Tag: MTB

  • Gdzie było najfajniej?

    Gdzie było najfajniej?

    Pora zacząć czas podsumowań. Rok się kończy, nie ma lepszego momentu na zestawienia, wyróżnienia i dobre wspomnienia. Zaczynam od sprawy najprostszej. Spośród wszystkich imprez rowerowych, w których uczestniczyłem, wybrałem najlepsze.

    Budżet i sprzęt nie pozwoliły w pełni zrealizować przedsezonowych planów, ale i tak w 2014r zaliczyłem kilkanaście startów. Nie oddalałem się więcej niż 220km od Krakowa, stąd też zestawienie ma charakter południowo-lokalny. Starałem się jednak zadbać o różnorodność, myślę więc, że wybór, jeśli nie w szczegółach, to co do zasady ma spory sens i można go potraktować bardziej uniwersalnie. Drugim, ważnym elementem jest oddzielenie własnego samopoczucia i wyniku sportowego od jakości imprezy jako takiej.

    Najlepsza trasa XC

    Spośród wszystkich wyścigów cross country, z którymi miałem okazję się zapoznać w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwyciężył debiutant. Zorganizowana ad hoc przez Mirka Bieniasza i jego ekipę eliminacja Pucharu Polski w Siedliskach-Lubaszowie koło Tuchowa okazała się wyjątkowo atrakcyjną propozycją. Około czterokilometrowa runda była techniczna i wymagająca kondycyjnie, urozmaicona i kompletna. W ramach nadążania za współczesnymi trendami dołożono jedną, sztuczną skocznię, pozostałe atrakcje wykorzystywały ukształtowanie terenu.

    Najlepsza trasa maratonowa

    Słowacki Kralovsky Maraton to w mojej ocenie kompletna i uniwersalna propozycja dla miłośników XCM. Nie wiem, co by na to powiedzieli wyznwacy rozwiązanej sekty ?Pure MTB?, ale zawiera ona w sobie wszystko, co potrzeba. Dystans (60km/2200m na mega i 90km/3500m na giga), zdobyta maksymalna wysokość (ponad 1000m n.p.m.), elementy techniczne (fragmenty pokrywają się z odcinkami specjalnymi enduro), ?pogodoodporność? (szutrowa lub łatwo przesiąkająca nawierzchnia) i wreszcie aspekt turystyczno-widokowy (ostatnie kilometry w otoczeniu ruin Spiskiego Hradu). Do tego właściwie bezbłędna organizacja i oznaczenie. Byłem tam drugi raz i już teraz wpisałem Kralovsky Maraton jako ?must ride? w sezonie 2015.

    Najlepszy posiłek regeneracyjny

    Jak wiecie, zwracam uwagę na to, co serwują organizatorzy w ramach wpisowego. Jak zawsze w tym roku było różnie, kilka razy zostałem pozytywnie zaskoczony. Dobry, równy poziom trzymają w tej kwestii Słowacy, ale wyróżnienie wędruje do Jasła i tamtejszego bufetu po maratonie Cyklokarpat. Solidna porcja uczciwych pierogów, do tego w wyborze kilku rodzajów oraz możliwością wybrania wersji wege lub z omastą zasługuje na nagrodę. Pierogi nie tylko są tożsame z dobrym makronem w kwestii wartości odżywczych, to jeszcze wymagają więcej trudu by je przygotować i przetransportować. Jak widać się da, wystarczy tylko chcieć!

     

    Największe zaskoczenie

    Seria maratonów Cyklokarpaty. Niby to lokalne ściganie, ale tam, gdzie byłem (Jasło i Wierchomla) dostałem pełen pakiet wrażeń niczym na poważnych, ogólnopolskich zawodach. Dobry poziom sportowy, uczciwe trasy z bardzo dobrym oznaczeniem, właściwy pomiar czasu, bufety, posiłek i z tego, co wiem, to dające radę nagrody. Do tego dobra osbługa biura zawodów, także drogą mailową. Cyklokarpaty w statystykach ilościowych łapią się ledwo na koniec pierwszej dziesiątki, ale zdecydowanie zasługują na uznanie. Z pewnością jesteście wskazać inne, regionalne serie imprez, które spokojnie mogłyby konkurować z potentatami. Ja trafiłem właśnie na tę i byłem w pełni usatysfakcjonowany.

