Tag: MTB

  • Blast from the past – Cadel Evans w MTB

    Czasy, gdy Puchar Świata MTB transmitował Eurosport a głównym źródłem informacji były zagraniczne miesięczniki odeszły w przeszłość. Koniec lat dziewięćdziesiątych należał do młodego Australijczyka, Cadela Evansa, który teraz, jako weteran, walczy o wygraną w Giro d?Italia.

    Kilkanaście lat temu wyścigom XC bliżej było do obecnych maratonów niż bieżącej ewolucji zawodów w formacie olimpijskim. Kolarze często rywalizowali przez dwie i pół godziny a na starcie stawał prawdziwy tłum. Dyscyplina traktowana ciągle jako swoista nowinka przyciągała zainteresowanie kibiców, mediów, hojnych sponsorów i wreszcie samych zawodników, a Puchar Świata (firmowany przez Grundiga) składał się z ośmiu eliminacji rozrzuconych po całym świecie.

    Cadel Evans został obdarzony przez naturę wyjątkowymi parametrami fizjologicznymi. Dzięki temu trafił do centralnego systemu szkolenia. Gdy Puchar Świata w 1994r zawitał do Australii, przyszły zwycięzca Tour de France, jako siedemnastolatek zaliczył swój debiut w międzynarodowych zawodach. Trzy sezony później, mając zaledwie dwadzieścia lat, przejeździł pełny pucharowy sezon, zdobył trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej, po drodze wygrywając dwa wyścigi!

    Sezon 1998 rozpoczął już w nowych barwach. Team Diamond Backa zmienił na jedną z najlepszych wówczas drużyn na świecie: Volvo-Cannondale. Już wtedy Evans skazany był na rolę outsidera, z którą później wiele razy odgrywał na szosie: samotnie zmagał się z silną grupą Francuzów skupionych wokół teamu Sunn. Jego najważniejszym rywalem był Miguel Martinez, starszy zaledwie o rok, ale bardziej utytułowany (jako raptem dwudziestolatek zdobył brąz na Igrzyskach w Atlancie). Choć Evans dwukrotnie był lepszy w klasyfikacji łącznej pucharu świata, na najważniejszych imprezach przegrywał z Martinezem. Niewysoki Francuz był w stanie zdobyć tęczową koszulkę i olimpijskie złoto w Sydney. W 1999r mistrzostwo świata zdobył z kolei inny wielki rywal Australijczyka, Michael Rasmussen.

    O tym, na jak wysokim poziomie stało ówczesne mtb, niech świadczy fakt, że spora część czołówki została skuszona do przejścia na szosę. Evans, Martinez, Dario Cioni, Philip Meirheaghe czy Rasmussen trafili do klasowych zespołów z zamiarem podbicia zawodowego peletonu. Evans jeżdżący dla Cannondale?a łatwo wpasował się w drużynę wspieraną przez tego producenta rowerów, czyli Saeco. Trzeba przyznać, że nie miał łatwo. Choć u progu kariery został przebadany przez ?doktora zło? Michele Ferrariego, uchodzi za kolarza, który wystrzegał się dopingu. Lata 2001-2006 były więc dla niego wyjątkowo trudne. Mimo fenomenalnego organizmu nie nadążał za rywalami o sztucznie poprawionych parametrach krwi a w grupie Telekom zmagał się z dopingowym ostracyzmem. Dopiero częściowe oczyszczenie kolarstwa pozwoliło mu sięgnąć po najwyższe laury. W 2009r, dziesięć lat po zakończeniu regularnej kariery w mtb wygrał upragnioną koszulkę mistrza świata, dwa lata później wygrał Tour de France. Teraz, mając na karku 37 wiosen celuje w ?Maglia Rosa? i póki co jedzie tak, jak lider i faworyt jechać powinien. Dzisiejsza jazda indywidualna na czas częściowo odpowie, czy faktycznie jest w stanie zwyciężyć w Giro.

     

    Na filmie u góry relacja z zawodów Pucharu Świata w 1998r rozgrywanych w Portugalii.

  • Jak to robią Słowacy #2 – Mistrzostwa Słowacji w Maratonie

    Jak to robią Słowacy #2 – Mistrzostwa Słowacji w Maratonie

    Mając w pamięci dobre doświadczenia z zeszłego roku, postanowiłem kontynuować eksplorację słowackich zawodów MTB. Tym razem wybór padł na Skoda FC Mararton w miejscowości Dolná Mariková. Były to równocześnie mistrzostwa Słowacji XCM.

    Motywacja

    Nie samym XC człowiek żyje. Choć po powrocie na rower startuję głównie w cross country, do maratonów nadal mam spory sentyment. To inny rodzaj jazdy a przy tym możliwość, w wyścigowym tempie, poznania większej ilości ciekawych szlaków. Poszukując zawodów do kalendarza, zwróciłem oczy na Słowację z kilku powodów. Mam blisko – przynajmniej kilka razy w roku mogę wystartować w odległości maksymalnie 200km od domu. Koszty uczestnictwa (wpisowe) są porównywalne z Polską a do tego większość imprez rozgrywa się w górach. O maratonie organizowanym przez FC Team słyszałem od znajomych, jako o wydarzeniu wartym sprawdzenia. Pozostało tylko zapłacić, wsiąść w auto i samemu doświadczyć.

    Mistrzostwa-Słowacji-Maraton-2014-006

    Trasa

    Dolná Mariková leży mniej więcej w połowie drogi między Żyliną a Trenczynem, czyli niedaleko od przejść granicznych w Zwardoniu czy Jasnowicach. A właściwie ich pozostałości, Schengen ułatwia wyjazdy na zagraniczne zawody, o czym warto pamiętać choćby przy okazji zbliżających się Eurowyborów. Okolica jest ładna, ale miejscowość otaczają raczej wzgórza niż góry. Maratończycy mogą wybierać między trzema dystansami: 20, 40 i 62km, z przewyższeniami odpowiednio około: 350, 950 i 1600m. W sumie żaden hardcore, ale też nie płasko. Co jest jednak bardziej istotne, spora część każdej z rund (trasa ma układ ?koniczyny?, tylko krótkie odcinki są powtarzane) prowadzi leśnymi singletrackami pełnymi korzeni. Tym razem pogoda się udała, było ciepło, ale w tygodniu poprzedzającym 17.05.2014 sporo padało. Ścieżki stały się więc bardzo śliskie i błotniste. Ilość asfaltu na trasie była ograniczona do minimum, w zasadzie po twardym jechaliśmy tylko wyjeżdżając i wracając do miejscowości.

