Tag: Polska

  • Sportowiec gorszego sortu

    Sportowiec gorszego sortu

    Jestem rowerzystą. Jestem kolarzem. Od siedemnastu lat, publicznie, zawsze pod imieniem i nazwiskiem, propaguję zdrowy styl życia pisząc o kolarstwie, rowerach, turystyce i jeździe w mieście. Byłem przekonany, że kultura fizyczna i dbałość o środowisko naturalne to aktywności, które jako jedne z nielicznych we współczesnym świecie można dopasować do jakkolwiek pozytywnie pojmowanego pojęcia patriotyzmu. Cóż, byłem w błędzie.

    ?Poprzedni rząd realizował tam (w mediach) określony lewicowy program. Tak jakby świat według marksistowskiego wzorca musiał automatycznie rozwijać się tylko w jednym kierunku – nowej mieszaniny kultur i ras, świata złożonego z rowerzystów i wegetarian, którzy używają wyłącznie odnawialnych źródeł energii i walczą ze wszelkimi przejawami religii. To ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami? – Witold Waszczykowski, minister spraw zagranicznych RP.

    Poglądy mam, jakie mam. Są dalekie od tych, które prezentują obecni członkowie rządu. Czytelnicy mojego bloga znają je nie od dziś. Realnie rzecz ujmując nie mają one znaczenia. Znaczenie według p. ministra ma to, że jeżdżę na rowerze.

    Jak się okazuje ?Polakiem gorszego sortu? można być nie tylko opowiadając się za określoną partią, wyrażając swoje poparcie dla uchodźców, mniejszości religijnych, czy wyznając wartości tak, wydawałoby się, uniwersalne, jak tolerancja, otwartość, transparentność czy sprawiedliwość społeczna. Wrogiem klasowym mogę być dbając o swoje zdrowie, zmniejszając korki i szerząc pozytywne wartości, jakie niesie ze sobą uprawianie sportu.

    Na usta aż cisną się suche żarty o pedalskiej lycrze, w którą odziewają się kolarze oraz niezdrowej afirmacji dla tęczowej symboliki – insygniów najlepszego rowerzysty na świecie. Całe szczęście nasz, polski, mistrz stracił ?tęczę? i w sezonie 2016 będzie nosił ją Słowak. Duma narodowa, te wszystkie medale, które przyniosły nam wszystkim tyle radości są jak widać nic nie warte.

    Bądźmy jednak poważni. Dziesiątki i moich i Waszych znajomych przywitało Nowy Rok przejażdżką w kilkunastostopniowym mrozie. Swój wolny czas poświęcają na aktywność fizyczną, dzięki nim służba zdrowia i ZUS będą miały mniej wydatków. Ich dzieci, zachęcone przez rodziców nie będą otyłe, pójdą, bez wymówek i ?lewych? zwolnień na zajęcia W-F a poradnie schorzeń metabolicznych zajmą się innymi pacjentami.

    Również ci, którzy nie traktują jazdy jako sportu, lecz codziennie docierają do pracy czy szkoły przy użyciu roweru są przez ministra Waszczykowskiego dyskryminowani. Nie mając pojęcia o poglądach, zwyczajach, tradycjach czy upodobaniach (wszak bycie cyklistą nie ma nic wspólnego z poglądami politycznymi – wśród moich znajomych, przyjaciół i czytelników mam zwolenników niemal każdej opcji a upodobanie dla rowerów jest jedynie wycinkiem rzeczywistości, który wszystkich łączy) wrzuca nas do jednego worka traktując jako niegodnych, nieczystych, zdradzieckich i brudnych. Pewnie najchętniej wysłałby nas na Wyspy (a jeszcze lepiej do zaćpanego marihuaną, pedalstwem i cyklozą Amsterdamu) w zamian za kilka (bo przecież więcej nie jesteśmy warci) natowskich rakiet.

    Nie ważne, kim jesteś, w co wierzysz i co sądzisz. Wystarczy jeden, tak drobny element jak jazda rowerem, by zakwalifikować cię jako gorszego obywatela. Już sama idea dzielenia ludzi na lepszych i gorszych jest koszmarem. Jak widać można znaleźć dowolny element, wedle którego i Ty możesz stać się wrogiem.

    Jako kolarz i rowerzysta domagam się przeprosin od ministra spraw zagranicznych, Witolda Waszczykowskiego.

    Zdjęcie okładkowe: Piotr Drabik, marsz niepodległości 2015, CC BY 2.0, flickr

  • Sport jest tylko dla bogatych

    Sport jest tylko dla bogatych

    Jeśli spędziłeś, spędziłaś ostatnie kilka miesięcy trenując i startując w zawodach rowerowych to możesz mówić o wielkim szczęściu. Nie tylko dlatego, że robisz to, co naprawdę lubisz i sprawia ci to satysfakcję. Głównie dlatego, że za tym, faktem kryje się dość istotna prawda. Skoro możesz to robić, to oznacza, że z dużym prawdopodobieństwem jesteś w 20 a może nawet w 10% najlepiej zarabiających Polaków.

    Liczby nie kłamią. I są bezlitosne. Rower, na którym można powalczyć o cokolwiek na jakimkolwiek wyścigu mtb, czy to mini czy giga, czy xc to przynajmniej 5-7 tysięcy złotych. Do tego wyposażenie: buty, kask, stroje to przynajmniej 2 tysiące. Jakikolwiek izotonik i multiwitamina z apteki, dojazd, wpisowe, części zamienne? Robią się z tego konkretne kwoty. ?Szosa? niby jest tańsza – na amatorskich zawodach z powodzeniem wystartujesz na sprzęcie za 3-4 tysiące złotych, ale by utrzymać się w grupie jadącej wyścigowym tempem na ?carbonowych stożkach? samemu walcząc z dziewięciokilowym sprzętem o rekreacyjnej geometrii nie jest prosto.