    Tam najlepiej się bawiłem

    Puchar Szlaku Solnego w Orawce, czyli ściana deszczu, strome niczym ściana zbocze i stado mokrych korzeni. Wybierając tę serię imprez wiem, na co się piszę i zazwyczaj to dostaję. Krótko mówiąc hardcore, ale z głową. Wiele wskazuje na to, że sporo zależy od podejścia - jeśli jadę z nastawieniem, że chcę się upodlić i to dostaję, jestem kontent.

    Kilka rozczarowań

    Nie wszystko, wszędzie grało jak należy. W tym sezonie kilka razy zobaczyłem rzeczy, których nie spodziewałbym się w 2014r. Ciągle zdarza się, że zawodnicy dostają na mecie porcję rozgotowanych (a równocześnie zimnych) kluch z rozwodnionym przecierem pomidorowym pod dumną nazwą ?pasta party?. Starty potrafią się opóźniać a wpuszczanie do sektorów startowych przypomina spęd bydła. Można też trafić na imprezę z regulaminem i harmonogramem, który jest czysto umowny a nagrody mają wartość ironiczną. Ważne jest jednak to, że poziom świadczonych usług wydaje się podnosić i takie przypadki są raczej wyjątkami niż regułą.

  • Utrzymujemy polskie kolarstwo

    Utrzymujemy polskie kolarstwo

    Tego zdania zabrakło w komunikatach prasowych Lang Teamu promujących Skandia Maraton i maratonowy Puchar Polski. Wszystko wskazuje na to, że od przyszłego roku nie będzie monopolu na organizację najważniejszych długodystansowych wyścigów w kraju.

    Praca nad wizerunkiem, to proces ciągły. Trzeba uważać, aby nie popełnić błędu, śledzić trendy i zachowywać czujność. Często bywa tak, że operując według wymyślonego przez siebie schematu można pominąć jakiś istotny fakt.

    Tak stało się w przypadku maratonów Lang Teamu, sponsorowanych przez Skandię, tak dzieje się w przypadku wielu innych imprez. Czesław Lang organizuje maratony mtb od 2007r. Po dziewięciu sezonach jego cykl jest w pierwszej trójce najbardziej popularnych, rowerowych imprez masowych w kraju. Od czterech lat, z braku innych zainteresowanych, w ramach ?Skandii? organizowano również Puchar Polski dla zawodników z licencjami PZKol.

    Tu zaczyna się problem. Idea maratonów Langa to raczej ?kolarstwo dla wszystkich? niż wyścigi dla kolarzy wyczynowych. Czego by nie mówić, od początku lat dziewięćdziesiątych, pierwszy polski zawodowiec a obecnie biznesmen z sukcesami promuje kolarstwo i rower we wszystkich możliwych aspektach. Część pomysłów jest trafionych, część to ślepe uliczki, ale ważne jest jedno. Tour de Pologne, Grand Prix MTB, Mini Tour de Pologne i Skandia Maraton w połączeniu z ?odwieczną? współpracą z Telewizją Publiczną powodują, że zawodnicy i ich sponsorzy mają swój czas antenowy. To sprawia, że wyczynowa jazda na rowerze nie została włożona między bajki wraz z upadkiem legendarnego Wyścigu Pokoju.

    skandia (89 of 138)

    Wracając do meritum, wraz z balonami reklamowymi wspólnymi dla wszystkich imprez Langa szedł komunikat: niech przyjdzie do nas każdy, kto ma rower. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w pierwszych sezonach, trasy maratonów Skandii były na poziomie trudności konkurencyjnych, górskich serii. Wraz z otwieraniem się na nowych użytkowników konieczne było uproszczenie rund, co zbiegło się niestety z włączeniem do struktury imprez Pucharu Polski. I wtedy się zaczęło?

