Tag: Polskie Kolarstwo

  • Czesław Lang – Zawodowiec

    Czesław Lang – Zawodowiec

    Historia utalentowanego, skutecznego sportowca i człowieka sukcesu. Medal igrzysk olimpijskich przekuty w pierwszy kontrakt zawodowego kolarza z bloku wschodniego, z którego z kolei wyrósł wyścig zaliczany do World Touru.

    Mam duży szacunek do Czesława Langa. Jasne, czasem pod adresem jego wyścigu napiszę kilka cierpkich słów, ale co do zasady nie tylko przyznaję mu rację, ale też cieszę się jego sukcesem. Lang bowiem zbudował najważniejsze, cykliczne wydarzenie sportowe w Polsce, ale też wiele razy pociągnął nasze kolarstwo ku lepszemu światu.

    Czy to jako pierwszy wyjeżdżając na „zachód” i przecierając szlaki dla swoich następców czy też wprowadzając kolarstwo zawodowe na nasze szosy, czy wreszcie, przez wiele lat budując i finansując kolarstwo górskie. Przy tym wszystkim, po raptem kilku okazjach do spotkania twarzą w twarzą, kojarzę go jako postać serdeczną i otwartą, co wcale nie jest takie oczywiste, gdy mówimy o ludziach sukcesu.

    Ale po kolei. „Zawodowiec” to autobiografia Czesława Langa, napisana przy pomocy Grzegorza Kalinowskiego. I chyba nie tylko jego, ale o tym za chwilę.

    Właściciela Lang Teamu, twórcę Tour de Pologne w zawodowym wydaniu i srebrnego medalistę Igrzysk Olimpijskich w Moskwie poznajemy chronologicznie, krok po kroku, zaczynając od korzeni na Kresach idąc, klasycznie, przez pierwszy rower, pierwszy wyścig, pierwszy klub, pierwszą grupę zawodową, pierwszy biznes a kończąc na dostatnim, choć aktywnym życiu człowieka w pełni wieku, zmieniającego nawyki żywieniowe swoje i swoich bliskich.

    https://www.instagram.com/p/BMJz4Bxh2yz/

    Kolarstwem pasjonuję się od wczesnego dzieciństwa. Byłem za mały, by kojarzyć nazwisko Lang, ale o Piaseckim słyszałem już dość sporo. Z zapartym tchem śledziłem schyłkową erę Wyścigu Pokoju, imprezy, bez której nie byłoby ani Piaseckiego, ani Langa ani „złotego wieku polskiego kolarstwa”.

    Spora, i najbardziej ciekawa, część autobiografii Czesława Langa to rodzaj przewodnika po polskim kolarstwie lat ’60, ”70 i ’80 XXw. Tekst co chwilę przerywany jest krótkimi notkami biograficznymi największych gwiazd peletonu tamtych czasów, które co kilka stron dodają kilka słów od siebie, uzupełniając wspomnienia naszego bohatera i dodając im nieco swojej perspektywy.

    Dostajemy więc w ten sposób ciekawe kompendium, cenne zwłaszcza dla zaczynających się interesować kolarstwem, lub po prostu młodszych fanów. Choć wiele, jeśli nie większość anegdot i historii można było gdzieś wcześniej przeczytać i usłyszeć, ponieważ pochodzą z „ery przedinternetowej” i nie są zaindeksowane przez Google, uwiecznienie ich w takiej formie to dobry pomysł.

    Przybliżenie realiów sportu w PRLu, zarówno amatorskiego, na poziomie szkolnym i klubowym jak i później, kadry narodowej, będzie dla wielu szokiem i niezwykłą lekcją. Tym bardziej, że Lang prezentuje wspomnienia ze stoickim spokojem, nie żaląc się ani też nie gloryfikując przeszłości. Podobnie prezentuje swoją przygodę z wyjazdem na „Zachód”, zmianą realiów, stylu życia i warunków uprawiania sportu.

    Być może niektórych czytelników może nieco zmęczyć wymienianie kolejnych wyników osiąganych przez naszego bohatera, mnie przy tej okazji nasunęła się pewna, dość istotna refleksja. Lang był znakomitym kolarzem, ale jednym z wielu. O zawodnikach, którzy od czasu do czasu wygrają etap w wyścigu World Touru czy imprezie klasy .HC często zapominamy, skupiając się na bohaterach wielkich tourów czy „monumentów”. Tymczasem tacy jak Lang to, realnie rzecz ujmując, światowy top, creme de la creme tego sportu i każde zwycięstwo na tym poziomie jest niezmiernie cenne. Jeśli ktoś jest ich w stanie zgromadzić kilka, jest postacią wybitną.

    Później jest niestety gorzej, ponieważ przechodzimy do ery, w której Czesław Lang staje się właścicielem Tour de Pologne. O ile wspomnienia z dzieciństwa czy kariery sportowej mają pewien rys osobisty, o tyle etap życia związany z prowadzeniem firmy – wyścigu ma bardziej charakter kroniki. Niewiele jest kulisów organizacji, mechanizmów decydujących o tym, że nasz narodowy wyścig wygląda tak, jak wygląda. To ciągle ta sama, nieco już zgrana historia „kolarskiej ligi mistrzów”, którą co roku serwuje nam biuro prasowe Lang Teamu i przetwarza większość zaangażowanych we współpracę z Tour de Pologne mediów.

    Ta część wygląda raczej, jakby bardziej niż sam Lang, przy jej tworzeniu pracował rzecznik prasowy czy też dział marketingu. A szkoda, bo mimo wszystko właśnie ta sfera najbardziej mnie intryguje, biorąc pod uwagę niewątpliwy sukces i konsekwencję, z jaką budowany jest TdP i jego marka. Cóż, może uda mi się kiedyś o tym z Czesławem Langiem po prostu porozmawiać.

    Na koniec dostajemy krótki obraz Langa jako osoby prywatnej. Życie człowieka sukcesu, spełnionego lecz wciąż aktywnego, nawet, jeśli nie pozbawione problemów osobistych czy zdrowotnych prezentuje się imponująco. I choć pewnie zasługuje na książkę ciekawszą, bardziej porywającą, wierzę, że tak jak ze swoich dokonań: sportowych, biznesowych i osobistych Lang jest z niej zadowolony.

    Bo jeśli czegoś nas uczy, to po pierwsze, by ciężko pracować na swój sukces a po drugie, co jest często trudniejsze, gdy już przyjdzie, samemu przed sobą go docenić.

    Czesław Lang, Zawodowiec
    Wydawnictwo Akurat 2016
    320 stron
    Ebooka oraz wydanie papierowe można kupić od 25zł

  • Dwie strony medali

    Dwie strony medali

    By ekscytować się mistrzostwami Europy w kolarstwie torowym, trzeba być nie lada koneserem tego sportu. By równocześnie nie doceniać zdobytych tam przez Polaków medali, trzeba wykazać się pewną dozą ignorancji.

    Sukces w Saint-Quentin-en-Yvelines

    Torowe Mistrzostwa Europy rozegrano w tym roku w drugiej połowie października we Francji. Dla wielu zawodników były one rozgrzewką przed rozpoczynającym się sezonem torowym: Pucharem Świata czy popularnym ?sześciodniówkami?.

    Polska reprezentacja przywiozła z nich pięć medali: złoty drużyny sprinterów, trzy srebrne: Adriana Teklińskiego w scratchu, Justyny Kaczkowskiej na 3km oraz drużyny kobiet na 4km a także brązowy Katarzyny Pawłowskiej w wyścigu punktowym.

    W klasyfikacji medalowej dało nam to 9. miejsce. Zamiana jednego srebra na złoto spowodowałaby awans na miejsce 5.

    Krótko mówiąc sukces. Tyle, że?

    W tym roku liczyły się Igrzyska

    I w zasadzie tylko Igrzyska. To w Rio de Janeiro bito rekordy świata, to w Rio kolarze i kolarki przechodzili do historii. Dla reprezentacji Polski start w Brazylii był średnio udany. Nie tylko nie obyło się bez kontrowersji (sprawa startu Małgorzaty Wojtyry w omnium, nerwowy finał keirinu, wykluczenie drużyny kobiet i emocjonalny post na blogu Katarzyny Pawłowskiej), to jeszcze sportowo nasi torowcy wypadli poniżej oczekiwań.

    Owszem, porównując dane historyczne spisali się nieźle, ale do Rio pojechali zbierać punkty lub nawet medale niezbędne Polskiemu Związkowi Kolarskiemu i naszemu kolarstwu jako takiemu by zapewnić wysoki poziom finansowania dyscypliny z Ministerstwa Sportu i Turystyki.

    Paradoksalnie dwa medale dla kolarstwa, czyli 18% wszystkich medali zdobytych przez Polaków w Rio przywieźli szosowiec Rafał Majka i kolarka górska, Maja Włoszczowska. Do tego Maciej Bodnar i Katarzyna Niewiadoma dołożyli dwa szóste miejsca na szosie. Ten wynik z torowców wyrównał tylko Damian Zieliński w keirnie.

    Biorąc pod uwagę nacisk, jaki PZKol kładzie na tor: zarówno komunikacyjnie, emocjonalnie czy (co najważniejsze) finansowo, zdecydowanie coś poszło nie tak. Tym bardziej, że zarówno sprinterzy jak i drużyna kobiet byli szybsi na jesiennych ME niż na ?najważniejszym starcie czterolecia?.

    Przypomina się casus polskich lekkoatletów, którzy zmietli konkurencję podczas tegorocznych mistrzostw Europy a na Igrzyskach nie zawiedli tylko przedstawiciele rzutów.