    Nie daj boże złapiesz bakcyla i zechcesz wejść na wyższy poziom. Sprzęt kosztuje jeszcze więcej, potrzebujesz drugiego roweru do treningów a startowy odchudzisz, usprawnisz lub zmienisz na carbonowy. Trening zimą to dodatkowe wydatki na strój i buty. Zgrupowanie, nawet zorganizowane ?po kosztach? to ze dwa tysiące, komercyjne to około czterech. Roczna opieka trenera to przynajmniej kolejne 3000zł.

    Powoli zbliżamy się do sumy, jaką przeciętny Polak dysponuje na całą swoją egzystencję w ciągu roku.

    Sport, zarówno masowy jak i wyczynowy jest tylko dla bogatych. No dobrze, przynajmniej dla średnio zamożnych. Kolarstwo nie jest tanie (wydatki np. na bieganie czy sztuki walki są niższe, choć wcale nie takie małe jakby się wydawało). Nie jest też przesadnie drogie. By nie szukać daleko, narciarstwo zjazdowe, które u nas w kraju jest raczej formą rekreacji niż wyczynu, dorównuje a często przewyższa kosztami sportową jazdę na rowerze. Tak samo jest z tenisem i wieloma innymi dyscyplinami.

    Czy to znaczy, że jesteśmy już na tyle bogaci, że masowo stać nas na takie fanaberie? Nie powiedziałbym. Raczej postawiłbym na pewną zmianę hierarchii wartości. Zajawieni na sport ludzie nie mają telewizorów, rzadko jeżdżą na wakacje a ich samochody z trudem przechodzą przegląd techniczny. Mimo to, wciąż są w zamożniejszej części społeczeństwa, która może dokonywać tego typu wyborów, co samo w sobie już jest pewnym osiągnięciem.

    Problem zaczyna się, gdy trzeba zmierzyć się z innym wyborem: wyczynowy sport lub ?życie?. Na wysokim poziomie pozostaje praca na pół etatu lub funkcjonowanie na zasadach rynkowych jako zawodowy sportowiec.
    Tyle tylko, że w wielu dyscyplinach jest to mało możliwe. Co więcej, niektóre z nich nie funkcjonują w wydaniu zawodowym. Głośna wypowiedź pływaczki Alicji Tchórz czy problem Polskiego Komitetu Olimpijskiego z transportem reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro pokazują, że model rynkowy w dziedzinach, które niekoniecznie są dochodowe może nie być najlepszym pomysłem.

    Sport, tak jak kultura to nie tylko biznes. Jasne, sprzęt się sprzedaje, producenci zarabiają, przewoźnicy dostarczają zawodników w kolejne zakątki świata, widzowie płacą za bilety a potem sami zapisują się na imprezy masowe. Tak jak nowe przygody Jamesa Bonda i Luke?a Skywalkera. Na drugim biegunie jest jednak kino artystyczne, które przynosi wyróżnienia na festiwalach, państwowe teatry, ale też juniorzy czy młodzieżowcy konkurencji, których nie pokazuje telewizja i których do realizacji swoich celów marketingowych nie zatrudnia RedBull.

    O ile fakt, że dziesiątki a może i setki mastersów ścigają się na anegdotycznych ?carbonowych stożkach? może cieszyć, bo oznacza, że coraz większą grupę osób na to stać by wybierać między tym a nowym telewizorem, o tyle fundusze na szkolenie młodzieży, czy utrzymywanie kadry szerszej niż dwie gwiazdy, nie wezmą się z powietrza. Muszą pochodzić z budżetu, czyli od nas wszystkich. Chyba, że jedyny sport, jaki nas interesuje, to 1/4 IronMana z udziałem pracowników średniego szczebla międzynarodowych korporacji.

    Zdjęcie okładkowe: Paul Stein, flickr, CC BY SA 2.0

  • #Nikogo

    #Nikogo

    Obrazek sprzed dwóch tygodni. Maraton ogólnopolskiej serii, meta ustyuowana w popularnym miejscu turytycznym. Kolejni kolarze przejeżdżają przez dmuchaną bramę. Cisza, wiatr hula między balonami i banerami. Spacerowicze plączą się w rozwieszonych taśmach.

    Nie będę dramatyzował, to nie jest żadna trauma, choć poczucie obcowania z jakimś alternatywnym uniwersum pozostaje. Nie będę też porównywał zawodów MTB w Polsce do Tour de France. Tłumy przy szosach w Yorkshire to temat na inny tekst, choć być może znajdzie się jakiś wspólny mianownik. Jeśli w szczerym polu staje milion ludzi tylko po to, by uczestniczyć w przejeździe kolumny wyścigu, trudno zrozumieć, dlaczego kolarstwo ma problem ze znalezieniem sponsorów.

