochodzi mnogość imprez amatorskich czy półamatorskich. M.in. Bikemaraton i Skandia wpisały się do oficjalnego kalendarza, na pozostałe serie jeszcze czekamy.

    Bogactwo wyboru będą również mieli amatorzy ścigający się na szosie. Aż 16 eliminacji liczył będzie sobie DSR Road Maraton a to nie jedyna propozycja dla miłośników jazdy w peletonie.

    Kalendarz PZKol zawiera również imprezy dla kolarzy stricte wyczynowych. Choć zawodowcy nie mogą narzekać na brak okazji do rywalizacji, istotny jest brak zawodów kategorii .1. Zarówno etapówki jak i ?klasyki? które zostały zapisane do międzynarodowej klasyfikacji Europe Tour będą oferowały punkty i nagrody jedynie drugiej kategorii. Szkoda, ponieważ w ten sposób prestiż poszczególnych wyścigów będzie wyłącznie kewstią umowną, związaną w dużej mierze z tradycją.

    To największy problem, jaki widzę w projektowanych kalendarzach 2015. Obojętne, czy przeznaczonych dla zawodników wyczynowych czy amatorów. Mimo pewnych ruchów mających nałożyć strukturę i hierarchię, inflacja i nadprodukcja imprez kolarskich (czy też rowerowych) sprawia, że poza mistrzostwami kraju trudno wskazać wyraźnie jasne punkty sezonu. To miłe dla uczestników o tyle, że łatwo będzie znaleźć niszę, w której będzie można odnosić sukcesy. Z drugiej strony zamazuje jasność przekazu. Tak czy inaczej, nie ma co wariować, do ostatecznej wersji terminarzy jeszcze wiele się zmieni.

    Projekt kalendarza PZKol znajdziecie tutaj.

  • Sto tysięcy Brytyjczyków

    Sto tysięcy Brytyjczyków

    Tylu właśnie, ekhm, członków, zrzesza British Cycling, czyli Związek Kolarski w Służbie Jej Królewskiej Mości. Od 2012r liczba ta podwoiła się. Sukcesy kolarzy zawodowych przekładają się wprost na popularność nie tylko sportu wyczynowego i amatorskiego, ale też roweru jako środka komunikacji.

     

    Infografikę ze stosownymi danymi zamieściłem w dzisiejszym, porannym loverove. Kolejne liczby znajdziecie w artykule na road.cc. Według niego British Cycling w 2005r zrzeszał 15tyś osób. Teraz jest ich tytułowe 100000. To robi wrażenie, ale jest jeszcze ważniejsza statystyka. W 2000r, sezonie Igrzysk Olimpiskich w Sydney kolarzy-juniorów (poniżej 18 roku życia) na terytorium Zjednoczonego Królestwa było mniej niż tysiąc. Dziś jest ich TRZYNAŚCIE TYSIĘCY, regularnie trenujących i uczestniczących w zawodach. Jeśli na Wyspach jest jakiś młody człowiek, któremu Bóg, Los lub geny rodziców przekazały talent do kolarstwa, a do tego chce tę szansę wykorzystać, niemal niemożliwe jest, by nie został wciągnięty w odpowiedni system szkolenia. Efekt? Podczas Igrzysk w Londynie, dwanaście lat po Sydney, w konkurencjach kolarskich Brytyjczycy zdobyli dwanaście medali, w tym osiem złotych. Rok wcześniej Mark Cavendish został mistrzem świata ze startu wspólnego, w roku olimpijskim Bradley Wiggins i Chris Froome ustrzelili dublet w Tour de France a sam Froome przywdział żółtą koszulkę w Paryżu dwanaście miesięcy później.

     

    Sam sportowy sukces to jednak mało, by przyciągnąć do siebie ludzi. Brytyjski Związek, o czym pisałem niemal rok temu, oferuje szereg korzyści dla płacących składkę członkowską. Licencja staje się czymś więcej niż tylko ?kartą wędkarską?. To m.in. korzystna polisa ubezpieczeniowa oraz system zniżek w sporej części popularnych sklepów rowerowych. Oprócz tego oczywiście możliwość startów w zawodach firmowanych przez związek dla zainteresowanych sportem wyczynowym oraz, co jest bezcenne, prestiż i poczucie wspólnoty w skutecznej i bogatej w sukcesy organizacji. Warto też wspomnieć o tym, że członkostwo jest relatywnie niedrogie (20-69 funtów) a sam związek mocno zabiega o pozyskanie kolejnych członków. Co więcej, działania British Cycling nie ograniczają się wyłącznie do sportu: w jego kręgu zainteresowań znajduje się także turystyka oraz bezpieczeństwo ruchu drogowego (sprawy, którymi u nas zajmują się NGOsy).

