Tag: MTB

  • Syf

    Nie lubię pisać o mtb. I nie lubię pisać o dopingu. Nie lubię też pisać o lokalnych imprezach. Ale w tym wypadku trzeba. Sytuacja, w której bohater jednej z najbardziej przykrych wpadek dopingowych rodzimego kolarstwa, startuje i wygrywa w zawodach i jest to opisywane przez media jak gdyby nigdy nic jest co najmniej dziwna.

     

    Kacper Szczepaniak przez kilka chwil był wicemistrzem młodzieżowców w przełajach. W 2010r w Taborze przyjechał na metę za swoim bratem Pawłem. Wkrótce po tym sukcesie okazało się, że obaj zawodnicy stosowali EPO. Kacper dostał cztery a Paweł osiem lat dyskwalifikacji (wcześniej miał już podobne problemy). Popełnili błąd, zostali ukarani. Po okresie karencji mogą wrócić. Jestem daleki od zdania, że za pierwszą wpadkę sportowiec powinien być dyskwalifikowany dożywotnio. Cztery lata to dużo czasu, spora część kariery ucieka, ale z drugiej strony mając 24 wiosny można spokojnie wrócić do wyczynowego sportu. Ba, można wrócić nawet mając na karku ?czterdziestkę?, co udowodnił Davide Rebellin, choć jego kara była krótsza.

    Nie wiem, czy Kaper Szczepaniak planuje powrót. Wiem natomiast, że nie wolno mu startować w zawodach. Tymczasem nie dość, że startuje, to jeszcze wygrywa ?IX Otwarte Mistrzostwa Wielkopolski? w Pniewach. Zawodom patronowali lokalni oficjele, całość została opisana m.in. przez portal xc-mtb.info oraz znanego i cenionego redaktora Piotra Kurka, który z żelazną konsekwencją relacjonuje większość kolarskich wydarzeń. Wygląda na to, że nikt, od Burmistrza Pniew, przez organizatorów zawodów, na dziennikarzach kończąc nie miał nic przeciwko uczestnictwu zawieszonego zawodnika.

    Tymczasem sprawa jest jasna, §7 p.5 przepisów dyscyplinarnych Polskiego Związku kolarskiego zawiera:

    Kara zawieszenia uniemożliwia tej osobie udział w jakiejkolwiek funkcji w zawodach i innych formach życia sportowego organizowanych według przepisów PZKol. Podczas zawieszenia osoba licencjonowana ponosi odpowiedzialność za wszelkie przekroczenia przepisów PZKol i nadal podlega jurysdykcji instancji dyscyplinarnych. W szczególności osoba taka podlega przepisom antydopingowym, a zawieszeni zawodnicy zobowiązani są poddawać się testom ntydopingowym przeprowadzanym poza zawodami.

    Podczas okresu zawieszenia PZKol, Grupa Sportowa UCI, klub lub inna organizacja, nie może wypłacać osobie licencjonowanej żadnych korzyści finansowych, a osoba licencjonowana nie może przyjmować żadnych korzyści finansowych lub innych korzyści związanych z uprawianiem kolarstwa.

    W przypadku zawieszenia klubu, wszystkie osoby będące członkiem tego klubu lub związane z nim w inny sposób są także zawieszone, chyba że Zarząd PZKol pozwoli im wykonywać działalność indywidualnie na ustalonych warunkach.

    Kara zawieszenia pociąga za sobą odebranie licencji na cały okres zawieszenia. Wszelki udział w zawodach osoby, która została zawieszona, jest nieważny. Osoba taka ponosi dodatkową karę zawieszenia na taki sam okres jak kara poprzednia i dodatkowo karę finansową od 1 000 do 5 000 PLN oprócz innych kar, które mogą być zastosowane za wykroczenia podczas niezgodnego z przepisami udziału w zawodach.

    Decyzja o karze zawieszania musi mieć ściśle ustalone daty początku i końca okresu zawieszenia. Zawieszenie winno być skuteczne pod względem sportowym, to znaczy winno obejmować okres normalnej działalności zainteresowanego, w związku z czym może być rozłożone na kilka okresów w ciągu roku.

    Tymczasem Piotr Kurek o zawodach w Pniewach pisze tak:

    ?Eugeniusz Siminiak, Bogusław Kwiatkowski, burmistrz Jarosław Przewoźny oraz nadleśniczy Tomasz Markiewicz z Pniew byli głównymi animatorami takiego kolarskiego, jakże pozytywnego, zamieszania w swym mieście. Aż chce się wierzyć, że za rok w maju znów pasjonaci MTB spotkają się na Księżych Górach – tak jak dziś?.

    Nawet, jeśli Mistrzostwa Wielkopolski nie znajdują się w kalendarzu PZKol, były niewątpliwie wydarzeniem oficjalnym. Zawieszonego zawodnika nie powinno tam być. A tym bardziej jego uczestnictwo nie powinno być eksponowane.

    Od razu przypomniała mi się sprawa powrotu do zawodowego peletonu Alejandro Valverde,  po dyskwalifikacji związanej z aferą ?Operation Puerto?. Hiszpan również został przyłapany na udziale w amatorskich zawodach. Na sprawę zwrócił uwagę niezawodny blog The Inner Ring puentując ją sensownym zdaniem, że być może nie była to zbrodnia stulecia, ale z pewnością nienajlepszy sposób na powrót.

    Dlaczego w ogóle o tym piszę? Nie jestem z Wielkopolski, nie mam licencji i cieszę się tym, że mogę znowu bawić się w ściganie w lokalnych wyścigach. Rozumiem, że są ludzie, którzy chcą pomóc zawodnikowi w dojściu do dobrej dyspozycji. Co więcej, uważam, że od osoby, która przechodzi różnorakie problemy nie należy się odwracać. Tyle, że w tym przypadku wiele granic zostało wyraźnie przekroczonych. Mistrzostwa Wielkopolski miały w logo hasło ?Szukamy Talentów Rio Czeka?. Nie wiem, czy Kacper Szczepaniak jest taką nadzieją, nie wiem też, jaka nauka płynie z jego startu dla, być może, przyszłych nadziei kolarstwa. Wiem natomiast, że w sytuacji, w której dyscyplina, która jest mi bardzo bliska, i której poświęciłem wiele lat, ma się bardzo kiepsko, takie wydarzenia wymuszają komentarz.

    Najmniej winię zawodnika. Trudno rozstać się na dłużej z rowerem. Mógłby się nieco opamiętać i wyczekać jeszcze kilka miesięcy. Natomiast nie rozumiem ani organizatorów zawodów ani tym bardziej dziennikarzy, którzy jedną z najpoważniejszych wpadek dopingowych polskiego kolarstwa traktują jak nieistniejącą. To m.in. przez takie sytuacje w rozmowach z „nierowerowymi” znajomymi dowiaduję się, że kolarstwo to syf.

  • Piętnastu dzielnych ludzi

    Piętnastu dzielnych ludzi

    Piętnastu mężczyzn w wieku 20-30 lat zostało sklasyfikowanych w „Top-5 Giga” serii MTB Marathon. Wynikałoby z tego, że tylu jest w kraju zawodników elity, którzy chcą lub mogą ścigać się górskich maratonach rowerowych. Mało? Dużo? W sam raz?

    Tymczasem na facebookowym profilu Bikemaratonu toczy się uroczy flejm w stylu sprzed niemal dekady. Poszło o frekwencję i o to kto ma dłuższego czyje maratony są lepsze. Czy te, które gromadzą na starcie więcej uczestników czy może te, które najbardziej zapadają w pamięć prowadząc trasę przez dzikie, leśne ostępy w mało znanych górskich rejonach. Jest też taka, którą oficjalnie wszyscy gardzą, bo jest do bólu komercyjna (a tak naprawdę zazdroszczą sukcesu) oraz taka, która może nie błyszczy w rankingach, ale za to ma relacje w telewizji.