    Mistrzostwa-Słowacji-Maraton-2014-004

    Mistrzostwa

    Gdy u nas sezon dopiero się rozkręca, Słowacy swoje mistrzostwa kraju rozgrywają dość wcześnie. W połowie maja wszyscy są już w formie, ale jeszcze nie zmęczeni. Czołówka naszych sąsiadów z południa jest mocna i szeroka, choć nazwiska nie są tak dobrze znane jak choćby Czechów. Martin Haring, Michal Lami czy Milan Barenyi to uznani zawodnicy ze sporym doświadczeniem międzynarodowym. Lami to 29. zawodnik rankingu UCI, dla porównania Marek Konwa w najnowszym zestawieniu zajmuje 39. miejsce. Słowaczki na tle Polek wypadają dużo gorzej, ale o to nie trudno, nasze MTB od wielu lat stoi wynikami kobiet. W mistrzostwach wystartował również Karel Hartl, znany również z tras polskich maratonów Czech. O medale zawodnicy walczyli na najdłuższym dystansie 64km (realnie było odrobinę mniej). Zwycięzca, Martin Haring, potrzebował na pokonanie trasy 2h55?. Pełne wyniki znajdziecie tu. Najszybsza wśród kobiet, Michaela Malarikova (najwyżej sklasyfikowana w rankingu UCI Słowaczka) jechała 3h50?. Dla ortodoksów same cyfry mogą wyglądać słabo, ale jak się okazuje nie trzeba zakatować zawodników na śmierć, by mistrzostwa uznać za udane. Zamiast ?pure hardcoru? było wiele elementów wymagających, ale dostępnych dla choćby odrobinę zaprawionego w bojach fana mtb.

    Drobne różnice

    Zawodów nie ukończyłem. Na 35km urwałem łańcuch, a że do mety dystansu mega było jeszcze 5km po płaskim, kulturalnie poinformowałem sędziego o swoim wycofaniu. Do tego momentu jechałem średnio (15-20 open w stawce mistrzostw Słowacji). Nie jestem przyzwyczajony do maratonowego sposobu ścigania, odwykłem od potrzeby kontrolowania tempa i rozkładania sił. Mimo ?DNFa? wróciłem do domu z bardzo pozytywnymi wrażeniami. To kolejne słowackie zawody, w których uczestnictwo było po prostu przyjemne. Tamtejsze wyścigi stawiają na pierwszym miejscu zawodnika, to miła odmiana!

    Mistrzostwa-Słowacji-Maraton-2014-005

    Szczególnie dobre wrażenie robi oznakowanie trasy. Nie ma miliona strzałek, setek wykrzykników i trupich czaszek na zjazdach a mimo to wyjątkowo trudno o pomyłkę czy niebezpieczną sytuację. Poza oznaczeniem właściwej drogi, fałszywe odgałęzienia sygnalizowane są widocznym symbolem ?X?. Wystające korzenie były pomalowane na pomarańczowo, urwiska przy singletrackach otaśmowane a dziury, kałuże bez dna i wykroty, w których, wpadając na szybkości można się połamać, również odpowiednio wyeksponowane. Do tego spora grupa ludzi w kamizelkach, na rozjazdach, przy drogach oraz przy trudniejszych technicznie odcinkach w lesie. Bufety rozsądnie rozmieszczone a za nimi na bieżąco ktoś sprząta kubki i papierki. Wydaje się, że to oczywistości, ale w takich warunkach można po prostu skupić się na jeździe i cieszyć fajną trasą dającą wiele przyjemności.

    Mistrzostwa-Słowacji-Maraton-2014-003

    Na Słowacji standardem jest dostęp do pryszniców po zawodach, tak było i tym razem. Również mycie rowerów zorganizowano sensownie, kolejka cały czas była taka sama i czas oczekiwania nie przekraczał kilku minut. Rowery z błota płukali strażacy, wodą pod rozsądnym ciśnieniem nie rozwalającym łożysk.

      Mój ulubiony ostatnio temat, czyli posiłek regeneracyjny był bardzo w porządku. Solidna porcja ryżu z warzywami i mięsem (nie mylić z popularną u nas rozgotowaną parówką), do tego ogórek. Niezbyt efektowne, ale smaczne, nietłuste i przygotowane z dbałością. Mistrzostwa-Słowacji-Maraton-2014-002 Słowacy sporą uwagę przywiązują do zawodów dla dzieci. W tym roku przy maratonach pojawia się mini-xc "Detska Tour Petra Sagana" dla zawodników od 9-16 lat. Na najmłodszych czekał za to dmuchany zamek, boisko do unihokeja itd. Podchodzących do startu stricte merkantylnie spieszę poinformować, że za 12 lub 16? (zależnie od terminu wpłaty) w pakiecie startowym otrzymywało się żel oraz baton Nutrendu (ok. 10PLN) oraz dętkę Kellysa, zatem mniej więcej ? opłaty wróciła do uczestnika w formie gratisów. Po dekoracji przewidziana była tombola z fajnymi nagrodami, niestety z tego, co wiem, ceremonia była dość mocno rozwleczona w czasie. Dla równowagi od spraw przyziemnych, elementem dość egzotycznym było błogosławieństwo udzielone przez lokalnego księdza. Startowaliśmy przy kościele, na kilka chwil przed (punktualnym co do minuty) startem wyszedł do nas kapłan i życzył powodzenia. Do domu wróciłem więc jako usatysfakcjonowany klient. Już teraz myślę o kolejnych startach na Słowacji, z pewnością zaliczę jeszcze Sulovsky Maraton, chcę wrócić również na Kralovsky poprowadzony u stóp Spiskiego Hradu (byłem rok temu, rewelacja!), niedaleko mam również do Dolnego Kubina, Słowackiego Raju i na Horal Auto. Za rok chcę po raz kolejny przyjechać do Marikovej, choćby dlatego, że przez defekt ominął mnie najfajniejszy fragment trasy zawierający jeszcze więcej singletracków niż na średniej rundzie. Krótko mówiąc, jeśli chcecie spróbować maratonowego ścigania w innych, by nie powiedzieć lepszych warunkach, do tego stosunkowo niedaleko i za przystępną cenę - wybierzcie się na Słowację. Za zgodą organizatora użyłem zdjęć, których autorem jest Martin Vojtuš 

  • Jak to robią Słowacy?

    Jak to robią Słowacy?

    Na fali pozytywnych wspomnień z ubiegłorocznego startu w Kralovskim Maratonie postanowiłem sprawdzić, co nasi południowi sąsiedzi mają do zaoferowania w temacie cross country. Okazją do tego była pierwsza eliminacja Pucharu Słowacji.

    O tamtejszych maratonach przyjdzie jeszcze okazja napisać, tym bardziej, że zamierzam w najbliższych miesiącach zgłębić ten temat. Jednorazowa wizyta w sierpniu sprawiła, że byłem pełen entuzjazmu do słowackich imprez rowerowych. Zawody w Granč Petrovce zaoferowały mi więcej, niż większość maratonów, w których startowałem przed kilkuletnią przerwą. Pomyślałem więc, że XC musi być równie fajne.