    ME to nie jest ogórek

    By wystartować w mistrzostwach kontynentu, trzeba być w ścisłej czołówce swojego kraju w swojej dyscyplinie. By zakwalifikować się tam do finału, trzeba być znakomitym sportowcem. By wygrać medal, wybitnym.

    Nawet, jeśli część największych gwiazd jest po sezonie, zakończyło karierę po Igrzyskach, zbiera siły lub też zalicza obowiązkowe tourne po krajowych i światowych mediach.

    Nazwijmy sprawę po imieniu: bez względu na to, czy to judo, biegi na średnim dystansie, kolarstwo torowe lub zaklinanie robaków, na imprezy mistrzowskie jeździ elita. Jasne, czasem, jak w tym roku na ME, swoją szansę mogą dostać młodsi lub mniej utytułowani zawodnicy, ale podium mistrzostw kontynentu nie czeka na ludzi z ulicy.

    Co więcej, jak słusznie zauważył Tomasz Jaroński, nasza kadra była młoda, dzięki czemu można śmiało powiedzieć, że nawet przy nie najlepszej obsadzie ME jako takich, mamy solidne ?zaplecze? dla Olimpijczyków.

    Ze swojej strony dodam też, że doświadczenie zwycięstwa jest cennym elementem budowania kariery przyszłego mistrza tak samo jak dla ciągłości szkolenia jako takiego. Nawet, jeśli dla części medalistów podium ME to szczyt możliwości, to jest to osiągnięcie dostępne dla nielicznych, pokazuje cel, do którego można dążyć i traktować jako element budowania sportowej kariery.

    Skąd zatem niechęć do toru

    Cóż, kolarstwo torowe to sport elitarny. Obiektów jest niewiele, sprzęt drogi, możliwości doświadczenia przez amatorów i pasjonatów niewiele.

    W naszych realiach proporcje między popularnością i powszechnością poszczególnych konkurencji a zaangażowaniem ze strony Polskiego Związku Kolarskiego są niewątpliwie zaburzone.

    Z jednej strony przyczyną jest Ustawa o Sporcie i realia finansowania dyscyplin związane z wynikami na Igrzyskach Olimpijskich. Dziesięć kompletów medali czeka na torowców podczas IO. Na szosie są 4, w mtb tylko 2.

    Równocześnie Związek został niemal dekadę temu obarczony prezentem-pomnikiem jednego z poprzednich prezesów, czyli obiektem w Pruszkowie.

    Połączenie tych dwóch elementów powoduje, że głupio byłoby nie inwestować w tor i torowców. Tym bardziej, że ze względu na charakter dyscypliny w tym wypadku łatwo wskazać ojca, lub ojców sukcesu.

    O ile medale Włoszczowskiej i Majki czy inne sukcesy na szosie to dzieło zawodowców, częściowo lub niemal całkowicie niezależne od Związku, o tyle w wynikach torowców, w tym medalach ME, udział ?centrali? jest wyraźnie większy.

    Oczywiście szkoda, że pozostałe konkurencje kolarskie, w tym te nieolimpijskie, nie mają takiego wsparcia jak tor. Związek, choć mógłby, de facto nie angażuje się w organizację innych imprez niż torowe. Gros budżetu przeznaczany jest na kadrę i sprzęt torowców w sytuacji, gdy zawodnicy i organizatorzy mtb lub cyclocrossu funkcjonują w zupełnie innych realiach.

    Tyle tylko, że sami kolarze nie są temu winni. Zatem, gratulacje dla naszych medalistów i powodzenia na Pucharze Świata!

    Zdjęcie okładkowe: ICMA Photos, CC BY SA 2.0, flickr

  • Loverove 14.10.2016

    Loverove 14.10.2016

    Dobre newsy z Kataru, dobre newsy z UCI i dobra galeria dla fanów stylu Vintage. Piątkowe loverove, specjalnie dla Was:

    1. Pierwszoroczny orlik a już ma „Top10” mistrzostw świata!

    Alan Banaszek świetnie spisał się w wyścigu ze startu wspólnego i może sobie wpisać do portfolio 10. miejsce na mistrzostwach świata. W zawodach młodzieżowców o tęczową koszulkę zawodnicy walczyli na finiszu z dużej grupy. Płaska trasa, mimo wiatru i zakrętów okazała się być niezbyt selektywna i mimo upału i dystansu 167km w stronę mety zmierzał sporych rozmiarów peleton.

    Pracę kolegów z drużyny skutecznie wykończył Norweg, Kristoffer Halvorsen. Banaszek (rocznik 1997), który w tym roku wszedł do kategorii U23 jechał czujnie i był w stanie zafiniszować w top10.

    Trzecią lokatę, tuż za Niemcem Pascalem Ackermannemn zdobył, pochodzący z Polski, ale od dzieciństwa mieszkający we Włoszech, Jakub Mareczko.

    Skrót wyścigu możecie zobaczyć poniżej. Przychodzi na myśl, że być może nie ma sobie co zaprzątać niedzieli wyścigiem elity, tylko włączyć relację tuż przed finiszem. No ale może się mylę ;)

    2. Hamulce tarczowe wracają na szosę

    Niczym „Moda na Sukces”, telenowela „Moda na Hamulce Tarczowe” ma swoją kolejną część. W tym momencie decyzja UCI jest następująca:

    Od 1. stycznia w wyścigach zawodowców takie hamulce będą dopuszczone pod warunkiem, że tarcze zostaną pozbawione ostrych krawędzi. Te mają być zaokrąglone czy też fazowane, w każdym razie nie mogą mieć 90 stopni. UCI nadal uważa to rozwiązanie za test, jego wyniki mają być monitorowane co miesiąc. Ale nie oszukujmy się, przy takiej presji ze strony przemysłu rowerowego, od tej decyzji nie ma odwrotu.

    3. Retro galeria z mistrzostw świata

    Czyli ci wspaniali mężczyźni na swoich stalowych rowerach. Kiedyś to była jazda, kiedyś to był styl! Zobaczcie mistrzów z lt ’70, ’80 i ’90 XXw.

  • Gdzie są te epickie* wyścigi

    Gdzie są te epickie* wyścigi

    Przełaj Trzech Szczytów, Tro Bro Leon, Leadville 100, Strade Bianche, Schaal Sels? Ściganie na rowerach przestaje być już atrakcyjne. By wyścig zyskał rozgłos i stał się wydarzeniem, na które czekamy, musi mieć w sobie ?to coś?. W naszym kalendarzu takich imprez nie ma. Lub jest bardzo niewiele.

    Poziom zblazowania współczesnych społeczeństw żyjących w tej bogatszej części świata sięga zenitu. Chcemy więcej, mocniej, dotychczasowe bodźce przestają nam wystarczać. Cóż, takie czasy.

    W poszukiwaniu nowych doznań do sportu garnie się więcej i więcej chętnych. By zgromadzić większą grupę widzów, tradycyjne imprezy zmierzają w stronę ekstremy.

    Dla amatorów organizowane są biegi, gdzie chętni, poza wysiłkiem, na drodze do mety są mrożeni, rażeni prądem i zanurzani w błocie. Zawodowcom zwiększa się dystanse, prowadzi ich w miejsca dotychczas zarezerwowane tylko dla partnerów Red Bulla.

    Same wyścigi kolarskie również idą w stronę ekstremy. Na fali tęsknoty i mody na ?vintage? w kalendarzu pojawiają się kolejne imprezy, w czasie których szosowców zrzuca się z asfaltu. To już nie tylko bruki Flandrii i Paryż-Roubaix. To toskańskie szutry ?białych dróg?, polne dukty w Bretanii lub jazda ?po czym popadnie? na trasie Schaal Sels.

    Gdy spojrzymy na mtb, trzeba przede wszystkim powiedzieć o ekstremalizacji cross country. Panie i panowie odziani w cienką lycrę zmuszani są do skakania z dropów, walki na rock gardenach, zjazdów po schodach z bali i bóg jeden wie do czego jeszcze. Poziomu trudności tras niektórych XC nie powstydziłby się downhill sprzed kilku sezonów a i obecnie kłopoty mieliby na nich uczestnicy imprez enduro.

    Choć wydaje się, że jazda na ?góralu? dostarcza dość doznań sama w sobie, mtb wciąż cierpi na niedostatki popularności. Stąd też branża szuka nowych pomysłów, wprowadzając na rynek nowe typy sprzętu, co daje użytkownikom dostęp do nowych bodźców.

    Zatem teraz rzućmy okiem na nasze podwórko. Czy w polskim kolarstwie mamy jakieś wydarzenia, które powodują żywsze bicie serca? Czy mamy jakieś zawody, które są inne niż wszystkie i powodują, że czekamy na nie cały rok a opowiadając o nich kolegom z pracy wzbudzamy szczere zainteresowanie?

    Cóż? jeśli się przyjrzeć bliżej kalendarzowi, śmiało mogę wytypować tylko jeden taki wyścig. Jest nim podjazd na Śnieżkę. Organizowany od 26 lat, prowadzący w miejsce na co dzień niedostępne dla rowerzystów, drugi, najwyższy szczyt w kraju nie licząc Tatr. Nawet, jeśli zwycięzca wspina się na Śnieżkę w mniej niż 50 minut, jest to niewątpliwie ?coś?.

    Oczywiście trudno nie wymienić Tour de Pologne. To jedyny wyścig World Touru na północ od Alp i na wschód od dawnej granicy RFN. Impreza Czesława Langa od kilku sezonów ma w miarę stały układ, który jej niewątpliwie służy. Gliczarów nazywany ?Ścianą Bukovina? nie będzie pewnie nigdy Mur de Huy lub choćby Jaizkibel, ale ma potencjał, podobnie jak czasówka ulicami krakowskiego starego miasta. Do tego, by zwróciły uwagę światowych mediów jest im niestety daleko.