    Wywiady, telewizja, prawie jak na Tourze ;)
    W Myślenicach, bo o tym konkretnym wydarzeniu piszę, tłumów nie było. Ba, nie było nikogo. Aby nie pozostawić wątpliwości: nie pastwię się nad Bike Maratonem, podobna sytuacja jest w zasadzie wszędzie. Z pewnością można znaleźć wyjątki, które potwierdzą regułę, ale poza imprezami Lang Teamu współpracującego z większością mediów w kraju, oglądać wyścigi kolarskie przychodzi ?pies z kulawą nogą?.
    Na XC przynajmniej w strefie bufetu ktoś stoi przy trasie
    Wspomniany Lang Team z resztą też nie wypada zbyt dobrze. Jeśli w miasteczku zawodów pojawia się ktoś niezwiązany z branżą rowerową, to raczej na skutek masowej reklamy. Przy niezerowym współczynniku konwersji, zachęcony przez bilboardy czy telewizję jakiś odsetek i tak w końcu przyjdzie. Zawody rowerowe, poza ofertą dla pasjonatów, rzadko kiedy oferują coś więcej osobom postronnym lub choćby przysłowiowym ?krewnym i znajomym królika?, którzy jakimś cudem przyjechali z zawodnikiem, by zobaczyć, o co właściwie w tym wszystkim chodzi. Syn, córka, mąż, chłopak - zawodnik znikają na kilka godzin w lesie a ojciec, żona, dziewczyna przeraźliwie się nudzą. Jeśli byliby Słowakami lub Czechami, zapewne wzięliby drewniane terkotki, poszli do lasu i dopingowali każdego kolarza. Na to trzeba poczekać albo i nie. Preferencje dotyczące sposobów spędzania wolnego czasu zmieniają się, ale niekoniecznie w tę stronę.
    Dzisiejszy wyczyn gazeta.pl
    Mam wrażenie, że problem leży nie w promocji lub jej braku, jak również nie w teoretycznym skapcanieniu społeczeństwa (biorąc pod uwagę karierę, jaką robi bieganie, to jeden z mitów). Nie obwiniałbym też mediów oraz ulubionego chłopca do bicia kolarskich fanów, czyli piłkarzy (choć dzisiejszy wyczyn gazeta.pl daje do myślenia).
    Finał Tour de Pologne 2013 w Wieliczce. W tle lokalna publiczność.
    Nasze imprezy są bardzo egocentryczne. Nastawione na uczestników a ci nastawieni są głównie na siebie. Jeśli zawody są w szczerym polu, to nawet świetna trasa i obecność kadry kraju nie zapewni widowni (chyba, że jesteśmy w Czechach). Jeżeli zawodnicy wjeżdżając na metę nie są odpowiednio anonsowani a spiker wymienia nikomu nieznane nazwiska, to przechodzień czy turysta, nawet na w zdrojowym parku w środku wakacji nie zatrzyma się przy mecie, bo nie będzie wiedział o co chodzi. A jeżeli w miasteczku zawodów będą same stosika z bike-porn sprzętem, jedyny efekt, jaki uzyskamy to konieczność odpowiadania na pytania ?ile kosztuje ten rower i czemu tak drogo skoro ja kupiłem w tesco za dwie stówki?. Wreszcie, jeśli gros uczestników wkrótce po przyjeździe na metę pakuje się i wraca do domu, bo i nie ma po co dłużej siedzieć, trudno, by zainteresowanie zawodami wyrażali laicy. Ściągnięcie i zatrzymanie potencjalnych kibiców to spora sztuka. Z tegorocznych obserwacji wynika, że również i w tej kwestii musimy się sporo uczyć od południowych sąsiadów.

  • Rewitalizacja cross country!

    Rewitalizacja cross country!

    Pierwsze informacje odbieram nad wyraz entuzjastycznie. W planach na sezon 2012 Polski Związek Kolarski zakłada odbudowę kolarstwa górskiego w wydaniu wyczynowym. Powołany do życia ma być Puchar Polski a także  „druga liga” w olimpijskiej konkurencji cross country. Ma być regulamin, punkty, struktura, nagrody finansowe oraz… relacje w TVP (Sport)!

    Notatkę na temat spotkania o nowych pomysłach Związku oraz Trenera Kadry, Marka Galińskiego można przeczytać na facebookowym profilu mtb.pl. Wygląda na to, że plan ma ręce nogi oraz wszystkie pozostałe narządy niezbędne do funkcjonowania organizmu. Kategoria „E2” a raczej „2” jest faktycznie najniższą kategorią, ale z kalendarza międzynarodowego. To oznacza, że jeśli pomysł powołania Pucharu Polski zostanie zrealizowany, podczas sześciu wyścigów nasi zawodnicy będą mieli ułatwiony dostęp do punktów UCI. Można się oczywiście spodziewać, że pojawią się też goście zagraniczni, ale w krajach ościennych wyścigów z kalendarza międzynarodowej federacji jest sporo. Zatem, tak jak na Grand Prix Lang Teamu w schyłkowym okresie jego funkcjonowania będą prawdopodobnie przyjeżdżali zawodnicy zza wschodniej granicy.

    Przez pierwsze kilka sezonów druga kategoria wydaje się być odpowiednia. Po pierwsze z powodów finansowych: organizatorzy nie będą musieli gwarantować wysokich nagród, z drugiej dla Polaków będą one akceptowalne. Oprócz tego, przynajmniej na początku rozgrywka o czołowe lokaty będzie zapewne sprawą między rodzimymi zawodnikami. Tymi, którzy są na dorobku, chcą się rozwijać i szukają takiej możliwości. W tym miejscu mam nadzieję, że nasi czołowi zawodowcy starty w Pucharze Polski będą traktowali jako uzupełnienie kalendarza a nie jako swój główny cel. Miejscem dla rozwoju ich karier są w tym momencie imprezy wyższej kategorii i ściganie się ze ścisłą europejską czołówką. Pojawienie się od czasu do czasu na lokalnym podwórku byłoby więc dobrą weryfikacją dla postępów czynionych przez kolarzy z klubów a nie z grup zawodowych a niekoniecznie działało demotywująco (by przypomnieć sytuację wśród kobiet, które stawały na starcie wiedząc, że walczą o czwarte miejsce za zawodniczkami Lotto czy też Hallsa).

    Fakt, że wpływ na cykl Pucharu Polski ma mieć Marek Galiński jako trener kadry narodowej to kolejny plus. „Diabeł” znany jest z dobrej techniki jazdy i z tego, że ceni wymagające trasy. Miejmy nadzieję, ze w imię ułatwienia pracy redakcji TVP nie dojdzie do absurdu jakim było wielokrotne podjeżdżanie na warszawską „Kazurę” lub inne wyścigi wytyczone na skoszonych łąkach.

    Dobrym pomysłem jest też powołanie „drugiej ligi”. Zebranie kilku wyścigów we wspólnie nagradzaną serię imprez powinno zagwarantować dobrą frekwencję zawodników i pewien jednolity standard, dzięki czemu poziom rywalizacji powinien pójść w górę. Dla przykładu warto wspomnieć rajdy samochodowe. Utworzenie drugiej ligi, czyli Rajdowego Pucharu Polski całkiem dobrze wpłynęło na ich ustabilizowanie czy nawet rozwój. Mniej zamożni lub po prostu mniej utalentowani zawodnicy mogą rywalizować z równymi sobie a najlepsi z czasem zdobywają doświadczenie oraz sponsorów i przenoszą się klasę rozgrywkową wyżej. Tak w skrócie i oczywiście uogólniając, bo w rajdach pieniądze mają o wiele bardziej decydujący głos, ale schemat jest słuszny. A że pomysł się sprawdził niech świadczy frekwencja na poszczególnych eliminacjach wyraźnie przewyższająca tę w głównej rajdowej serii.