    Turieckap 2014

    Turčianske Teplice to znane uzdrowisko u podnóża Wielkiej Fatry. Turystyczna miejscowość, której centralnym punktem są aquapark, spa i nieco zaniedbany park, przed sezonem świeciły pustkami. Przyjazd 250 kolarzy (w tym dzieci) mógłby być dla miasta pewnym wydarzeniem (zawody rozegrano zaledwie kilka minut od centrum), ale, podobnie jak u nas, trudno było liczyć na tłumy kibiców. Część mieszkańców pofatygowała się jednak by przyjrzeć się zmaganiom zawodników.

    Na niewielkim, zalesionym wzgórzu wytyczono ok. 4,5km rundę, najmłodsze kategorie wiekowe jechały jej krótszą wersję. Najmniejsze dzieci mogły szlifować umiejętności na prostym torze przeszkód zbudowanym z kilku pachołków, desek i paru metrów taśmy.

    Turieckap 2014

    Właściwa trasa prowadziła głównie singletrackami, ścieżki były szybkie i usłane pewną ilością korzeni. Zgodnie z zapowiedzią organizatora, przewyższenie na jednej rundzie wynosiło ok. 160m. Z drobnych różnic, pozytywnie zaskoczyło wyraźne oznaczenie rund dla poszczególnych kategorii: to bardzo ułatwia zapoznanie. Trasa była niemal w pełni naturalna, sztuczne elementy to nieco nadbudowane fragmenty singletracków. Nie było skoczni ani przywiezionych na ciężarówkach ?rock gardenów?. Pierwszy start minimalnie się opóźnił, poza tym wszystko działało zgodnie z harmonogramem, bez większych problemów.

    W najważniejszych kategoriach ścigało się 26 mężczyzn (Elita plus Orlik), 10 kobiet, 22 juniorów oraz 6 juniorek. Do Turčianskich Teplic przyjechała spora grupa kolarzy z południowej Polski, w tym Marek Konwa, zawodnicy z Podhala oraz ekipa Bieniasz Teamu. Pojawiło się również kilku Czechów na czele z Karelem Hartlem. W zależności od punktu widzenia, zawody można nazwać od ogórka po prestiżowe wydarzenie. Wyniki można znaleźć tu. Tak czy inaczej, choć nie wpisany do międzynarodowego kalendarza UCI, wyścig Turieckap był inauguracją Pucharu Słowacji 2014 (przy okazji w ramach wpisowego każdy otrzymywał terminarz imprez wydany przez tamtejszą federację).

    Turieckap 2014

    Tego samego dnia w Polsce rozgrywało się kilka imprez masowych – maratonów, amatorskie XC na południu kraju, m.in. w Brzyskach i Wodzisławiu oraz Puchar Polski XC w Białymstoku. Puchar Polski ma postać szczątkową. Jest połowa kwietnia a w kalendarzu nadal widnieją puste pola przy zaplanowanych datach. ?Rusza Peleton? oraz ?Góry Świętokrzyskie MTB Cup? to jedyne ?zaklepane? wyścigi. Aby nie było wątpliwości, Słowacy również mają problemy ze znalezieniem finansowania swoich zawodów. Mimo to w odpowiednim momencie zamknęli terminarz i w ich wyścigach regularnie rywalizować będzie krajowa czołówka. Zaplanowanych jest siedem eliminacji, kalendarz znajduje się na stronie tamtejszej federacji.

    Turieckap 2014

    Turieckap nie różnił się niczym od poszczególnych eliminacji Pucharu Szlaku Solnego, w których startowałem przez cały ubiegły sezon. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że nasz regionalny cykl organizowany jest z nieco większym rozmachem. Podobnie jak kilka innych, wartościowych serii imprez mógłby spokojnie zostać opatrzony stosowną symboliką i z niewiele większym budżetem zapraszać do siebie krajową, a nie regionalną czołówkę. Słowacy tak mogli zrobić, czemu nie możemy my? Czy prowadzenie oficjalnej punktacji przez Związek wymaga tak wiele wysiłku? Dlaczego mistrz Polski wybiera start za południową granicą a nie w pucharze swojego kraju? Gdybym w Turciańskich Teplicach zobaczył coś, co jest klasę wyżej niż nasze, regionalne XC, być może odpowiedź byłaby prostsza. Puchar Słowacji zapowiada się jednak jako normalna seria zawodów, jakich samych mamy przynajmniej kilka. Czy w tej sytuacji ktoś potrafi odpowiedzieć na moje pytania?

    Więcej zdjęć jest w albumie na facebooku.

  • Poniedziałkowy skrót#9

    Tegoroczną przygodę z brukami kończymy pięknym akcentem. Niespodziewana, ale bardzo zasłużona wygrana kolarza z drugiego szeregu cieszy bardziej niż kolejny rekord pobity przez kolejną gwiazdę. W końcu na tym właśnie polega sport!

    Paryż-Roubaix

    Niki Terpstra od dłuższego czasu znakomicie prezentował się w północnych klasykach. Od 2012 roku regularnie był w czołówce brukowanych monumentów, grając rolę dżokera wysyłanego do taktycznych akcji w końcówkach wyścigów. Zeszłoroczne podium w Paryż-Roubaix tylko potwierdziło wielki potencjał Holendra.

    ?Piekło Północy? 2014, pełne ataków faworytów, wyniosło Terpstrę do kolarskiego panteonu. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy pojechał po wygraną jak profesor, wykorzystując właściwy moment do ataku, gdy wszystkie najważniejsze postaci zdążyły już wystrzelić, czy też jednak jego wygrana to efekt taktyki zespołu Omega Pharma Quick Step. Na myśl przychodzi Servais Knaven i jego zaskakujący triumf w 2001r.

      Dla kolarzy Patricka Lefevre?a wiosna bez ważnego zwycięstwa na brukach jest porażką. We Flandrii polegli, stawiając na nie w pełni dysponowanego Boonena. W E3 oraz Gandawa-Wevelgem również byli na nich mocniejsi. Terpstra, który jest najjaśniejszym punktem Omegi tej wiosny (wybaczcie fani Michała Kwiatkowskiego) prezentował się znakomicie już w tygodniach poprzedzających Paryż-Roubaix. W niedzielę wykorzystał swoją szansę jak prawdziwy mistrz i właściwie już w kwietniu jest rozliczony z tego sezonu. Ciekawe, jak dalej potoczy się jego kariera. Ta wygrana może być punktem zwrotnym dla niego, jego drużyny, Toma Boonena i wielu innych kolarzy. Przyszłoroczne brukowane klasyki będziemy oglądać z zupełnie innym układem sił.