    Będąc wewnątrz pewnej społeczności różnice, które oddzielają ją od otoczenia, stanowią o własnej tożsamości i wyjątkowości są dla zainteresowanych bardzo wyraźne. Tym bardziej, im bardziej samemu jest się zaangażowanym. Jeśli przez ostatnie dziesięć miesięcy ktoś wypruwał sobie żyły ciężko trenując, wydał przynajmniej kilka tysięcy złotych na dojazdy, noclegi i rekonstrukcję sprzętu a do tego spędził ten czas jeżdżąc na rowerze z po prostu fajnymi ludźmi, trudno odmówić prawa do pewnego rodzaju sentymentu. Sentymentu, nieco przygasającego, gdy spojrzeć na szkiełko z postrzępioną wstążką ozdobione przyklejoną na dwustronnej taśmie plastikową tabliczką, które bywa nagrodą za zajęcie premiowanego miejsca w niemal dowolnej serii imprez.

    A co, jeśli wyjść z grona krewnych i znajomych królika? Spojrzeć na maratony okiem zwykłego śmiertelnika? Mam znajomych, którzy regularnie odwiedzają krakowskie Błonia, gdy tylko jest tam jakaś rowerowa impreza. Kolega chce powspominać dawne czasy, zobaczyć, jak wyglądają współczesne rowery, przyglądnąć się zawodnikom. Jego partnerka dla odmiany traktuje to jako okazję do miłego spędzenia czasu i szansę na obserwację „ludzi z pasją”. Sama ma swoją, więc otoczenie różnego rodzaju freaków dobrze jej robi. Efekt? Nie widzą różnicy. Czy to Lang, Golonko, Grabek lub Zamana, wrażenia są te same. Jadą, jest ich dużo, nic się nie dzieje, wracają, wchodzą na dekoracje. Dziesiątki klasyfikacji, więc nie wiadomo, kto wygrał. Tak, brak kategorii open to spory problem. Dwudziestodziewięciolatek oddzielony w klasyfikacji od trzydziestojednolatka to absurd.

    Kolejna sprawa, to nieobecność gwiazd. Jeśli na starcie staje Maja Włoszczowska czy Marek Galiński, jest to traktowane w kategoriach wydarzenia. Często zresztą nasi kadrowicze maraton traktują towarzysko-treningowo. Trudno się dziwić, wszak to impreza masowa. Ale maratony nie kreują również swoich własnych bohaterów. Zarówno w top5 MTB Marathonu, czyli, docelowo najtrudniejszej a zatem najbardziej prestiżowej serii imprez, jak i w szerszej klasyfikacji tego cyklu a także na Bikemaratonie próżno szukać medalistów mistrzostw Polski. No dobrze, nadinterpretacją jest, że na maratonach ścigają się całkowici amatorzy. Ale nieliczna grupa zawodników – nazwijmy ich wyczynowymi –  rozpierzchła się po seriach, ligach, cyklach i edycjach. Jak zawsze najbardziej dotkliwe jest to dla kobiet, które chcąc się ścigać wkładają równie wiele pracy w przygotowania co mężczyźni a zdarza się, że nie są w stanie skompletować obsady na pełne podium. Więcej jest więc przygody, wyzwania, pasji niż sportu jako takiego.

    Zatem skoro są to imprezy dalekie od wyczynu, jak rozróżnić, która jest lepsza i ważniejsza? Argument „najbardziej prestiżowa seria maratonów, bo wjeżdża na górskie szczyty powyżej tysiąca metrów i oferuje prawdziwe mtb” trafia więc tylko do zainteresowanych. Jeśli gros startujących to i tak amatorzy a większość z nich nie aspiruje do bycia sportowcem wyczynowym (bo ich nie stać, bo nie mają czasu, bo mają inne priorytety a na rowerze zmęczyć się po prostu lubią), jaka jest różnica, czy wjadą na Śnieżnik czy na górkę pod Otwockiem? A w ogóle, to gdzie leży Śnieżnik? W tym kontekście wygrywa ten, kto zorganizuje imprezę bardziej masową, czyli z większą frekwencją.

    Rywalizację kolarzy górskich ogląda się fajnie. To niezły sposób na spędzenie dnia na świeżym powietrzu. Aby było co oglądać, potrzebna jest frekwencja nie mas a zawodników wyczynowych i ich wymierna, sportowa walka. Reaktywację Pucharu Polski w maratonie w ramach serii Skandia przyjąłem z cichym entuzjazmem. Bo choć przeprowadzona w najgorszym stylu Polskiego Związku Kolarskiego daje nikłą, ale jednak nadzieję, na odbudowę wyczynowego mtb na skalę szerszą niż kadra narodowa i Maja Włoszczowska. Do rozwoju pobudzają tylko silne i określone bodźce. Piknik, nawet zorganizowany na Evereście, wciąż będzie tylko piknikiem. Wyścig, nawet jeśli poprowadzony na osiedlu, będzie zawsze wyścigiem.

  • Promocyjny dysonans

    Promocyjny dysonans

    Miłym zaskoczeniem była dla mnie obecność kroniki Skandia Maratonu, na którą trafiłem włączając TVP w niedzielne popołudnie. W telegraficznym skrócie kilkukrotnie pojawiły się nazwy: miejscowości (Białystok), sponsora tytularnego (Skandia), organizatora (Lang Team) oraz nazwiska i kluby czołowych zawodników.

    Lang Team zawsze dobrze współpracował z TVP. „Publiczna” w sporej części odpowiada za sukces Tour de Pologne i awans wyścigu do światowej elity. Dużo łatwiej o finansowanie imprezy, gdy w dziale marketingu sponsora można policzyć odpowiedni zwrot z obecności w mediach. Czas antenowy w godzinach popołudniowych jest drogi, zatem wsparcie wyścigu pokazywanego w telewizji może być opłacalne. Przestaje się liczyć, co dana firma produkuje, jej logotypy mrugają w tle jadących kolarzy. Przekaz tak czy inaczej dociera do odbiorców a umiejętnie prowadząc kampanię można z towarzystwa sportu wycisnąć o wiele więcej.

    Z kolarstwem górskim jest nieco inaczej. Zawody są mniej prestiżowe, gwiazd również nie ma tylu co na szosie. Cross country czy maratony niby można podciągnąć pod dyscypliny ekstremalne, ale jak na tę kategorię brak im spektakularności. XC jest za to dyscypliną olimpijską, w której od lat, zwłaszcza w wydaniu kobiecym, odnosimy sukcesy. Z kolei maratony to piękny przykład sportu masowego, w który bawić mogą się całe rodziny. Tym samym otrzymujemy dobrą mieszankę dla Telewizji Publicznej. Nawet, jeśli same zawody trącają nudą, są niemal idealnie „misyjne”, zatem relacja zalicza się na plus przy negocjacjach z ustawodawcą czy Krajową Radą Radiofonii i Telewizji jako argument za istnieniem dotacji z budżetu.

    Po tej małej dygresji wróćmy do kroniki Skandia Maratonu. Trwała trzy minuty. Na początku migawka z Białegostoku. Super. Ładnie tam. Następnie Czesław Lang w firmowym trykocie i kasku mówi o bezpieczeństwie i ruchu na świeżym powietrzu. Fajnie – może to dobry pomysł na weekend z rodziną? Liczba uczestników: „ponad 700”. Plus przebitka na ojca z córką radośnie jadących parkową alejką. Cool… też tak chcę, inni też to robią. Cięcie. Puchar Polski. Andrzej Kaiser, Adrian Brzózka, rywalizacja, błoto, punkty, zawodowcy. Zaraz, to właściwie dla kogo ta impreza? Przeglądając pozostałe materiały, z poprzednich etapów serii Skandia, wygląda to tak samo.

    Dobrze, że któraś z serii maratonów ma realną promocję. Dobrze też, że, choć nieco wykrzywiony (informacje na ostatnią chwilę, niejasności regulaminowe itp.), rozgrywany jest w jej ramach Puchar Polski. Maratony Lang Teamu nie są ani najlepsze, ani najciekawsze, co do – słowo klucz w branży – organizacji można polemizować i toczyć boje, ale to bez sensu. Mają za to jeden, istotny wyróżnik. Próbują złamać schemat zamkniętych imprez dla, niemal zamkniętej społeczności, któremu hołduje większość serii maratonów mtb w kraju. Społeczności regionalnej, „hardcorowej”, miło spędzającej czas i tak dalej. Każdy może dobrać grupę do serii, z którą jest związany wedle upodobań.