    Przechodząc od części entuzjastycznej do krytycznej wątpliwość budzi wspomnienie o jednym portalu internetowym mającym patronat medialny. Po latach spędzonych na współpracy z mediami rowerowymi mogę powiedzieć jedno. „Patronat medialny” to bzdura. Nie wierzę, aby organizatorzy imprez byli w stanie dostarczyć ekskluzywnych materiałów nie będących prymitywnym PR wyłącznemu patronowi. Jeśli zarówno Puchar jak i Liga zrobią na początku sezonu dobre wrażenie i tak będą o nich musieli pisać wszyscy i rywalizować o czytelnika jakością relacji. Transmisje w TV to oczywiście rzecz dobra, o ile oczywiście wyjdą poza antenę TVP Sport choćby do internetu a najchętniej w formie małej kroniki na antenę ogólną. Brak jest bowiem informacji o patronacie pozabranżowym i sposobach dotarcia do szerszej publiczności. Za to być może odpowiadać będą wyścigi dla dzieci (z kategorii U-13, czyli przed Młodzikiem), co jest bardzo dobrą inicjatywą nie tylko ze względów sportowych ale i promocyjnych (vide dystans „Rodzinny” na Skandia Maratonie). Biorąc pod uwagę, że przewidziana jest również kategoria dla dorosłych amatorów, pozostaje liczyć, że za relacjonowanie w jakiś sensowny sposób weźmie się „Polska Na Rowery” Gazety Wyborczej, być może spowoduje to, że kibicami przy trasach zawodów będą nie tylko trenerzy, rodzice i dziewczyny zawodników…

    Na koniec kwestia finansów. Mają być nagrody o określonej wartości. Zawody z kategorią „2” to regulowane przepisami stawki nie tylko dla zawodników, ale i obsługi sędziowskiej czy też pewnych standardów organizacyjnych (barierki itd.). To kosztuje. Relacje w telewizji to z argument dla sponsorów by doinwestować zawody i zawodników. Oby tylko po pierwszym sezonie nie okazało się, że zwrot jest tylko na papierze. O tym jednak będzie w jednym z najbliższych wpisów :) Czego by nie mówić, informacja o zorganizowaniu i ustrukturyzowaniu kalendarza xc jest pierwszą dobrą wieścią jaka wypłynęła z PZKol od wielu lat. Nie jest do końca prawdą, że cross country w Polsce nie istnieje. Niemal w każdym regionie działa seria imprez by wymienić choćby Thule Cup, Puchar Szlaku Solnego czy nieśmiertelny Puchar Tarnowa. Tyle, że jedyną opcją na spróbowanie sił na arenie ponad regionalnej w ostatnich latach były maratony, czyli imprezy de facto hobbystyczno-amatorskie. Możliwość „awansu” do Pucharu Polski w cross country to dla młodego zawodnika krok w stronę sportu wyczynowego. Lub sportu po prostu.

     

    [fbvinyl id=360101274052652]

  • Tam wszystko się zaczyna

    Tam wszystko się zaczyna

    Około 230 zawodników, w tym sporo młodzików, juniorów młodszych i juniorów. Także w kategoriach kobiecych. Przełajowy Puchar Polski w Szczekocinach przypomniał mi jak wygląda solidne ściganie. Oraz o tym, skąd się biorą przyszli mistrzowie.

    Do Szczekocin przyjechała polska czołówka przełajów. Godzinny, bardzo ciekawy wyścig elity mężczyzn wygrał Andrzej Kaiser przed Markiem Cichoszem i Markiem Konwą. Na urozmaiconej trasie były przeszkody naturalne: piaszczyste sekcje w lesie i wykorzystujące wały starej strzelnicy zdradliwe zjazdy oraz sztuczne: płotki do przeskakiwania a także przejazd przez naczepę ciężarówki. Do tego liczne, ciasne zakręty, podbiegi oraz dwie dłuższe proste w otwartym terenie. Jednym słowem wszystko co potrzeba.

    Elita, jak to elita. Dostarczyli nieco emocji, można było przyglądnąć się znakomitej technice krajowej czołówki. Dziś jednak nie o nich. Pozytywnie wyglądała frekwencja wśród młodszych zawodników. Może nie był to jeszcze tłum,  a trzeba zaznaczyć, że  impreza zgromadziła najwięcej przełajowców w tym sezonie, ale na myśl przyszły „Stare Dobre Czasy” gdy np. w Grand Prix MTB startowało regularnie kilkudziesięciu zawodników niemal w każdej z kategorii. W Szczekocinach typowo dla naszego kolarstwa wyczynowego wyglądały jedynie wyścigi mastersów, gdzie rywalizowało raptem po kilku panów a różnice na mecie były spore. Mastersi to mimo wszystko osobny temat, rzecz w tym, że prawdziwe ściganie mieli tego dnia młodzi.