     moj_kraj_taki_piekny

    Tymczasem u nas rodzimy Związek Kolarski, mimo sukcesów naszych kolarzy kojarzy się głównie negatywnie. ?Niereformowalny beton? to łagodny eufemizm, jakim PZKol określany jest przez wielu zrzeszonych w nim zawodników. Korzyści z członkostwa de facto nie ma, opłata wiąże się głównie ze zgodą na różnego rodzaju represje. Przykładem może być choćby nadgorliwość we wprowadzeniu przepisu o ?imprezach zabronionych?, który solidnie namieszał w tegorocznym kalendarzu, ale przykłady indolencji można mnożyć Krótko mówiąc, licencja jest, jeśli nie obciachem, to co najwyżej przykrą koniecznością dla tych desperatów, którzy chcą uczestniczyć w zinstytucjonalizowanym sporcie wyczynowym. Wielka szkoda, bo osobiście wierzę, że właśnie taka droga zorganizowanej aktywności niesie ze sobą więcej korzyści niż komercyjna i zindywidualizowana, znana z prywatnie prowadzonych imprez masowych. Co więcej, uważam, że osoba aspirująca do miana zawodnika, wspomnianą licencję powinna mieć, choćby dla zasady. Tyle, że argumentów za opłaceniem składki jest coraz mniej. Sama tęczowa koszulka mistrza świata nie wystarczy, by do związku masowo zaczęła napływać nowa krew.

    Zdjęcie okładkowe: http://www.britishcycling.org.uk/

  • Poniedziałkowy skrót – studium przypadku

    Medale panczenistów, wygrana Michała Kwiatkowskiego i nieukończony bieg Justyny Kowalczyk. Do tego Chris Froome, Alejandro Valverde i Alberto Contador pokazali wysoką formę. To był bardzo intensywny weekend.

    Volta a Algarve ma zaledwie kategorię 2.1, ale to dość prestiżowa impreza. Późniejsi faworyci wielkich tourów często właśnie w Portugalii rozpoczynają sezon. W tym roku na starcie stanęli m.in. Alberto Contador, Rui Costa czy Chirs Horner. Pogodził ich Michał Kwiatkowski, który wygrał dwa etapy, w tym krótką jazdę indywidualną na czas oraz klasyfikację generalną. To nie jest wynik, który przyprawiłby przeciętnego Kowalskiego o paliptację serca, ale kibic kolarstwa musi być zadowolony. Tym bardziej, że faworyci wzięli to ściganie na poważnie, rywalizując z Polakiem w końcówkach (Contador urwał ?Kwiato? jeden etap kończący się podjazdem).

     

    Tymczasem w niedalekiej Andaluzji nogę sprawdzali kolarze CCC oraz Active Jet. Bez błysku, ale zabierali się w ucieczki i próbowali walczyć. Jeśli chodzi o gwiazdy, to w formie jest już Alejandro Valverde a po piętach depcze mu Richie Porte. Jego klubowy kolega i lider, Chris Froome powtórzył ubiegłoroczny sukces z Omanu i wygrał tamtejszą etapówkę kończącą poważne ściganie na półwyspie arabskim. Niespodzianką in minus była postawa Vincenzo Nibalego. Tyle tylko, że wyniki wyścigów w tak wczesnej fazie sezonu nie świadczą jeszcze o niczym poza dyspozycją w tym konkretnym momencie. Tak czy inaczej wygrana Kwiatkowskiego z utytułowanymi rywalami cieszy, podobnie jak inne wyniki i plany polskich kolarzy, o czym napisałem wczoraj w tekście dla rowery.org.

      Wracając jeszcze na chwilę do Igrzysk Olimpijskich w Soczi nie mogę nie wspomnieć o świetnej postawie łyżwiarzy szybkich. Dwa medale: srebrny kadry kobiet i brązowy mężczyzn w drużynowych wyścigach na dochodzenie budzą radość i szacunek zarazem. Nie tylko trafili z formą, ale też wykorzystali podobno nienajłatwiejszy lód wymagający odpowiedniej taktyki. Ta permanentnie niedoinwestowana u nas w kraju dyscyplina ma niepowtarzalną szansę na rewitalizację. Czy sukcesy olimpijskie przekują się na wzrost popularności, czy zadaszone zostaną tory i czy kadra dostanie więcej pieniędzy? Entuzjazm jest spory, czy zostanie wykorzystany? Kilka lat zwycięstw i medale Justyny Kowalczyk (z ostatniego biegu musiała się wycofać - kontuzjowana stopa nie wytrzymała obciążenia) póki co nie wywołały boomu na biegi narciarskie. To będzie ciekawe studium przypadku do obserwowania w najbliższych latach.   Na koniec odrobina prywaty, ale z kontekstem. Wysłałem wniosek o licencję na sezon 2014. Niemal równolegle dość wiarygodne źródło podało, że w minionym roku we francuskiej federacji kolarskiej zrzeszonych było 119218 cyklistów. Chcąc uzyskać podobną skuteczność, licencję PZKol musiałoby mieć ponad 70tyś ludzi!

