Tag: MTB

  • Miły Dzień na Świeżym Powietrzu

    Miły Dzień na Świeżym Powietrzu

    Dwa lata minęły od kiedy ostatni raz obserwowałem krakowski maraton rowerowy. W tym roku wróciłem, niestety nadal w roli kibica. Patrząc całkiem z boku i nie będąc kompletnie zaangażowanym w imprezę mogłem skupić się na rywalizacji zawodników i przyglądnąć się zmaganiom mniej zaawansowanych maratończyków.

    Na początek wrzucę symulację informacji prasowej, podobne w najbliższych dniach znajdziecie na większości rodzimych portali.

    „Kolejna edycja MTB Marathon 2011 za nami. Na starcie w Krakowie stanęło około 1400 zawodników. Deszcz, który spadł w nocy sprawił, że leśne ścieżki Garbu Tenczyńskiego stały się błotniste a szybka trasa – bardziej wymagająca. Dla wielu uczestników pokonanie dystansów: mini (ok. 30km), mega (ok. 60km) i królewskiego giga (ok. 100km) było więc nie lada wyzwaniem. Na całe szczęście uciążliwe upały odeszły w zapomnienie i maratończycy mogli sprawdzić swoje możliwości w optymalnej temperaturze.

    Na Giga ciekawą walkę stoczyli Bartosz Janowski (Dobre Sklepy Rowerowe) i Wojciech Halejak (Mróz), którzy przez cały wyścig rywalizowali o zwycięstwo. Ostatecznie na mecie usytuowanej na krakowskich Błoniach pierwszy zameldował się Janowski. Wśród pań najszybsza była Agnieszka Gulczyńska (Corratec), która nieznacznie pokonała Justynę Frączek (KTM bikeworld.pl WRT).

    Na Mega klasę pokazał Mateusz Zoń, który uciekł grupie rywali i samotnie dojechał przed grupą kilku zawodników, z której najszybciej finiszował Szymon Biel (Bieniasz Team) a trzeci ukończył Paweł Urbańczyk (Dobre Sklepy Rowerowe). Wśród pań ciekawa rywalizacja rozegrała się między Katarzyną Sową, która przyjechała tuż przed Katarzyną Galewicz (Kellys).

    Dla wielu zawodników była to ważna eliminacja MTB Marathon. Sezon powoli zbliża się do końca, zatem obserwowaliśmy ambitną walkę o punkty do klasyfikacji generalnej w poszczególnych kateogoriach. O tym, kto zwycięży, dowiemy się już wkrótce – do końca pozostały jeszcze dwie edycje: w Międzygórzu i wielki finał w Istebnej.”

    Fascynujące. Impreza się odbyła. Uczestnicy są z pewnością zadowoleni, choć, jak co roku o tej porze, wielu z nich odczuwa już znużenie sezonem. Krakowska trasa nie jest porywająca. To głównie tłuczenie się po polnych drogach przetykane przedzieraniem się przez błotniste przesieki wśród krzaków. Z drugiej strony maraton ma wieloletnią tradycję i zasługuje na miano swoistego klasyku. Niestety, jak większość maratonów mtb nie jest wydarzeniem ani dla miasta, ani dla szerzej pojmowanego sportu. Świadomość istnienia imprezy wśród masowej publiczności jest niemal zerowa. Właściwie to temat na oddzielny wpis, ale sprawę muszę jeszcze dokładniej przemyśleć i przeanalizować, choć mam już pewne intuicje w temacie.

    Wracając do samych zawodów. Starałem się być w kilku miejscach trasy i śledzić rywalizację czołówki zarówno na Giga jak i na Mega. Runda, której najtrudniejsze elementy oddzielone są długimi przelotami w otwartym terenie sprzyja raczej rozgrywkom taktycznym i jeździe w grupie. Tym większy respekt dla Bartka Janowskiego i Wojtka Halejaka, którzy na Giga jechali przed resztą stawki atakując się nawzajem oraz dla Mateusza Zonia, który samotnie uciekał grupie mocnych rywali na Mega. W tych warunkach oglądanie waszej jazdy było sporą przyjemnością. Imponująco pojechał również Bogdan Czarnota, który po kontuzji wrócił do ścigania w długich maratonach. 40 sekund zabrakło mu do podium, a pamiętajmy, że niedawno jego łokieć był niemal w drzazgach…

    Różnice, które można wyczytać w wynikach nie oddają tego, co działo się na trasie. Mega okazało się być bardzo szybkie, stąd też niewielkie różnice w szeroko pojętej czołówce. Z zewnątrz wyglądało to nieco inaczej. Za plecami grupy ścigającej Mateusza Zonia wisiało jeszcze kilku zawodników. Reszta jechała w innej lidze. Na Giga różnica między pierwszym a  dziesiątym zawodnikiem to blisko pół godziny. W końcówce trudno było wypatrzeć liderów najważniejszego dystansu między dublami z Mega i Mini. Z całym szacunkiem dla kolarzy, którzy przygotowują się do ponad czterogodzinnego wysiłku – niewielu was, oj niewielu. Około 12% wszystkich uczestników wzięło udział w Maratonie a nie w Wyścigu.

    Błoto, które powstało po nocnych opadach deszczu pachniało w charakterystyczny dla tych okolic sposób. I kleiło się takoż. Było więc nieco funu i trochę wypadków. Niektóre poważniejsze – zjazdy w okolicach Krakowa nie są trudne, za to są szybkie. Pojawiające się po ulewach koleiny potrafią wyrzucić z siodła nieuważnego jeźdźca. Trzeba więc było uważać, ale przynajmniej można było uniknąć smażenia się na polnych drogach w upale. Aby przebić się z Lasku Wolskiego w ciekawszą okolicę, trzeba niestety przejechać przez dość przykry teren wzdłuż autostrady i lotniska. Nic miłego a do tego sprawia, że samotnym zawodnikom trudniej wypracować przewagę nad grupkami i peletonikami.