    O tym, jak istotną rolę odgrywa dobry lub zły marketing można było się przekonać w Krakowie, gdy na wiosnę Lang Team poniósł frekwencyjną porażkę ze „społecznością” G&G Promotion. Zachęcić osobę nie związaną z tym sportem, że warto przyjść pokibicować a może nawet samemu wziąć udział po niewielkim przygotowaniu jest ciężko. Maraton mtb nie jest konkurencją łatwą do uprawiania a do oglądania nieco smętną. Mnogość kategorii, klasyfikacji, dystansów dodatkowo utrudnia pojmowanie całości. Imprezy masowe z natury są dla wszystkich. Zawodowcy to tylko niewielka część uczestników, czasem mierzona w promilach. Ale to oni nakręcają koniunkturę, pokazują granice wysiłku niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba. Wplatanie w to obrazków rodzin z dziećmi nie robi dobrze nikomu. W ten sposób sportowe wydarzenie zmienia się w piknik, na którym bliżej nieznani profesjonaliści zabierają amatorom zabawki.

    Przykład, że może być inaczej? Oczywiście maratony biegowe. Z imprez takich jak maraton londyński czy bostoński Eurosport przeprowadza pełnowymiarowe transmisje. Na żywo. Z 35 tysięcy uczestników w Londynie, kamera pokazuje najpierw 30, potem 20, 10 a na koniec pierwszą trójkę walczącą o najwyższe cele. Amatorzy są tłem. I fakt, że nie ma z nimi wywiadów w wiadomościach nie zmienia tego, że uczestnictwo samo w sobie jest marzeniem dla setek tysięcy ludzi na świecie.

    TVP i Lang Team robią dobrą robotę już samą prezentacją Skandia Maratonu szerokiej publiczności. Sponsorzy się cieszą, bo mają zwrot (patrz wyżej), jest więc szansa, że docelowo dzięki temu impreza się rozwinie. Czy jednak taka relacja pobudzi czyjekolwiek marzenia i sprawi, że będzie chciał poświęcić zimę, by wziąć udział w maratonie? Albo zmieni biznesmena z nadwagą w prawdziwego amatora sportu?

    Materiały filmowe ze Skandia Maratonu można zobaczyć tutaj: http://sport.tvp.pl/inne/wokol-sportu/sport-amatorski/magazyn/skandia-maraton-lang-team/wideo

  • Dawno niewidziany kunszt

    Z czym mi się kojarzy downhill? Lata ’90, koledzy zafascynowani „bujanymi rowerami” przesiadają się na nie z niechęci do podjeżdżania. Wzajemne hejterzenie: ogolonych nóg krosiarzy i śmierdzących, z rzadka pranych zbroi zjazdowców. Dyscyplina, którą wypchnąłem ze świadomości wróciła do niej dzięki tegorocznym mistrzostwom świata.

    Zanim tysiąc słów, obraz, który je zastępuje. Proszę Państwa: Brytyjczyk Danny Hart jedzie po tęczową koszulkę w Champery:

    Szczerze mówiąc: padłem. „Mistrzostwo świata” to niewystarczające określenie. Najwyższej klasy kunszt, brawura, opanowanie i szczypta szaleństwa. Dwudziestoletni wirtuoz roweru, który prawdopodobnie nigdy nie zostanie doceniony przez szerszą publiczność. Rowerowy zjazd nie jest dyscypliną olimpijską i będąc przedstawicielem „sportów ekstremalnych” traktowany jest jak zajęcie specjalnej troski. Określenia w rodzaju „szalony”, „zabawa”, „zjazd z górki” są na porządku dziennym. Od czasu, gdy Eurosport nie transmituje Pucharu Świata mtb, downhill pojawia się czasami w wiadomościach sportowych jako zapchajdziura, na przemian z psem na nartach wodnych lub mistrzostwami świata w noszeniu węgla.

    Pytanie, czym różni się występ Harta, jego zaangażowanie, maestria i spora dawka iskry bożej którą otrzymał od jazdy gwiazd dyscyplin głównego nurtu, np. Bode Millera na nartach? I dlaczego jeden z nich przedstawiany będzie jako „niegroźny szaleniec zjeżdżający z górki na rowerku” a drugi jako „wybitny członek rodziny olimpijskiej” (nawet jeśli staje na starcie pod lekkim wpływem C2H5OH)? Widać taka karma. Szkoda tylko, że poza mediami stricte „ekstremalnymi” downhill na margines wypychają także rodzime media ogólnorowerowe (od mainstreamowych mediów sportowych w ogóle nawet nie wymagam minimalnego zaangażowania w tym temacie). MTB = maraton, Maja Włoszczowska i lokalny ogórek, którego organizator przyśle sensownie zredagowaną zapowiedź wraz z kilkoma zdjęciami. Niewątpliwie zjazd wymaga czegoś więcej niż podanie wyników „wygrał-przegrał”, co nie zmienia faktu, że ignorując tę konkurencję można przeoczyć wydarzenie zdecydowanie wybijające się ponad przeciętność.

    Dlatego jestem wdzięczny znajomym, którzy zawirusowali facebooka linkiem do mistrzowskiego przejazdu Harta. Czasem dobrze rozejrzeć się wokół i wyjść z niszy swoich zainteresowań. W ten sposób można dostrzec coś wyjątkowego.

    Co jeszcze? Ach tak, klip z MŚ koniecznie zobaczcie z dźwiękiem. Czterominutowy, radosny i ekstatyczny komentarz dwóch dziennikarzy również otwiera oczy na inny świat. Przy nich nasze „Leeeć Adam, leeeeć!” brzmi jak rachityczne kwękanie stetryczałego starca.

  • Gdyby kolarze byli piłkarzami

    Gdyby kolarze byli piłkarzami

    Maja Włoszczowska wicemistrzynią  świata. Sukces? Raczej obowiązek. Dla sportowca, który bronił tytułu i jest wielokrotnym medalistą najważniejszych imprez, kolejne miejsce na podium jest rezultatem oczekiwanym. Lub nawet wymaganym.

    Mimo defektu Polka zdołała zająć drugą lokatę. Na trasie była zawodniczką najsilniejszą fizycznie oraz, co ważne, dobrze jechała technicznie. Nawet na tle lepszych rywalek wyglądała na zjazdach dobrze. Nowy sprzęt (na kołach o średnicy „29 cali”)? Raczej opieka nowego trenera. Choć jawną arogancją jest publiczne prezentowanie stwierdzeń, że „przez trzy tygodnie z Markiem Galińskim nauczyłam się więcej niż przez wszystkie lata z Andrzejem Piątkiem” (hmm… czyli medale mistrzostw świata, dwie tęczowe koszulki, medal Igrzysk Olimpijskich wzięły się z powietrza?), to szlif nowego mentora było w Champery widać.

    Marek Konwa kontynuuje swój sportowy rozwój. Drugie miejsce wśród młodzieżowców to jego wielki sukces i potwierdzenie talentu oraz klasy. Co więcej, w kategorii U-23 spędzi jeszcze rok. Choć ciągle jest młody i „na dorobku”, zdobywa doświadczenie ucząc się od najlepszych jako podopieczny Barta Brenjensa. Jest pewniakiem do startu w elicie w Londynie a w dalszej perspektywie naszą nadzieją na dobry wynik w Rio. Deklaruje skoncentrowanie się na mtb i odpuszczenie kolarstwa przełajowego. Z jednej strony trochę szkoda, bo miło było mu kibicować zimą, z drugiej, jak udowodnił m.in Sven Nys łączenie obu tych konkurencji na najwyższym poziomie jest niezmiernie trudne.

    Niestety dobrych wieści z Champery tyle. W trialu polegliśmy (7 miejsce Stefanii Staszel), drużynowo ostatnie miejsce, reszta wyników pomijalna. Jeszcze niedawno byliśmy w tej konkurencji potęgą. W konkurencjach grawitacyjnych Paweł Łukasik zajął 10. miejsce w zjeździe juniorów. Poza tym nie istnieliśmy.