  • Chciałbym mieć licencję

    Uważam, że osoba, która regularnie uczestniczy w zawodach kolarskich powinna mieć licencję. Dzięki temu jasno można określić cel, w jakim staje na starcie. Jest nim rywalizacja sportowa. Równocześnie wiąże się to z podporządkowaniem przepisom, regulaminom i zasadom: fair play, antydopingowym, dotyczącym sprzętu itd.

    Sport instytucjonalny ma to do siebie, że opisują go różnorakie reguły, których strzegą stosowne federacje. W przypadku kolarstwa jest to Międzynarodowa Unia (UCI) a na rodzimym gruncie Polski Związek (PZKol). Z dawnych czasów pamiętam pytanie, jakie często padało z ust innych zawodników: ?a ty masz licencję, czy jeździsz tak tylko dla przyjemności?? W domyśle: jesteś kolarzem-sportowcem, czy rowerzystą-hobbystą.

    Jednak tak jak licencja sama nie zrobi z kogoś kolarza, tak jej brak nie zrobi turysty. O ile jeszcze piętnaście lat temu trudno było regularnie rywalizować nie mając tego dokumentu, o tyle teraz na większości wyścigów wystarczy opłata wpisowa. Co najwyżej nie zbiera się punktów do klasyfikacji regionalnej czy ogólnokrajowej. Ba, nawet by brać udział w wyścigach szosowych – ostatniej ostoi kolarskiego konserwatyzmu – często wystarczy oświadczenie o stanie zdrowia, rower i kask.

    O tym, że ludzie chcą się ścigać i podnosić swoje umiejętności świadczy coraz więcej imprez i kolejne rekordy frekwencji. Nie tylko w Polsce. Kraje anglosaskie przeżywają kolarski boom. W Stanach czy w Wielkiej Brytanii zawodnicy – od profesjonalistów po amatorów rywalizują niemal dzień w dzień. Równocześnie międzynarodowa federacja chce utrzymać swoje wpływy oraz należyty porządek. Stąd też ożywia, martwy dotychczas przepis o zakazie startu zawodników licencjonowanych w imprezach spoza swojego kalendarza pod karą grzywny i miesięcznego zawieszenia.

    Moja stara licencja kolarska
    Moja stara licencja kolarska

    Załóżmy, że w sezonie 2014 chciałbym wystartować w mistrzostwach Polski XC, w kategorii masters. Zanim wydam 50PLN  na licencję w swoim regionalnym związku, muszę sam poszukać obowiązkowej polisy ubezpieczeniowej. Mistrzostwa są pod koniec lipca. Do tego czasu, chcąc się ścigać powinienem pilnować i sprawdzać, która impreza jest, a której nie ma w kalendarzu PZKol. Co roku jest ich niewiele, co roku też przynajmniej kilka fajnych wyścigów nie jest wpisanych na listę związku. Nie wspominam już o maratonach, które co do zasady są imprezami masowymi i raptem kilka ma status oficjalnych zawodów kolarskich. W związku z tym, jedyne co kupuję wraz z licencją to kaganiec i groźbę sankcji. Jedynym benefitem jest zaspokojenie ego: mając możliwość startu w mistrzostwch kraju, jestem prawdziwym kolarzem. Mniej więcej na tej zasadzie, jak kupując licencję na dane łowisko stałbym się legalnym wędkarzem.

    Dla odmiany rzućmy okiem na kraj, w którym kolarstwo odniosło spektakularny sukces. Brytyjczycy nie tylko wygrywają co popadnie: na szosie, w górach i na torze, ale też masowo wsiadają na rowery. To jedna z czterech dyscyplin, które po Igrzyskach w Londynie zdobyła nowych, aktywnych uczestników.

    Sir Chris Hoy zachęca do zapisania się w szeregi British Cycling
    Sir Chris Hoy zachęca do zapisania się w szeregi British Cycling

    Projekt ?British Cycling? ma szerokie podstawy. Nie tylko finansowe, infrastrukturalne i szkoleniowe. Kupno licencji i członkostwa w tamtejszym Związku jest całkiem opłacalne. Przed końcem roku strona internetowa brytyjskiej federacji zachęca do opłacania kolejnego sezonu. Do wyboru są cztery plany, oferujące szereg koszyści. Opcja ?na bogato? to 66 funtów (330 złotych). Wraz z rocznym członkostwem kupujemy: ubezpiecznie OC i NNW (obejmujące również 21 dni za granicą!), rabaty w Wiggle, Halfordsie, 40% zniżki w usłudze Training Peaks, zniżkę przy ubezpieczeniu roweru oraz tymczasową licencję, umożliwiającą starty w większości imprez. Zawodnik elity, chcąc startować w zawodach najwyższej rangi musi dopłacić jeszcze 34 funty (170 złotych). To siedemdziesiąt złotych więcej niż w Polsce. W sumie za 500PLN otrzymujemy kompletny pakiet, który zwróci się przy kilku zakupach związanych z przygotowaniem sprzętu do sezonu. Biorąc pod uwagę związane z członostwem w British Cycling ubezpieczenie, koszt całości jest porównywalny jak w Polsce a dodatkowo ogranicza sporo czasu (kupno stosownej polisy w naszym kraju nie jest takie oczywiste, choć sporo zawodników jeździ np. z nic nie dającą polisą typu ?bezpieczny rowerzysta?).