    Tak czy inaczej, zawody zakończone. „Mówią na mieście” że za rok z Błoń już maraton nie wystartuje. Przynajmniej nie ten. Czy to dobrze, czy to nie dobrze, wyjdzie w praniu. Póki co, mimo tradycji, trochę brak mu do wydarzenia szerszego niż event, który porusza tylko niewielką grupę zainteresowanych. Jako jej przedstawiciel, bawiłem się dobrze i spędziłem dzień na świeżym powietrzu. Takich jak ja (kibiców) nie było jednak zbyt wielu.

    Poniżej kilka obrazków, być może inni zainteresowani się na nich znajdą. Enjoy.

    [nggallery id=5]

  • Bart Brentjens – kilka pytań

    Bart Brentjens – kilka pytań

    Pierwszy mistrz olimpijski w cross country startował niedawno w Polsce w etapówce MTB Challenge. Poza tym, że zajął drugie miejsce, jego obecność przeszła nieco niezauważona. Zadałem mu więc kilka pytań.

    @Marek Tyniec: Jesteś już tak długo w ?bike biznesie? … Gdy zdobywałeś złoty medal olimpijski twój rower był po prostu ekstremalnie sztywny i to najlepiej opisywało jego właściwości. Teraz używasz sprzętu, który korzysta z zaawansowanych technologii. Jest tyle zmian w kolarstwie górskim, w sprzęcie ale i w charakterze samej dyscypliny. Które zmiany według Ciebie są najbardziej istotne?
    @Bart Brentjens: Od tamego czasu faktycznie bardzo wiele się zmieniło. Choćby trasy zawodów: są coraz bardziej techniczne ale też i krótsze. Dawniej startowaliśmy w wyścigach xco, które trwały trzy godziny a jedno okrążenie jechało się 40 minut. W 1996 roku mój rower ważył 12 kilogramów. Teraz waży 8. Wszystko jest inne: szersze opony, oczywiście bezdętkowe, koła 29 cali, pełna amortyzacja, hydraulika (tu chyba Brentjensa zawiodła nieco pamięć, ponieważ olimpijskie złoto zdobywał na rowerze z hamulcami Magury, przyp. mt), systemy blokad? Naprawdę wiele się zmieniło.

    W zeszły weekend startowałeś w wyścigu Leadville 100, zająłeś szóste miejsce. Całkiem nieźle jak na czterdziestotrzylatka. Ale startował tam też Tinker Juarez, ukończył piętnasty a ma teraz równo 50 lat. Razem ścigaliście się w latach dziewięćdziesiątych, teraz razem bierzecie udział w zawodach wytrzymałościowych. Idziesz tą samą drogą co on?
    Nie wiem, czy tą samą. Tinker jest nadal bardzo mocny, właściwie to jestem zaskoczony w jak dobrej dyspozycji ciągle jest ten, już starszy, mężczyzna. Osobiście czuję, że z roku na rok coraz trudniej jest mi utrzymywać ten sam poziom. Nadal bardzo lubię się ścigać, ale w tym momencie mam jeszcze inne rzeczy do zrobienia.

    Właśnie, opowiedz w takim razie o swoim projekcie i roli jaką w nim pełnisz…
    Jestem właścicielem zespołu Milka-Trek. Mamy prosty cel: aby dwóch naszych zawodników wystartowało na Igrzyskach Olimpijskich w 2012 roku. Założyłem tę drużynę, ponieważ chciałbym oddać coś dyscyplinie, z której przez lata czerpałem korzyści, która wzbogaciła moje życie. Dobrze czuję się w roli organizatora, zwłaszcza jeśli to, co robię dobrze wygląda i przynosi dobre rezultaty. Sponsor taki jak Milka dodatkowo sprawia, że projekt automatycznie jest lepiej widoczny.

    W towarzystwie swoich młodszych kolegów-podopiecznych wystartowaliście w polskim wyścigu etapowym Sudety MTB Challenge. Byłem nieco zaskoczony widząc was na liście startowej. Dla zawodnika, który tyle wygrywał w karierze, start w ciekawej imprezie ale znajdującej się poza kalendarzem UCI to dość egzotyczny wybór…
    Całe szczęście kolarstwo górskie to nie tylko Puchar Świata i punkty zdobywane do rankingu UCI. Oczywiście wyścig na Igrzyskach Olimpijskich jest najważniejszą sprawą, ale oprócz tego jest bardzo wiele imprez stanowiących prestiżowe wyzwanie. Tak jest na przykład z Leadville w USA, który nie ma kategorii UCI, ale jest dobrze promowany a dla samych zawodników udział w nim stanowi świetne doświadczenie. Podobnie jest z MTB Challenge. To ciągle mały wyścig, ale ma spory potencjał by stać się prestiżową etapówką. Przyszła do nas ciekawa oferta ze strony organizatora i zdecydowaliśmy się wystartować. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było warto.

    Ostatecznie ukończyłeś wyścig na drugim miejscu za klubowym kolegą, Lemerem Pietersmą. Dobry wynik uzyskał też Tim Wynants. Ścigaliście się między sobą, czy raczej byłeś dla nich wsparciem?
    Tim jechał jako wsparcie dla Jelmera i dla mnie, ponieważ byliśmy najwyżej sklasyfikowanymi zawodnikami. Jelmer był bardzo mocny, dzięki temu mogliśmy rozegrać sprawę tak jak to się powinno robić.