    Wracając do cross country zawodnikom towarzyszył „pech”. Anna Szafraniec wróciła z gipsem. Sztafeta podobno miała szansę, ale przez defekt się nie udało. Tak samo wśród juniorów, ale realnie wyników brak.  Ósme miejsce Moniki Żur wśród juniorek to zapowiedź nadziei, jakie możemy z nią wiązać w przyszłości, ale pamiętajmy, że w tej kategorii mamy spore tradycje medalowe, które później przekładały się na sukcesy seniorskie. Piotr Brzózka wśród młodzieżowców pojechał przyzwoicie zajmując 18. miejsce.

    Mamy więc dwa medale. Czyli lepiej niż na lekkoatletycznych Mistrzostwach Świata. Hura. Cieszymy się, prawda? Jest sukces, zatem wszystko jest w porządku. Gdyby jednak kolarze przyciągali tyle uwagi, co piłkarze, można by mówić o porażce. Sukcesy odniosły indywidualności, tak naprawdę wybitni zawodowcy. Sztafeta, która była do niedawna naszą wizytówką poległa, a w kategoriach kobiecych: elity i U-23, patologiczna przepaść za Mają Włoszczowską była bardzo głęboka.

    Wbrew temu, co mówi sama zawodniczka, nie jest wspaniale. Sytuacja, z którą mamy do czynienia jest trudna do zrozumienia i ma się nijak do zasad, które rządzą światowym sportem. Mamy więc kolejne przykłady „sponsoringu po polsku” i „pr po polsku” a także „wykorzystania sukcesu po polsku”.

    Przy okazji medalu Mai miałem krótką wymianę zdań ze znajomym. Stwierdził, że medal go cieszy, bo Maja reprezentuje Polskę. Hmm… dla wnikliwych zadanie z gatunku „wytęż wzrok i znajdź różnicę” proponuję porównanie ilości logotypów sponsora kadry na stroju polskim i strojach innych narodowości w porównaniu z symbolem lub nazwą kraju. Galeria np. na cyclingnews. Można powiedzieć: fajnie, że Związek w końcu ma sponsora, który zapewnia zawodnikom godziwe warunki. Tyle, że ów sponsor jest również sponsorem grupy zawodowej zbudowanej wokół jednej zawodniczki. Ktoś widzi bardzo szeroko zakrojony konflikt interesów? Jeśli mamy Zawodowców, to dobrze. Niech się ścigają, niech zarabiają dla siebie kasę i punkty. Punkty przy okazji przydadzą się i im i innym zawodnikom. Jeśli będą najlepsi, to i tak oni pojadą na najważniejsze imprezy. Chyba, że… nie będzie wiadomo, kto o czym decyduje, kto za co płaci i kto jest przed kim odpowiedzialny. Podobnie ma się sytuacja z trenerem kadry, który związany jest kontraktem z jedną z grup zawodowych.

    O ile pamiętam, sam fakt konsultacji Leo Beenhakkera dla Feyenrodu Rotterdam wzbudził spore kontrowersje. Jeśli więc Maja Włoszczowska – zawodniczka grupy CCC chce, aby jej prywatnym trenerem był Marek Galiński, podobnie jak inne zawodniczki związane kontraktem zawodowym z tą właśnie grupą – proszę bardzo, niech zapłacą za jego usługi. One same lub ich sponsor. Ups. Sponsor jest też sponsorem kadry? Scentralizowanej kadry narodowej elity, która w realiach zawodowego sportu jest reliktem klimatów NRD? Komentarz jest potrzebny?

    Czy będziemy korzystać z kolejnego sukcesu „najlepszego polskiego kolarza”, czyli Mai Włoszczowskiej, która po raz kolejny zdobyła medal imprezy mistrzowskiej? Chyba nie. Do tej pory większość jej rewelacyjnych rezultatów nie przełożyła się na rozwiązania systemowe, co więcej, kolarstwo górskie jako sport wyczynowy ma się w kraju kiepsko. Zamiast tego konserwowany jest schemat, który we współczesnym świecie trąca absurdem.

    Krótko mówiąc: medale z Champery są dobre dla samych medalistów. I tylko dla nich.


    „Ceterum censeo Carthaginem esse delendam”. I chciałbym tylko przypomnieć, że uważam, iż trener kadry narodowej nie powinien być związany kontraktem z grupą zawodową.

  • Miły Dzień na Świeżym Powietrzu

    Miły Dzień na Świeżym Powietrzu

    Dwa lata minęły od kiedy ostatni raz obserwowałem krakowski maraton rowerowy. W tym roku wróciłem, niestety nadal w roli kibica. Patrząc całkiem z boku i nie będąc kompletnie zaangażowanym w imprezę mogłem skupić się na rywalizacji zawodników i przyglądnąć się zmaganiom mniej zaawansowanych maratończyków.

    Na początek wrzucę symulację informacji prasowej, podobne w najbliższych dniach znajdziecie na większości rodzimych portali.

    „Kolejna edycja MTB Marathon 2011 za nami. Na starcie w Krakowie stanęło około 1400 zawodników. Deszcz, który spadł w nocy sprawił, że leśne ścieżki Garbu Tenczyńskiego stały się błotniste a szybka trasa – bardziej wymagająca. Dla wielu uczestników pokonanie dystansów: mini (ok. 30km), mega (ok. 60km) i królewskiego giga (ok. 100km) było więc nie lada wyzwaniem. Na całe szczęście uciążliwe upały odeszły w zapomnienie i maratończycy mogli sprawdzić swoje możliwości w optymalnej temperaturze.

    Na Giga ciekawą walkę stoczyli Bartosz Janowski (Dobre Sklepy Rowerowe) i Wojciech Halejak (Mróz), którzy przez cały wyścig rywalizowali o zwycięstwo. Ostatecznie na mecie usytuowanej na krakowskich Błoniach pierwszy zameldował się Janowski. Wśród pań najszybsza była Agnieszka Gulczyńska (Corratec), która nieznacznie pokonała Justynę Frączek (KTM bikeworld.pl WRT).

    Na Mega klasę pokazał Mateusz Zoń, który uciekł grupie rywali i samotnie dojechał przed grupą kilku zawodników, z której najszybciej finiszował Szymon Biel (Bieniasz Team) a trzeci ukończył Paweł Urbańczyk (Dobre Sklepy Rowerowe). Wśród pań ciekawa rywalizacja rozegrała się między Katarzyną Sową, która przyjechała tuż przed Katarzyną Galewicz (Kellys).

    Dla wielu zawodników była to ważna eliminacja MTB Marathon. Sezon powoli zbliża się do końca, zatem obserwowaliśmy ambitną walkę o punkty do klasyfikacji generalnej w poszczególnych kateogoriach. O tym, kto zwycięży, dowiemy się już wkrótce – do końca pozostały jeszcze dwie edycje: w Międzygórzu i wielki finał w Istebnej.”

    Fascynujące. Impreza się odbyła. Uczestnicy są z pewnością zadowoleni, choć, jak co roku o tej porze, wielu z nich odczuwa już znużenie sezonem. Krakowska trasa nie jest porywająca. To głównie tłuczenie się po polnych drogach przetykane przedzieraniem się przez błotniste przesieki wśród krzaków. Z drugiej strony maraton ma wieloletnią tradycję i zasługuje na miano swoistego klasyku. Niestety, jak większość maratonów mtb nie jest wydarzeniem ani dla miasta, ani dla szerzej pojmowanego sportu. Świadomość istnienia imprezy wśród masowej publiczności jest niemal zerowa. Właściwie to temat na oddzielny wpis, ale sprawę muszę jeszcze dokładniej przemyśleć i przeanalizować, choć mam już pewne intuicje w temacie.