    Mając taką ofertę (są również tańsze opcje a także licencja turysty) ze strony Związku mógłbym spokojnie nie przejmować się wyścigami będącymi poza systemem. To federacja zachęca, by wstąpić w jej szeregi i przestrzegać jej zasad a nie karze swoich zawodników za to, że chcą ścigać się na rowerze. Prestiż, punkty, nagrody i bezpieczeństwo sprzedaje razem z ideą reprezentowania tych samych barw co Sir Wiggo, Nicole Cooke czy Chris Hoy.

    Zatem tak, chciałbym mieć licencję. Brytyjską. Dzięki temu mógłbym nie tylko startować w wyścigach, ale też korzystać z przynależności do organizacji, która o mnie dba. Mieć poczucie, że uczestniczę we wspólnym budowaniu czegoś, co ma sens, przyszłość i jest dobre dla mojej grupy społecznej. Kupując naszą licencję, jedyne poczucie, jakie mogę mieć, to to, że zostałem członkiem.

    Edycja 04.02.2014: UCI zdecydowała się uchylić egzekwowanie przepisu 1.2.019 o kolejny rok (do 2015). Posiadacze licencji nie będą więc karani za starty w „dzikich” zawodach. W polskim przypadku konsekwencją zamieszanie jest fakt, że do kalendarza PZKol zdążyli się zgłosić wszyscy liczący się organizatorzy imprez, w tym masowych maratonów. Liczne problemy związane ze sportem wyczynowym, w tym brak jakichkolwiek powodów, by posiadać licencję i przynależeć do Związku pozostają nierozwiązane .

  • Gorycka vs Dawidowicz: medialna histeria

    Gorycka vs Dawidowicz: medialna histeria

    Nieobecność Mai Włoszczowskiej i Aleksandry Dawidowicz na kieleckich mistrzostwach kraju w XCO to apogeum histerii wokół kadry olimpijskiej i polityki Polskiego Związku Kolarskiego. Związkowi miażdżąca krytyka należy się jak najbardziej, podobnie jak konstruktywne propozycje zmian. Histeria, wyrażona m.in. bannerem o kibicowaniu Pauli Goryckiej, w istniejących realiach jest kompletnie bez sensu.

    Poniższy tekst, co ważne, to jedynie zbiór hipotez i sugestii, które można wyciągnąć na podstawie ogólnodostępnych faktów. Publikuję go z czystej ciekawości, czy ktoś jest skłonny zgodzić się z takim tokiem myślenia.

    Na początku trzeba nieco się rozejrzeć i spojrzeć nie tylko na sytuację teraźniejszą, ale i w przeszłość. W przypadku kolarstwa górskiego de facto nigdy nie było ?Projektu Londyn?. Od sezonu 2007 praktycznie jedynym projektem jest ?Projekt Maja?. Już przed Pekinem postawiono wszystko na medal Mai Włoszczowskiej, m.in. w imię tego na Igrzyska pojechała Aleksandra Dawidowicz. Wówczas zdolna orliczka i, co ważne, przyjaciółka Mai. Nie wnikając w kulisy i plotki, istotne w tym wszystkim jest jedno. Maja była przygotowana rewelacyjnie, miała zapewnione optymalne warunki, zarówno sportowe jak i pozasportowe. Zdobyła medal a Dawidowicz przyjechała dziesiąta.

    Dziesiąte miejsce na Igrzyskach Olimpijskich brzmi dumnie, prawda? Trzeba przyznać, że młodsza z Polek pojechała bardzo dobry wyścig. Równocześnie należy pamiętać o dość istotnym fakcie. Na IO startuje wyraźnie mniej zawodników, w tym zawodników z czołówki niż podczas imprez Pucharu Świata. Nie zmienia to jednak sytuacji, że ?dycha? na IO to imponujący wpis w CV, na bazie którego można próbować budować dalszą karierę, szczególnie będąc młodym zawodnikiem. Zwłaszcza w kraju, gdzie szeroko pojęta kultura sportu stoi na tak niskim poziomie jak u nas, wynik przywieziony z Igrzysk daje dużo więcej niż regularnie potwierdzana dyspozycja na prestiżowych, ale mniej eksponowanych imprezach. Z drugiej strony przykład odejścia marki Halls od sponsorowania grupy kolarskiej po świetnym wyniku obu reprezentantek w Pekinie pokazuje, że nie wszystko jest tak oczywiste, jakby się wydawało. Sytuacja, w której srebrna medalistka po największym sukcesie w karierze – i z perspektywą na kolejne – traci sponsora powinien być zapisany w podręcznikach marketingu jako przykład perfekcyjnego strzału w stopę.