    Jeszcze jedno pytanie dotyczące tej imprezy. Co ją odróżnia od innych, większych i bardziej znanych wyścigów tego typu, w których miałeś okazję startować.
    Właściwie nie ma zbyt wielu różnic. Trasy są bardzo ładne i wymagające. Różnicą jest obecność w kalendarzu UCI (a jednak, przyp. mt). Przez to nie ma zbyt wielu zawodowców na starcie. Ważną sprawą jest też obecność kibiców i mediów, zwłaszcza dla zespołu takiego jak mój. Czekamy niecierpliwie na video z zawodów.

    Wyścigi etapowe, tak jak inne imprezy wytrzymałościowe są dość specyficzne. Zawodowcy ścigają się ze sobą, ale oprócz nich startują amatorzy. Czasami różnice między obiema grupami są dość płynne. Jak znajdujesz się w takiej sytuacji?
    To jest właśnie największy urok mtb. Między innymi dlatego właśnie kolarstwo górskie w wersji wyczynowej ma silne wsparcie ze strony producentów sprzętu. Amatorzy doświadczają tego samego co zawodowcy, chcą jeździć tak jak oni i żyć tak jak oni.

    W Twoim zespole ściga się Polak, Marek Konwa. Jak widzisz rozwój jego dalszej kariery? Proszę, powiedz coś więcej niż ?To młody, perspektywiczny zawodnik? ;-). Jak znalazł się w twojej drużynie i jakie nadzieje w nim pokładasz?
    Marek to obecnie jeden z najlepszych na świecie zawodników w swojej kategorii. Dla naszego sponsora, Milka, Polska to ważny rynek, dlatego też szukałem zawodnika z waszego kraju. Marek idealnie się do tego nadaje. Jestem bardzo zadowolony z jego obecności w naszej drużynie, zwłaszcza, że UCI wprowadziła osobne zawody dla młodzieżowców a on regularnie staje na podium w Pucharze Świata. Marek sam dobrze wie, co chce osiągnąć, lubi się uczyć i czerpać z mojego doświadczenia.

    Obecnie w Polsce mamy nieco zamieszania wokół zmiany na stanowisku trenera kadry narodowej. Jestem ciekaw, jak  takie sprawy wyglądają w Holandii. Jaka jest rola tamtejszego związku kolarskiego, za co i komu płaci i jaka jest w tym wszystkim rola prywatnych zespołów. Jako właściciel jednego z nich jesteś z pewnością dobrze zorientowany…
    Szczerze mówiąc nie jestem zadowolony z polityki, jaką prowadzi Holenderski Związek Kolarski. Ale myślę, że w każdym kraju jest podobnie. Związek nie współpracuje z grupami zawodowymi. Kadra narodowa liczy kilka (cztery) osób, które mają pełne finansowanie: zgrupowań, trenerów, badań i startów w wyścigach. Tyle tylko, że tych czterech zawodników to nie są najlepsi kolarze w Holandii. Dobry zawodnik nie potrzebuje wsparcia związku, jeśli chce znaleźć swoją drogę, chociaż pomoc federacji może być jemu lub jej bardzo pomocna.

     Wracając na koniec do Ciebie… planujesz się ścigać tak długo jak Tinker?
    Prawdopodobnie nie, ale ciągle jest jeszcze kilka wyścigów na świecie, w których udział jest dla mnie sporą motywacją.

    Bart Brentjens wygrywa Igrzyska Olimpijskie w Atlancie:

    Bart Brentjens urodził się w 1968 w położonym w Limburgii Haelen. Jest mistrzem olimpijskim i mistrzem świata w cross country, wielokrotnym mistrzem Holandii w xc i maratonie, wygrywał również etapowe wyścigi mtb: górską wersję Tour de France oraz Cape Epic. Nadal jest czynnym zawodnikiem, ale oprócz tego prowadzi drużynę zawodową: Milka-Trek a także firmuje swoim nazwiskiem maraton Bart Brentjens Challenge oraz wyścig dwudziestoczterogodzinny.

  • Jesteśmy ciency

    Jesteśmy ciency

    O organizacji Pucharu Świata mtb w Polsce słyszę od kiedy interesuję się tą dyscypliną. Czyli od 1993r. Miało być XC, miał być 4X, tymczasem taplamy się w swoim bagienku a zawody tej rangi w międzyczasie zorganizowali Czesi. Nie tylko zorganizowali, bo ich reprezentant wygrał w wyścigu elity!

    Ze wszystkich relacji, zarówno tych oficjalnych jak i z wrażeń osób obecnych na imprezie wynika jedno. Puchar Świata w Novym Mescie był świetny. Trasę i organizację chwalili zawodnicy, dopisali kibice licznie i żywo dopingując kolarzy. Całość została godnie zrelacjonowana w mediach (m.in. 120 minut w publicznej telewizji, choć nie live, to jednak wymiar imponujący!). Sukces czeskiej odsłony Pucharu Świata okrasił Jaroslav Kulhavy – dwudziestosześcioletnia gwiazda światowego teamu Specialized, zawodnik, który jest o krok od zwycięstwa w klasyfikacji generalnej.