    Wiele pytań będzie bowiem czekało na rozstrzygnięcie: co dalej z karierami młodych, zdolnych: Petera Sagana i Sepa Vanmarcke, którzy czekają na największe sukcesy? Czy Tom Boonen odrodzi się po raz kolejny, czy też będzie powoli zmierzał ku sportowej emeryturze? Jak długo Fabian Cancellara będzie utrzymywał fenomenalną passę podiów w monumentach. Co ze Zdenkiem Stybarem, który ze swoim dorobkiem może iść śladami Terpstry oraz czy Bradley Wiggins postawi sobie za cel wygraną w Roubaix? Dziesiąte miejsce Brytyjczyka który jeszcze dwa lata temu dyktował zabójcze tempo na podjazdach Tour de France jest swoistą sensacją, na której konsekwencje warto będzie czekać!

     

    Dookoła Kraju Basków

    Dzieje się tyle, że czuję, jakby sobota była tydzień temu. A to raptem dwa dni dzielą nas od rewelacyjnego zakończenia Wyścigu Dookoła Kraju Basków. Alberto Contador rozpoczął z wysokiego C wygrywając pierwszy etap, później mógł skupić się na kontrolowaniu sytuacji i ?poprawił? rywalom podczas jazdy na czas (w finałowej próbie ustąpił jedynie Tonemu Martinowi). W międzyczasie Michał Kwiatkowski kolekcjonował trzecie miejsca na kolejnych etapach, niewielką stratę notując jedynie na czwartym odcinku, gdzie triumfował jego kolega z drużyny, Wout Poels. Polak jednak z nawiązką odrobił straty podczas czasówki, gdzie – a jakże – był trzeci, co pomogło mu zająć drugie miejsce w klasyfikacji generalnej całego wyścigu. Biorąc pod uwagę prestiż ?Vuelta al Pais Vasco?, który teoretycznie ma tę samą rangę co Tour de Pologne, ale jednak dłużej znajduje się na liście najwyżej punktowanych wyścigów, to najcenniejszy wynik Kwiatkowskiego w karierze. Z formą, którą prezentuje pozostaje z ekscytacją czekać na ardeńskie klasyki – będzie w nich jednym z najważniejszych kandydatów do zwycięstwa!

     

    Puchar Świata XC

    Julien Absalon po raz dwudziesty siódmy (!) wygrał zawody Pucharu Świata cross country. Francuz staje się żywą ikoną kolarstwa górskiego, tym bardziej, że podczas jego kariery charakter tej dycypliny zmienił się diamteralnie. Obecnie trasy olimpijskiego xc są techniczne, widowiskowe, z elementami znanymi z bardziej ekstremalnych odmian kolarstwa. Poziom sportowy zawodowego mtb jest kosmicznie wysoki, tym większe uznanie dla dokonania Francuza. Polskich kibiców cieszy znakomita postawa Mai Włoszczowskiej, która sezon rozpoczęła od najniższego stopnia podium. Wygrała jej klubowa koleżanka, Jolanda Neff. Damski team Gianta jest więc w tym momencie najmocniejszą ekipą w kobiecym XC!

    Na właściwy układ sił w mtb trzeba jednak poczekać ponad miesiąc, kiedy Puchar Świata przyjedzie do Europy (najbliższe zawody, 27.04 rozegrane zostaną w Australii). Część zespołów i zawodników, w tym większość z Polski, odpuszcza starty w dalekich lokalizacjach.

     

     

    Circuit de Ardennes

    Ligę niżej, ale nadal w gronie znakomitych zawodowców wysoką formę tej wiosny prezentuje Łukasz Wiśniowski. Niedawno o mało co wygrał Tour de Normandie, w miniony weekend postawił już na swoim i zwyciężył w krótkiej, cenionej etapówce Circuit de Ardennes. W 2012r wygrywał tam Marek Rutkiewicz, wyścig ma kategorię 2.2, a na liście triumfatorów znajdują się nazwiska wielu dobrych kolarzy. To z pewnością dobry krok w rozwoju kariery Wiśniowskiego (rocznik 1991), reprezentującego barwy grupy Etixx, ?młodzieżówki? Omega Pharma Quick Step

    I na koniec?

    Polska się rusza

    Maraton Warszawski: 20tysięcy uczestników. Bikemaraton w Miękinii: ponad 1800 startujących. Mazovia w Legionowie: 1000. Liga Świętkorzyska w Daleszycach: 600. Do tego szereg mniejszych imprez biegowych oraz rowerowych i wygląda na to, że aktywnie rusza się sporych rozmiarów miasto. Cieszy też relacja z maratonu w TVP.

  • Nie przegap w ten weekend – bruk vs kurz

    Nie przegap w ten weekend – bruk vs kurz

    Paryż – Roubaix to wyścig-legenda. Najbardziej szalona impreza w kalendarzu World Tour. Nic nie może się z nią równać, a jednak to nie jedyne ważne wydarzenie nadchodzącego weekendu.

    Dla wielu kibiców to nie ubiegłotygodniowa Flandria a właśnie ?Piekło Północy? jest synonimem klasyku. Tak naprawdę, poza legendą, Paryż – Roubaix nie ma nic wspólnego z innymi kolarskimi monumentami. To ostatnia ostoja stylu vintage, swoistego wariactwa, które z niewiadomych przyczyn pozostało w corocznym harmonogramie. Impreza, której wygranie automatycznie wpisuje kolarza na karty historii tej dyscypliny.

    Jadąc z Paryża do Roubaix, zawodowy, komercyjny, kolorowy peleton co chwilę zbacza z drogi by zanurzyć się w historii: sportu, regionu, Francji i Europy. Postgórnicza okolica borykająca się z wieloma problemami raz do roku ożywa, tak jak ożywają wspomnienia o dawnych mistrzach i bohaterach pierwszej wojny światowej. Nie one są jednak najważniejsze a bruk. Wśród pól północnej Francji ukryte są wyłożone nim drogi, po których peleton zmuszony jest przejechać, i które stają się areną jednego z najdziwiniejszych widowisk, jakie cyklicznie oglądają fani sportu.

     

    W tym roku na trasie liczącej 257km na bruk kolarze wjadą 28 razy. Arenberg, Mons-en-Pevele i Carrefour de l?Arbre to najsłynniejsze z odcinków prowadzących po kocich łbach, na których najczęściej dokonuje się selekcja.

    Fabian Cancellara, opromieniony zwycięstwem we Flandrii będzie próbował ustrzelić historyczny dublet: jeszcze nikomu ta sztuka nie udała się trzy razy. Forma, jaką Szwajcar zaprezentował tydzień temu sugeruje, że jest to możliwe. Z drugiej strony Tom Boonen z pomocnikami ekipy Omega Pharma Quick Step są rządni rewanżu. Jak zawsze wiele zależy od pogody. W przypadku deszczu Paryż-Roubaix zmienia się w błotną rzeźnię. Znakiem czasów jest, że od dwunastu lat podczas ?Piekła Północy? nie padało. W kwietniu. W północnej Francji!

    Relacja na żywo z wyścigu będzie m.in. w Eurosporcie.