    Mistrzowie internetowego hejtu przystąpili do ataku. Maratony Skandii odsądzano od czci i wiary a sami zawodnicy, choć rzadko publicznie, wypowiadali się o poziomie pucharowych tras z nutą ironii. Owszem, rozgrywanie najważniejszej serii imprez mtb w kraju w co do zasady płaskim terenie jest pomyłką, ale tak naprawdę Czesław Lang nie zadbał o właściwy PR. Jego maratony były w tym czasie jedynymi z nielicznych, które dawały kolarzom zarobić, zarówno pośrednio jak i bezpośrednio. Fakt, który znajdziecie w artykule o reformie Pucharu Polski w mtb-xc jest mało znany. Przez cztery lata pula nagród (w gotówce!) wyniosła dwieście tysięcy złotych, co daje pięćdziesiąt tysięcy rocznie. Nie w lampkach rowerowych, za dużych koszulkach i drucianych, kilogramowych oponach, tylko w złotówkach. Dołączając do tego relacje telewizyjne, dzięki którym wielu zawodników mogło przekonać sponsorów do wsparcia otrzymujemy jednoznaczny wynik. Lang po raz kolejny utrzymał przy życiu część polskiego kolarstwa. Czy nie chciał się tym chwalić, czy o tym zapomniał, nawet, jeśli zrobił to mimochodem, istotny jest fakt, że o tym głośno nie mówił.

    Morał? Po pierwsze dobrze, że Puchar Polski planowany jest jako bardziej różnorodna rywalizacja. W ten sposób porównać będą się mogli nie tylko zawodnicy, ale i organizatorzy. Po drugie, zdjęcie ciężaru ciągłej obecności zawodowców dobrze zrobi samym maratonom Skandii, które będą mogły być teraz realną propozycją ?kolarstwa dla wszystkich?. Wszystkim to wyjdzie na zdrowie. Po trzecie wreszcie będzie dobrze, jeśli w nowym układzie będziemy oceniać realną wartość poszczególnych imprez. I po czwarte, najważniejsze, uczciwie to komunikować.

  • Ageizm i seksizm

    Ageizm i seksizm

    Trafiłem na ciekawą analizę nagród finansowych w wyścigu Cape Epic. Choć pula dla mężczyzn jest taka sama, zwycięskie panie zgarnęły sporo więcej niż panowie. Dlaczego? Cóż, rywalek było mniej a stawka o wiele bardziej zróżnicowana.

    Artykuł opisujący problem znajdziecie tutaj. Z szerszej perspektywy to tak zwane ?bicie piany?. Nagrody na Cape Epic są na tyle zacne, że zwycięzcy wracają do domów z pokaźną sumką. Ponad 200 tysięcy randów (ok. 14tys euro) to rzadkość nie tylko w mtb, a nawet na szosie. Zwycięzca Tour de Pologne dostał w tym roku samochód lub jego równowartość w gotówce, czyli ok. 17tys euro. Impreza kategorii 2.1, np. Szlakiem Grodów Piastowskich to już znacznie mniej – ok. 5tys euro. Jedyny sensownie płatny wyścig dla kobiet, czyli tegoroczny La Course, organizowany przy okazji finału Tour de France na Polach Elizejskich dało zwyciężczyni 6tys euro. Trzeba oczywiście pamiętać, że Cape Epic to etapówka a La Course to jednodniowy klasyk.

    Cóż, kolarstwo to nie jest najlepiej opłacany sport, nawet na najwyższym poziomie zawodowstwa. A im niżej, tym gorzej. Co więcej, zawody pod patronatem UCI lub znajdujące się w kalendarzach narodowych związków, mają przynajmniej regulowane przepisami stawki. W zawodach otwartych panuje wolna amerykanka, co więcej pojawiają się realne nierówności.