    Najlepszym z Polaków w Novym Mescie był Marek Konwa. Młodzieżowiec z ekipy Milka Trek zajął w swojej kategorii wiekowej bardzo dobre, trzecie miejsce. Co ciekawe, mimo, że na Morawy jest stosunkowo blisko, Polacy nie zjawili się zbyt licznie. Tymczasem gospodarze w każdej z kategorii mieli po kilku zawodników, co nie jest dziwne o tyle, że nasi południowi sąsiedzi regularnie wysyłają na najważniejsze imprezy sporą grupę reprezentantów. Aby nie skupiać się na elicie, która rządzi się swoimi prawami, warto zwrócić uwagę na młodsze kategorie. Po dwie ukończone, kontynentalne rundy PŚ w tym sezonie (Offenburg i Nove Mesto) ma ośmiu czeskich juniorów i pięciu młodzieżowców. Tymczasem w Grand Prix MTB, w tym roku pod względem ilości eliminacji będącego karykaturą swojej dawnej świetności, regularnie (dwa starty) rywalizowało 15 juniorów i 9 „orlików” z Polski. Dla porównania Polska liczy ok. 38 a Czechy ok. 10,5 miliona mieszkańców. Polska podobno jest również dwudziestą gospodarką świata i szóstą gospodarką Unii Europejskiej.

    Co więcej, mamy porównywalną kolarską tradycję – wszak razem z Czechami współorganizowaliśmy „za komuny” Wyścig Pokoju a będąc już przy temacie polityki oba kraje znajdowały się pod wpływem tego samego, radzieckiego, zamordyzmu. Od rozpoczęcia przemian ustrojowych minęło mniej więcej tyle samo czasu, i my i oni mamy swoje ikony, swoich reformatorów, liberałów i populistów.

    Wracając ściśle do sportu a jeszcze ściślej do kolarstwa, powinniśmy dysponować wyraźną przewagą. Nasze barwy reprezentuje bowiem super gwiazda. Maja Włoszczowska od 2000r regularnie zdobywająca medale mistrzostw świata. Maja jest aktualną wicemistrzynią olimpijską i mistrzynią świata. Sednem sprawy jest to, że jej sukcesy, a także sukcesy naszych pozostałych reprezentantek (Szafraniec, Sadłecka, Dawidowicz, Gorycka) oraz reprezentantów (Galiński, Brzózka, Konwa) nie zostały w żaden sposób wykorzystane. Znamienny jest fakt, że po medalu w Pekinie ze sponsoringu grupy zawodowej naszej medalistki wycofał się sponsor tytularny (marka Halls w Polsce należąca do Wedla) a po mistrzostwie świata Włoszczowska wystąpiła co prawda w telewizyjnej reklamie swojego mecenasa (CCC), ale spot, choć ładny był emitowany dość krótko. Teraz Maja reklamuje swojego globalnego sponsora – Scotta a w mediach jest o niej głośno z powodu zwolnienia trenera Andrzeja Piątka. Sukcesy Włoszczowskiej nie zostały praktycznie w ogóle zdyskontowane: przez Polski Związek Kolarski, Sponsorów oraz Środowisko. Tymczasem Czesi w drodze do zwycięstwa Kulhavego w domowej eliminacji Pucharu Świata, owszem, mieli epizody (Tereza Hurikova), ale raczej dyskretnie budowali zaplecze niż występowali w pierwszym szeregu elity. Sądząc po frekwencji juniorów na najważniejszych imprezach, robią tak nadal.

    Przechodząc do meritum. Mistrzostwa Europy MTB w Wałbrzychu w 2004r były niezłe, ale zakończyły się stratami finansowymi. Mistrzostwa  Świata na torze pogrążyły PZKol do reszty. Po awansie Tour de Pologne do światowej elity cały czas czekamy na choćby etapowe zwycięstwo. Grand Prix MTB, które było kluczową serią cross country w tej części Europy praktycznie przestało istnieć. Najlepszy, aktywny polski kolarz szosowy, choć jest świetnym gregario, wciąż jest tylko gregario. Z prestiżowym, ale jednym zwycięstwem na koncie. W najpopularniejszej masowej konkurencji (maraton) Puchar Kraju ogłaszany jest potajemnie na kilka dni przed jego rozpoczęciem i rozgrywany na trasach, które są atrapą mtb. Na rok przed Igrzyskami Olimpijskimi zwalnia się trenera kadry, który w ciągu swojej kariery jako szkoleniowiec wywiązywał się z założonego planu niemal w 100%. Sukcesy pasjonatów są ignorowane, podobnie jak przyjazd do Polski gwiazd światowego formatu. Głównie z tego powodu, że zabrakło stopek sponsorskich czy papierowych umów o patronat.

    Podobno kiedyś w Szczawnie Zdroju miał być zorganizowany Puchar Świata. Myślano o XC, później wraz z prężnie rozwijającą się sekcją o 4X. Podobno o Puchar Świata ma się starać Jelenia Góra i wyścig Maja Race. Podobno kategorię UCI ma dostać etapówka Sudety MTB Challenge. I podobno jesteśmy gotowi by zorganizować mistrzostwa świata na szosie. Podobno w Krakowie.

    Tymczasem Czesi – nie podobno a realnie – zorganizowali mistrzostwa świata w Przełajach, mają czempiona (Stybar) w tej dyscyplinie i szerokie zaplecze w światowej czołówce. Na szosie reprezentuje ich regularny faworyt wielkich tourów (Kreuziger). W MTB zorganizowali Puchar Świata a ich reprezentant go wygrał. Na dostępne imprezy (w kontynentalnej Europie) wysyłają spore grono młodzieży, która zdobywa szlify walcząc z najlepszymi na wymagających trasach. Nam zdarzają się wybitne jednostki i nic z tym nie robimy. Krótko mówiąc, w porównaniu z nimi jesteśmy w dupie. Za to lubimy pośmiać się z ich języka.

    P.S. Zdjęciem okładkowym jest fragment instalacji Davida Cernego, światowej sławy czeskiego rzeźbiarza, prowokatora i performera. Cerny podstępnie zamieścił ją w 2009r w Parlamencie Europejskim, prezentując stereotypy na temat poszczególnych krajów UE skłonił do dyskusji. Polaków widzi jako homofobicznych katoli tkwiących w gównie błocie.