    Szalone Paryż-Roubaix, w którym kolarze jeżdżąc po dziurach, błocie i w kurzu jest ekstremum szosowej odmiany wczynowej jazdy rowerem . Tymczasem zawodnicy specjalizujący się w olimpijskiej wersji mtb od kilku lat zmagają się z innym szaleństwem. Trasy najważniejszych zawodów cross-country robią się coraz bardziej wymagające technicznie. Rewolucja w sprzęcie, wprowadzenie większych kół, sprawiła, że na trasach pojawiają się coraz bardziej wymyślne utrudnienia. Odziani tylko w kaski wagi piórkowej i obcisłą lycrę kolarze skaczą, jeżdżą po głazach, nie omijają fragmentów tras zawodów konkurencji grawitacyjnych.

    W ten weekend w południowoafrykańskim Pietermaritzburgu rusza seria najbardziej prestiżowych wyścigów: Puchar Świata. Oczy polskich kibiców kierują się oczywiście w stronę Mai Włoszczowskiej, która jest jedną z faworytek całego sezonu. Trzeba uczciwie przyznać, że nie tylko z powodu Mai te zawody będą pasjonujące. MTB, męskie, kobiece, jak również jego odmiany jeszcze bardziej ekstremalne niż xc stoją na bardzo wysokim i wyrównanym poziomie. Dobrze zrealizowany przekaz TV – a o to od niedawna dba Red Bull udostępniając relację na żywo w Internecie z dobrym komentarzem ekspertów – daje możliwość docenienia kunsztu i mocy herosów kolarstwa górskiego.
    W sobotę juniorzy, kobiety i elita mężczyzn ścigać się będą w downhillu, w niedzielę młodzieżowcy, panie i panowie w cross country.

     

    Michał Kwiatkowski stracił kilka sekund na królewskim etapie Dookoła Kraju Basków. To drugi raz w tym sezonie, gdy młody lider Omega Pharma odstał od najlepszych kolarzy w górach. W przeciwieństwie do Tirreno – Adriatico, różnica była bardzo mała i Polak nadal pozostaje w grze o podium, tym bardziej, że w sobotę finał wyścigu, który powinien mu bardzo pasować: górzysta, 25km jazda indywiduana na czas. Trzymamy kciuki!

    Podobnie jak wielu z was, w ten weekend na dobre rozpoczynam sezon startowy. Trochę żałuję, najbardziej Paryż-Roubaix. Emocje, jakich dostarcza oglądanie tego wyścigu na żywo są niepowtarzalne. Z wielu propozycji, które anonsuje np. mtb-xc? nie wybieram żadnej. Sprawdzę, jak wygląda Puchar Słowcji XC. Po powrocie podzielę się wrażeniami. To może być ciekawe doświadczenie.

    Zdjęcie okładkowe, bruki Roubaix: fot. tetedelacourse, flickr, cc by sa 2.0

  • Gry i zabawy klasy średniej

    Gry i zabawy klasy średniej

    W ten weekend ostatecznie rusza sezon masowych imprez rowerowych. Dwie najliczniejsze serie maratonów mtb: Bikemaraton oraz Mazovia zapraszają do udziału we wspólnej zabawie.

    Sam, konsekwentnie od roku, wybieram co innego, ale wiem, że jestem w mniejszości. Załóżmy jednak, że znowu chciałbym regularnie startować w maratonach. Odłożę na bok motywację i inne kwestie, skupię się na samych kosztach. Mieszkam w Krakowie, chcę zbierać punkty do klasyfikacji generalnej w jednej z serii. Na udział w takich zawodach składają się:

    Opłata startowa
    Dojazd: paliwo i myto na bramkach autostradowych
    Często nocleg
    Odżywki (powiedzmy, że dwa żele, baton i napój izotoniczny)

    Normalny koszt uczestnictwa w maratonie to 70PLN. Gdybym chciał dojechać z Krakowa do Miękini, w dwie strony przejechałbym 600km, do Legionowa 640. Przy spokojnej jeździe z bagażem i rowerami na dachu daje to przynajmniej 48 litrów benzyny, około 260PLN. Do tego 68,40 za autostradę. W obu lokalizacjach można wystartować bez noclegu, choć wymaga to wczesnej pobudki, co jest nie bez wpływu na samopoczucie w czasie zawodów. Jeśli znajdę kogoś do towarzystwa, dojazd będzie kosztował 160PLN. Dwa żele i baton energetyczny, które przyswoję w czasie maratonu to kolejne 20-25PLN, doliczając kilka bidonów izotoniku rozrobionego z proszku, licząc na okrągło 30PLN.

      W sumie start w inaugurującym sezon maratonie będzie kosztował ok. 265 Polskich Złotych. Nie każde zawody są na Dolnym Śląsku (koszt autostrady), niektóre za to wymagają noclegu, zatem nie jest to kwota bardzo odbiegająca od średniej. Jeśli chciałbym wystartować osiem razy, muszę zarezerwować około 2100PLN. A to tylko początek?
      Sport masowy stał się w ostatnich kilku latach rzeczywiście popularny. Bieganie promowane akcją Gazety Wyborczej przeżywa prawdziwy boom. Padają kolejne rekordy frekwencji, maratony, biegi uliczne, górskie czy nawet ultra. Im trudniej i bardziej ekstremalnie, tym lepiej. Spora w tym zasługa nie tylko mediów, ale i kilku sieci sklepów. Decathlon i Lidl sprawiły, że specjalistyczna odzież stała się dostępna finansowo, jak również obyczajowo. Jeśli męskie legginsy kosztują 30PLN i widać je na bilboardzie na co drugim rogu ulicy, to może sobie kupię - nie dość, że mnie stać, to chyba bieganie w obcisłym nie jest aż tak ?pedalskie? jak wcześniej sądziłem!
      Z kolarstwem jest większy problem. Bariera wejścia w ten sport, nawet na poziomie amatorskim to solidnych kilka tysięcy. Rower, powiedzmy 5000PLN, do tego kilka kompletów ciuchów, nawet z dyskontu czy decathlonu, to kolejne kilka stówek. Buty oraz pedały zatrzaskowe, przynajmniej 400, kask 100. Spokojnie uzbiera się siedem tysięcy. Wliczając w to wcześniej oszacowane koszty dojazdów, plus kilka dodatków, mamy okrągłą dyszkę: około 30% średniej krajowej netto. Sprzęt się zużywa, w warunkach maratonowych degradacja postępuje w zastraszającym tempie. Aby nie epatować przerażającymi kosztami, pominę w tym miejscu kwestie amortyzacji, serwisu i uzupełniania braków powstałych zarówno przez wypadki losowe jak i zaplanowanych w ramach rozsądnej konserwacji. Po cichu liczę na komentarze z ilością zużytych w sezonie kompletów klocków hamulcowych ;) Kluczowe są jednak nie same koszty, a fakt, że coraz większa grupa osób jest w stanie i chce je ponosić. Możemy narzekać, możemy sarkać, ale trzeba sobie jasno powiedzieć: stać nas. Oczywiście nie wszystkich. Rozwarstwienie społeczne, wyrażane współczynnikiem Giniego jest w Polsce stosunkowo wysokie. Wspomniane dziesięć tysięcy to nadal dla większości z nas kwota niemożliwa do przeznaczenia na hobby. Dla porównania dominanta, czyli najczęściej występująca pensja to 1600PLN netto (niecałe 20tyś. rocznie), zatem nawet nie dwukrotność zaproponowanej na potrzeby tego tekstu ceny sezonu maratonowego! Mimo to cieszy, że wśród ludzi, którzy mogą sobie na to pozwolić, aktywność fizyczna, także ta zinstytucjonalizowana, zaczyna być widoczna w hierarchii potrzeb.
    Tak się bawi biurowa klasa średnia
    Choć felietonista Rzeczpospolitej może narzekać na ?biegową klasę średnią?, sytuacja, w której choćby przeciętnie zamożni ludzie wybierają ruch zamiast bierności jest niezmiernie cenna. Jeśli więc w Miękini na bikemaratonie padnie rekord frekwencji a później zostanie poprawiony w Warszawie czy gdziekolwiek indziej, będę się cieszył. Od czegoś trzeba zacząć. Popularność i moda nie są takie złe, jeśli zwiększają zasięg fajnej idei. Lepsza więc sportowa klasa średnia niż ta sama w wersji biurowej: nastawiona wyłącznie na konsumpcję, bez wartości i celu.   Zdjęcie okładkowe: zawody mtb , fot. Citizen 4474, flickr CC BY SA 2.0