    Standardem jest, że ścigające się na tej samej trasie i dystansie kobiety dostają nagrody dwu-trzykrotnie niższej wartości niż mężczyźni. Jest to pewien standard nie tylko w Polsce, podobną sytuację spotkałem w tym roku na Słowacji. Idealnie zorganizowany Kralovsky Maraton zostawia pewien niesmak w momencie, gdy najlepsza zawodniczka dużego dystansu dostaje w kopercie dwa razy mniej niż mężczyzna a kolarkom na krótszych trasach wręczane są wyłącznie kwiaty. Z  drugiej strony, lepszy już bukiet niż lampka z Lidla ;). Słowaków ratuje to, że na wielu imprezach organizowana jest tombola z cennymi nagrodami (których ilość i wartość wywieszana jest w biurze zawodów do wglądu).

    Kolejne nierówności pojawiają się, gdy dzielimy zawodników nie tylko ze względu na płeć, ale i na wiek. Na imprezach masowych, gdzie organizator poza kategorią ?open? postanawia wyróżniać także kategorie wiekowe, często zaczyna się cyrk. I znów, wracając do Cape Epic, autor analizy zauważa, że dla kobiet-zawodowców, które miały mniej rywalek i w klasyfikacji open, przewidziano sowite wynagrodzenie w przeciwieństwie do jadących niemal tempem elity mężczyzn mastersów. Cóż, moje prywatne zdanie jest takie, że masters, jakkolwiek szybko by nie jechał, jest z definicji kategorią amatorską i zgłaszając się w niej trzeba się liczyć z amatorskich traktowaniem. Z drugiej strony, skoro już dzielimy się na grupy, w czym jedna jest lepsza od drugiej? Co więcej, często nagrody przyznawane są według indywidualnych preferencji a nie obiektywnych kryteriów, z których jedynym sensownym wydaje się w tym wypadku liczebność danego segmentu wydzielonego ze względu na wiek lub płeć.

    Czy więc jedyna gwarancja, jeśli nie równego, to przynajmniej jasnego traktowania to start w zawodach oficjalnych? Regulaminy imprez określonej rangi zatwierdzane przez PZKol (lub wyżej, przez UCI) obligują do wypłaty nagród właściwej wysokości. Juniorzy, młodzieżowcy, elita kobiet i elita mężczyzn wiedzą, ile i czego dostaną. Są sportowcami wyczynowymi, są więc traktowani z należytą estymą (inna kwestia to wartość całej puli nagród, ale tym razem nie chodzi o to a o szeroko pojęte zasady). Pozostałe kategorie to amatorzy, tak samo jak uczestnicy imprez nieoficjalnych. Za wolność bycia niezrzeszonym płacisz więc ryzykiem niepewnego wynagrodzenia. Pytanie, czemu musisz płacić również za swój wiek (nie wystarczy ZUS?) i płeć, na które nie masz wpływu?

  • Liczby, liczby

    Liczby, liczby

    Redakcja mtbnews.pl podsumowała sezon polskich maratonów mtb. Bez komenatrza, za to w suchych liczbach bezapelacyjnym zwycięzcą statystyk jest seria Bikemaraton.

     

    Pełne zestawienie znajdziecie tutaj. Bikemaraton zgromadził największą średnią liczbę uczestników, do tego cyklu należy również rekord pojedynczej imprezy. Pod względem ?osobostartów? (nie mylić z indywidualnymi uczestnikami) najwyżej uplasowała się Mazovia, ale trzeba pamiętać, że składała się z siedmiu eliminacji więcej niż Bikemaraton. Jeśli brać pod uwagę średnią i największą frekwencję na konkretnym wyścigu, na trzecim miejscu plasuje się Skandia. Zaliczany przez wiele lat do czwórki najważniejszych graczy na rynku MTB Marathon kontynuował tendencję spadkową i w swoim ostatnim sezonie funkcjonowania znalazł się pod koniec stawki.

     

    Co z tego wynika? MTB-XC.pl sugeruje, że nie liczy się ilość a jakość. Cóż, jest w tym oczywiście racja, ale poza liczbą uczestników, trudno znaleźć element, według którego można by ocenić sukces lub porażkę danych zawodów. Wyróżniająca się pod tym względem Skandia, będąca równocześnie Pucharem Polski była powszechnie krytykowana za niski poziom tras, co odbiera jej część należnego prestiżu. Z drugiej strony brak chętnych na ofertę ?Pure MTB? sprawił, że trudno dalej uznawać za istotną serię, która przegrywa z cyklami stricte regionalnymi.