  • Adam Hansen ? z mtb na szosę

    Adam Hansen ? z mtb na szosę

    Z australijskim kolarzem chciałem porozmawiać już kilka lat temu. Dla mnie jest przede wszystkim dwukrotnym zwycięzcą Crocodile Trophy, jednej z najcięższych etapówek mtb. Od 2007r jeździ w topowych drużynach szosowych i jest pomocnikiem swoich liderów.

    Z Adamem Hansenem rozmawiałem przed startem piątego etapu 68. Tour de Pologne, Zakopane-Zakopane. Mając w pamięci komentarze wokół roli, jaką pełni m.in. Sylwester Szmyd w grupie Liquigas zapytałem mojego rozmówcę o jego stosunek do pracy dla innych kolarzy. A także o to, co sądzi o nieśmiertelnych ?Rundach Langa?, którymi kończą się wszystkie etapy naszego wyścigu.

    Marek Tyniec: Kiedy ostatni raz jeździłeś na rowerze górskim?
    Adam Hansen: (śmiech) Och, dość dawno temu. Chociaż nie, byłem dwa tygodnie temu na treningu mtb. Czasami trenuję na rowerze górskim, ale się nie ścigam. Właściwie ostatnim moim wyścigiem było Crocodile Trophy (2005, przyp. mt), później jeszcze startowałem w Alpen Tour, ale wycofałem się po pierwszym etapie na skutek upadku.

    Zawsze chciałem z tobą porozmawiać właśnie o Crocodile Trophy. Ale teraz jesteś zawodowym szosowcem i jeździsz jako pomocnik liderów swojej drużyny. Właściwie to jest dobre nawiązanie, ponieważ przyjechałeś do Polski a polscy kibice mają spory problem z tym, że nasz najlepszy kolarz, Sylwester Szmyd jest właśnie pomocnikiem. Jak ty się czujesz w takiej roli?
    Cóż, to trudne pytanie. Z punktu widzenia sportowca to całkiem dobry układ. Jeździsz w profesjonalnej drużynie, co powoduje, że twoja praca jest o wiele prostsza. To zespół zajmuje się znajdowaniem sponsorów i organizacją drużyny. W mtb masz zazwyczaj indywidualny sponsoring i wiele rzeczy jest na twojej głowie. Kolarstwo szosowe jest oczywiście w ogóle bardziej zorganizowane, zatem każdy ma swoje zadania do wykonania.

    No dobrze, ale co z twoimi prywatnymi ambicjami?
    Z tym jest zawsze problem. Zwłaszcza, że jestem Australijczykiem i nie jeżdżę w australijskiej drużynie, tylko w belgijskiej. Więc muszę się liczyć z tym, że zawsze zawodnicy z Belgii będą stawiani przede mną. Oczywiście czasami dostaję swoją szansę, ale dzieje się tak bardzo rzadko. W sumie bycie pomocnikiem lidera to nie jest taka zła rzecz. Jadąc na wyścig wiesz, co masz robić. Jeśli się dobrze wywiążesz ze swojego zadania, zespół jest z ciebie zadowolony. Jeśli zespół jest zadowolony, proponuje ci kontrakt na kolejny rok i tak dalej.

    W takim razie jakie są twoje zadania tutaj, na Tour de Pologne?
    Na płaskich etapach pomagam Adamowi Blythe, naszemu sprinterowi. Jak na młodego, rozwijającego się zawodnika idzie mu całkiem nieźle. Na drugim etapie przyjechał w pierwszej dziesiątce. Oprócz tego naszym liderem jest Jan Bakelands, zawodnik z Belgii, w miarę swoich możliwości będę mu pomagał na kolejnych etapach.

    Blythe jest rozwijającym się zawodnikiem (21 lat). W sumie ty też jesteś ciągle młody, może nie bardzo (30), ale ciągle możesz poprawiać swoje możliwości.
    To prawda. Do Polski przyjechałem jednak pomóc młodszym kolegom oraz zbudować formę przed Vuelta Espana, który jest jednym z moich głównych celów w sezonie.

    Co planujesz tam osiągnąć?
    Będę tam wspierał Jurgena Van Den Broecka, naszą gwiazdę na wielkie toury. Podczas Vuelty jest kilka etapów, gdzie będzie bardzo potrzebował mojej pomocy, więc ciężko będzie szukać możliwości szansy dla samego siebie.

    Wracając trochę do tematu kolarstwa górskiego, czy chciałbyś jeszcze kiedyś pościgać się w mtb?
    Jasne!

    Ale jako profesjonalista, czy tak jak niektórzy eks szosowcy dopiero na sportowej emeryturze, w kategorii masters?
    Właściwie, to chciałem pojechać znowu w Crocodile Trophy już w zeszłym roku, ale mój poprzedni zespół ? HTC nie pozwolił mi na to. W przyszłości zdecydowanie będę chciał spróbować jeszcze raz. Myślałem nawet o tym, żeby wystartować w tym sezonie, zobaczę, jak ułożą się moje starty w dalszej jego części. Problem z łączeniem mtb z szosą jest taki, że na szosie mamy bardzo wiele dni startowych. Kontrakt mam z drużyną szosową Omega Pharma Lotto i płacą mi za ściganie się na szosie. Do tego dochodzi możliwość ewentualnej kontuzji. Tak jak powiedziałem, chętnie wystartuję w Crocodile Trophy, ale to zależy od tego czy będę jechał Giro di Lombardia.