    W każdym razie, przy okazji szans na dobry wynik w Londynie, trzeba pamiętać, że przed taką szansą stoją teraz nie tylko panie, ale też Marek Konwa i Piotr Brzózka.  Choć obaj są młodzi a wśród mężczyzn czołówka jest szersza i bardziej wyrównana, także tam najsilniejsze reprezentacje (np. Szwajcarzy) muszą prowadzić ciasną selekcję i rezygnować z wystawienia wielu znakomitych kolarzy. Zatem sporo miejsc na zapleczu ściśle pojmowanej szpicy się zwalnia i można spróbować o nie powalczyć.

    Aby jednak unikać dygresji, wracam do właściwego tematu. Po rewelacyjnym wyniku obu Polek w Pekinie wiadomo było, że jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, zarówno Maja jak i Ola są murowanymi kandydatkami do występu w Londynie. Jeśli chodzi o Maję, sytuacja jest jasna. W tym momencie trudno mówić o niej jako ?najlepszej polskiej kolarce?, ponieważ Włoszczowska jest kilka poziomów wyżej. To gwiazda światowego mtb, medalistka olimpijska, mistrzyni i multimedalistka mistrzostw świata. Jedyne, czego jej brakuje w portfolio to przejeżdżonego na wysokim poziomie całego sezonu w Pucharze Świata, ale i na to ma jeszcze czas, wszak ciągle jest młoda! W tym miejscu trzeba jasno zaznaczyć: Maja do Londynu jedzie walczyć o złoto. Dla sportowca tej klasy i z takim dorobkiem brak medalu będzie porażką. Taką jak choćby dla Rafaela Nadala odpadnięcie z tegorocznego Wimbledonu. To nie jest ?wywieranie presji?. To konsekwencja bycia czołową specjalistką imprez mistrzowskich w ostatniej dekadzie!

    Jeśli zaś chodzi o Dawidowicz, to sytuację można porównać do walki bokserskiej o tytuł mistrza świata. By zdobyć pas, pretendent musi być wyraźnie lepszy od aktualnego czempiona. Chcąc jak najbardziej uniknąć przykrych i niepewnych argumentów osobistych należy przyznać jedno. Żadna z zawodniczek w sezonach 2009-2012 nie weszła na dłużej na wyraźnie wyższy poziom sportowy od Aleksandry Dawidowicz. Trudno mówić ?co by było gdyby? Anna Szafraniec miała mniej pecha i unikała kontuzji. Te się jej jednak przytrafiały więc argumentów zabrakło.

    Elementem nieprzewidywanym, choć nie do końca, we wcześniejszym planie było pojawienie się Pauli Goryckiej. Zawodniczki z pewnością utalentowanej i pracowitej, która? no właśnie, która kontynuuje dobre tradycje w rodzimym XCO ? wydaniu kobiecym. Nasze juniorki i orliczki niemal od początku obecności tej dyscypliny w Polsce, szybko sięgają po dobre rezultaty na arenie międzynarodowej. Gorycka jest kolejną z nich, być może już wkrótce następczynią i rywalką Włoszczowskiej. O tym przekonamy się w nadchodzących latach, wszak to dopiero Maja wchodzi w najlepszy wiek dla kolarza a Paula ledwie co kończy przygodę ze ściganiem w kategoriach młodzieżowych.

    I znów, abstrahując od niezmiernie skomplikowanych kwestii osobistych, również w tym przypadku trudno znaleźć argument, by to Paula a nie Ola jechała do Londynu.  Zawodniczce, która ma realne szanse na obronę dziesiątej lokaty (regularne miejsca w okolicach 20. na Pucharze Świata dają szansę na top10 IO) przeciwstawiana jest zdolna i perspektywiczna, ale ciągle ?orliczka?. Realnych argumentów brak poza jednym z gatunku ?a może by dać jej szansę?.

    Na koniec wreszcie dwie sprawy, które podgrzały opinię publiczną w ostatnich tygodniach: Mistrzostwa Europy i Mistrzostwa Polski. Z Moskwy Gorycka przywiozła srebro w U-23, Włoszczowska i Dawidowicz pojechały w elicie ? jak na nie – kiepsko. Trzeba w tym miejscu pamiętać, że prestiż Mistrzostw Europy, szczególnie w roku olimpijskim, do tego rozgrywanych na dwa miesiące przed kluczowym startem sezonu jest dyskusyjny. Tym bardziej w momencie, w którym większość federacji zakończyła już selekcję. Podobnie sprawa wygląda z mistrzostwami kraju. Być może nieobecność olimpijek to zabieg taktyczno-psychologiczny by uniknąć konfrontacji. Tyle, że do IO pozostał miesiąc i niekoniecznie oznacza to, że kadra musi w tym czasie startować i cokolwiek komukolwiek udowadniać. Rozliczenie przygotowań przyjdzie po Londynie. Odpuszczenie startu, który miałby wyłącznie charakter treningowy jest jak najbardziej wytłumaczalne.