     

    Budujące jest co innego. Maratony MTB podążają za modą na sport masowy. Dobrych kilka tysięcy ludzi w kraju regularnie startuje w otwartych dla wszystkich wyścigach. Abstrahując od motywacji, poziomu sportowego, zamożności portfela i ostatecznego efektu, to najcenniejsza konsekwencja wciąż rozrastającej się oferty organizatorów. Jakość maratonów, zabezpieczenia, obsługi czy tras zostawmy na tę chwilę na boku. Mimo licznych niedogodności i sporych kosztów, chcemy próbować swoich sił w zorganizowanym ruchu na świeżym powietrzu i to jest niepodważalne.
    ?Mówią na mieście?, że idą zmiany i niewykluczone, że wkrótce będzie można pracować także nad wyczynowym aspektem imprez masowych. Pora zacząć przekuwać ilość w jakość, tym bardziej, że grupa osób zainteresowanych czymś więcej niż samym uczestnictwem również się zwiększa. Zatem gratulacje dla zwycięzców, słowa otuchy dla przegranych i chwila ciszy dla tych, którzy zrezygnowali z dalszej zabawy. Sezon 2015, jakkolwiek by nie wyglądał, powinien być zupełnie inny niż ostatnich kilka.

  • To kto w końcu był najlepszy?

    To kto w końcu był najlepszy?

    Koniec sezonu mtb skłania do zadania pytania: to w końcu kto był najlepszym maratończykiem? Mistrz Polski, który wygrał jeden z nielicznych wyścigów o obiektywnym prestiżu? Najszybszy kolarz Pucharu Polski, powszechnie krytykowanego za niską jakość tras? A może zawodnik, który zwyciężył w najpopularniejszej serii? A może w tej, uznawanej powszechnie za najtrudniejszą? Czy może wreszcie najlepszy jest ten, kto uzyskał najbardziej wartościowe rezultaty w zagranicznych startach?

    Dwa pierwsze pytania nieco ułatwiają tę rozgrywkę. Mariusz Kowal, po powrocie na polskie trasy mtb wygrał zarówno koszulkę z orłem jak i puchar kraju. Można krytykować poziom tras Skandia Maratonu, można gderać, że walka o medale nie rozgrywa się w górach, ale pewne jest jedno. Zarówno mistrzostwa jak i puchar Polski to imprezy, w których rywalizują kolarze wyczynowi, czasem nawet zawodowcy. Gdy skierują swoją uwagę na zawody amatorskie, czy też otwarte, zazwyczaj je wygrywają a jeżdżąc za granicę nie stoją na straconej pozycji a często są w stanie rywalizować z tamtejszą czołówką.

    skandia (89 of 138)

    Kolarstwo to sport, w którym zwycięża najszybszy. Oceny za wartość artystyczną przyznawane są na lodowiskach, planszach i trampolinach. Olbrzymia segmentacja rodzimego rynku imprez mtb, do tego bez wyraźnej hierarchii i systematyki, sprawia jednak, że pozornie prosta sprawa komplikuje się.

    W ciągu kilku ostatnich lat rynek wyścigów w kolarstwie górskim niezwykle się rozwinął. Przybyło ciekawych serii imprez, tysiąc zawodników na starcie przestało być wyjątkowym wydarzeniem. Z drugiej strony, poza mistrzostwami kraju, brak jest wyścigów, które miałyby w sobie ducha elitarności i pobudzały wyobraźnię na tyle, by zachęcić do startu wszystkich. Sytuacja, gdy najlepsi zawodowcy, amatorzy i aspirujący kolarze wyczynowi spotykają się razem na jednym wyścigu jest ewenementem. Co więcej, dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Ilość czynników, które na to wpływają jest doniosła. Układy sponsorskie (zawodnik jedzie na imprezę, którą wspiera jego mecenas), medialne (pojawia się tam, gdzie zgadzają się patroni), osobiste (nie wszyscy chcą swoim nazwiskiem firmować wydarzenia organizatorów, którzy lekceważą uczestników) czy finansowe (nawet kolarzy wyczynowych nie zawsze stać na dalekie dojazdy i kosztowne remonty sprzętu a nagrody finansowe kuszą) przysłaniają aspekt sportowy.