    Gdy kilka lat temu usłyszałem, że na stałe przechodzisz na szosę ucieszyłem się. Potem byłem jednak trochę zdziwiony. ?Górale? zazwyczaj dobrze czują się w górach a ty raczej rozprowadzasz sprinterów.
    Tak, to może wydawać się dziwne, ale z drugiej strony kolarze mtb są bardziej uniwersalni. Posiadają sporą wytrzymałość siłową i dobrze znoszą wysokie obciążenia. Przez to często są też dobrymi czasowcami. A od tego jest niedaleko do dyktowania tempa na płaskich etapach. W MTB nie musisz mieć dobrego przyspieszenia, ale jesteś w stanie rozkręcić niezłe tempo, co jest przydatne przy rozprowadzaniu sprintera. To dość cenna umiejętność.

    A co sądzisz o naszym wyścigu, jak ci się podoba trasa, szczególnie rundy w miastach?
    (uśmiech) Rozmawialiśmy nawet o tym z kolegami ostatniego wieczora. Dla kibiców to z pewnością jest spora atrakcja?

    …a dla was?
    ?cóż? dla kibiców to z pewnością jest spora atrakcja (śmiech). No dobrze, jeśli mam poszukać zalet, to miło jest jechać przy dopingu ludzi stojących przy trasie, w miastach jest ich więcej. I oczywiście możemy się lepiej zapoznać z finiszem. Jeśli runda jest dobra i bezpieczna, to dobrze, całkiem fajnie można przejechać taki etap. Jeśli jest wymagająca i jest na niej jakiś podjazd, wtedy łatwiej dokonać selekcji, ale i łatwiej się pogubić. Tak naprawdę to jest mi obojętne, czy etap kończy się rundami czy nie.

    Czego spodziewasz się w ciągu najbliższych dwóch dni?  Znasz nasze podjazdy? Niektóre są całkiem strome.
    Tak, słyszałem, że może być dość ciężko. Ale nie obawiam się tego.

    Czy myślisz, że Peter Sagan może obronić koszulkę lidera?
    Nie ma zbyt wielu powodów, dla których miałoby mu się to nie udać (Hansen nie pomylił się zbyt wiele, Sagan dobrze poradził sobie w górach)

    Planujesz tu przyjechać w przyszłym roku?
    Tak, to dobry wyścig. Podoba mi się i pasuje do kalendarza.

    A czy wiesz już, w jakiej drużynie będziesz jeździł w kolejnym sezonie? Twoja grupa przechodzi transformację, prowadzisz już jakieś rozmowy?
    Sprawa jest ciągle otwarta właśnie ze względu na to, że Omega Pharma i Lotto rozchodzą się. Nie jesteśmy więc pewni co dalej, mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu będziemy wiedzieli więcej.

    Jesteś jednak na tyle cenionym pracownikiem, że nie powinieneś mieć kłopotów z podpisaniem kontraktu?
    Zgadza się, mam kilka propozycji z różnych drużyn, ale też chętnie zostałbym tu gdzie jestem, zwłaszcza że część ekipy pozostaje razem i management chciałby nas zatrzymać.

    Na koniec chciałbym zapytać o Cadela Evansa. Obaj macie podobne korzenie: australijsko-mountainbikeowe. Czy jego popularność w jakiś sposób przekłada się też na ciebie? Czy ktoś mówi: o, jest kolejny ?Aussie?, który przeszedł z mtb na szosę, może on też będzie wygrywał wielkie toury?
    Tak, kilka osób mnie o to pytało i właściwie ty też właśnie to robisz. A odpowiadając szerzej. Przechodząc z mtb na szosę, twoje ciało jest bardziej, hmm? proporcjonalne. Mamy mocniejsze górne partie ciała. W sumie to pomaga na szosie, gdy nie jest się tak filigranowym. Przejście z mtb na szosę wydaje się być łatwiejsze niż zaczynanie na szosie od zera.

    A ile teraz ważysz? (przy wzroście 183cm)
    W tej chwili 77kg

    Nie widać, ale to całkiem sporo.
    Heh, dzięki. Ale za to mam sporo siły.

    Adam Hansen poszedł jeszcze na chwilę do teamowego autobusu. Jak na kogoś, kto przez kolejne dwa dni ma pokonać niemal trzydzieści podjazdów uchodzących za jedne z trudniejszych w tym kraju, wyglądał na całkiem zrelaksowanego. Etapy 5. i 6. ukończył w środku stawki.

  • Bez echa

    Bez echa

    Tour de Pologne rozpoczęty. Jak zawsze z pompą i obstawą mediów. Piszą o nim nawet ci, którzy nie zdecydowali się na logotyp w stopce sponsorskiej. To wydarzenie dużego kalibru, więc trzeba i warto. Tymczasem w miniony piątek zakończyła się inna polska etapówka. Ktoś zauważył?

    Mowa o Sudety MTB Challenge. Impreza o sporej, jak na nasze warunki tradycji. Rozegrana w tym roku po raz siódmy, wcześniej znana jako Bike Challenge, później jako MTB Challenge m.in. z przedrostkiem „Glacencis” (od Kłodzka, które otaczają góry, gdzie ścigają się kolarze). Świetne zawody, wpisujące się w trend popularnych etapówek na rowerach górskich. Sam brałem w niej udział czterokrotnie, wspominam bardzo dobrze. Dobre wspomnienia mają również amatorzy mtb z całej Europy, szukający przygód ekstremaliści, którzy co roku startują w innej części świata w poszukiwaniu przygody. W Polsce drobne niedogodności rekompensuje trasa i specyficzna atmosfera. To właśnie dlatego tutaj wracają, często ze znajomymi.

    W tym roku na starcie stanęła jedna z największych gwiazd tej specjalności, Holender Bart Brentjens. Pierwszy w historii mistrz olimpijski XC, który dalszą część kariery poświęcił wyścigom długodystansowym. Wygrywał m.in. mistrzostwo świata w maratonie oraz najważniejsze etapówki: Trans Alp i Cape Epic.