    Bliski kontakt, bardzo mocna jazda od startu do mety. Błędy kosztują nie jedno czy dwa miejsca lecz czasem dziesięć a niedyspozycja powoduje utratę szans na dobrą lokatę.  Idealne warunki by się rozwijać i zdobywać doświadczenie. Być może z setki młodych ludzi profesjonalną karierę kolarską kontynuować będzie kilkoro. Tobiasz Lis czy Piotr Konwa to bardzo obiecujący juniorzy. O starszym bracie tego drugiego, Marku, wiemy od lat, że ma olbrzymi potencjał, który teraz zaczyna przekuwać w karierę zawodowca (nominalnie wciąż będąc orlikiem). Tych kilka klubów, w których ciągle ktoś pracuje z młodzieżą kształci kolejne pokolenie kolarzy. To wszystko jest, jak na blisko czterdziestomilionowy kraj, w skali mikro. Ale wciąż są ludzie, którzy jeżdżą busem z przyczepą i pokrzykują na młodzików „jedziesz za twardo, rozpędź się, puść hamulce, dupa do tyłu, teraz mocniej”. Ci sami młodzicy kilka godzin później stoją przy trasie i patrzą co robi Kaiser, Cichosz czy Konwa. Może kiedyś będą zawodowcami a może przez całe studia będą wydawać każdy grosz ze stypendium na lżejsze śrubki do swojego górala, tak czy inaczej będą zawodnikami.

    Po jednym wyścigu trudno cokolwiek przewidywać czy wieścić nadejście renesansu. Mimo to, w chłodny, listopadowy dzień, niemal w szczerym polu odrobinę powiało optymizmem. Było ściganie. Nawet wśród kobiet. Był spiker, który komentował, było nieco kibiców. Ba, była nawet TVP Info. Na podium zawodnicy odebrali nie pompki, lampki i plecaki a gotówkę w kopertach. Tak, juniorzy też. Znaczy, że się da. Zwycięskie dzieci z kategorii szkolnych (z klas 1-3, czyli jak to ładnie określił spiker „Zawodnicy Niezrzeszeni, którzy być może już za rok przyjadę do Szczekocin z licencjami kolarskimi”) zamiast gotówki dostały po pizzy od lokalnej pizzerri. Miło.

    Całość wyglądała w sposób nad wyraz przemyślany, cywilizowany i mający sens. Co warte podkreślenia, zawody w tym miejscu organizowane są przez ostatnich 15 lat przez Burmistrza Gminy oraz klub Olimpijczyk Szczekociny, jest  to Memoriał Edwarda Pelki. Ilość elementów, które są na plus zaskakuje. Dobra trasa, sprawna organizacja, nagrody, punkty, zawodnicy zagraniczni, dopracowane detale. Takich imprez, biorąc pod uwagę wszystkie konkurencje kolarskie w sezonie jest raptem kilka. To na nich pierwsze kroki stawiają przyszli mistrzowie i to tam rodzi się sport wyczynowy. Trochę szkoda, że potem w większości przychodzą rozczarowania, ale ponieważ jest listopad i ciemno robi się o szesnastej, chwilowo o tym zapomnę.

    Pełne wyniki wkrótce będzie można znaleźć na stronie Andrzeja Godlewskiego

    Poniżej nieco zdjęć z zawodów. Również z młodszych kategorii:

    [nggallery id=6]

    Error 190: Invalid OAuth Access Token. Try using the admin panel to re-validate your plugin.

  • Wyścigi małe i duże

    Wyścigi małe i duże

    Przykład wyścigów z końca sezonu dobitnie pokazuje, że system kategorii wyścigów UCI jest daleki od doskonałości. Wyścigi w Ameryce czy obecnie rozgrywany Tour of Britain mają tę samą kategorię co większość imprez w Polsce. Tyle, że ściga się na nich zupełnie kto inny a i zainteresowanie mediów jest odmienne.

    W Polsce mamy dwa wyścigi etapowe kategorii 2.1. Szlakiem Grodów Piastowskich oraz Wyścig Solidarności i Olimpijczyków. Etapowi drugiego z nich przyglądałem się, gdy zawitał do Krakowa (a w zasadzie do Nowej Huty). Refleksja numer jeden przyszła, gdy sporo miejsca w mediach zajęły wyścigi w USA. Obecnie, między Vueltą a tuż przed mistrzostwami świata kilku faworytów w walce o tęczową koszulkę ostatni szlif formy łapie w Tour od Britain.

    Mark Cavendish, Lars Boom i Thor Hushovd wygrywają etapy, prócz nich w peletonie znajdziemy wiele uznanych nazwisk, sześć ekip Pro Teams i cztery Pro Continental. Nieźle, prawda? Cyclingnews poświęca wyścigowi mniej więcej tyle miejsca co naszemu Tour de Pologne robiąc z niego spore wydarzenie. Niemcy z Radsport-News są nieco bardziej powściągliwi, ale i tak relacjonują, zamieszczają zdjęcia, wypowiedzi i tak dalej. Większość działów kolarskich liczących się mediów sportowych na świecie pisze o brytyjskiej etapówce. Bo i jest o czym.

    Tymczasem u nas, jeśli w redakcji jest jakiś pasjonat, czasami coś się uda wrzucić. Jeżeli wyścig przejeżdża tam, gdzie w dziale miejskim jest nieco wolnego miejsca, wtedy również można się spodziewać relacyjki lub przynajmniej kilku słów o pasjonatach „jazdy na dwóch kółkach”. Niby jest BGŻ Pro Liga. Gdzieś się nawet załapałem na krótkie skróty w TV (TVP Sport – ale kto ma do tego dostęp?, czasami TVP Info). Ogólnie jednak poza Tour de Pologne i Mają Włoszczowską sprawa de facto nie istnieje.

    Właściwie miałem poszukać różnic między dobrze opłacanymi i promowanymi wyścigami „na zachodzie” a imprezami tej samej kategorii w Polsce. W międzyczasie pojawiła się informacja o tym, że CCC przestaje sponsorować naszą jedyną ekipę Pro Continental. Można doszukiwać się różnych motywów, np. takiego, że marka Dariusza Miłka jest zaangażowana we wspieranie zbyt wielu bytów: grupy mtb, grupy szosowej, Polskiego Związku Kolarskiego oraz drużyny koszykarek. Sporo, trzeba było gdzieś obciąć i można to zrozumieć. Jednak czujny czytelnik zauważył na facebooku ciekawą rzecz. W sierpniu 2011 0 5,5% w stosunku do sierpnia 2010 spadły przychody ze sprzedaży detalicznej spółki NG2 SA (w jej skład wchodzi  CCC). W sierpniu. Czyli w miesiącu, gdy obecność marki w mediach była bardzo duża. Bo i Tour de Pologne i przetasowania w kadrze mtb i grupie CCC Polkowice i wreszcie drugie miejsce Włoszczowskiej na Pucharze Świata w Val di Sole.