    myslenice (11 of 118)

    Z drugiej strony ma to też pozytywny wymiar. Będąc w porywach średnim zawodnikiem, a wykazując się pewną dozą determinacji i regularności, można znaleźć dla siebie niszę, w której zostanie się wyróżnionym. Dekoracja w kategorii wiekowej na wybranym dystansie, serii imprez kolidującej z większym i bardziej popularnym cyklem jest w zasięgu sporej grupy ludzi. Jeśli jednak myślisz, że bez kłopotu można wskoczyć na podium, jesteś w błędzie. Bywa, że lokalne ?ogórki? są lepiej obsadzone (choćby z powodów wymienionych wyżej) niż ?ogólnopolskie maratony? i nie raz i nie dwa można się poważnie zdziwić.

    Etos ?prawdziwego kolarstwa górskiego? można uznać za martwy, przynajmniej w wydaniu zawodniczym. Każdy, kto ma rower i lubi sportową rywalizację może ścigać się, gdzie mu pasuje najbardziej. Ja swoje ?Pure MTB? znajduję między taśmami wyścigu xc, gdzie na 20 kilometrach trafiam na więcej trudności niż na niejednym Giga maratonie. Kto inny za takie uzna ?telewizory? w Karpaczu a kolejny zawodnik piaszczysty interwał na pojezierzu czy innym pogórzu. Gdy jednak na starcie staną najlepsi, nie będzie miało znaczenia, gdzie rozgrywany jest wyścig. Zwyciężą prawdziwi kolarze a chłopcy od mężczyzn zostaną oddzieleni już na pierwszym wiadukcie, jeszcze przed wjazdem w teren.

  • XCO rządzi!

    Cross country jest piękną konkurencją kolarską, co potwierdziły zakończone mistrzostwa świata w Norwegii. Ma swojego króla – Juliena Absalona, jest piekielnie wymagające a przy tym widowiskowe. Co więcej, jeszcze kilka lat temu sądziliśmy, że będziemy ?drugą Szwajcarią? światowego mtb. Były zadatki, by wraz z Helwetami rządzić i dzielić rzeczywistością grubych opon. Póki co dopadły nas ?przejściowe trudności?, co nie zmieniło faktu, że transmisje z Hajfell oglądałem z przyjemnością.

    Mistrzostwa herosów

    Tegoroczny sezon XCO śledziłem uważniej niż w poprzednich latach. Jestem pod wielkim wrażeniem poziomu sportowego, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Moc, jaką trzeba dysponować, by liczyć się w walce o czołowe lokaty jest ogromna a do tego należy doliczyć techniczną wirtuozerię i odwagę. Stosunek mocy do masy ciała musi być zbliżony do wartości, jakimi cechuje się czołówka Tour de France a do tego pretendent nie tylko do tytułu, ale i do uniknięcia ?dubla? musi skutecznie skakać, pokonywać ?rock gardeny? i bandy niczym z zawodów downhillowych.

    Mistrzostwa rowerów

    Nie przypominam sobie zawodów o najwyższą stawkę, na których tak wielkie różnice dotyczyły sprzętu. Ilość zmiennych i ich kombinacji sprawiła, że nie była to do końca równa rywalizacja. Dwa rozmiary kół: 29 i 27,5? w połączeniu z możliwością użycia ramy sztywnej lub amortyzowanej wraz ze zobowiązaniami względem sponsorów-producentów to dość skomplikowany zestaw. Catharine Pendrel do maksimum wykorzystała możliwości, jakie na technicznej trasie dała jej nowa Orbea Oiz. Julien Absalon, który w pucharze świata przegrywał z Nino Schurterem i jako jeden z nielicznych w czołówce używał hardtaila, tuż przed najważniejszym wyścigiem sezonu wsiadł na fulla i wygrał tęczową koszulkę ze sporą przewagą. Z kolei Maja Włoszczowska na sztywniaku 27,5? nie tylko męczyła się na zjeździe, to jeszcze złapała gumę, co wyeliminowało ją z walki o medale. Z drugiej strony na jednym odcinku trasy (bardzo wymagającym, ale przejezdnym), gdy wyścig już się nieco ułożył, zarówno panowie jak i panie w większości przypadków biegli z rowerami. Widocznie tak było najbardziej ekonomicznie, zatem ani rozmiar kół, ani amortyzacja nie decydowały bezpośrednio o przewadze, raczej taktyka, umiejętności oraz właściwe decyzje podejmowane we właściwym czasie.