    Podczas MTB Challenge 2011 do przejechania było 370km, pięć etapów i prolog. Mistrz Brentjens ukończył zawody na drugim miejscu, zwyciężył jego wychowanek z teamu Milka Trek, dwudziestoczteroletni Tim Wynants. Co jeszcze? W zasadzie tyle. Ciekawa, transgraniczna impreza szybko spadała ze sliderów portali branżowych. Media ogólne nawet o niej nie wspomniały. Z informacji prasowych dowiedziałem się za to, że jeden z etapów przeszedł do historii, ponieważ „służby medyczne i ratownicze stanowiły tło dla całej imprezy, ich praca sprowadzała się wyłącznie do czuwania nad uczestnikami”. Come on, naprawdę nie wydarzyło się nic ciekawszego?

    W tym kontekście naprawdę wolę nachalny marketing Tour de Pologne. Setki kilometrów bannerów, balony i trącający blichtrem PR. Zachowując proporcje adekwatne do realnej rangi każdej z imprez trzeba kolejny raz schylić głowę przed pracą, jaką wykonał Lang Team. Od 1997r, gdy wyścig dostał kategorię UCI jako impreza zawodowa, ciągle awansował. Czas antentowy, informacje prasowe, autorskie artykuły, galerie zdjęć są prezentowane nie tylko z powodu zobowiązań ale też wrażenia, że trzeba, bo mamy do czynienia z Wydarzeniem. Dlatego też tekstową relację „live” prowadzi gazeta.pl, choć patronem medialnym jest konkurencyjny onet.

    To wszystko przekłada się na zwrot dla sponsorów, partnerów, drużyn, zawodników. Choć można być zmęczonym Sebastianem Szczęsnym jako szalonym reporterem podążającym za kolarzami na motocyklu, trudno odmówić imprezie znaczenia. Imprezie przeprowadzonej w określonych realiach, które wymagają by każda klasyfikacja miała sponsora tytularnego, a zawodnicy jechali tam, gdzie zapłacił samorząd a nie tam, gdzie jest najpiękniej położona szosa. Ale mającej rzeczywistą wartość, dodatkowo podbijaną przez obecność w mediach. Nawet najbardziej ekscytujący wyścig, poprowadzony przez najdziksze, najpiękniejsze i najbardziej karkołomne szlaki nie obroni się, gdy nikt o niej nim będzie wiedział a udział legendy utkwi gdzieś między zapowiedzią kolejnego w sezonie ogórkowego wyścigu a prezentacją nowej pompki chińskiej marki.

  • Rozwód roku

    Rozwód roku

    Ślub Kate Midleton i Williama Windsora był Ślubem Roku. Ba, Ślubem Dekady. Globalnie. Polski sport doczekał się Rozwodu, pardon, Rozstania Roku. Maja Włoszczowska i Andrzej Piątek zakończyli współpracę. Szczegółów nie znamy, ale przynajmniej w mediach wygląda to nie najgorzej. Tyle dobrze.

    Dziwny zbieg okoliczności.  Raptem tydzień temu rozmawiałem z koleżanką o tym, że Maja Włoszczowska jest prawdopodobnie najsłabszą mistrzynią świata od lat, jeśli nie w ogóle. Na poparcie tego miałem w pamięci, że wszystkie Mistrzynie Świata regularnie walczyły w Pucharze Świata. Tymczasem rzut oka w tabele przypomina, że kariera jednej z najbardziej utytułowanych zawodniczek w historii mtb od mistrzostwa świata właśnie się zaczęła. Mowa tu o Margaricie Fullanie, która wygrywając w 1999r w szwedzkim Are (tam, gdzie po złoto wśród juniorek sięgnęła Anna Szafraniec) odniosła pierwszy znaczący sukces i dopiero od tego czasu na dobre zadomowiła się w światowej czołówce.

    Fakt jest faktem, że Maja Włoszczowska od swojego pierwszego medalu MŚ wśród seniorek w 2004r (tak tak, to już siedem długich lat) zdobyła indywidualnie dwa srebrne, dwa brązowe i jeden złoty, dokładając do nich srebro olimpijskie, natomiast w klasyfikacji generalnej Pucharu nigdy się nie liczyła a pojedynczą eliminację wygrała tylko raz w sumie dwa razy. Tymczasem dla porównania Sabine Spitz, Gunn-Rita Dahle, Alison Dunlap, Alison Sydor, Laurence Leboucher i Irina Kalenteva stawały na podium klasyfikacji łącznej Pucharu jeszcze przed złotym medalem MŚ a niektóre z nich łączyły świetny sezon zwieńczony zdobyciem tęczowej koszulki z równoczesnym triumfem w Pucharze. Wyjątkiem jest Barbara Blatter, która dla odmiany nigdy nie stała indywidualnie na podium mistrzostw, za to dwa razy zwyciężyła w Pucharze Świata.

    Co jest istotne, to fakt, że nasza zawodniczka jest ciągle młoda. Tak, chociaż dla wielu kibiców ściga się niemal ?od zawsze?, to ma raptem 28 lat. Jak na dyscyplinę, którą uprawia to nadal mało. Jeśli nie uda jej się wygrać na Igrzyskach w Londynie, ma jeszcze przed sobą Rio de Janeiro. W końcu to jeden start na cztery lata. Każdego może dopaść ?pech? a wygrana tam, choć prestiżowa nie świadczy o tym, że ktoś jest najlepszym zawodnikiem na świecie. Przynajmniej nie w dyscyplinie, której idea w formie wyczynowej zaczęła się od Pucharu Świata a Mistrzostwa Świata rozgrywane są co roku. Równie dobrze Maja może mieć już największe sukcesy za sobą (mimo pewnych braków, jej portfolio jest już zaiste imponujące) jak i z drugiej strony ma na tyle dużo czasu, by stać się najbardziej utytułowaną kolarką górską w historii. Dla odmiany może też w pewnym momencie stwierdzić, że ma to wszystko gdzieś i zostać księgową lub zrobić doktorat z jakiejś egzotycznej całki, wszak i na to ?ma papiery?. Jej kariera, jej wybór.