  • Najbardziej niedoceniany Tour

    Najbardziej niedoceniany Tour

    Dziesięć lat nie wystarcza, by zbudować sportową legendę, ale to dość sporo na stworzenie solidnej marki. Etapowy wyścig na rowerach górskich Cape Epic organizowany jest od 2004r i w tym czasie stał się jedną z najważniejszych imprez w kalendarzu mtb.

    W RPA wygrywają największe gwiazdy. Christophe Sauser, Jaroslav Kulhavy, nieżyjący już Burry Stander, Karl Platt, Stefan Sahm, Jakob Fuglsang, Roel Paulissen, Bart Brentjens, Pia Sundstedt, Esther Suss czy Alison Sydor. Równolegle z nimi jedzie spora grupa świetnych, choć mniej znanych kolarzy z całego świata: zaczynając od lokalnych gwiazd, przez znaczące postaci sceny amatorskiej po anonimowych rowerzystów spełniających marzenie o wielkiej przygodzie.

    Tak jak szosowy Tour de France nie jest najtrudniejszym wyścigiem na świecie, tak i Cape Epic nie reklamuje się w ten sposób. Patrząc na profile tras, Giro d?Italia jest wyścigiem trudniejszym niż ?Wielka Pętla?, ale to o lipcowym zywcięstwie we Francji myślą największe gwiazdy.
    Crocodile Trophy, La Ruta de Los Conquistadores czy Iron Bike anonsowane są jako wyzwania dla hardkorowców, ale to w marcu u podnóża Góry Stołowej na starcie staje elita mtb. Tak jak szosowy Tour de France, tak i ?górski? Cape Epic organizowany jest z dużym rozmachem i jest wielkim przedsięwzięciem logistycznym. Gdyby jednak tylko to decydowało o sukcesie, nasz Tour de Pologne byłby imprezą zdecydowanie bardziej prestiżową. O szybkim sukcesie afrykańskiej etapówki mtb decyduje więc w dużej mierze bardzo dogodny termin. Zawodowcy są już w wysokiej dyspozycji, po pierwszych testowych startach w Europie i u progu Pucharu Świata. To idealna okazja, by nie tylko sprawdzić i doszlifować dyspozycję, ale też pościgać się na 100%. W sytuacji, w której to jednak Puchar Świata cross country oferuje największy prestiż w sezonie, zawodom, które z nim nie kolidują można nadać wysoki priorytet. Również trasa: wymagająca, ale nie taka, która drenuje zawodników z całych zasobów energii i zdrowia sprzyja obecności gwiazd.
    Kolarstwo górskie to wciąż nisza, dyscyplina, którą chętniej uprawia się samemu niż kibicuje zawodowcom. Niewielu fanów mtb śledzi wyniki wyścigów, z resztą tych naprawdę ważnych w kalendarzu ciągle brakuje. Zgromadzenie na starcie sporej części elity jest niemałym wyzwaniem, któremu organizatorom Cape Epic udało się sprostać. Dzięki temu wyniki z RPA, choć nie znajdują się na ?jedynkach? branżowych portali, lądują dość wysoko. Równocześnie opatrzone są wysokiej jakości materiałem audiowizualnym. Cape Epic od lat dostarcza świetne zdjęcia, które nie tylko przekazują klimat imprezy, ale są znakomitą reklamą wyścigu-przygody dla amatorów.
    Skoro więc mamy do czynienia z mtb: ubogim dzieckiem kolarstwa, do tego w wydaniu nie tylko wyczynowym, ale też o charakterze imprezy masowej, w mniej prestiżowej wersji: wyścigu etapowego a nie olimpijskiego XC a przy tym z zaledwie dziesięcioletnią historią, to na tak konserwatywnym rynku Cape Epic odniósł niezwykły sukces medialno-komercyjny. Przy okazji robi świetną promocję całej dyscyplinie, wyciągając ją z niszy ?ekstremalnej zabawy dla amatorów?. Zdjęcie okładkowe: Jason Sager, flickr CC BY SA 2.0

  • Herosi sponsorowani

    Zestaw logotypów na koszulce, dobra cena na modne okulary, adres internetowy widniejący przy nazwisku na liście wyników. Ile jesteś w stanie poświęcić, by znaleźć się w gronie zawodników sponsorowanych? Co to zmieni?

    Użytkownik behance.net, Roberto Vergati Santos oznaczył logotypami sponsorów sylwetki znanych superbohaterów. Batman i robin w strojach od Nike, Superman w eksluzywnym wdzianku od Luis Vuiton, Iron Man w służbie McDonald?s, Hulk i Flash doładowani napojami energetycznymi. Tony Stark jest nie tylko super bohaterem, ale i super bogaczem. Czy musi reklamować hamburgery, bo brak mu na paliwo do Audi R8 albo by dorobić do emerytury? Może zamiast aspektu finansowego, współpraca z globalną marką to kolejny element, którym próbuje nasycić swoje ego.

    Sponsored Heroes fot. Roberto Vergati Santos / behance.net/versa / CC BY-NC-ND 3.0
    fot. Roberto Vergati Santos / behance.net/versa / CC BY-NC-ND 3.0

    Sport wiąże się nie tylko z wysiłkiem, ale i z kosztami. Roczny budżet na start w zawodach rowerowych czy nawet biegowych to przynajmniej kilka tysięcy złotych, nie wspominając o grubszych inwestycjach w sprzęt czy okazjonalnych wizytach u lekarzy specjalistów. Nie oszukujmy się, co do zasady sportowe imprezy dla amatorów organizowane są z myślą o klasie średniej i wyżej.