    Legalny streaming to jest to!

    W tym sezonie Red Bull oferował relacje na żywo z większości ważnych wydarzeń mtb. Poziom transmisji w internecie jest na bardzo wysokim poziomie. Co więcej, obraz z mistrzostw świata opatrzony był świetnym komentarzem (w roli eksperta wystąpił Bart Brentjens). W moim pakiecie cyfrowej TV nie mam Polsatu Sport Extra, zatem na rękę było mi, że nie było ograniczeń terytorialnych w odbiorze online. Również oficjalny kanał UCI na youtube oferował dobrze zmontowane, trzymające właściwy klimat klipy podsumowujące kolejne wyścigi. To duży krok w stronę właściwej promocji mtb. Z drugiej strony nie wiem, jaka była oglądalność relacji na żywo, ale ilość wyświetleń wideo na youtube nie powala (rekordzistą jest zapis GoPro z finału eliminatora, który przekleiła choćby większość liczących się fanpejdży rowerowych w Polsce, z zaledwie 200tyś wyświetleń, pozostałe klipy nie przekraczają 20tyś wyświetleń). Zatem powiedzmy sobie szczerze, mtb nadal #nikogo.

    Król Julian

    Król jest tylko jeden

    Julien Absalon zasłużył na miano legendy kolarstwa górskiego. Dwa tytuły mistrza olimpijskiego, trzy tęczowe koszulki, pięć wygranych klasyfikacji generalnych pucharu świata. Gdy wydawało się, że jego kariera będzie powoli dobiegać końca, w tym roku wzniósł się na absolutne wyżyny. Mimo kontuzji w połowie sezonu, po pięcioletniej przerwie wygrał puchar świata a do tego, choć w ostatnich tygodniach przegrywał z Nino Schurterem, był w stanie zmobilizować się na najważniejszy wyścig w roku. Był silniejszy fizycznie od Szwajcara a oprócz tego w ciągu zaledwie kilku dni przesiadł się z hardtaila na fulla i zniwelował przewagę, jaką jego rywal miał na odcinkach technicznych. Zagrał va banque, co się opłaciło. Na dwa lata przed Igrzyskami Olimpijskimi znów możemy rozpatrywać Absalona jako kandydata do złota! W tym samym wieku co on jest nowa mistrzyni świata, Catharine Pendrel. Kanadyjka nie jest aż tak utytułowana co Francuz, ale z dwiema wygranymi w klasyfikacji pucharu świata oraz dwiema tęczowymi koszulkami zalicza się do najwybitniejszych postaci tego sportu. Swój wyścig rozegrała inaczej niż Absalon. Zaatakowała zaraz po starcie, zdobywając półminutową przewagę, którą nastęnie utrzymywała sprawnie pokonując zjazdy. Jako jedna z nielicznych kobiet jechała na rowerze w pełni amortyzowanym, co z pewnością zadziałało na jej korzyść.

    A co z Polakami?