    Wracając do samych zawodów. Starałem się być w kilku miejscach trasy i śledzić rywalizację czołówki zarówno na Giga jak i na Mega. Runda, której najtrudniejsze elementy oddzielone są długimi przelotami w otwartym terenie sprzyja raczej rozgrywkom taktycznym i jeździe w grupie. Tym większy respekt dla Bartka Janowskiego i Wojtka Halejaka, którzy na Giga jechali przed resztą stawki atakując się nawzajem oraz dla Mateusza Zonia, który samotnie uciekał grupie mocnych rywali na Mega. W tych warunkach oglądanie waszej jazdy było sporą przyjemnością. Imponująco pojechał również Bogdan Czarnota, który po kontuzji wrócił do ścigania w długich maratonach. 40 sekund zabrakło mu do podium, a pamiętajmy, że niedawno jego łokieć był niemal w drzazgach…

    Różnice, które można wyczytać w wynikach nie oddają tego, co działo się na trasie. Mega okazało się być bardzo szybkie, stąd też niewielkie różnice w szeroko pojętej czołówce. Z zewnątrz wyglądało to nieco inaczej. Za plecami grupy ścigającej Mateusza Zonia wisiało jeszcze kilku zawodników. Reszta jechała w innej lidze. Na Giga różnica między pierwszym a  dziesiątym zawodnikiem to blisko pół godziny. W końcówce trudno było wypatrzeć liderów najważniejszego dystansu między dublami z Mega i Mini. Z całym szacunkiem dla kolarzy, którzy przygotowują się do ponad czterogodzinnego wysiłku – niewielu was, oj niewielu. Około 12% wszystkich uczestników wzięło udział w Maratonie a nie w Wyścigu.

    Błoto, które powstało po nocnych opadach deszczu pachniało w charakterystyczny dla tych okolic sposób. I kleiło się takoż. Było więc nieco funu i trochę wypadków. Niektóre poważniejsze – zjazdy w okolicach Krakowa nie są trudne, za to są szybkie. Pojawiające się po ulewach koleiny potrafią wyrzucić z siodła nieuważnego jeźdźca. Trzeba więc było uważać, ale przynajmniej można było uniknąć smażenia się na polnych drogach w upale. Aby przebić się z Lasku Wolskiego w ciekawszą okolicę, trzeba niestety przejechać przez dość przykry teren wzdłuż autostrady i lotniska. Nic miłego a do tego sprawia, że samotnym zawodnikom trudniej wypracować przewagę nad grupkami i peletonikami.

    Tak czy inaczej, zawody zakończone. „Mówią na mieście” że za rok z Błoń już maraton nie wystartuje. Przynajmniej nie ten. Czy to dobrze, czy to nie dobrze, wyjdzie w praniu. Póki co, mimo tradycji, trochę brak mu do wydarzenia szerszego niż event, który porusza tylko niewielką grupę zainteresowanych. Jako jej przedstawiciel, bawiłem się dobrze i spędziłem dzień na świeżym powietrzu. Takich jak ja (kibiców) nie było jednak zbyt wielu.

    Poniżej kilka obrazków, być może inni zainteresowani się na nich znajdą. Enjoy.

    [nggallery id=5]

  • Bart Brentjens – kilka pytań

    Bart Brentjens – kilka pytań

    Pierwszy mistrz olimpijski w cross country startował niedawno w Polsce w etapówce MTB Challenge. Poza tym, że zajął drugie miejsce, jego obecność przeszła nieco niezauważona. Zadałem mu więc kilka pytań.

    @Marek Tyniec: Jesteś już tak długo w ?bike biznesie? … Gdy zdobywałeś złoty medal olimpijski twój rower był po prostu ekstremalnie sztywny i to najlepiej opisywało jego właściwości. Teraz używasz sprzętu, który korzysta z zaawansowanych technologii. Jest tyle zmian w kolarstwie górskim, w sprzęcie ale i w charakterze samej dyscypliny. Które zmiany według Ciebie są najbardziej istotne?
    @Bart Brentjens: Od tamego czasu faktycznie bardzo wiele się zmieniło. Choćby trasy zawodów: są coraz bardziej techniczne ale też i krótsze. Dawniej startowaliśmy w wyścigach xco, które trwały trzy godziny a jedno okrążenie jechało się 40 minut. W 1996 roku mój rower ważył 12 kilogramów. Teraz waży 8. Wszystko jest inne: szersze opony, oczywiście bezdętkowe, koła 29 cali, pełna amortyzacja, hydraulika (tu chyba Brentjensa zawiodła nieco pamięć, ponieważ olimpijskie złoto zdobywał na rowerze z hamulcami Magury, przyp. mt), systemy blokad? Naprawdę wiele się zmieniło.

    W zeszły weekend startowałeś w wyścigu Leadville 100, zająłeś szóste miejsce. Całkiem nieźle jak na czterdziestotrzylatka. Ale startował tam też Tinker Juarez, ukończył piętnasty a ma teraz równo 50 lat. Razem ścigaliście się w latach dziewięćdziesiątych, teraz razem bierzecie udział w zawodach wytrzymałościowych. Idziesz tą samą drogą co on?
    Nie wiem, czy tą samą. Tinker jest nadal bardzo mocny, właściwie to jestem zaskoczony w jak dobrej dyspozycji ciągle jest ten, już starszy, mężczyzna. Osobiście czuję, że z roku na rok coraz trudniej jest mi utrzymywać ten sam poziom. Nadal bardzo lubię się ścigać, ale w tym momencie mam jeszcze inne rzeczy do zrobienia.

    Właśnie, opowiedz w takim razie o swoim projekcie i roli jaką w nim pełnisz…
    Jestem właścicielem zespołu Milka-Trek. Mamy prosty cel: aby dwóch naszych zawodników wystartowało na Igrzyskach Olimpijskich w 2012 roku. Założyłem tę drużynę, ponieważ chciałbym oddać coś dyscyplinie, z której przez lata czerpałem korzyści, która wzbogaciła moje życie. Dobrze czuję się w roli organizatora, zwłaszcza jeśli to, co robię dobrze wygląda i przynosi dobre rezultaty. Sponsor taki jak Milka dodatkowo sprawia, że projekt automatycznie jest lepiej widoczny.

    W towarzystwie swoich młodszych kolegów-podopiecznych wystartowaliście w polskim wyścigu etapowym Sudety MTB Challenge. Byłem nieco zaskoczony widząc was na liście startowej. Dla zawodnika, który tyle wygrywał w karierze, start w ciekawej imprezie ale znajdującej się poza kalendarzem UCI to dość egzotyczny wybór…
    Całe szczęście kolarstwo górskie to nie tylko Puchar Świata i punkty zdobywane do rankingu UCI. Oczywiście wyścig na Igrzyskach Olimpijskich jest najważniejszą sprawą, ale oprócz tego jest bardzo wiele imprez stanowiących prestiżowe wyzwanie. Tak jest na przykład z Leadville w USA, który nie ma kategorii UCI, ale jest dobrze promowany a dla samych zawodników udział w nim stanowi świetne doświadczenie. Podobnie jest z MTB Challenge. To ciągle mały wyścig, ale ma spory potencjał by stać się prestiżową etapówką. Przyszła do nas ciekawa oferta ze strony organizatora i zdecydowaliśmy się wystartować. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było warto.

    Ostatecznie ukończyłeś wyścig na drugim miejscu za klubowym kolegą, Lemerem Pietersmą. Dobry wynik uzyskał też Tim Wynants. Ścigaliście się między sobą, czy raczej byłeś dla nich wsparciem?
    Tim jechał jako wsparcie dla Jelmera i dla mnie, ponieważ byliśmy najwyżej sklasyfikowanymi zawodnikami. Jelmer był bardzo mocny, dzięki temu mogliśmy rozegrać sprawę tak jak to się powinno robić.

    Jeszcze jedno pytanie dotyczące tej imprezy. Co ją odróżnia od innych, większych i bardziej znanych wyścigów tego typu, w których miałeś okazję startować.
    Właściwie nie ma zbyt wielu różnic. Trasy są bardzo ładne i wymagające. Różnicą jest obecność w kalendarzu UCI (a jednak, przyp. mt). Przez to nie ma zbyt wielu zawodowców na starcie. Ważną sprawą jest też obecność kibiców i mediów, zwłaszcza dla zespołu takiego jak mój. Czekamy niecierpliwie na video z zawodów.