    Reszta wyścigów szosowych w kraju to, jakby to powiedzieć, po prostu wyścigi. Czasem na lepszym, czasem na gorszym poziomie sportowym, ale trudno powiedzieć o nich coś więcej, niż to kto wygrał. O ile oczywiście kogoś to interesuje.

    Spójrzmy jeszcze na scenę amatorską. Niemal przez cały rok tysiące kolarzy przemierzają kraj, jeżdżąc z wyścigu na wyścig. Zbierają punkty, walczą o pucharki, reprezentują barwy sponsorów lub grup koleżeńskich. Szosa, mtb, zimą przełaje. Jest co jeździć.

    Porównajmy to jednak z „bliską zagranicą”. Słowacy mają choćby swojego ?Horala?. Maraton mtb liczący 133km i 4900m przewyższenia. Trasa prowadzi przez Kralovą Holę, jeden z dwóch ?świętych? szczytów w tym kraju. Z kolei Czesi mogą pochwalić się imprezami takimi jak Rallye Sudety, gdzie właściwy dystans ma 113km i prawie 4000m w pionie. Poza samymi wartościami bezwzględnymi warto dodać okoliczności przyrody: tłem jest ?Skalne miasto?, cel wycieczek reklamowanych w biurach podróży w całej Polsce. To solidne imprezy z wieloletnią tradycją, dla wielu tamtejszych zawodników „must do” każdego sezonu.

    Czy u nas są takie wyścigi? Czy układając swój kalendarz startów wpisujecie do niego wydarzenia będące poza zestawem klubowo-towarzyskich zobowiązań, na tyle atrakcyjne, by poświęcić dla nich część sezonu?

    Patrząc na minione pół roku, z przyjemnością stwierdzam, że uniknąłem rutyny. Było fajnie. Ciekawie. Momentami w miarę ekscytująco. Nawet, jeśli nie wszystko poszło tak jak miało pójść a wyników trochę brakuje, czego doświadczyłem, to moje.

    Tyle tylko, że mimo blisko dwudziestu startów trudno mi wskazać imprezę, która mogłaby wzbudzić błysk w oku np. kolegów i koleżanki w biurze. Cóż, jeżdżę sobie na tym rowerze. Znajomi też jeżdżą. Ba, niektórzy z nich to zawodowcy. Ale w sumie to nuda, panie. Nudaaaa.

     

     

    *Tak, wiem, ?epicki? to zły neosemantyzm i błąd. Ale pasuje ;)

    Zdjęcie okładkowe: Strade Bianche, fot. ANSA/CLAUDIO PERI, materiały prasowe RCS

  • Maciej Jeziorski: Żeby iść w górę, trzeba się poświęcić nie mniej niż w 100%

    Maciej Jeziorski: Żeby iść w górę, trzeba się poświęcić nie mniej niż w 100%

    Zwycięzca Pucharu Polski XCO. Akademicki Mistrz Polski XCO. Po finale Pucharu Szlaku Solnego w Rabce znalazł chwilę, by porozmawiać o tym, jak wygląda ściganie na rowerze górskim z perspektywy jednego z najlepszych zawodników mtb w kraju.

    Marek Tyniec: Kto jest najlepszym kolarzem górskim w Polsce?

    Maciej Jeziorski: Ciekawe pytanie? myślę, że Marek Konwa lub Bartek Wawak

    Bo? ?

    Bo są najszybsi!

    A gdzie są najszybsi?

    Na zawodach w Polsce. Na mistrzostwach Polski. Tyle, że Marek miał teraz kontuzję, więc ciężko powiedzieć, kto jest mocniejszy. W tej chwili pewnie Bartek Wawak, ale w przyszłym sezonie może być różnie.

    A zwycięzca Pucharu Polski jest w porównaniu z nimi gdzie?

    Zwycięzca Pucharu Polski, czyli ja (śmiech). Nie czuję się najmocniejszym kolarzem mtb, bo w Pucharze liczy się generalka, chodzi o regularność startów w danym cyklu. Akurat faktycznie nastawiałem się na tę serię, tam jeździłem i wygrałem. Zresztą o jeden punkt z Filipem Heltą, czyli z młodzieżowcem i to właśnie przede wszystkim orlicy mi deptali po piętach, jak Marceli Bogusławski, Filip czy Kuba Zamroźniak. Marek Konwa miał kontuzję, Bartek Wawak raczej takich wyścigów w Polsce nie jeździł, bardziej Puchary Świata i inne zagraniczne, konkretniejsze ściganie.

    maciek-jeziorski-02

    Właśnie, mamy Puchar Polski i to jest jakaś decyzja, deklaracja zawodnika, chęć, że tam jeździ. Jaka była twoja motywacja, żeby wybrać PP jako jeden z celów sezonu?

    Jakby ten Puchar Polski nie wyglądał, to jest najważniejszy cykl imprez xc w kraju. Ściganie na każdej eliminacji było dobre i ciekawe. Oczywiście myśląc o przyszłym sezonie chciałbym więcej się ścigać za granicą, ale czy to się uda, to zobaczymy. Wiadomo, że do rozwoju, żeby iść dalej, a chciałbym, potrzeba konkretniejszego ścigania.

    Skoro już wspomniałeś o rozwoju, jak myślisz, gdzie jest limit twoich możliwości. Chciałbyś np. jeździć na mistrzostwa świata, startować w Pucharze Świata?

    Tak, moje ambicje sięgają wysoko. Chciałbym się rozwijać. Po tym sezonie widzę, że cały czas mogę robić progres. Ten sezon był dobry, miałem najlepszą formę i na wyścigach i na treningach w porównaniu do poprzednich lat.
    Motywacja jest i liczę na to, że w przyszłym sezonie będę miał takie warunki, aby częściej startować w międzynarodowych wyścigach z rangą UCI.

    maciek-jeziorski-06

    Mówiąc o ?warunkach?… Dla wielu osób bycie członkiem ?Factory Teamu? sugeruje wysoki poziom zaangażowania to na pewno, ale może oznaczać jakiś rodzaj zawodowstwa. Ty jesteś kolarzem ?zawodowym?, ?wyczynowym?? Jak byś siebie określił?

    Zależy jak zdefiniujemy kolarza zawodowego. Jeśli miałbym traktować kolarstwo jako swój zawód, utrzymywać się z tego w 100% i być samodzielnym, to jeszcze nie jest to mój zawód.

    A chciałbyś, żeby tak było?

    Oczywiście, chciałbym. Chociaż jestem świadomy, że ograniczanie się do jazdy na rowerze, to słaby pomysł, bo to się może w każdej chwili skończyć. Wystarczy jakaś kontuzja i po zabawie. Ale tak jak w tym sezonie z warunków, które dostałem w Romet Racing Team jestem zadowolony i jestem za nie wdzięczny.

    maciek-jeziorski-04

    W tym roku ostatni raz startowałeś jeszcze jako student?

    W trakcie sezonu nie znalazłem czasu na napisanie pracy magisterskiej, obecnie czekam na decyzję, czy mogę się bronić w grudniu, więc myślę, że wtedy skończę studia i? zobaczymy co dalej.

    Właśnie, bo bardzo często jest tak, zwłaszcza w Polsce, że zawodnicy mają 23 czy 25 lat i są bardzo zaangażowani w sport, póki są na studiach a potem to jest różnie. Jak planujesz to rozegrać w najbliższym czasie?

    Nie ukrywam, że chciałbym może pójść jeszcze na jakieś studia (śmiech). W sensie podyplomowe, może coś o żywieniu, co mnie interesuje. Oczywiście to jest wszystko związane z finansami. Od zawsze rodzice byli zaangażowani i mnie wspierali w uprawianiu kolarstwa i miałem dzięki temu warunki.

    Nie ma co ukrywać, często jazda się kończy, kiedy trzeba wybrać między trenowaniem i sytuacją, kiedy trzeba zacząć pracować, bo rodzice mówią, że ile możesz sobie pedałować i nic nie robić innego. Na razie nikt mi tak nie mówi, więc jeżdżę na rowerze. Zwłaszcza, że z pomocą firmy Romet jestem w stanie sfinansować taki sezon.

    Zobaczę co będzie, ale plany mam takie, że zamierzam dalej się ścigać i zbytnio się nie przejmować przyszłością. A nawet, jeśli nie takie w 100% profesjonalne ściganie, na zasadzie tylko trenowanie i ściganie, żeby z tego żyć, to na pewno myślę, że coś wokół, związanego ze sportem. Nie wyobrażam sobie, żebym poszedł w jakąś inną stronę i siedział osiem godzin przed komputerem.

    maciek-jeziorski-05

    Czyli można powiedzieć, że jesteś ?kolarzem wyczynowym??

    Nie wiem, jaka jest definicja kolarza wyczynowego, ale jeśli byśmy definiowali to poprzez zaangażowanie i nastawienie, to jak najbardziej staram się podchodzić do wszystkiego w 100% profesjonalnie i przygotowywać się jak najlepiej potrafię. Studiując mogłem to pogodzić, miałem indywidualny tok studiów na Akademii Wychowania Fizycznego, więc w miarę to było ?do ugadania? i do pogodzenia.

    Takie profesjonalne podejście angażuje w 100%. Dużo osób się mnie pyta ?Jezior, co ty innego robisz. Co ty w ogóle robisz w domu poza tym, że pójdziesz na trening?. Ale wiele osób też nie do końca rozumie, że gdy trenujesz i masz zrobić np. dwa treningi dziennie, to pomiędzy nie można za wiele rzeczy zrobić, bo trzeba odpocząć między treningami, coś zjeść, napisać coś na bloga, wstawić coś na fejsa i tak dalej. I ten czas leci. O, komentarz postartowy napisać. Także to wszystko jest dosyć angażujące.