    Gdy Maja po zdobyciu olimpijskiego srebra zaczęła firmować swoim nazwiskiem wyścig w Jeleniej Górze, wiosną 2009r rozmawiałem z Andrzejem Piątkiem. Tak jak w kilku innych, wcześniejszych wywiadach i z nim i z Mają pytałem o Puchar Świata. Odpowiedział wtedy prosto. To nie jest nasz priorytet. Kryteria są jasne. Kadra narodowa dostaje finansowanie związane z imprezami mistrzowskimi: Europy i Świata. To tam ma być wynik, więc to do nich zawodniczki są przygotowywane. Co ważne, schemat ten od lat się sprawdza. Seniorki, juniorki oraz sztafeta to licząca się siła w mtb, stając na starcie zaliczana do grona faworytów walczących o medale. Zawsze. I bardzo często cel ten wypełniająca. Trener mówił sensownie i przekonywająco. Tyle, że w sumie nie wiedziałem, czy wypowiada się jako trener Mai Włoszczowskiej, Trener Kadry czy Menadżer grupy CCC.

    Trudno mówić o kwestiach, które zapewne są skomplikowane a do których zwykły śmiertelnik nie ma dostępu. Relacje na linii utytułowany zawodnik ? utytułowany trener często bywają skomplikowane. A do tego dochodzi ?polskie piekiełko?. Bo jak nazwać sytuację, w której sportsmenka, która swoim wynikiem ratuje posadę prezesa krajowego komitetu olimpijskiego, jest młoda, wykształcona, elokwentna, od lat przywozi medale z najważniejszych imprez i de facto swoim nazwiskiem firmuje zarówno grupę zawodową jak i kadrę traci wsparcie finansowe po największym sukcesie w karierze (odejście firmy Wedel i marki Halls po olimpijskim srebrze z Pekinu)? Jak poradzić sobie z sytuacją, gdy trener kadry narodowej jest równocześnie jej menadżerem i łączy tę posadę z takimi samymi funkcjami w grupie zawodowej, która z kadrą jest niemal tożsama? Wreszcie w tle znajduje się upadający i zadłużony związek, który traci sponsora (BGŻ) w zamian pozyskując (co cenne) mecenasa od lat zaangażowanego w kolarstwo (CCC), ale będącego równocześnie sponsorem tejże grupy zawodowej.  Wpomniany upadający związek, choć zajmuje się animowaniem dyscypliny, która od zarania jest zawodowa, posiada do wszystkiego tego etos centralnego szkolenia w imię uzyskania wyników na kluczowych imprezach, bo tylko to gwarantuje finansowanie z ministerstwa.

    Postać Trenera Kadry w sporcie, który jest zawodowy, jest więc co najmniej dziwna. Kto wymieni z nazwiska trenera Gunn-Rity Dahle, Juliena Absalona, Alison Sydor? Zwłaszcza tego, który prowadził ich do mistrzowskich medali. Kto trenuje Sylwestra Szmyda? Kto układa plany Contadorowi? Są zawodowcami, są rozliczani z wyników, z pracy, jaką wykonują. Ewidentny i do tego znany tandem kolarz ? trener w ostatnich latach był jeden. Jan Ullrich ? Rudy Pavenage. Obaj panowie bardzo utalentowani, utytułowani a ich współpraca układała się znakomicie. Tyle, że Ullrich miał za sobą doświadczenie enerdowskiej szkoły sportowej, które wpłynęło na całą jego karierę i potrzebował Mentora.

    Dlaczego więc, skoro Związek cały czas balansuje na skraju bankructwa i ciężką pracą nowego prezesa ratuje majątek przed wierzycielami koniecznie musi koordynować poczynania dorosłych i utytułowanych zawodników reprezentujących barwy grup zawodowych? Brzmi jak pomysł reformy służby zdrowia opartej na idei Kas Chorych. Kasy, owszem, były, ale nie Chorych a same były chore.

    Może wystarczy, by Trener był tam, gdzie faktycznie może trenować. To nie jest odkrywcze, takie pomysły padały już wielokrotnie. Ale skoro mamy dyscyplinę indywidualną, szkolmy zawodników do młodzieżowca włącznie. I tam ich finansujmy z budżetu. Zawodowców z kolei niech powołuje na kluczowe imprezy selekcjoner na podstawie minimów lub kwalifikacji. Spełniasz -> my finansujemy, jedziesz, walczysz, zarabiasz dla nas punkty a dla siebie szansę na dobry kontrakt. Nie spełniasz -> nie jedziesz. A kasę, którą mieliśmy wydać, wydajemy na juniorów. Co zrobić aby spełnić kryteria? Jeździć w klubie, który ci to zorganizuje lub załatwić sprawę indywidualnie. Proste. Przejrzyste. Profesjonalne. Ciekawe, czy do zrealizowania w tym kraju.

    Pozostaje jeszcze pytanie o przyszłość pozostałych zawodniczek, skoro cały system pełny był skomplikowanych i delikatnych powiązań. Ale odpowiedź na to pewnie zajmie więcej czasu niż pobieżne spojrzenie na aktualną sytuację.