    Wyścigi etapowe, tak jak inne imprezy wytrzymałościowe są dość specyficzne. Zawodowcy ścigają się ze sobą, ale oprócz nich startują amatorzy. Czasami różnice między obiema grupami są dość płynne. Jak znajdujesz się w takiej sytuacji?
    To jest właśnie największy urok mtb. Między innymi dlatego właśnie kolarstwo górskie w wersji wyczynowej ma silne wsparcie ze strony producentów sprzętu. Amatorzy doświadczają tego samego co zawodowcy, chcą jeździć tak jak oni i żyć tak jak oni.

    W Twoim zespole ściga się Polak, Marek Konwa. Jak widzisz rozwój jego dalszej kariery? Proszę, powiedz coś więcej niż ?To młody, perspektywiczny zawodnik? ;-). Jak znalazł się w twojej drużynie i jakie nadzieje w nim pokładasz?
    Marek to obecnie jeden z najlepszych na świecie zawodników w swojej kategorii. Dla naszego sponsora, Milka, Polska to ważny rynek, dlatego też szukałem zawodnika z waszego kraju. Marek idealnie się do tego nadaje. Jestem bardzo zadowolony z jego obecności w naszej drużynie, zwłaszcza, że UCI wprowadziła osobne zawody dla młodzieżowców a on regularnie staje na podium w Pucharze Świata. Marek sam dobrze wie, co chce osiągnąć, lubi się uczyć i czerpać z mojego doświadczenia.

    Obecnie w Polsce mamy nieco zamieszania wokół zmiany na stanowisku trenera kadry narodowej. Jestem ciekaw, jak  takie sprawy wyglądają w Holandii. Jaka jest rola tamtejszego związku kolarskiego, za co i komu płaci i jaka jest w tym wszystkim rola prywatnych zespołów. Jako właściciel jednego z nich jesteś z pewnością dobrze zorientowany…
    Szczerze mówiąc nie jestem zadowolony z polityki, jaką prowadzi Holenderski Związek Kolarski. Ale myślę, że w każdym kraju jest podobnie. Związek nie współpracuje z grupami zawodowymi. Kadra narodowa liczy kilka (cztery) osób, które mają pełne finansowanie: zgrupowań, trenerów, badań i startów w wyścigach. Tyle tylko, że tych czterech zawodników to nie są najlepsi kolarze w Holandii. Dobry zawodnik nie potrzebuje wsparcia związku, jeśli chce znaleźć swoją drogę, chociaż pomoc federacji może być jemu lub jej bardzo pomocna.

     Wracając na koniec do Ciebie… planujesz się ścigać tak długo jak Tinker?
    Prawdopodobnie nie, ale ciągle jest jeszcze kilka wyścigów na świecie, w których udział jest dla mnie sporą motywacją.

    Bart Brentjens wygrywa Igrzyska Olimpijskie w Atlancie:

    Bart Brentjens urodził się w 1968 w położonym w Limburgii Haelen. Jest mistrzem olimpijskim i mistrzem świata w cross country, wielokrotnym mistrzem Holandii w xc i maratonie, wygrywał również etapowe wyścigi mtb: górską wersję Tour de France oraz Cape Epic. Nadal jest czynnym zawodnikiem, ale oprócz tego prowadzi drużynę zawodową: Milka-Trek a także firmuje swoim nazwiskiem maraton Bart Brentjens Challenge oraz wyścig dwudziestoczterogodzinny.

  • Jesteśmy ciency

    Jesteśmy ciency

    O organizacji Pucharu Świata mtb w Polsce słyszę od kiedy interesuję się tą dyscypliną. Czyli od 1993r. Miało być XC, miał być 4X, tymczasem taplamy się w swoim bagienku a zawody tej rangi w międzyczasie zorganizowali Czesi. Nie tylko zorganizowali, bo ich reprezentant wygrał w wyścigu elity!

    Ze wszystkich relacji, zarówno tych oficjalnych jak i z wrażeń osób obecnych na imprezie wynika jedno. Puchar Świata w Novym Mescie był świetny. Trasę i organizację chwalili zawodnicy, dopisali kibice licznie i żywo dopingując kolarzy. Całość została godnie zrelacjonowana w mediach (m.in. 120 minut w publicznej telewizji, choć nie live, to jednak wymiar imponujący!). Sukces czeskiej odsłony Pucharu Świata okrasił Jaroslav Kulhavy – dwudziestosześcioletnia gwiazda światowego teamu Specialized, zawodnik, który jest o krok od zwycięstwa w klasyfikacji generalnej.

    Najlepszym z Polaków w Novym Mescie był Marek Konwa. Młodzieżowiec z ekipy Milka Trek zajął w swojej kategorii wiekowej bardzo dobre, trzecie miejsce. Co ciekawe, mimo, że na Morawy jest stosunkowo blisko, Polacy nie zjawili się zbyt licznie. Tymczasem gospodarze w każdej z kategorii mieli po kilku zawodników, co nie jest dziwne o tyle, że nasi południowi sąsiedzi regularnie wysyłają na najważniejsze imprezy sporą grupę reprezentantów. Aby nie skupiać się na elicie, która rządzi się swoimi prawami, warto zwrócić uwagę na młodsze kategorie. Po dwie ukończone, kontynentalne rundy PŚ w tym sezonie (Offenburg i Nove Mesto) ma ośmiu czeskich juniorów i pięciu młodzieżowców. Tymczasem w Grand Prix MTB, w tym roku pod względem ilości eliminacji będącego karykaturą swojej dawnej świetności, regularnie (dwa starty) rywalizowało 15 juniorów i 9 „orlików” z Polski. Dla porównania Polska liczy ok. 38 a Czechy ok. 10,5 miliona mieszkańców. Polska podobno jest również dwudziestą gospodarką świata i szóstą gospodarką Unii Europejskiej.

    Co więcej, mamy porównywalną kolarską tradycję – wszak razem z Czechami współorganizowaliśmy „za komuny” Wyścig Pokoju a będąc już przy temacie polityki oba kraje znajdowały się pod wpływem tego samego, radzieckiego, zamordyzmu. Od rozpoczęcia przemian ustrojowych minęło mniej więcej tyle samo czasu, i my i oni mamy swoje ikony, swoich reformatorów, liberałów i populistów.

    Wracając ściśle do sportu a jeszcze ściślej do kolarstwa, powinniśmy dysponować wyraźną przewagą. Nasze barwy reprezentuje bowiem super gwiazda. Maja Włoszczowska od 2000r regularnie zdobywająca medale mistrzostw świata. Maja jest aktualną wicemistrzynią olimpijską i mistrzynią świata. Sednem sprawy jest to, że jej sukcesy, a także sukcesy naszych pozostałych reprezentantek (Szafraniec, Sadłecka, Dawidowicz, Gorycka) oraz reprezentantów (Galiński, Brzózka, Konwa) nie zostały w żaden sposób wykorzystane. Znamienny jest fakt, że po medalu w Pekinie ze sponsoringu grupy zawodowej naszej medalistki wycofał się sponsor tytularny (marka Halls w Polsce należąca do Wedla) a po mistrzostwie świata Włoszczowska wystąpiła co prawda w telewizyjnej reklamie swojego mecenasa (CCC), ale spot, choć ładny był emitowany dość krótko. Teraz Maja reklamuje swojego globalnego sponsora – Scotta a w mediach jest o niej głośno z powodu zwolnienia trenera Andrzeja Piątka. Sukcesy Włoszczowskiej nie zostały praktycznie w ogóle zdyskontowane: przez Polski Związek Kolarski, Sponsorów oraz Środowisko. Tymczasem Czesi w drodze do zwycięstwa Kulhavego w domowej eliminacji Pucharu Świata, owszem, mieli epizody (Tereza Hurikova), ale raczej dyskretnie budowali zaplecze niż występowali w pierwszym szeregu elity. Sądząc po frekwencji juniorów na najważniejszych imprezach, robią tak nadal.