    Jesteś jednym z nielicznych zawodników, którzy od dość długiego czasu i, co ważne, regularnie, dzielą się tym, co robią. Budujesz swój wizerunek prowadząc bloga, dostarczając komentarze a nie wszyscy tak robią. Rozumiem, że traktujesz to jako istotny element całego tego? bałaganu.

    Zdecydowanie tak. Tutaj jestem wdzięczny, gdy z Adamem Starzyńskim, z moim trenerem zacząłem współpracę i w zeszłym sezonie jeździłem w barwach jego firmy trenerskiej, Adam starał się mi wytłumaczyć, że to też jest ważna kwestia.

    W tym całym ?bałaganie? nie chodzi tylko o zrobienie wyniku. Ten wynik trzeba też jakoś pokazać, sprzedać, bo sam suchy wynik nic tak naprawdę nie wnosi. I rzeczywiście z czasem to zrozumiałem, niedawno, od maja, prowadzę też fanpage na facebooku i nawet mi się to podoba. Tu przy okazji chciałem podziękować koleżance ? Agnieszce Torbie, która mnie wręcz trochę zmusiła do założenia tego fp i pomoga w jego prowadzeniu.

    Jakby się nad tym zastanowić, sportowcy często mają jakiś żal, że na sporcie nie zarabiają, że nic o nich nikt nie pisze, że ciężko się z tego utrzymać. Tylko właśnie trzeba zrozumieć to, że same wyniki niewiele wnoszą. Trzeba to sprzedawać, pokazywać, jakoś się z tym promować. Oprócz trenowania i robienia wyników, trzeba jeszcze trochę popracować nad wizerunkiem. Choćby w internecie. Tyle, że to wszystko oczywiście wymaga czasu. Jest kwestia, czy ktoś chce na to poświęcać czas i czy mu zależy.

    Ja się staram to robić, w miarę regularnie i mnie to całkiem nawet bawi. Co prawda nienawidzę siedzieć przy komputerze, ale takie mamy teraz czasy, że trzeba trochę przed tym komputerem czasu spędzić i coś popisać.

    Zawsze możesz spróbować zrobić relację na snapchacie z wyścigu, tego chyba jeszcze nikt nie robił.

    No tak, instagrama i snapchata jeszcze nie mam, muszę zainwestować w lepszy telefon, bo w tym, który mam kończy się pamięć. Ale myślę, że to jeszcze przede mną. Tak jak mówię, to wszystko mi się podoba, zobaczymy co będzie dalej, ale myślę, że powinno być ok.

    maciek-jeziorski-07

    A wyścigi takie jak te, czyli Puchar Szlaku Solnego czy Puchar Mazowsza. To są ogórki? Czy to nie są ogórki? Bo w zasadzie was (elity) tutaj jeździ bardzo niewielu, ale z tymi, z którymi się ścigasz o zwycięstwo rywalizujesz też na Pucharze Polski.

    ?Ogórek? to może trochę obraźliwe określenie dla np. organiztora czy reszty uczestników. Taka lokalna impreza, gdzie rzeczywiście przyjeżdża mniej osób, ale tak jak dzisiaj na przykład… Ilu nas było? Siedmiu w elicie, ale był Kuba Zamroźniak, czyli człowiek z czołówki Polski. I ściganie było przez cały wyścig, ganialiśmy się i wreszcie przyjechałem drugi.

    Patrząc na wyniki, na sześć osób drugi, szału nie ma, prawda? Ale ściganie jest fajne. I akurat też różne, inne czynniki wpłynęły, że przyjechałem na Puchar Szlaku Solnego. A jeszcze inna sprawa, że lubię po prostu być w górach. A tutaj też jest zawsze coś do wygrania, tak się też złożyło, że mogłem powalczyć w generalce.

    Oczywiście to jest koniec sezonu, więc takie wyścigi mają nieco mniejsze znaczenie, ale też takie starty są ważne pod kątem treningowym, można je pojechać na większym zmęczeniu, nie przejmując się wynikiem.

    Wiadomo, że chciałbym się więcej ścigać za granicą, ale do tego też się trzeba odpowiednio przygotować i nastawić.

    A jak myślisz, co trzeba, żebyś np. na wyścigach UCI w krajach ościennych przyjeżdżał w pierwszej piątce, albo na Pucharze Świata w pierwszej trzydziestce? To jest w twoim zasięgu? Albo szerzej, czy w ogóle któryś z polskich zawodników może robić takie wyniki? Bo żeby być w top30 Pucharu Świata, oczywiście trzeba być prze koniem, ale są jeszcze inne czynniki, jak np. start niekoniecznie z samego końca.

    Na przykład? Tak, ta kwestia jeśli chodzi o punkty UCI, dobrze byłoby, gdyby więcej możliwości ich zdobywania było w Polsce. W tym sezonie mieliśmy dwa takie wyścigi XC, no to nie jest dużo, jeśli spojrzeć na inne kraje, choćby Czechy. Tam takich możliwości jest więcej.

    A jeżeli chodzi o moją osobę i o ?trzydziestkę? Pucharu Świata, co by trzeba było? Cóż…ciężko powiedzieć… Przy skupieniu się wyłącznie na trenowaniu, odpoczynku i startach, to może jest to do zrobienia.

    Ja jestem dobrej myśli, że mógłbym kiedyś jeździć jeszcze szybciej. Nie wiem, czy dużo szybciej, ale to trzeba potrenować i za dwa, trzy lata zobaczyć, czy dalej jeszcze mogę iść w górę. Oczywiście każdy organizm ma jakiś swój limit, którego się nie przeskoczy, gdzieś to jest zapisane w naszych genach. Gdzie ja mam ten limit? Ciężko powiedzieć. Szczerze mówiąc już dwa lata temu myślałem, gdy mniejsze były progresy, że coś już ?jest słabo?, ale od kiedy zacząłem trenować z Adamem (Starzyńskim), jeszcze bardziej staram się do tego wszystkiego przykładać. I widzę, że to jednak idzie do góry. Tylko, że faktycznie tu już trzeba się poświęcić w 100%. Nie mniej, tylko 100%, żeby iść w górę. I trzeba mieć do tego warunki.

    O kolejnych dokonaniach ?Jeziora? możecie czytać na jego blogu: http://maciekjeziorski.blogspot.com/
    Polubcie też jego facebookowy fanpage: https://www.facebook.com/maciejjeziorjeziorski/

    Zdjęcia z archiwum zawodnika, autorstwa Zbigniewa Świderskiego

  • Polskie kolarstwo w Rio. I po Rio.

    Polskie kolarstwo w Rio. I po Rio.

    Sportowo? Świetnie! Wizerunkowo? Kiepsko. Dwa medale, trzy szóste miejsca a do tego sporo wpadek w mediach. Co nam zostaje po Igrzyskach w Rio: radość czy niesmak?

    Rewelacyjni szosowcy

    Rafał Majka przy wsparciu Michała Kwiatkowskiego, Macieja Bodnara i Michała Gołasia najpierw był tam, gdzie trzeba, następnie przejął inicjatywę, cudem uniknął groźnego upadku, był o włos o złota by skończyć olimpijski wyścig ze startu wspólnego z brązowym medalem.

    Tak dobrze nie było od czasów głębokiej zimnej wojny i srebra Czesława Langa w Moskwie w 1980r. Majka po dobrze przejechanym Giro d?Italia, po wywalczeniu koszulki w grochy na Tour de France pojechał na Igrzyska z zamiarem walki o medal. Trasa preferująca ?górali? dała co prawda wygraną specjaliście klasyków, ale ważny jest styl, w jakim Polak znalazł się w sytuacji medalowej. Był tam gdzie trzeba i kiedy trzeba. W kluczowym momencie rozpędzony przez Michała Kwiatkowskiego kontrolował atak Henao i Nibalego a gdy ci ?wykruszyli się? na zjazdach, miał już otwartą drogę do podium.

    Tak jak w Ponferradzie, gdy Polacy w decydujących chwilach wyścigu nadawali ton rywalizacji, tak i w Rio cały zespół pojechał koncertowo a lider należycie wykończył pracę kolegów. Kolejny raz Piotr Wadecki tak poprowadził zawodników jeżdżących na co dzień w różnych grupach zawodowych, by na koniec dnia cieszyć się sukcesem. Przypomina to trochę rolę, jaką dla kadry Włoch odgrywał Franco Ballerini, którego kolarze czterokrotnie wygrywali mistrzostwo świata i raz igrzyska olimpijskie.

    Dzień po Rafale Majce do boju ruszyła Katarzyna Niewiadoma wspierana przez Małgorzatę Jasińską i Annę Plichtę. Scenariusz wyścigu kobiet był podobny do rywalizacji mężczyzn. W roli Majki dościgniętego tuż przed metą wystąpiła Mara Abott, natomiast, co dla nas ważne, Niewiadoma finiszowała w grupie pościgowej i zajęła świetne, szóste miejsce.

    W jeździe na czas paniom nie poszło już tak dobrze, natomiast wynik życia osiągnął Maciej Bodnar, który na nie do końca pasującej mu trasie zajął szóste miejsce w stawce najmocniejszych specjalistów świata. Do medalu zabrakło mu 48 sekund, czyli mniej niż trzeciemu w klasyfikacji, Chrisowi Froome?owi do złota.

    Rzutem na taśmę dobrze na torze

    Następnie przyszła pora na tor. To odmiana kolarstwa, która przynosi najwięcej szans medalowych i jako taka jest faworyzowana przez Polski Związek Kolarski. W Rio byliśmy reprezentowani w pięciu na dziesięć możliwych konkurencji, trzech męskich (sprint indywidualny i drużynowy oraz keirin) oraz dwóch kobiecych (wyścig drużynowy na 4000m oraz omnium).