    Pytanie więc, co jest nie tak? Gdzie zwrot z pakowanych w kolarstwo pieniędzy? Może bez powalających sukcesów, ale zawodnicy robią swoje i bronią się rezultatami. Rutkiewicz na podium Tour de Pologne nie stanął, ale po raz kolejny walczył i był w top10 wyścigu World Tour. Włoszczowska, owszem, zrobiła nieco kwasu w mediach, ale póki co wychodzi na to, że miała rację, bo wyniki jak były z trenerem Piątkiem, tak są i bez niego. Zagorzały kibic może czuć lekki niedosyt, ale realnie nie bardzo jest się do czego przyczepić. Może więc to wina działu marketingu CCC? Jedna telewizyjna reklama z Mają to chyba trochę za mało, by budować wizerunek wokół sportu i by wpompowane w dyscyplinę miliony jakkolwiek się zwróciły? Różnorakie byty sportowe sponsorowane przez CCC omija problem mniejszych, biedniejszych klubów. Ekipa mtb i ekipa szosowa startują bowiem w imprezach, na które media zwracają uwagę. Wygląda więc na to, że nie tylko wystarczy „rzucić kasą” i czekać aż się zwróci. Bo samo się nie zwróci, nawet jeśli zatrudnimy zagraniczną gwiazdę (vide start Pawła Tonkowa i CCC-Polsat w Giro d’Italia).

    Jeśli informacja o problemach szosowej ekipy CCC się potwierdzi (a trudno nie wierzyć S24 – portalowi rzetelnie relacjonującemu sprawy polskiego kolarstwa) optymizm, który pojawił się w związku z rodzimą sceną rowerową trzeba nieco przygasić. A może przy okazji znajdzie się różnica, czym się różni Szlakiem Grodów Piastowskich od Tour of Britain i dlaczego to w tym drugim startują gwiazdy a u nas karty rozdziela między siebie kilku znajomych.

  • Sprawdzam

    Sprawdzam

    Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien oczekiwać rewolucji już teraz. Maja może nie zdobyć medalu, juniorzy mogą pojechać bez błysku. W ogóle to mogą być najgorsze mistrzostwa świata dla naszych kolarzy górskich od dekady.

    Nowa konfiguracja w ekipie zawodowej i kadrze narodowej, nawet, jeśli w oczach najbardziej zainteresowanych jest wyraźną zmianą na lepsze, wymaga nieco czasu by się dograć. Mai Włoszczowskiej wypada życzyć powodzenia w obronie tytułu, jej koleżankom dołączenia do liderki w walce o medale. Juniorom, juniorkom, orlikom i ?orliczkom? wyników, które dają nadzieję na przyszłość. Chleba, soli, mleka miodu i wszystkich innych produktów spożywczych, które wymienia się w tego typu okolicznościach.

    W związku z ?rozwodem roku? może być jednak różnie i nawet kompletną klapę, trzeba będzie przyjąć ze spokojem dając pewien kredyt zaufania. Nawet najlepsi ? a z takimi mamy do czynienia ? mogą mieć słabszy dzień, miesiąc a nawet sezon. Poza Markiem Galińskim, który powoli zmienia funkcję: z zawodnika na mentora, wszyscy liczący się polscy zawodnicy mtb są nadal młodzi i mogą osiągnąć bardzo wiele.  Zatem, jeśli ktoś z Polaków sięgnie w Champery po medal, będzie dobrze. Jeśli nie? nie będzie źle. W tym roku wyniki schodzą na dalszy plan. Prywatnie właściwie w ogóle mnie nie interesują.

    Interesuje mnie za to kilka, pozornie mniejszych spraw. Skoro dokonano zmiany, to znaczy, że stare było niewystarczające a nowe ma być lepsze. Skoro nowe ma być lepsze, to proponowałbym zacząć od kwestii kluczowej w dzisiejszych czasach. Informacji.

    Pytań jest bowiem bez liku. I nie, nie dotyczą one tego, kto zawinił, kto komu zrobił źle, dobrze i dlaczego skończyło się tak, jak się skończyło. Dotyczą tego, co będzie. Zatem po kolei:

    • Jak wygląda organizacja kadry narodowej cross country: trener, menadżer itd. (na stronie Polskiego Związki Kolarskiego trenerem nadal jest Andrzej Piątek)
    • Jakie są kryteria kwalifikacji do kadry narodowej?
    • Jakie są zobowiązania zawodnika ? członka kadry narodowej?
    • Jakie wsparcie ze strony Polskiego Związku Kolarskiego oraz innych organizacji, urzędów i organów państwa otrzymują członkowie kadry narodowej w poszczególnych kategoriach wiekowych, kobiety i mężczyźni?
    • Czym różni się grupa zawodowa mtb CCC Polkowice od kadry narodowej mtb kobiet?
    • Jakie są kryteria kwalifikacji do Igrzysk Olimpijskich w Londynie
    • Czy istnieje a jeśli tak, to jak wygląda organizacja przygotowań do Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro 2016
    • Jak wygląda sytuacja w konkurencjach nieolimpijskich (organizacja kadry, szkolenia, wsparcia dla zawodników): zjeździe, 4X, trialu, maratonie

    Myślę, że proste wyjaśnienie tych kwestii i opublikowanie ich na stronie Polskiego Związku Kolarskiego byłoby gestem wskazującym na zmianę polityki. Bo sama zmiana trenera nie rozwiązuje licznych problemów i niejasności. Powyższe pytania wysłałem do szefa wyszkolenia PZKol, choć liczę się z tym, że ze względu na niszowość medium jakim operuję mogę spotkać się z brakiem odpowiedzi.