    Przechodząc do meritum. Mistrzostwa Europy MTB w Wałbrzychu w 2004r były niezłe, ale zakończyły się stratami finansowymi. Mistrzostwa  Świata na torze pogrążyły PZKol do reszty. Po awansie Tour de Pologne do światowej elity cały czas czekamy na choćby etapowe zwycięstwo. Grand Prix MTB, które było kluczową serią cross country w tej części Europy praktycznie przestało istnieć. Najlepszy, aktywny polski kolarz szosowy, choć jest świetnym gregario, wciąż jest tylko gregario. Z prestiżowym, ale jednym zwycięstwem na koncie. W najpopularniejszej masowej konkurencji (maraton) Puchar Kraju ogłaszany jest potajemnie na kilka dni przed jego rozpoczęciem i rozgrywany na trasach, które są atrapą mtb. Na rok przed Igrzyskami Olimpijskimi zwalnia się trenera kadry, który w ciągu swojej kariery jako szkoleniowiec wywiązywał się z założonego planu niemal w 100%. Sukcesy pasjonatów są ignorowane, podobnie jak przyjazd do Polski gwiazd światowego formatu. Głównie z tego powodu, że zabrakło stopek sponsorskich czy papierowych umów o patronat.

    Podobno kiedyś w Szczawnie Zdroju miał być zorganizowany Puchar Świata. Myślano o XC, później wraz z prężnie rozwijającą się sekcją o 4X. Podobno o Puchar Świata ma się starać Jelenia Góra i wyścig Maja Race. Podobno kategorię UCI ma dostać etapówka Sudety MTB Challenge. I podobno jesteśmy gotowi by zorganizować mistrzostwa świata na szosie. Podobno w Krakowie.

    Tymczasem Czesi – nie podobno a realnie – zorganizowali mistrzostwa świata w Przełajach, mają czempiona (Stybar) w tej dyscyplinie i szerokie zaplecze w światowej czołówce. Na szosie reprezentuje ich regularny faworyt wielkich tourów (Kreuziger). W MTB zorganizowali Puchar Świata a ich reprezentant go wygrał. Na dostępne imprezy (w kontynentalnej Europie) wysyłają spore grono młodzieży, która zdobywa szlify walcząc z najlepszymi na wymagających trasach. Nam zdarzają się wybitne jednostki i nic z tym nie robimy. Krótko mówiąc, w porównaniu z nimi jesteśmy w dupie. Za to lubimy pośmiać się z ich języka.

    P.S. Zdjęciem okładkowym jest fragment instalacji Davida Cernego, światowej sławy czeskiego rzeźbiarza, prowokatora i performera. Cerny podstępnie zamieścił ją w 2009r w Parlamencie Europejskim, prezentując stereotypy na temat poszczególnych krajów UE skłonił do dyskusji. Polaków widzi jako homofobicznych katoli tkwiących w gównie błocie.

  • Adam Hansen ? z mtb na szosę

    Adam Hansen ? z mtb na szosę

    Z australijskim kolarzem chciałem porozmawiać już kilka lat temu. Dla mnie jest przede wszystkim dwukrotnym zwycięzcą Crocodile Trophy, jednej z najcięższych etapówek mtb. Od 2007r jeździ w topowych drużynach szosowych i jest pomocnikiem swoich liderów.

    Z Adamem Hansenem rozmawiałem przed startem piątego etapu 68. Tour de Pologne, Zakopane-Zakopane. Mając w pamięci komentarze wokół roli, jaką pełni m.in. Sylwester Szmyd w grupie Liquigas zapytałem mojego rozmówcę o jego stosunek do pracy dla innych kolarzy. A także o to, co sądzi o nieśmiertelnych ?Rundach Langa?, którymi kończą się wszystkie etapy naszego wyścigu.

    Marek Tyniec: Kiedy ostatni raz jeździłeś na rowerze górskim?
    Adam Hansen: (śmiech) Och, dość dawno temu. Chociaż nie, byłem dwa tygodnie temu na treningu mtb. Czasami trenuję na rowerze górskim, ale się nie ścigam. Właściwie ostatnim moim wyścigiem było Crocodile Trophy (2005, przyp. mt), później jeszcze startowałem w Alpen Tour, ale wycofałem się po pierwszym etapie na skutek upadku.

    Zawsze chciałem z tobą porozmawiać właśnie o Crocodile Trophy. Ale teraz jesteś zawodowym szosowcem i jeździsz jako pomocnik liderów swojej drużyny. Właściwie to jest dobre nawiązanie, ponieważ przyjechałeś do Polski a polscy kibice mają spory problem z tym, że nasz najlepszy kolarz, Sylwester Szmyd jest właśnie pomocnikiem. Jak ty się czujesz w takiej roli?
    Cóż, to trudne pytanie. Z punktu widzenia sportowca to całkiem dobry układ. Jeździsz w profesjonalnej drużynie, co powoduje, że twoja praca jest o wiele prostsza. To zespół zajmuje się znajdowaniem sponsorów i organizacją drużyny. W mtb masz zazwyczaj indywidualny sponsoring i wiele rzeczy jest na twojej głowie. Kolarstwo szosowe jest oczywiście w ogóle bardziej zorganizowane, zatem każdy ma swoje zadania do wykonania.

    No dobrze, ale co z twoimi prywatnymi ambicjami?
    Z tym jest zawsze problem. Zwłaszcza, że jestem Australijczykiem i nie jeżdżę w australijskiej drużynie, tylko w belgijskiej. Więc muszę się liczyć z tym, że zawsze zawodnicy z Belgii będą stawiani przede mną. Oczywiście czasami dostaję swoją szansę, ale dzieje się tak bardzo rzadko. W sumie bycie pomocnikiem lidera to nie jest taka zła rzecz. Jadąc na wyścig wiesz, co masz robić. Jeśli się dobrze wywiążesz ze swojego zadania, zespół jest z ciebie zadowolony. Jeśli zespół jest zadowolony, proponuje ci kontrakt na kolejny rok i tak dalej.

    W takim razie jakie są twoje zadania tutaj, na Tour de Pologne?
    Na płaskich etapach pomagam Adamowi Blythe, naszemu sprinterowi. Jak na młodego, rozwijającego się zawodnika idzie mu całkiem nieźle. Na drugim etapie przyjechał w pierwszej dziesiątce. Oprócz tego naszym liderem jest Jan Bakelands, zawodnik z Belgii, w miarę swoich możliwości będę mu pomagał na kolejnych etapach.

    Blythe jest rozwijającym się zawodnikiem (21 lat). W sumie ty też jesteś ciągle młody, może nie bardzo (30), ale ciągle możesz poprawiać swoje możliwości.
    To prawda. Do Polski przyjechałem jednak pomóc młodszym kolegom oraz zbudować formę przed Vuelta Espana, który jest jednym z moich głównych celów w sezonie.

    Co planujesz tam osiągnąć?
    Będę tam wspierał Jurgena Van Den Broecka, naszą gwiazdę na wielkie toury. Podczas Vuelty jest kilka etapów, gdzie będzie bardzo potrzebował mojej pomocy, więc ciężko będzie szukać możliwości szansy dla samego siebie.

    Wracając trochę do tematu kolarstwa górskiego, czy chciałbyś jeszcze kiedyś pościgać się w mtb?
    Jasne!

    Ale jako profesjonalista, czy tak jak niektórzy eks szosowcy dopiero na sportowej emeryturze, w kategorii masters?
    Właściwie, to chciałem pojechać znowu w Crocodile Trophy już w zeszłym roku, ale mój poprzedni zespół ? HTC nie pozwolił mi na to. W przyszłości zdecydowanie będę chciał spróbować jeszcze raz. Myślałem nawet o tym, żeby wystartować w tym sezonie, zobaczę, jak ułożą się moje starty w dalszej jego części. Problem z łączeniem mtb z szosą jest taki, że na szosie mamy bardzo wiele dni startowych. Kontrakt mam z drużyną szosową Omega Pharma Lotto i płacą mi za ściganie się na szosie. Do tego dochodzi możliwość ewentualnej kontuzji. Tak jak powiedziałem, chętnie wystartuję w Crocodile Trophy, ale to zależy od tego czy będę jechał Giro di Lombardia.