    W pewnym momencie dochodzisz do momentu, gdy wykonana praca zwraca się w postaci osiąganych rezultatów. Z uczestnika stajesz się zawodnikiem, twoje nazwisko pojawia się na pierwszej stronie listy wyników, stajesz na dekoracji lub nawet na podium. ?Cześć? wymieniasz nie tylko ze znajomymi, ale z ludźmi, których ledwo kojarzysz z widzenia lub w ogóle. Chcesz się dalej rozwijać, zatem albo samemu szukasz wsparcia, albo ktoś z własnej woli oferuje ci współpracę. Dostajesz koszulkę, wpisowe, parę żeli i rabat na sprzęt. Jeśli jesteś dobry, wpadnie ci jeszcze kilka gratisów, czasem bonus w postaci ryczałtu na paliwo. Otrzymując to wszystko jesteś w wąskiej grupie ludzi, którzy do swojej pasji dokładają niewiele więcej niż czas i mały kawałek pensji.

    Sponsored Heroes fot. Roberto Vergati Santos / behance.net/versa / CC BY-NC-ND 3.0
    fot. Roberto Vergati Santos / behance.net/versa / CC BY-NC-ND 3.0
    Sponsored Heroes fot. Roberto Vergati Santos / behance.net/versa / CC BY-NC-ND 3.0
    fot. Roberto Vergati Santos / behance.net/versa / CC BY-NC-ND 3.0

    Za koszulką z logotypem kryje się jednak coś więcej. To spory zestaw zobowiązań, wyrażony choćby w napiętym kalendarzu startów. Z kilku maratonów w sezonie robi się cała klasyfikacja generalna. Pojawiają się wycieczki w najodleglejsze zakątki kraju w pogoni za punktami, w solidarności z kolegami z drużyny w imię jakiejś wspólnej idei. Choć nadal jesteś amatorem i cieszy cię to, co robisz, starty z czystej zajawki stają się obowiązkiem. I jeśli nie należysz do ścisłej elity, wybranych, niezmiernie pracowitych jednostek obdarzonym talentem fizjologicznym i szczęściem we współpracy marketingowej, na koniec sezonu w twoim budżecie jak była wielka dziura, tak jest nadal. Jeśli mocniej się zastanowisz, jesteś jak Iron Man z logo McDonald?s na piersi. Co do zasady stać cię na twoją zabawę w sportowca, sponsor to jej kolejny element, który powoduje, że wydaje się być bardziej poważną.

    Fabian Cancellara xouted.com CC BY SA 3.0
    xouted.com CC BY SA 3.0

    Czym innym jest wsparcie kierowane do klubów, które zajmują się szkoleniem młodych zawodników. Choć zazwyczaj i tak spora część kosztów (zakup sprzętu) spoczywa na rodzicach, to jednak kilka czy kilkanaście tysięcy złotych dotacji złożonych przez – zazwyczaj lokalnych – przedsiębiorców robi różnicę. Jeśli zdjąć ze stroju Fabiana Cancellary wszystkie logotypy, przestanie wygrywać. Jeśli lokalny sklep rowerowy, warsztat samochodowy i hurtownia budowlana przestaną dokładać się do budżetu Uczniowskiego Klubu Sportowego, juniorzy młodsi nie pojadą na ogólnopolskie zawody i być może kolejny talent nie dostanie swojej szansy na rozwój. A co się stanie, jeśli dwudziesto, trzydziesto czy czterdziesto latek nie dostanie paru stówek miesięcznie na swoje hobby? Nic, co najwyżej, będzie musiał wziąć nadgodziny w pracy, ale co do zasady wszystko będzie bez zmian.

  • Sezon ogórkowy

    Wróciłem na rower i wystartowałem w kilkunastu wyścigach. Głównie XC, do tego dwa maratony. Naprawdę za tym tęskniłem, to świetne doświadczenie, polecam każdemu. Przy okazji rozejrzałem się po krajowej scenie mtb. Zamiast klasycznego podsumowania sezonu, garść wrażeń.

    Nie wiem, ile osób brało w tym roku udział w zawodach. Być może magazyn bikeBoard znów policzy ilość ?osobostartów? w maratonach. Temu, kto wklei wszystkich do Excela, usunie duplikaty i wyciągnie wnioski należy się sława, chwała i należna cześć od branży rowerowej. Wiem natomiast, że tak jak w latach ubiegłych, zainteresowanych regularnymi startami, rywalizacją o czołowe lokaty i zbieraniem punktów do klasyfikacji generalnych była garstka.

    Puchar Szlaku Solnego 2013

    Połączyłem zawodników w sportowym ?wieku produkcyjnym?, czyli między 20 a 40 rokiem życia i sprawdziłem, ilu z nich znalazło się ponad kreską, oznaczającą wymaganą ilość startów do bycia sklasyfikowanym w ?generalce? (na właściwym maratonom dystansie Giga). W najtrudniejszej lidze, MTB Marathon, było to 38 mężczyzn i 6 kobiet. W najbardziej popularnej serii imprez, która odwiedza góry, czyli Bikemaraton, dzielnych mężczyzn było 36 zaś kobiet jest 19 (panie na dystansie Mega).

    W Pucharze Polski (w większości w ramach cyklu Skandia) na liście widnieje 27 nazwisk męskich i 6 żeńskich. Podobnie sprawa wygląda na wielu mniejszych seriach maratonów oraz na wyścigach cross country. Osób zdeterminowanych na tyle, by przez cały sezon regularnie walczyć o punkty jest więc niewiele.

    Nie oszukujmy się, niemal wszyscy to amatorzy. Nawet czołowi kolarze górscy rywalizujący na krajowych trasach nie żyją z jazdy rowerem. Właściwie każdy ma źródło dochodu, które zabezpiecza jego poboczne potrzeby, takie jak dach nad głową i pożywienie. Podstawowe, czyli jazdę w wyścigach, najlepszym zapewniają sponsorzy, średni nieco do tego interesu dokładają a słabsi większość budżetu startowo – treningowego pokrywają z własnej kieszeni.

    Skandia Maraton 2013

    Z drugiej strony, aby stanąć na podium, choćby w regionalnych zawodach, trzeba być przygotowanym. Kilkuset kolarzy górskich codziennie wsiada na rower z myślą, by zrealizować swój cel. Wygrana, pierwsza piątka, pierwsza dziesiątka. Dekoracja, puchar, medal, dyplom. O nagrodach celowo nie wspominam, choć bywa, że to one decydują przy ustalaniu indywidualnego planu startów.