    Po argumentach racjonalnych czas na pytania i komentarz. O skandalicznych kulisach prezentowania systemu kryteriów selekcji do kadry IO wszyscy wiemy. Ba, wspominają o nich nie tylko niszowe, rowerowe media, ale także mainstream: np. onet czy gazeta.pl. Trzeba jasno powiedzieć: pojawienie się kryteriów zostało wymuszone na związku przez wspomniane, głównie niszowe media rowerowe. Kryteria od początku bzdurne, skandaliczne i oderwane od rzeczywistości, które zrobiły więcej złego niż dobrego. Pardon, zyskał na tym Marek Konwa, który by je wypełnić ścigał się w Pucharze Świata elity, dzielnie zbierał punkty na innych, prestiżowych imprezach, dzięki czemu jest obecnie na 24 miejscu w rankingu UCI elity (przez chwilę był nawet 19.). Jak odbije się to na jego dalszej karierze ? nie wiadomo, miejmy nadzieję, że w dłuższej perspektywie rozwinęło go to a nie ?zabiło?. Wszak, podobnie jak Gorycka nominalnie wciąż jest ?młodzieżowcem?! Paula nie poszła jego śladem i choć również regularnie ścigała się w Pucharze, to jednak nie z elitą a z orliczkami (co wykluczyło ją z walki o miejsce w kadrze na Londyn). Pojawia się wątpliwość podobna co w przypadku Marka: czy nie spowolniło to jej rozwoju, ale z drugiej strony czy nie jest to jednak bardziej naturalna i zdrowa droga.

    Co ciekawe, istniejący system (bez oficjalnych minimów, kryteriów, standardów) skutecznie funkcjonował przez lata. Dopiero gdy Maja Włoszczowska, grupa CCC i Polski Związek Kolarski zrezygnowali z usług Andrzeja Piątka, ten upomniał się o swoje w realiach, które sam współtworzył i które w sytuacji monopolu, gdzie odgrywał istotną rolę, sprawdzały się znakomicie. Ponieważ były wyniki a nie było wystarczająco zdeterminowanych chętnych, by ów system rozbić, nikt nie zwracał uwagi na istniejącą patologię, której przykładem była wspomniana na samym początku selekcja na IO w Pekinie. Czemu wszystko działało tak a nie inaczej? Trudno stwierdzić, ale obecnie widać jak zdolnym PRowcem jest Andrzej Piątek. ?Rozwód? z Włoszczowską, CCC i  PZKol właściwie wygrał, zdobywając sympatię mediów i kibiców. Podobnie wygląda sprawa z eliminacjami olimpijskimi, czego ostatecznym wyrazem jest banner na kieleckich mistrzostwach (choć sam w sobie jest słaby i kojarzy się co najwyżej ze szkolnymi przezywankami ). Niestety, mimo teoretycznych zmian w Polskim Związku Kolarskim wszystko pozostało po staremu. Problemy i niejasności jak były, tak są, nie tylko wokół kadry mtb, ale również szosowej czy torowej.

    Tak czy  inaczej, tego, co się stało zmienić już się nie da. Do Londynu jadą Włoszczowska oraz Dawidowicz, z czym merytorycznie trudno polemizować. Natomiast smród, jaki powstał wokół będzie unosił się jeszcze długo.  Do Igrzysk w Rio droga daleka. Do tego czasu możliwa jest sytuacja, że pretendentów do kadry będzie więcej. Nie tylko wśród kobiet jak i wśród mężczyzn. To ważne, bo tym razem, choć nasi reprezentanci są bardzo młodzi, byli pewniakami. A co gdyby kilka dobrych wyników zdobył choćby ścigający się w Norwegii Maciej Dombrowski? Albo z formą wystrzelił ktoś z drugiego szeregu. Też musiałby zmagać się z ogłoszonymi post-factum kryteriami?

    Cross country wydaje się odradzać. Pojawiają się wyścigi wyższej kategorii, trasy zaczynają znów być wymagające. Rośnie zainteresowanie zawodników, za nimi podążają rowerowe media. Jest szansa, że wkrótce znów wyrosną perspektywiczni zawodnicy. Należy pamiętać, że Włoszczowska, Dawidowicz, Szafraniec, Konwa czy Brzózka zaczynali swoją przygodę na Grand Prix MTB Lang Teamu, zanim jeszcze wyścigi te stały się karykaturą samych siebie.