    Gdy kilka lat temu usłyszałem, że na stałe przechodzisz na szosę ucieszyłem się. Potem byłem jednak trochę zdziwiony. ?Górale? zazwyczaj dobrze czują się w górach a ty raczej rozprowadzasz sprinterów.
    Tak, to może wydawać się dziwne, ale z drugiej strony kolarze mtb są bardziej uniwersalni. Posiadają sporą wytrzymałość siłową i dobrze znoszą wysokie obciążenia. Przez to często są też dobrymi czasowcami. A od tego jest niedaleko do dyktowania tempa na płaskich etapach. W MTB nie musisz mieć dobrego przyspieszenia, ale jesteś w stanie rozkręcić niezłe tempo, co jest przydatne przy rozprowadzaniu sprintera. To dość cenna umiejętność.

    A co sądzisz o naszym wyścigu, jak ci się podoba trasa, szczególnie rundy w miastach?
    (uśmiech) Rozmawialiśmy nawet o tym z kolegami ostatniego wieczora. Dla kibiców to z pewnością jest spora atrakcja?

    …a dla was?
    ?cóż? dla kibiców to z pewnością jest spora atrakcja (śmiech). No dobrze, jeśli mam poszukać zalet, to miło jest jechać przy dopingu ludzi stojących przy trasie, w miastach jest ich więcej. I oczywiście możemy się lepiej zapoznać z finiszem. Jeśli runda jest dobra i bezpieczna, to dobrze, całkiem fajnie można przejechać taki etap. Jeśli jest wymagająca i jest na niej jakiś podjazd, wtedy łatwiej dokonać selekcji, ale i łatwiej się pogubić. Tak naprawdę to jest mi obojętne, czy etap kończy się rundami czy nie.

    Czego spodziewasz się w ciągu najbliższych dwóch dni?  Znasz nasze podjazdy? Niektóre są całkiem strome.
    Tak, słyszałem, że może być dość ciężko. Ale nie obawiam się tego.

    Czy myślisz, że Peter Sagan może obronić koszulkę lidera?
    Nie ma zbyt wielu powodów, dla których miałoby mu się to nie udać (Hansen nie pomylił się zbyt wiele, Sagan dobrze poradził sobie w górach)

    Planujesz tu przyjechać w przyszłym roku?
    Tak, to dobry wyścig. Podoba mi się i pasuje do kalendarza.

    A czy wiesz już, w jakiej drużynie będziesz jeździł w kolejnym sezonie? Twoja grupa przechodzi transformację, prowadzisz już jakieś rozmowy?
    Sprawa jest ciągle otwarta właśnie ze względu na to, że Omega Pharma i Lotto rozchodzą się. Nie jesteśmy więc pewni co dalej, mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu będziemy wiedzieli więcej.

    Jesteś jednak na tyle cenionym pracownikiem, że nie powinieneś mieć kłopotów z podpisaniem kontraktu?
    Zgadza się, mam kilka propozycji z różnych drużyn, ale też chętnie zostałbym tu gdzie jestem, zwłaszcza że część ekipy pozostaje razem i management chciałby nas zatrzymać.

    Na koniec chciałbym zapytać o Cadela Evansa. Obaj macie podobne korzenie: australijsko-mountainbikeowe. Czy jego popularność w jakiś sposób przekłada się też na ciebie? Czy ktoś mówi: o, jest kolejny ?Aussie?, który przeszedł z mtb na szosę, może on też będzie wygrywał wielkie toury?
    Tak, kilka osób mnie o to pytało i właściwie ty też właśnie to robisz. A odpowiadając szerzej. Przechodząc z mtb na szosę, twoje ciało jest bardziej, hmm? proporcjonalne. Mamy mocniejsze górne partie ciała. W sumie to pomaga na szosie, gdy nie jest się tak filigranowym. Przejście z mtb na szosę wydaje się być łatwiejsze niż zaczynanie na szosie od zera.

    A ile teraz ważysz? (przy wzroście 183cm)
    W tej chwili 77kg

    Nie widać, ale to całkiem sporo.
    Heh, dzięki. Ale za to mam sporo siły.

    Adam Hansen poszedł jeszcze na chwilę do teamowego autobusu. Jak na kogoś, kto przez kolejne dwa dni ma pokonać niemal trzydzieści podjazdów uchodzących za jedne z trudniejszych w tym kraju, wyglądał na całkiem zrelaksowanego. Etapy 5. i 6. ukończył w środku stawki.

  • Bez echa

    Bez echa

    Tour de Pologne rozpoczęty. Jak zawsze z pompą i obstawą mediów. Piszą o nim nawet ci, którzy nie zdecydowali się na logotyp w stopce sponsorskiej. To wydarzenie dużego kalibru, więc trzeba i warto. Tymczasem w miniony piątek zakończyła się inna polska etapówka. Ktoś zauważył?

    Mowa o Sudety MTB Challenge. Impreza o sporej, jak na nasze warunki tradycji. Rozegrana w tym roku po raz siódmy, wcześniej znana jako Bike Challenge, później jako MTB Challenge m.in. z przedrostkiem „Glacencis” (od Kłodzka, które otaczają góry, gdzie ścigają się kolarze). Świetne zawody, wpisujące się w trend popularnych etapówek na rowerach górskich. Sam brałem w niej udział czterokrotnie, wspominam bardzo dobrze. Dobre wspomnienia mają również amatorzy mtb z całej Europy, szukający przygód ekstremaliści, którzy co roku startują w innej części świata w poszukiwaniu przygody. W Polsce drobne niedogodności rekompensuje trasa i specyficzna atmosfera. To właśnie dlatego tutaj wracają, często ze znajomymi.

    W tym roku na starcie stanęła jedna z największych gwiazd tej specjalności, Holender Bart Brentjens. Pierwszy w historii mistrz olimpijski XC, który dalszą część kariery poświęcił wyścigom długodystansowym. Wygrywał m.in. mistrzostwo świata w maratonie oraz najważniejsze etapówki: Trans Alp i Cape Epic.

    Podczas MTB Challenge 2011 do przejechania było 370km, pięć etapów i prolog. Mistrz Brentjens ukończył zawody na drugim miejscu, zwyciężył jego wychowanek z teamu Milka Trek, dwudziestoczteroletni Tim Wynants. Co jeszcze? W zasadzie tyle. Ciekawa, transgraniczna impreza szybko spadała ze sliderów portali branżowych. Media ogólne nawet o niej nie wspomniały. Z informacji prasowych dowiedziałem się za to, że jeden z etapów przeszedł do historii, ponieważ „służby medyczne i ratownicze stanowiły tło dla całej imprezy, ich praca sprowadzała się wyłącznie do czuwania nad uczestnikami”. Come on, naprawdę nie wydarzyło się nic ciekawszego?

    W tym kontekście naprawdę wolę nachalny marketing Tour de Pologne. Setki kilometrów bannerów, balony i trącający blichtrem PR. Zachowując proporcje adekwatne do realnej rangi każdej z imprez trzeba kolejny raz schylić głowę przed pracą, jaką wykonał Lang Team. Od 1997r, gdy wyścig dostał kategorię UCI jako impreza zawodowa, ciągle awansował. Czas antentowy, informacje prasowe, autorskie artykuły, galerie zdjęć są prezentowane nie tylko z powodu zobowiązań ale też wrażenia, że trzeba, bo mamy do czynienia z Wydarzeniem. Dlatego też tekstową relację „live” prowadzi gazeta.pl, choć patronem medialnym jest konkurencyjny onet.

    To wszystko przekłada się na zwrot dla sponsorów, partnerów, drużyn, zawodników. Choć można być zmęczonym Sebastianem Szczęsnym jako szalonym reporterem podążającym za kolarzami na motocyklu, trudno odmówić imprezie znaczenia. Imprezie przeprowadzonej w określonych realiach, które wymagają by każda klasyfikacja miała sponsora tytularnego, a zawodnicy jechali tam, gdzie zapłacił samorząd a nie tam, gdzie jest najpiękniej położona szosa. Ale mającej rzeczywistą wartość, dodatkowo podbijaną przez obecność w mediach. Nawet najbardziej ekscytujący wyścig, poprowadzony przez najdziksze, najpiękniejsze i najbardziej karkołomne szlaki nie obroni się, gdy nikt o niej nim będzie wiedział a udział legendy utkwi gdzieś między zapowiedzią kolejnego w sezonie ogórkowego wyścigu a prezentacją nowej pompki chińskiej marki.