  • Jesteśmy ciency

    Jesteśmy ciency

    O organizacji Pucharu Świata mtb w Polsce słyszę od kiedy interesuję się tą dyscypliną. Czyli od 1993r. Miało być XC, miał być 4X, tymczasem taplamy się w swoim bagienku a zawody tej rangi w międzyczasie zorganizowali Czesi. Nie tylko zorganizowali, bo ich reprezentant wygrał w wyścigu elity!

    Ze wszystkich relacji, zarówno tych oficjalnych jak i z wrażeń osób obecnych na imprezie wynika jedno. Puchar Świata w Novym Mescie był świetny. Trasę i organizację chwalili zawodnicy, dopisali kibice licznie i żywo dopingując kolarzy. Całość została godnie zrelacjonowana w mediach (m.in. 120 minut w publicznej telewizji, choć nie live, to jednak wymiar imponujący!). Sukces czeskiej odsłony Pucharu Świata okrasił Jaroslav Kulhavy – dwudziestosześcioletnia gwiazda światowego teamu Specialized, zawodnik, który jest o krok od zwycięstwa w klasyfikacji generalnej.

    Najlepszym z Polaków w Novym Mescie był Marek Konwa. Młodzieżowiec z ekipy Milka Trek zajął w swojej kategorii wiekowej bardzo dobre, trzecie miejsce. Co ciekawe, mimo, że na Morawy jest stosunkowo blisko, Polacy nie zjawili się zbyt licznie. Tymczasem gospodarze w każdej z kategorii mieli po kilku zawodników, co nie jest dziwne o tyle, że nasi południowi sąsiedzi regularnie wysyłają na najważniejsze imprezy sporą grupę reprezentantów. Aby nie skupiać się na elicie, która rządzi się swoimi prawami, warto zwrócić uwagę na młodsze kategorie. Po dwie ukończone, kontynentalne rundy PŚ w tym sezonie (Offenburg i Nove Mesto) ma ośmiu czeskich juniorów i pięciu młodzieżowców. Tymczasem w Grand Prix MTB, w tym roku pod względem ilości eliminacji będącego karykaturą swojej dawnej świetności, regularnie (dwa starty) rywalizowało 15 juniorów i 9 „orlików” z Polski. Dla porównania Polska liczy ok. 38 a Czechy ok. 10,5 miliona mieszkańców. Polska podobno jest również dwudziestą gospodarką świata i szóstą gospodarką Unii Europejskiej.

    Co więcej, mamy porównywalną kolarską tradycję – wszak razem z Czechami współorganizowaliśmy „za komuny” Wyścig Pokoju a będąc już przy temacie polityki oba kraje znajdowały się pod wpływem tego samego, radzieckiego, zamordyzmu. Od rozpoczęcia przemian ustrojowych minęło mniej więcej tyle samo czasu, i my i oni mamy swoje ikony, swoich reformatorów, liberałów i populistów.

    Wracając ściśle do sportu a jeszcze ściślej do kolarstwa, powinniśmy dysponować wyraźną przewagą. Nasze barwy reprezentuje bowiem super gwiazda. Maja Włoszczowska od 2000r regularnie zdobywająca medale mistrzostw świata. Maja jest aktualną wicemistrzynią olimpijską i mistrzynią świata. Sednem sprawy jest to, że jej sukcesy, a także sukcesy naszych pozostałych reprezentantek (Szafraniec, Sadłecka, Dawidowicz, Gorycka) oraz reprezentantów (Galiński, Brzózka, Konwa) nie zostały w żaden sposób wykorzystane. Znamienny jest fakt, że po medalu w Pekinie ze sponsoringu grupy zawodowej naszej medalistki wycofał się sponsor tytularny (marka Halls w Polsce należąca do Wedla) a po mistrzostwie świata Włoszczowska wystąpiła co prawda w telewizyjnej reklamie swojego mecenasa (CCC), ale spot, choć ładny był emitowany dość krótko. Teraz Maja reklamuje swojego globalnego sponsora – Scotta a w mediach jest o niej głośno z powodu zwolnienia trenera Andrzeja Piątka. Sukcesy Włoszczowskiej nie zostały praktycznie w ogóle zdyskontowane: przez Polski Związek Kolarski, Sponsorów oraz Środowisko. Tymczasem Czesi w drodze do zwycięstwa Kulhavego w domowej eliminacji Pucharu Świata, owszem, mieli epizody (Tereza Hurikova), ale raczej dyskretnie budowali zaplecze niż występowali w pierwszym szeregu elity. Sądząc po frekwencji juniorów na najważniejszych imprezach, robią tak nadal.

    Przechodząc do meritum. Mistrzostwa Europy MTB w Wałbrzychu w 2004r były niezłe, ale zakończyły się stratami finansowymi. Mistrzostwa  Świata na torze pogrążyły PZKol do reszty. Po awansie Tour de Pologne do światowej elity cały czas czekamy na choćby etapowe zwycięstwo. Grand Prix MTB, które było kluczową serią cross country w tej części Europy praktycznie przestało istnieć. Najlepszy, aktywny polski kolarz szosowy, choć jest świetnym gregario, wciąż jest tylko gregario. Z prestiżowym, ale jednym zwycięstwem na koncie. W najpopularniejszej masowej konkurencji (maraton) Puchar Kraju ogłaszany jest potajemnie na kilka dni przed jego rozpoczęciem i rozgrywany na trasach, które są atrapą mtb. Na rok przed Igrzyskami Olimpijskimi zwalnia się trenera kadry, który w ciągu swojej kariery jako szkoleniowiec wywiązywał się z założonego planu niemal w 100%. Sukcesy pasjonatów są ignorowane, podobnie jak przyjazd do Polski gwiazd światowego formatu. Głównie z tego powodu, że zabrakło stopek sponsorskich czy papierowych umów o patronat.

    Podobno kiedyś w Szczawnie Zdroju miał być zorganizowany Puchar Świata. Myślano o XC, później wraz z prężnie rozwijającą się sekcją o 4X. Podobno o Puchar Świata ma się starać Jelenia Góra i wyścig Maja Race. Podobno kategorię UCI ma dostać etapówka Sudety MTB Challenge. I podobno jesteśmy gotowi by zorganizować mistrzostwa świata na szosie. Podobno w Krakowie.