    Co można zatem zrobić w takiej sytuacji? Np. przetestować system kryteriów przy okazji przyszłorocznych mistrzostw świata. Ogłosić je, dajmy na to w listopadzie a następnie konsekwentnie zrealizować. Można przy tym m.in. zastanowić się nad tym, czy warto zmuszać młodzieżowców do rywalizacji z elitą. A także nad wieloma innymi sprawami, ale myślę, że są tęższe głowy niż moja, które są w stanie podjąć odpowiednie decyzje :-)

    Ważne, by ta opcja, która zostanie wybrana była realizowana konsekwentnie i zgodnie z poszanowaniem jeśli nie prawa, to choćby dobrych obyczajów. Bo póki co właśnie tego ostatniego elementu zabrakło najbardziej.

  • 12 Wydarzeń 2011r. Zmiany w polskim MTB

    12 Wydarzeń 2011r. Zmiany w polskim MTB

    Zaczęło się koszmarnie, od wprowadzonego tylnymi drzwiami Pucharu Polski w maratonie. Później było tylko ciekawiej. Zmiana trenera kadry narodowej i  grupy CCC Polkowice. Burza w mediach a następnie medal Mai Włoszczowskiej w Champery. A na deser niemal rewolucja, czyli zapowiedź rewitalizacji zawodniczego xc.

    Nic nie zapowiadało tak wielkich zmian. Wyglądało raczej, że będzie nieciekawie. Grand Prix Lang Teamu niemal przestało istnieć. W ramach rekompensaty rozegrano firmowy wyścig Mai Włoszczowskiej w Jeleniej Górze. Choć bez wielkich gwiazd został nieźle wypromowany i zrelacjonowany. A to już krok naprzód. Maja i jej działalność to jednak głównie podwórko zagraniczne.

    Na naszym rodzimym zaczęło się od kwasu, czyli od pokątnego ogłoszenia Pucharu Polski w maratonie mtb w sytuacji w której sezon już trwał i nie wszyscy potencjalni zainteresowani mieli możliwość dostępu do informacji.Mimo tego, powrót Pucharu wraz z nagrodami finansowymi cieszył. Martwiło za to, że rozgrywany jest w ramach serii Skandia, której trasy mają opinię niewymagających. Jak się później okazało, Puchar w Maratonie był tylko przygrywką do zapowiedzi przywrócenia Pucharu Polski w cross country. To drugie wydarzenie, jeśli dojdzie do skutku, może przyczynić się do rewitalizacji kolarstwa górskiego w wydaniu stricte wyczynowym, stworzenia zaplecza dla kadry narodowej, zwiększenia szans na znalezienie nowych talentów itd.

    Pytanie, czy do planów odrodzenia xc na szerszą skalę niż dwie grupy zawodowe doszłoby, gdyby nie „Rozwód Roku„, czyli zakończenie współpracy Mai Włoszczowskiej z trenerem Andrzejem Piątkiem. Rozstanie to pociągnęło za sobą przebudowę grupy CCC Polkowice, zwolnienie Piątka z etatu trenera kadry w Polskim Związku Kolarskim i powołanie na jego miejsce Marka Galińskiego.

    Galiński wkrótce po przejęciu opieki nad Włoszczowską poprowadził ją do srebra na Mistrzostwach Świata w Champery, za to Piątek związał się z klubem ze Środy Wielkopolskiej (Torq Superior) gdzie wraz z nim zakotwiczyła Paula Gorycka. Szkoda tylko, że przy tych przetasowaniach, być może koniecznych dla uzdrowienia sytuacji w rodzimym mtb, padło wiele niestosownych wypowiedzi. Tu niestety największy minus należy się Włoszczowskiej, która z dnia na dzień zmieniła swoje publiczne zdanie o trenerze Piątku o 180 stopni.

    Mistrzostwa Polski w Maratonie MTB, Jelenia Góra 2011

    Maja Włoszczowska MTB Race Jelenia Góra

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB

  • Piętnastu dzielnych ludzi

    Piętnastu dzielnych ludzi

    Piętnastu mężczyzn w wieku 20-30 lat zostało sklasyfikowanych w „Top-5 Giga” serii MTB Marathon. Wynikałoby z tego, że tylu jest w kraju zawodników elity, którzy chcą lub mogą ścigać się górskich maratonach rowerowych. Mało? Dużo? W sam raz?

    Tymczasem na facebookowym profilu Bikemaratonu toczy się uroczy flejm w stylu sprzed niemal dekady. Poszło o frekwencję i o to kto ma dłuższego czyje maratony są lepsze. Czy te, które gromadzą na starcie więcej uczestników czy może te, które najbardziej zapadają w pamięć prowadząc trasę przez dzikie, leśne ostępy w mało znanych górskich rejonach. Jest też taka, którą oficjalnie wszyscy gardzą, bo jest do bólu komercyjna (a tak naprawdę zazdroszczą sukcesu) oraz taka, która może nie błyszczy w rankingach, ale za to ma relacje w telewizji.