    Ważnym aspektem torowej rywalizacji na Igrzyskach jest proces kwalifikacji. Często trudniej dostać się na IO niż uzyskać wynik na samej imprezie docelowej. Patrząc na uzyskiwane przez Polaków rezultaty wiele wskazuje na to, że spora część posiadanej energii poszła właśnie na kwalifikacje. Zarówno sprinterzy jak i drużyna kobiet jeździli porównywalnie z mistrzostwami świata w Londynie a w Rio, by liczyć się w walce o medale trzeba było pobijać rekordy życiowe, co często oznaczało rekordy olimpijskie lub rekordy globu.

    Rzutem na taśmę kadrę torowców rozliczył startujący w keirinie Damian Zieliński, który awansował do finału. Po powtarzanym dwa razy starcie zajął szóste miejsce, co jest wynikiem więcej niż przyzwoitym. Olimpijski finał to zawsze olimpijski finał i przedstawiciele wielu innych dyscyplin mogą go zazdrościć naszemu torowcowi.

    Srebrna Maja

    Niedocenianie Mai Włoszczowskiej w kontekście jej startów w imprezach mistrzowskich jest nie na miejscu. Nasza reprezentantka potrafi zmobilizować wszystkie siły do walki o medale. Ma pięć indywidualnych miejsc na podium mistrzostw świata (w tym pierwsze) oraz dwa srebra Igrzysk Olimpijskich. Biorąc pod uwagę, jak mocna i wyrównana jest stawka w kobiecym cross-country, drugie miejsce z Rio to kolejny, wielki sukces Mai Włoszczowskiej. Tym bardziej, że na topie utrzymuje się wiele sezonów, w przeciwieństwie do efemeryd, które wystrzeliwują z formą na raptem kilka chwil.

    Trudno powiedzieć, czy Katarzyna Solus-Miśkowicz byłaby w stanie nawiązać do wyników Aleksandry Dawidowicz i zakręcić się w okolicach pierwszej dziesiątki. Upadek tuż przed zawodami i złamany obojczyk sprawiły, że nigdy się tego nie dowiemy. Anne Terpstra, która nieznacznie przegrywała z Solus-Miśkowicz w europejskich rundach Pucharu Świata w Rio była 15 a Tanja Zaklej 13. Zawodniczki z top10 na Igrzyskach to już raczej stawka poza zasięgiem naszej kolarki.

    Historyczny moment

    Poprzednie medale nasi kolarze zdobywali na Igrzyskach w 2008r (Maja Włoszczowska), 1988r (drużyna w szosowej jeździe na czas), 1980r (Czesław Lang), 1976 (drużyna w jeździe na czas oraz Mieczysław Nowicki w wyścigu ze startu wspólnego), 1972r (drużyna oraz Andrzej Bek i Benedykt Kocot na tandemie na torze) oraz w 1924r (wyścig drużynowy na dochodzenie).

    W połączeniu z finałem w keirinie, szóstymi miejscami Niewiadomej i Bodnara, dwa medale: Majki i Włoszczowskiej dają obraz najlepszych igrzysk w wykonaniu polskich kolarzy w ogóle.

    W tabeli medalowej kolarstwa na Igrzyskach w Rio Polska zajęła 13. miejsce, razem z Australią. Srebro Włoszczowskiej i brąz Majki dają nam przewagę nad takimi tuzami jak Czesi, Francuzi czy Hiszpanie. Bez medali kolarzy w ogólnej klasyfikacji Igrzysk w Rio Polska spadłaby z 33. na 38. pozycję.

    Tyle dobrego.

    tabela-medalowa-kolarstwo-rio

    Wpadka goni wpadkę

    Zaczęło się tak naprawdę jeszcze sporo przed Igrzyskami, gdy wiadomo było, że szanse na wysłanie męskiego przedstawiciela w mtb są znikome. Nie udało się nam zakwalifikować, w związku z tym honoru rodzimego cross-country na ważnej imprezie musiały bronić panie.

    Następnie Katarzyna Pawłowska, gwiazda toru i szosy wyraziła, choć nieco niejasno, swoją dezaprobatę dla faktu, że nie znalazła się w składzie kadry jadącej do Rio. Z perspektywy czasu wiadomo, że jej obecność z pewnością by nie zaszkodziła, biorąc pod uwagę nie najlepszy występ naszej drużyny w wyścigu na dochodzenie, zakończony doścignięciem przez Nowozelandki i dyskwalifikacją związaną ze złamaniem procedur przy wyprzedzaniu przez konkurencyjny zespół. To ważne o tyle, że Polki dobre wyniki na mistrzostwach świata notowały właśnie w składzie z Pawłowską.

    Idąc dalej, po brązowym medalu Rafała Majki głupstwo w jednym z wywiadów palnął Zbigniew Klęk, który przeoczył pomoc, jaką naszemu ?góralowi? służył Michał Kwiatkowski. Sprawę chętnie podchwyciły media, jak zawsze lubujące się w poszukiwaniu konfliktów i kontrowersji. Klęk ostatecznie przeprosił, generalnie rzecz ujmując nic się wielkiego nie stało, do sprawy dobrze podszedł też sam ?Kwiato? pokazując, jak właściwie zachować się w mediach społecznościowych.

    Dyskwalifikacja drużyny na torze była tylko początkiem dramatów, jakie rozgrywały się wokół olimpijskiego owalu. Wiele kontrowersji wzbudziło wykluczenie z omnium – kolarskiego wieloboju – Małgorzaty Wojtyry. Zamiast niej, bez większych sukcesów, pojechała młoda Daria Pikulik. Jasne, takie rzeczy się zdarzają a pewne niesnaski dotyczące selekcji pojawiały się nawet u służących w kolarstwie za wzór Brytyjczyków. Tyle tylko, że całą sprawę załatwiono paskudnie, Wojtyra, która wywalczyła dla Polski kwalifikację olimpijską do Rio została zabrana przez Związek na przykrą wycieczkę, przy wyborze reprezentantki w omnium zabrakło nie tylko transparentności i przestrzegania wewnętrznych procedur Związku, ale przede wszystkim klasy i przyzwoitości.

    Na koniec zmagań torowców obserwowaliśmy przedziwny przebieg finału keirinu, w którym dwa razy powtarzano start, składano protesty i wiele wskazuje na to, że sędziowie przymknęli oko na wykroczenie popełnione przez brytyjskiego multimedalistę, Jasona Kenny?ego. Potencjalnie pasjonująca walka o medale z udziałem Polaka, Damiana Zielińskiego zmieniła się w farsę, podobnie jak medialne tourne dyrektora sportowego PZKol, który przez kolejne dni opowiadał o tym, jak bardzo zostaliśmy skrzywdzeni.

    Jakby tego było mało, tuż przed wyścigiem mtb kontuzji doznała Katarzyna Solus-Miśkowicz. Upadek na ekstremalnej trasie w Rio zakończył się złamanym obojczykiem. Biorąc pod uwagę, jak wyglądają rundy, po których muszą się ścigać zawodniczki i zawodnicy mtb taką ewentualność trzeba, niestety, brać pod uwagę. Stąd też publiczny żal Moniki Żur, która miała oficjalny status rezerwowej, a z tej funkcji wywiązać się nie mogła. Zorganizowanie na ostatnią chwilę biletu do Brazylii faktycznie było niemal niemożliwe, więc niby wszystko jest ok (poza tym, że sama zawodniczka straciła szansę na występ na IO a reprezentacja na drugą kolarkę na starcie), ale, tak jak w innych sytuacjach, niesmak pozostał.

    Medialny paradoks

    Wyniki sportowe skutecznie przysłoniły gąszcz wpadek. Aby nie było wątpliwości, swoje chwile niesławy mieli też pływacy czy lekkoatleci, ale to jest blog w pierwszej kolejności o kolarstwie, więc nie będę się ekscytował tym, że inni mają gorzej.

    Co ciekawe, zarówno Wacław Skarul, który występował jako ekspert-komentator w czasie wyścigów torowych jak i Andrzej Piątek zapraszany przy okazji wszystkich kolarskich wydarzeń do warszawskiego studia TVP spisali się więcej niż dobrze. Jasne, wymienianie kolejnych medali juniorów na torze, czy powtarzanie krzywdy z keirinu było nieco męczące, ale ?władza? całkiem nieźle przybliżała casualowym widzom tajniki kolarstwa wyczynowego. Niestety komentarz zajmującego się rowerami redaktora TVP w Rio był na koszmarnie niskim poziomie, zatem tyle dla nas dobrze, że w tej materii Prezes z Dyrektorem stanęli na wysokości zadania.

    Medialna skuteczność jest o tyle intrygująca, że ilość negatywnych treści nagromadzona wokół kolarstwa w czasie Igrzysk była spora a mimo to sport rowerowy z Brazylii wraca zwycięsko, zwłaszcza w masowej świadomości. Widzów (a było ich wielu, wyścigi szosowe były najpopularniej oglądanymi zawodami w internetowym kanale TVP Sport oraz zmieściły się w top10 konkurencji na antenie ogólnej) interesują przede wszystkim wyniki, a te nasi kolarze mieli świetne. Wzruszenia, emocje i piękne chwile dają poczucie, że jest dobrze. A co z tym dalej zrobić, to już temat na inną okazję.

  • To więcej niż ?15 minut sławy?

    To więcej niż ?15 minut sławy?

    Świetna passa polskich kolarzy trwa. Czy to klasyki, czy wielkie toury czy imprezy mistrzowskie, nasi zawodnicy i zawodniczki już od kilku lat są w czołówce. Są na tyle młodzi i zdolni, że można się spodziewać utrzymania tego trendu. Pora to wykorzystać!