    Tymczasem Czesi – nie podobno a realnie – zorganizowali mistrzostwa świata w Przełajach, mają czempiona (Stybar) w tej dyscyplinie i szerokie zaplecze w światowej czołówce. Na szosie reprezentuje ich regularny faworyt wielkich tourów (Kreuziger). W MTB zorganizowali Puchar Świata a ich reprezentant go wygrał. Na dostępne imprezy (w kontynentalnej Europie) wysyłają spore grono młodzieży, która zdobywa szlify walcząc z najlepszymi na wymagających trasach. Nam zdarzają się wybitne jednostki i nic z tym nie robimy. Krótko mówiąc, w porównaniu z nimi jesteśmy w dupie. Za to lubimy pośmiać się z ich języka.

    P.S. Zdjęciem okładkowym jest fragment instalacji Davida Cernego, światowej sławy czeskiego rzeźbiarza, prowokatora i performera. Cerny podstępnie zamieścił ją w 2009r w Parlamencie Europejskim, prezentując stereotypy na temat poszczególnych krajów UE skłonił do dyskusji. Polaków widzi jako homofobicznych katoli tkwiących w gównie błocie.

  • Jak nas widzą?

    Jak nas widzą?

    W potopie komentarzy dotyczących poziomu relacji, rund i balonów przy trasie można rzucić okiem, jak Tour de Pologne prezentuje się z dystansu. Bez emocjonalnego związku na nasz wyścig patrzą zagraniczne media. Na co zwracają uwagę?

    Jeszcze przed wyścigiem mój ulubiony ostatnio blog The Inner Ring przygotował krótkie wprowadzenie do Tour de Pologne. Co istotne, wprowadzenie dla czytelników anglojęzycznych. W oczach autora Polska jest krajem położonym na rubieżach Europy, za wschodnią granicą mając za sąsiada ostatnią w tej części świata dyktaturę. Krajem, w którym są ostre zimy, utrudniające treningi. Te same zimy oraz niewysoki poziom zamożności na terenach wiejskich powodują, że szosy mamy podłe, przez co łatwo o uszkodzenie butikowych, carbonowych obręczy. W związku z tym trudno uprawiać kolarstwo w pełnym wymiarze, przez co z zawodowstwem u nas kiepsko, ale jeśli rzucić okiem na amatorskie drużyny we Włoszech i Francji, ściga się tam spora grupa młodych zawodników z naszego kraju. Mogą oni pójść w ślady Szmyda czy Bodnara i, tak jak w innych dziedzinach życia stać się ?polskimi robotnikami?, cenionymi w Europie za solidność i pracowitość. Ponieważ od czasów Piaseckiego, Halupczoka i Jaskóły nie możemy doczekać się prawdziwego mistrza, najlepszym polskim kolarzem jest zawodniczka mtb, Maja Włoszczowska.

    Polski hydraulik

    Tyle opiniotwórczy, choć niszowy blog. Mainstreamowe media kolarskie traktują Tour de Pologne mniej analitycznie. Właściwie, to traktują go bardzo adekwatnie ? jako tygodniową etapówkę z kalendarza World Tour o zróżnicowanej trasie z niezłą stawką zawodników na starcie. Poziom relacji jest zatem więcej niż satysfakcjonujący. Opisy rywalizacji, zdjęcia, wypowiedzi. Choć i u nas w tej kwestii jest urodzaj, to jeśli chodzi i profesjonalizm przekazu, wciąż mamy się od kogo uczyć.

    Uwagę zwracają pojedynki sprinterów: znakomita dyspozycja Marcela Kittela ze Skil Shimano oraz słaba dyspozycja Toma Boonena. Szczególnie entuzjastyczni są Niemcy. Dwa zwycięstwa etapowe i koszulka lidera dla ich reprezentanta powodują spekulacje, że Kittel być może będzie mógł wkrótce rywalizować z Cavendishem. Młody lider wyścigu ma już na swoim koncie kilka cennych zwycięstw, a ten sezon jest jego pierwszym w zawodowej elicie. Wygrane etapy i prowadzenie w klasyfikacji wyścigu kategorii World Tour to dla niego z pewnością jego największy dotychczasowy sukces. Styl, w jakim po niego sięgnął budzi uznanie specjalistów i daje dobre prognozy na przyszłość.

    Istotnym wydarzeniem dwóch pierwszych dni jest również wycofanie po kraksie Alessandro Ballana, zawodnika z czołówek branżowych mediów. Ciekawym faktem, na który zwrócili za to uwagę userzy forum cyclingnews jest start w jednym wyścigu Vicenzo Nibalego i Michele Scarponiego. Liderzy odpowiednio Liquigasu i Lampre planują start w hiszpańskiej Vuelcie. Wedle przedstartowych zapowiedzi obaj przyjechali do Polski trenować i wspierać swoich kolegów z drużyny (Paterskiego i Bodnara oraz Niemca). Nietypowe jest, że dwaj potencjalni faworyci wielkiego touru sprawdzają formę na tej samej imprezie kilka tygodni wcześniej.

    Intrygującym elementem jest obecność Grahama Watsona. Uznany fotograf kolarstwa od lat nie ujmuje w swoich reportażach Tour de Pologne, nawet jeśli ten wyścig znajduje się wśród innych w gronie Pro Tour/World Tour. Mimo, że ostatnio w celu lepszego pokrycia kalendarza i relacjonowania większej ilości imprez, prezentuje też zdjęcia współpracowników, nasz wyścig nie znalazł jego aprobaty. Co ciekawe, sam Watson fotografuje peleton Tour de Pologne, jego pracę wykorzystują niektóre zagraniczne portale, zatem nie udał się na zasłużony odpoczynek po Tour de France. Czyżby zatem uważał, że nie ma czego pokazywać i opisywać w swoich reportażach?