    Będąc wewnątrz pewnej społeczności różnice, które oddzielają ją od otoczenia, stanowią o własnej tożsamości i wyjątkowości są dla zainteresowanych bardzo wyraźne. Tym bardziej, im bardziej samemu jest się zaangażowanym. Jeśli przez ostatnie dziesięć miesięcy ktoś wypruwał sobie żyły ciężko trenując, wydał przynajmniej kilka tysięcy złotych na dojazdy, noclegi i rekonstrukcję sprzętu a do tego spędził ten czas jeżdżąc na rowerze z po prostu fajnymi ludźmi, trudno odmówić prawa do pewnego rodzaju sentymentu. Sentymentu, nieco przygasającego, gdy spojrzeć na szkiełko z postrzępioną wstążką ozdobione przyklejoną na dwustronnej taśmie plastikową tabliczką, które bywa nagrodą za zajęcie premiowanego miejsca w niemal dowolnej serii imprez.

    A co, jeśli wyjść z grona krewnych i znajomych królika? Spojrzeć na maratony okiem zwykłego śmiertelnika? Mam znajomych, którzy regularnie odwiedzają krakowskie Błonia, gdy tylko jest tam jakaś rowerowa impreza. Kolega chce powspominać dawne czasy, zobaczyć, jak wyglądają współczesne rowery, przyglądnąć się zawodnikom. Jego partnerka dla odmiany traktuje to jako okazję do miłego spędzenia czasu i szansę na obserwację „ludzi z pasją”. Sama ma swoją, więc otoczenie różnego rodzaju freaków dobrze jej robi. Efekt? Nie widzą różnicy. Czy to Lang, Golonko, Grabek lub Zamana, wrażenia są te same. Jadą, jest ich dużo, nic się nie dzieje, wracają, wchodzą na dekoracje. Dziesiątki klasyfikacji, więc nie wiadomo, kto wygrał. Tak, brak kategorii open to spory problem. Dwudziestodziewięciolatek oddzielony w klasyfikacji od trzydziestojednolatka to absurd.

    Kolejna sprawa, to nieobecność gwiazd. Jeśli na starcie staje Maja Włoszczowska czy Marek Galiński, jest to traktowane w kategoriach wydarzenia. Często zresztą nasi kadrowicze maraton traktują towarzysko-treningowo. Trudno się dziwić, wszak to impreza masowa. Ale maratony nie kreują również swoich własnych bohaterów. Zarówno w top5 MTB Marathonu, czyli, docelowo najtrudniejszej a zatem najbardziej prestiżowej serii imprez, jak i w szerszej klasyfikacji tego cyklu a także na Bikemaratonie próżno szukać medalistów mistrzostw Polski. No dobrze, nadinterpretacją jest, że na maratonach ścigają się całkowici amatorzy. Ale nieliczna grupa zawodników – nazwijmy ich wyczynowymi –  rozpierzchła się po seriach, ligach, cyklach i edycjach. Jak zawsze najbardziej dotkliwe jest to dla kobiet, które chcąc się ścigać wkładają równie wiele pracy w przygotowania co mężczyźni a zdarza się, że nie są w stanie skompletować obsady na pełne podium. Więcej jest więc przygody, wyzwania, pasji niż sportu jako takiego.

    Zatem skoro są to imprezy dalekie od wyczynu, jak rozróżnić, która jest lepsza i ważniejsza? Argument „najbardziej prestiżowa seria maratonów, bo wjeżdża na górskie szczyty powyżej tysiąca metrów i oferuje prawdziwe mtb” trafia więc tylko do zainteresowanych. Jeśli gros startujących to i tak amatorzy a większość z nich nie aspiruje do bycia sportowcem wyczynowym (bo ich nie stać, bo nie mają czasu, bo mają inne priorytety a na rowerze zmęczyć się po prostu lubią), jaka jest różnica, czy wjadą na Śnieżnik czy na górkę pod Otwockiem? A w ogóle, to gdzie leży Śnieżnik? W tym kontekście wygrywa ten, kto zorganizuje imprezę bardziej masową, czyli z większą frekwencją.

    Rywalizację kolarzy górskich ogląda się fajnie. To niezły sposób na spędzenie dnia na świeżym powietrzu. Aby było co oglądać, potrzebna jest frekwencja nie mas a zawodników wyczynowych i ich wymierna, sportowa walka. Reaktywację Pucharu Polski w maratonie w ramach serii Skandia przyjąłem z cichym entuzjazmem. Bo choć przeprowadzona w najgorszym stylu Polskiego Związku Kolarskiego daje nikłą, ale jednak nadzieję, na odbudowę wyczynowego mtb na skalę szerszą niż kadra narodowa i Maja Włoszczowska. Do rozwoju pobudzają tylko silne i określone bodźce. Piknik, nawet zorganizowany na Evereście, wciąż będzie tylko piknikiem. Wyścig, nawet jeśli poprowadzony na osiedlu, będzie zawsze wyścigiem.