    Wybitne jednostki

    Podczas Giro d?Italia 2013 Rafał Majka i Przemysław Niemiec zajęli miejsca w top10 klasyfikacji generalnej. Niemiec był już wtedy doświadczonym kolarzem, który jednak swoją przygodę z World Tourem zaczął dopiero po trzydziestce. Dwa miesiące później Michał Kwiatkowski pojechał świetny Tour de France (niewyobrażalne obecnie 11. miejsce).

    W kolejnym sezonie (2014) Kwiatkowski najpierw w imponującym stylu wygrał klasyk Strade Bianche, zaliczył świetną kampanię ardeńskich klasyków, by jesienią, po znakomitej jeździe całej drużyny wywalczyć mistrzostwo świata w wyścigu ze startu wspólnego.

    Tymczasem Majka w wielkim stylu wygrał dwa etapy Tour de France i klasyfikację najlepszego ?górala? najważniejszej etapówki na świecie.

    Na tym tle wspomniany Niemiec jest nieco zapomniany, ale jego wygrana etapowa na Lagos da Covadonga podczas Vuelta a Espana to kawał historii polskiego kolarstwa.

    W tęczowej koszulce ?Kwiato? teoretycznie zanotował gorszy sezon (2015), ale to tylko teoria, bo wygrał prestiżowy Amstel Gold Race. Z kolei Rafał Majka pojechał kolejny, bardzo solidny Tour de France (wygrany etap) a na koniec sezonu był trzeci w Vuelta a Espana. To drugie podium jakiegokolwiek Polaka w wielkim tourze, poprzednio taki wynik był w stanie osiągnąć Zenon Jaskuła w ?prehistorycznym? 1993r.

    Niejako po drodze w Giro d?Italia wystartował zespół CCC Sprandi Polkowice, Maciej Paterski zaliczył też wygraną etapową w worldtourowym Volta a Catalunya a od następnego (2016) roku mamy drugą ekipę w gronie Pro Continental (Verva ActiveJet).

    2016 to teoretycznie dalsze ?niedomaganie? Kwiatkowskiego, który jednak w pięknym stylu zwyciężył w E3 Harelbeke. Z kolei Majka zajął piąte miejsce w Giro d?Italia i po raz drugi w karierze został najlepszym góralem Tour de France.

    Fani i dziennikarze przywykli do świetnych wyników naszych kolarzy zaczęli marudzić, a to na ?pasywny? styl Majki czy też ?niespełnione nadzieje? pokładane w Kwiatkowskim. Jeśli przy takich wynikach pojawiają się tego typu głosy, to raczej świadczy o klasie samych sportowców a nie o realnej ocenie ich dokonań.

    Równocześnie z mężczyznami, w rozwijającym się, kobiecym peletonie do głosu zaczęły dochodzić polskie zawodniczki. Skutecznie łącząc tor z szosą, Katarzyna Pawłowska wypracowała sobie pozycję multimedalistki mistrzostw świata (trzy złota: w scratchu i wyścigu punktowym) i ma kontrakt z jedną z dwóch najlepszych drużyn na świecie (Boels Dolmans). W drugiej z topowych ekip jeździ młoda gwiazda nie tylko polskiego, ale i światowego kolarstwa, Katarzyna Niewiadoma (Rabo-Liv).

    Ze względu na charakter trasy na Igrzyskach w Rio, liderami polskiej reprezentacji zostali ?górale?: Majka i Niewiadoma. Powiedzieć, że nie zawiedli to mało. Oboje spisali się rewelacyjnie, zajmując odpowiednie 3. i 6. miejsce w swoich wyścigach. Medal i ?pozycja punktowana? w najbardziej prestiżowych, kolarskich konkurencjach to nie jest, biorąc pod uwagę klasę Rafała i Kasi, niespodzianka, ale i tak olbrzymi sukces.

    Sportowa przemiana pokoleń

    Patrząc na wiek Majki, Kwiatkowskiego i Niewiadomej, możemy być spokojni o przyszłość. Przynajmniej tę, wyrażaną spektakularnymi wynikami, medalami, punktami czy pozycją w rankingu.

    Jasne, każdy sportowiec ma w swojej karierze czas lepszy lub gorszy, ale tak czy inaczej, od czasu do czasu jakieś zwycięstwo na bardzo wysokim poziomie nam ?wpadnie?.

    Co ciekawe, sukcesy polskich zawodników pojawiły się w momencie, w którym Polski Związek Kolarski dopiero wychodził z, prawdopodobnie najpoważniejszego kryzysu w swojej historii. A raczej wychodzi nadal, ponieważ zobowiązania powstałe przy budowie dzieła życia jednego z poprzednich prezesów – toru w Pruszkowie – poważnie utrudniają działania na szerszą skalę.

    Nikt nie jest wróżką, nie była nią również ówczesna minister sportu, Joanna Mucha, która nie wiedziała, że już wkrótce przyjdą wielkie sukcesy. Mimo to, właśnie w 2013r kolarstwo zostało włączone do grona dyscyplin strategicznych w nowej koncepcji finansowania polskiego sportu. To zagwarantowało utrzymanie budżetowych dotacji na kolejne lata.

    Efektem tej decyzji jest m.in. ?Narodowy Program Rozwoju Kolarstwa?, w ramach którego powstają szkółki kolarskie, pojawia się sprzęt dla najmłodszych adeptów sportu rowerowego, badani są zawodnicy i rysuje się struktura szkolenia w ramach kadr narodowych w kategoriach wiekowych poprzedzających elitę.

    To oznacza, że jeśli kurek z ministerialnymi pieniędzmi nie zostanie nagle zakręcony (a nie zacznie, bo wyniki w Rio już mamy, choć IO dopiero się rozpoczęły), może jeszcze nie na Igrzyskach w Tokio 2020 (bo to za wcześnie, by młodzi zawodnicy, którzy trafili do szkółek na fali entuzjazmu i popularności ?tęczy Kwiato? i ?grochów Majki? weszli w sportowy wiek męski), ale już na następnych (2024) możemy mieć równie mocną, jeśli nie mocniejszą kadrę co teraz. A właśnie o tę ciągłość, rozwój i długoterminową perspektywę chodzi.

    Pojechali dla innych

    Finansowanie polskiego sportu wyczynowego w dużej mierze zależy od wyników na imprezach mistrzowskich. Igrzyska olimpijskie, zdobyte tam medale i ?miejsca punktowane? (czyli w pierwszej ósemce) decydują o utrzymaniu dotacji budżetowych dla poszczególnych związków.

    Rafał Majka i Michał Kwiatkowski to zawodowcy. Jeżdżą w najlepszych i najbogatszych grupach na świecie od lat startują kilkadziesiąt dni w sezonie. Kalendarz startów mają ustalony ze swoimi dyrektorami sportowymi, pensję płacą im sponsorzy. W kontekście największych gwiazd profesjonalnego peletonu, jazda w reprezentacji to głównie zaszczyt i honor. Tym bardziej cieszy, że nasi szosowcy w Rio sięgnęli najgłębiej jak tylko mogli do swoich rezerw energetycznych i swoim wysiłkiem zapewnili lepsze jutro dla kolejnego pokolenia kolarzy.

    Ich wyniki (mam nadzieję, że dołączy do nich Maja Włoszczowska a coś od siebie dorzucą też torowcy) to idealny fundament na przyszłość. Tym bardziej, że jeśli mówi się, że przygotowanie olimpijczyka do startu kosztuje milion złotych rocznie, to cóż, wiele klubów, które latami trenują młodych kolarzy takich pieniędzy nie zbiera nawet w ciągu dekady.

    Medal Igrzysk Olimpijskich daje przysłowiowe ?pięć? a może nawet i ?piętnaście? minut sławy. Nie tylko dla konkretnego sportowca, ale i dla całej jego dyscypliny. My tej sławy mamy już nieco więcej. Od mistrzostwa świata Kwiatkowskiego, od Giro d?Italia 2013 Majki i Niemca polscy kolarze regularnie poprawiają kolejne rekordy polskiego sportu.

    Pora na aktywność

    Symptomatyczne jest, że pierwsze, poważne sukcesy naszych kolarzy szosowych przyszły dopiero w momencie, gdy do seniorskich kategorii wiekowych weszli zawodnicy urodzeni po przełomie ?89r. Poza kilkoma epizodami, polskie kolarstwo po transformacji ustrojowej przeszło w fazę hibernacji. Obecne gwiazdy pojawiły się i zaczynały karierę po wejściu Polski do Unii Europejskiej.

    Jak wiele osiągnięć z innych dziedzin życia: gospodarki, nauki czy biznesu, tak i duża część obecnych sukcesów sportowców ma charakter oddolny a nie systemowy. Medale, mistrzostwa, wygrane klasyki, etapy czy klasyfikacje są więc pięknym prezentem, rodzajem posagu, jakie teraźniejsza elita daje młodzikom, juniorom czy ?orlikom?.

    Ów posag został zgromadzony dzięki pasji, zaangażowaniu i wytrwałości trenerów z kilku lokalnych ośrodków (Kraków, Toruń i inne). To oni wychowali generację mistrzów, choć budżety, jakimi operowali często były porównywalne z pensją piłkarza. Miesięczną. A może i i tygodniową.

    Zatem mimo licznych problemów, Polski Związek Kolarski od bardzo dawna nie był w tak dobrej sytuacji. Pora więc na aktywność, wykraczającą poza zarządzanie ministerialnymi środkami i prowadzenie Narodowego Programu Rozwoju Kolarstwa.