    Mamy więc listę zwycięzców i dekorowanych. Sam skorzystałem z takiej możliwości. Wracając w tym sezonie na rower wybrałem dwie serie zawodów i liczyłem po cichu, że będę w nich w stanie rywalizować z kolegami o miejsca w czołówce. Efektem było podium w klasyfikacji generalnej regionalnego cyklu zawodów XC. Wiem, że gdyby jeden z konkurentów inaczej ułożył swój kalendarz, byłbym nie trzeci a czwarty. Ponieważ tego nie zrobił, udało się i jestem trzeci na podwórku. On jest za to pierwszy na swoim.

    W sezonie są trzy faktycznie ważne wyścigi. Mistrzostwa Polski w XC, w Maratonie oraz wyścig Mai Włoszczowskiej. Reszta ma mniejsze znaczenie. Bo czym jest maraton, który choć trudny, nie przyciąga na start więcej niż kilku zawodników. Albo czym jest Puchar Polski, który choć daje pieniądze, punkty i obecność w telewizji jest powszechnie krytykowany i kontestowany przez wyczynowych kolarzy. Nie widzę powodu, by narzekać na to, że tego samego dnia prawnik z Warszawy jedzie 500km na maraton w Sudety, student z Podkarpacia 50km do pobliskiej miejscowości na xc a aspirujący zawodnik ze Śląska na Puchar Czech. Tak chcieli, to sprawia im największą przyjemność i uważają, że jest to dla nich najlepsze.

    Puchar Tarnowa 2013

    Szkoda tylko, że tak mało jest imprez, które byłyby czymś więcej niż ?ogórkiem?. O ile trudno mieć pretensje do komercyjnych, prywatnych firm, które szukają klientów wpłacających wpisowe, o tyle Polski Związek Kolarski mógłby wykazać się większą uwagą przy ustalaniu kalendarza. Pokrywające się terminy amatorskich imprez nie szkodzą nikomu. Dorośli, zamożni ludzie mogą sami podejmować wybory, których jedyną konsekwencją będzie co najwyżej utrata części potencjalnych wrażeń, jakie dostarczają im weekendowe wypady na wyścigi. Sytuacja, gdy kluby szkolące młodzież muszą rezygnować z ważnych imprez, których jest jak na lekarstwo, bo w tym czasie rozgrywane są np. mistrzostwa regionu to większy problem. Tym bardziej, że zawodów dla kolarzy wyczynowych jest jak na lekarstwo, zatem zajmujący się nimi Związek powinien wykazać się większą uwagą. Tak, by zamiast sezonu ogórkowego z kilkoma świetlanymi akcentami przedstawić propozycję, która sprawi, że częściej na linii startu pojawiać się będzie nie dwóch a pięciu równorzędnej klasy sportowców. Pretendenci do medali imprez mistrzowskich powinni mieć możliwość wspólnej rywalizacji częściej niż trzy, cztery razy w sezonie. Bo to i lepiej dla nich i lepiej dla kibiców i lepiej dla organizatorów zawodów.

    Puchar Tarnowa 2013

    Ponieważ bycie medalistą póki co mi nie grozi, własny, przyszłoroczny kalendarz startów ułożę tak, by znów fajnie spędzić kilkanaście weekendów od kwietnia do października. Mieć motywację do treningów, spotkać znajomych, dobrze się pościgać. Złapać sporo pozytywnej energii, którą dostarcza mi udział w zawodach. Przeżyć coś ciekawego, doświadczyć czegoś nowego, poszukać nowych wyzwań. Może coś wygrać, może coś przegrać. Ponieważ i tak cała ta zabawa ma wymiar czysto osobisty i wpływa głównie na moje własne dobre samopoczucie, nie zamierzam się przejmować tym, czy pan X dogada się z panem Y co do terminów, nagród i lokalizacji. I tak będę miał do wyboru kilkadziesiąt imprez, zdecyduję się na te, które z wyżej wymienionych powodów będą dla mnie, prywatnie i osobiście, najcenniejsze.

  • Perfekcyjny off-season

    Nie będę pisał ?rzuć pracę, żyj chwilą, wyrusz na koniec świata w piękne miejsce?. Napiszę: tu jest fajnie, pogoda jest świetna, przypomnij sobie, gdzie lubisz jeździć najbardziej.

    Ściganie zakończone. Punkty podliczone, klasyfikacje zamknięte. Nawet segmenty na Stravie już nie kuszą, mimo, że po drodze jest premia pierwszej kategorii. Tymczasem góry jak stały tak stoją i czekają. Jesień od kilku lat jest piękna. I sucha. To ważne, bo po sezonie ostatnia rzecz, na którą mam ochotę, to walka z dogorywającym od błota sprzętem. W tym roku miałem szczęście. Trzy czwarte startów była w dobrych warunkach. Obyło się bez zniszczeń i nadmiernej eksploatacji. Nikt mi nie wmówi, że prawdziwe, ?koszerne? kolarstwo górskie to walka z oblepiającym wszystko syfem, trzy godziny jazdy i kolejny tydzień czyszczenia roweru.

    Pure MTB - Szczawnica

    Pure MTB - Szczawnica

    Pure MTB - Szczawnica

    Pure MTB - Szczawnica

    Po drodze są borówki, jeżyny i fajne widoczki. Można sobie wejść na wierzę widokową, bo to, czy tętno spadnie czy skoczy nie ma szczególnego znaczenia. Po prostu do niczego się nie zmuszać. A wyjeżdżona przez sezon noga sprawi, że zmęczyć można się nie za bardzo, tak w sam raz, żeby było przyjemnie. Jeśli ścigant szuka?Pure MTB?, to znajdzie je właśnie teraz a nie podążając za strzałkami znakującymi trasę zawodów.

    Pure MTB - Szczawnica

    Pure MTB - Szczawnica

    Pure MTB - Szczawnica

    Pure MTB - Szczawnica

    Moja ulubiona wycieczka to: Szczawnica – Prehyba – Złomisty Wierch – Radziejowa – Wielki Rogacz – Obidza – Szczawnica. Wychodzi niecałe 40km i 1300m w pionie. Po drodze jest trochę stromo i trochę technicznie i dobrych 10km jedzie się powyżej 1000m n.p.m. Jeśli mam ochotę, to mogę zahaczyć jeszcze o Durbaszkę i Palenicę. Tym razem było chłodno, więc z Jaworek zjechałem prosto do Szczawnicy. Tracka GPS nie zamieszczam. Fajnie jest samemu popatrzeć na mapę, wybrać szlaki i po prostu pojechać przed siebie. Rundka w sam raz, by było przyjemnie, bez zarzynki i bez pośpiechu. 100km od domu. 90 minut jazdy samochodem dobrą drogą. Nie spiesząc się nie spaliłem za wiele benzyny. A jeśli będę chciał, pojadę do Zawoi. Albo w okoliczne dolinki. Albo do lasku wolskiego. Kraków jest fajny. Daje tyle możliwości!

    Pure MTB - Szczawnica

    Pure MTB - Szczawnica