    Nie licząc Tour de Pologne, brakuje w kraju wyścigu szosowego o realnie międzynarodowej klasie. Z wyścigami kategorii x.1 pożegnaliśmy się kilka lat temu, jedyne okazje, by do Polski przyjechała zagraniczna elita to Tour de Pologne oraz wyścig MTB Mai Włoszczowskiej.

    Licencjonowanych kolarzy, mimo sukcesów zawodowców i tuzinów medali nie przybywa, choć imprezy masowe cieszą się wciąż rosnącą popularnością.

    Kwiatkowski, Majka, ale też Czesław Lang, który przy okazji Tour de Pologne co roku wraz z TVP przez tydzień robi ?festiwal kolarstwa? w najlepszym czasie antenowym przez ostatnich kilkadziesiąt miesięcy zrobili naszej dyscyplinie lepszą promocję, niż można by sobie wymarzyć.

    To jest pora na rozwój, na wizję i na aktywność. Nawet, jeśli PZKol nie organizuje wyścigów wprost, powinien choćby odegrać rolę animatora wspierającego chętnych do przeprowadzenia imprez wyższej rangi.

    Umasowienie kolarstwa, przyjęcie nowych członków, zarówno indywidualnych jak i klubowych, pozyskiwanie sympatyków (tak, wciąż jak mantrę powtórzę liczbę stu tysięcy członków British Cycling), budowa pozytywnego wizerunku sportu rowerowego (ale nie tylko sportu, przecież to ulubiona forma rekreacji w naszym kraju), uproszczenie procedur, jasna wykładnia przepisów i czytelna, nowoczesna komunikacja to kolejne kroki, które trzeba poczynić, by właściwie wykorzystać tę konkretną chwilę.

    Obecnie mamy 3600 licencjonowanych kolarzy. Niech będzie nas 36000!

    Tor kolarski, ?kula u nogi? przez wiele lat, powinien stać się areną regularnych, komercyjnych wydarzeń kolarskich z trybunami zapełnionymi, póki co choćby w połowie. Brytyjczycy mają swoje ?rewolucje? w Manchesterze. Czy Pruszków nie może podążyć tą samą drogą?

    ?Szosa? zarówno męska jak i kobieca, zasługuje na swój Puchar z prawdziwego zdarzenia (?Pro Liga?, najważniejsze i już nieistniejąca klasyfikacja została zainicjowana i prowadzona de facto oddolnie przez pasjonatów), tak jak odradzający się Puchar Polski w, jakby na to nie patrzeć, olimpijskiej odmianie kolarstwa, czyli XCO (że nie wspomnę o tym, że jedną z klasyfikacji przy Pucharze Polski MTB prowadzi prywatny bloger ;) ).

    To wszystko da się zrobić. I to jest właśnie ten, właściwy moment.

  • Rafał Majka Superstar

    Rafał Majka Superstar

    Zaplanowany dla ?górali? wyścig o olimpijskie medale w Rio de Janeiro wygrał specjalista wiosennych klasyków. Rafał Majka był najskuteczniejszym z grona ?wspinaczy? i po świetnej jeździe całej drużyny sięgnął po brązowy medal. Mamy kolejny, rewelacyjny wynik polskiego kolarza!

    Kawał zdrowia zostawił dla Majki Michał Kwiatkowski. Tak jak dwa lata temu w Ponferradzie, gdy ?Kwiato? sięgał po tęczową koszulkę mistrza świata, tak i w Rio medal Majki jest efektem świetnej pracy całej drużyny.

    Nie byłoby oczywiście olimpijskiego brązu, gdyby sam Majka nie wziął w końcówce sprawy w swoje ręce, nie pokazał świetnej formy, dojrzałości taktycznej i nie miał odrobiny szczęścia. Na ostatnim podjeździe kontrolował ruchy faworyzowanego Vincenzo Nibalego, sam jechał aktywnie a w kluczowym momencie uniknął kraksy.

    Na finiszu niewiele mógł zdziałać przeciwko szybszym i mocniejszym na płaskim terenie rywalom, ale przez cały dzień zrobił dość, by znaleźć się w grupie walczącej o medale.

    Zarówno Majka jak i jego koledzy z zespołu: Kwiatkowski, Maciej Bodnar i Michał Gołaś od startu do mety decydowali o obliczu rywalizacji. ?Kwiato? szachował rywali obecnością w taktycznej ucieczce, Gołaś i Bodnar pilnowali Majki a ten w kluczowych momentach zachował się tak, jak na prawdziwego lidera przystało.

    Mamy więc medal i to jest wielka sprawa. Kolejny ważny sukces polskiego kolarza. Po Mistrzostwie Świata Kwiatkowskiego, po etapach Tour de France i tytułach najlepszego ?górala? Majki, po świetnej jeździe Przemysława Niemca w Giro i Vuelcie, klasycznych sukcesach ?Kwiato? i podium Vuelty dla Majki doczekaliśmy się pierwszego od 1988r podium olimpijskiego w kolarstwie szosowym.

    Emocje wokół jazdy Polaków to jedno. Drugie to przebieg rywalizacji i rozstrzygnięcie walki o złoto.

    Greg Van Avermaet uznawany za kolarza częściowo niespełnionego ma w końcu swój wielki sukces. Belg, który bezskutecznie próbuje od wielu lat wygrać jeden z ?monumentów? w tym roku świetnie jechał w Tour de France, był przez kilka dni liderem, uciekał i walczył w górach.

    Droga do podium w Rio zdecydowanie wiodła przez francuskie szosy. Medale zdobyli zawodnicy, którzy na ?Wielkiej Pętli? co prawda nie ścigali się o wygraną w klasyfikacji generalnej, ale odcisnęli piętno na przebiegu najważniejszego touru sezonu.

    Co ważne, zarówno Majka jak i srebrny medalista, Jakob Fuglsang, przejechali już w tym roku i Tour i Giro a Nibali, który pechowo upadł w końcówce potraktował Tour de France jako specyficzny rodzaj przedolimpijskiego zgrupowania.

    Komentując Igrzyska w Rio trzeba też wspomnieć o trasie, która ewidentnie nie przystawała jakością do imprezy tej rangi. Kolarze, i to nie byle jacy kolarze, łapali defekty i przewracali się, co miało niebagatelny wpływ na losy wyścigu. Gdyby CPA czy też inne organizacje zrzeszające zawodowców były silniejsze, organizatorzy olimpijskiego wyścigu mieliby ciężkie życie. A tak, cóż, wiemy, że kolarze to twardy naród, ale nie pierwszy raz fatalne traktowanie ich zdrowia i wysiłku bez żadnego szacunku daje do myślenia.

    Tak czy inaczej, jak mawiają ?szczęście sprzyja lepszym?. Rafał Majka i jego koledzy byli lepsi, mocniejsi, sprawniejsi, czego efektem jest brązowy medal polskiego kolarza! To tym cenniejsze osiągniecie, że do Rio pojechały niemal wszystkie gwiazdy zawodowego peletonu.

    Rywalizacja o olimpijskie medale stała się ważnym wydarzeniem w kalendarzu. Zwycięski Greg Van Avermaet, dla którego złoto to kluczowy moment kariery, będzie zapewne mocno celebrował zdobyty tytuł. I dobrze. Kolarstwo tego potrzebuje!

    Jak potoczył się wyścig:

    Najlepsza taktyka? Przyspieszyć od startu, utrzymać tempo a następnie mocno zafiniszować. Reprezentacja polskich kolarzy w Rio de Janeiro wdrożyła w życie właśnie ten plan. Efekt? W najbardziej prestiżowej konkurencji, szosowym wyścigu ze startu wspólnego Rafał Majka zdobył brązowy medal!

    Zaraz po starcie w ucieczkę zabrał się Michał Kwiatkowski. Wiele kilometrów jechał w niewielkiej grupce, która początkowo odpuszczona, dość szybko została złapana przez peleton na kilkuminutową ?smycz?. ?Kwiato?, Michel Albasini i czy Simon Geschke to nie są zawodnicy, którym w wyścigu o medale ktokolwiek chciałby podarować zbyt dużą przewagę.

    Z tyłu wbrew pozorom działo się sporo. Rafał Majka był bezpieczny dzięki towarzystwu Macieja Bodnara i Michała Gołasia. To był bardzo ważny czas, ponieważ w Rio kolarze mieli ciężkie warunki pracy. Co chwilę ktoś łapał defekt, co chwilę ktoś się wywracał na niebezpiecznej trasie o nieprzystającej do rangi wyścigu jakości nawierzchni. Obecność dwóch, mocnych i zaufanych pomocników była więc w takich chwilach bezcenna.

    Gdy wyścig wkroczył w kluczową fazę, na ostatnich, najcięższych rundach prowadzących przez wzniesienie Vista Chinesa, po całym dniu w ucieczce Michał Kwiatkowski był jeszcze w stanie podkręcić tempo i swoją pracą oddając Majce wiele zdrowia, zostawił lidera naszej reprezentacji w grupie, z której miała rozegrać się walka o medale.

    Przewagę liczebną mieli Włosi. A właściwie nie Włosi, lecz Vincenzo Nibali, który był otoczony nie tylko kadrowiczami (wielką pracę wykonał Caruso, dług z Tour de France względem starszego lidera spłacał Fabio Aru), ale i kolarzami Astany, reprezentującymi w Rio swoje barwy narodowe.

    Majka pilnował Nibalego, jechał czujnie i aktywnie. Na szczycie ostatniego podjazdu wraz z Nibalim i Sergio Henao mknął po medal.

    I wtedy, na karkołomnych zjazdach, na których wcześniej upadł już Richie Porte z trasy wyleciał najlepiej radzący sobie w takim terenie kolarz w peletonie. Szanse faworyta, Vincenzo Nibalego prysły w jednym momencie gdy Włoch wraz Kolumbijczykiem Henao znaleźli się na asfalcie.

    Instynktownie reagujący Majka ominął ich i w tym momencie to on jechał po złoto!

    Greg Van Avermaet i Jakob Fuglsang (mentalnie uwolniwszy się od Nibalego) cisnęli ile mogli, we dwójkę, w płaskim terenie, z lepszą posturą na takie końcówki dogonili Polaka a Van Avermaet, najszybszy z całej trójki pewnie sięgnął po tytuł mistrza olimpijskiego.

    Zmęczony Rafał Majka dojechał trzeci, zdobywając dla Polski brązowy medal, pierwszy na szosie od 1988r.

  • Olimpijska mantra

    Olimpijska mantra

    Dla wielu zawodników Igrzyska Olimpijskie są jedyną szansą na chwilę sławy i niezłe pieniądze. W systemie polskiego sportu rezultaty osiągnięte na IO często decydują o być albo nie być przez kolejnych kilka lat. Dla samych atletów, dla ich klubów a nawet dla całych związków.

    Takich problemów nie mają tenisiści czy piłkarze. W przypadku kolarzy, w miarę stabilną pozycję mają zawodnicy reprezentujący grupy World Tour lub najbogatszych ekip Pro Continental. Komercyjny wymiar turniejów Wielkiego Szlema, piłkarskiej ligi mistrzów czy Tour de France powoduje, że rywalizacja na Igrzyskach Olimpijskich wiąże się z prestiżem, honorami lub osobistym spełnieniem, niekoniecznie zaś z przymusem podporządkowania wynikowi podczas jednego dnia zawodów niemal całego życia.

    Wspomniany tenis jest przykładem dyscypliny, w której na Igrzyskach szansa na medal jest większa niż w czasie sporego procenta rozgrywanych co roku turniejów. Z kolei np. dla biegaczy średnio czy długodystansowych walka o olimpijskie złoto to niemal kompletnie inna konkurencja. Bez ?pacemakerów?, bez teamów zgromadzonych wokół jednej czy dwóch gwiazd czasy często są przeciętne, za to większą rolę odgrywa doświadczenie i taktyka.

    Dla odmiany np. w pływaniu, na okazję Igrzysk buduje się specjalne, ?szybkie? baseny, co cztery lata technologia idzie do przodu umożliwiając osiągnięcie jeszcze lepszych rezultatów. Również producenci strojów, nawet w obliczu ścisłych regulacji, prześcigają się w minimalizowaniu oporów i poprawianiu szans swoich zawodników na olimpijskie laury.

    Igrzyska to dla sporej części członków olimpijskiej rodziny czas, ten jeden raz na cztery lata, a dla poszczególnych sportowców zdarza się że jedyny raz w całej karierze, gdy o ich dokonaniach dowiaduje się ktokolwiek poza kolegami i rodziną.

    Zapaśnicy, szermierze, kajakarze, judocy czy łucznicy trafiają na kilka minut na główną antenę Telewizji Publicznej. Jeśli zdobędą medal, dostają nie tylko stypendium i państwową emeryturę, ale często trafiają do wyróżnionego grona w plebiscycie ?Przeglądu Sportowego?, zdarza się, że wystąpią w reklamie.

    Od medali, ale też tzw. ?miejsc punktowanych? zależy finansowanie danego związku sportowego przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Czym są mityczne ?miejsca punktowane?? To pozycje z miejsc od 1. do 8. czyli często równoznaczne z zakwalifikowaniem się do finału lub półfinału danej konkurencji. Świadczą one o wysokim poziomie sportowym, przynależności do ścisłej czołówki i jako takie często lepiej wyrażają potencjał kraju w danej dyscyplinie niż medal zdobyty przez wyjątkowo utalentowaną jednostkę.

    Polscy kolarze jadą do Rio z różnymi celami. Przykładem zawodniczki, która przez większość swojej kariery skupia się na przygotowywaniu szczytów formy na najważniejsze imprezy docelowe jest Maja Włoszczowska. Po srebrnym medalu z Pekinu i pechu przed IO w Londynie, nasza reprezentantka znów jest w gronie najważniejszych pretendentek do podium.

    Ze względu na charakterystykę kwalifikacji olimpijskich i poważnego ograniczenia liczby uczestniczek, szansę na nawiązanie do znakomitych (dwa razy top10) wyników Aleksandry Dawidowicz ma Katarzyna Solus-Miśkowicz. Druga dziesiątka mistrzostw świata czy trzecia Pucharu Śwuata na Igrzyskach może dać cenne dla naszego kolarstwa ?miejsce punktowane?.

    Konikiem Polskiego Związku Kolarskiego są torowcy. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ na torze czeka dziesięć kompletów medali i tyle samo zestawów ?miejsc punktowanych?. Dla Związku, który wciąż spłaca źle zaplanowaną wiele lat temu inwestycję, jaką jest tor w Pruszkowie, dobry występ przedstawicieli właśnie tej odmiany kolarstwa to wielka szansa.

    W Rio nasi reprezentanci: Damian Zieliński, Rafał Sarnecki i Krzysztof Maksel będą rywalizowali w konkurencjach sprinterskich. Wszyscy pojadą w sprincie drużynowym. Zieliński oprócz tego w sprincie indywidualnym i keirinie, Sarnecki w sprincie indywidualnym a Maksel w Keirinie.

    Z kolei panie pojadą w drużynie w wyścigu na dochodzenie (Edyta Jasińska, Justyna Kaczkowska, Daria Pikulik, Natalia Rutkowska i Małgorzata Wojtyra) a sama Małgorzata Wojtyra będzie rywalizowała w Omnium, czyli kolarskim wieloboju.

    W sumie polscy torowcy mają więc pięć szans by powalczyć o dobre rezultaty. Sytuacja jest bowiem podobna do tej w mtb. Wymagające kwalifikacje powodują, że paradoksalnie, mając już zapewniony start na Igrzyskach szanse na dobry wynik (niekoniecznie medal, ale na ?miejsce punktowane? właśnie) są większe niż np. podczas Pucharu Świata.

    Na koniec zostawiłem szosę, gdzie mamy, poza Mają Włoszczowską z mtb i Katarzyną Pawłowską specjalizującą się w nieobecnych (poza byciem częścią Omnium) konkurencjach torowych, największe gwiazdy kolarstwa.

    Michał Kwiatkowski to zeszłoroczny mistrz świata i zwycięzca dwóch, prestiżowych klasyków cyklu World Tour. Rafał Majka to wielokrotny triumfator górskich etapów Tour de France, trzeci kolarz Vuelta a Espana i piąty Giro d?Italia. Ich pomocnicy, odpowiednio Michał Gołaś i Maciej Bodnar to jedni z najbardziej cenionych specjalistów tej roboty w zawodowym peletonie a do tego Bodnar to znakomity ?czasowiec?.

    Z kolei Katarzyna Niewiadoma jest jedną z najbardziej obiecujących zawodniczek młodego pokolenia w zdobywającym coraz większą popularność i profesjonalizującym się szosowym kolarstwie kobiecym. Od 2014r jeździ w zespole Rabo Liv, drużynie, która na zmianę z konkurencyjną Boels-Dolmans zajmuje pierwsze miejsce w światowych rankingach i w której jeżdżą największe gwiazdy kobiecego peletonu: Marianne Vos, Anna van der Breggen czy Pauline Ferrand Prevot. Partnerki Niewiadomej z reprezentacji: Anna Jasińska (Ale Cipollini) i Anna Plichta (BTC City Lubljana) to także przedstawicielki mocnych ekip zawodowych, które regularnie notują dobre wyniki w ważnych wyścigach z kalendarza międzynarodowego.

    Oznacza to, że w kolarstwie szosowym, które na Igrzyskach zasadniczo różni się od tego, do czego przyzwyczajeni są profesjonaliści (m.in. o wiele mniejsze drużyny) powinniśmy spodziewać się dobrych rezultatów. Nasi reprezentanci i reprezentantki to ścisła światowa czołówka. Tyle tylko, że do Rio, gdzie trasa opisywana jest jako bardzo wymagająca, selektywna i preferująca organizmy dobrze spisujące się w górach, wybierają się wszyscy najwięksi specjaliści.

    Czy medale są możliwe? Tak. Czy powrót ?na tarczy? może się wydarzyć? Z podobnym prawdopodobieństwem, co ?miejsce punktowane? czy nawet podium. W przypadku szosy wiele zależy po prostu od tego, jak ułoży się wyścig.

    Co jest istotne, to, że cała reprezentacja polskich kolarzy w Rio jedzie nie tylko dla siebie. Każdy medal, każde, ?mityczne miejsce punktowane? jest na wagę złota. Nawet, jeśli nie przepadacie za wizerunkiem Polskiego Związku Kolarskiego, czy nie zgadzacie się z polityką tego czy innego działacza, dobre wyniki kadry w Rio to przyszłość dla kolejnego pokolenia zawodników, które czeka na wejście do światowej elity.

    Choć osobiście wolałbym, żeby stabilność finansową, ciągłość szkolenia, regularne starty na arenie międzynarodowej juniorów czy młodzieżowców gwarantowały inne działania Związku, to właśnie nasze gwiazdy szosy, mtb oraz solidna kadra torowców wprost pracują na swoich następców.

    Krótko mówiąc, te kilka dni w Rio ma znaczenie dla naszego kolarstwa podobne znaczenie, jak dla większości dyscyplin nie będących piłką nożną. Czyli wszystkich tych, które na co dzień zmagają się z problemami małego wyeksponowania w mediach i niedoborami wsparcia ze strony sponsorów.

    Zdjęcie okładkowe: Joe Hunt, flickr CC BY 2.0