    Sporą dyskusję na facebooku wywołał brak naszej sztafety. Nie chcę się powtarzać, więc w skrócie zarysuję sytuację. Oficjalnym powodem było zgrupowanie wysokogórskie, w którym uczestniczyli nasi zawodnicy elity. Rówocześnie do Norwegii pojechał zaledwie jeden junior, który startował dzień po wyścigu rozstawnym, zatem ?pierwszy skład? był niedostępny, ?drugiego? postanowiliśmy nie wystawiać. Nie będę polemizował z wieloletnimi praktykami oraz ludźmi z tytułami naukowymi w kwestii metodologii przygotowań. Mogę natomiast wypowiedzieć się w duchu zdroworozsądkowym. Uczestnikom innych narodowości, bez względu na kategorię wiekową, start drużynowy nie przeszkodził w osiągnięciu dobrych rezultatów indywidualnych. Jolanda Neff, Nino Schurter, Michiel Van Der Heijden, Jordan Sarrou czy Simon Andreassen decydowali o obliczu swoich sztafet a zaraz potem zdobywali medale solo. Z drugiej strony żaden z naszych reprezentantów nie pojechał indywidualnie wyraźnie lepiej niż można by się tego spodziewać. Decyzja, by, jako w zasadzie jedyny, jakkolwiek liczący się w mtb kraj, nie wystawić drużyny była co najmniej dziwna.
    Duńczyk, Simon Andreassen jedzie po złoto w kategorii juniorów
    Aby była jasność, Anna Szafraniec oraz Katarzyna Solus-Miśkowicz mają za sobą dobry wyścig (miejsca w top20) a Marlena Droździok zmieściła się w top10 juniorek. Z kolei Marceli Bogusławski robił co mógł, ale ustawienie na starcie w jednym z tylnych rzędów z pewnością mu nie pomogło w walce z czołowymi juniorami (tu kłania się brak zawodów z kalendarza międzynarodowego UCI na terenie naszego kraju, by zawodnicy mogli zdobywać punkty do rankingu na miejscu a nie wydawać sporych pieniędzy na podróże!). Monika Zur na dwudziestym miejscu w U-23 to przyzwoity rezultat, a występ Bartłomieja Wawaka, potencjalnie drugiego najmocniejszego zawodnika mtb w kraju zakończył się przedwcześnie. Maja Włoszczowska nie zawiodła, to kolarka, która od wielu lat znakomicie spisuje się na imprezach mistrzowskich a w Norwegii zaprezentowała formę godną medalu. Należy jednak zauważyć, że pech (w postaci defektu, ale w przeszłości zdarzały się jej również groźne upadki i kontuzje) przytrafia jej się ponadstatystycznie często, co z pewnością skłania do refleksji. Z kolei Marek Konwa ma nieco gorszy sezon i na mistrzostwach pojechał na prezentowanym przez siebie poziomie. Nie mając więc pretensji do samych zawodników, występ całej kadry, trzeba ocenić jako najwyżej przeciętny, zwłaszcza porównując go z potencjałem, jaki mamy w stosunku do państw ościennych. Z pewnością rzutuje na to brak sztafety oraz skromnych rozmiarów reprezentacja. W tym miejscu muszę, nie po raz pierwszy, przytoczyć argument gospodarczy. Nie jesteśmy krajem co do zasady biedniejszym niż wielu naszych konkurentów, zatem pytanie, gdzie tkwi problem pozostawiam otwarte.

  • #Nikogo

    #Nikogo

    Obrazek sprzed dwóch tygodni. Maraton ogólnopolskiej serii, meta ustyuowana w popularnym miejscu turytycznym. Kolejni kolarze przejeżdżają przez dmuchaną bramę. Cisza, wiatr hula między balonami i banerami. Spacerowicze plączą się w rozwieszonych taśmach.

    Nie będę dramatyzował, to nie jest żadna trauma, choć poczucie obcowania z jakimś alternatywnym uniwersum pozostaje. Nie będę też porównywał zawodów MTB w Polsce do Tour de France. Tłumy przy szosach w Yorkshire to temat na inny tekst, choć być może znajdzie się jakiś wspólny mianownik. Jeśli w szczerym polu staje milion ludzi tylko po to, by uczestniczyć w przejeździe kolumny wyścigu, trudno zrozumieć, dlaczego kolarstwo ma problem ze znalezieniem sponsorów.

    Wywiady, telewizja, prawie jak na Tourze ;)
    W Myślenicach, bo o tym konkretnym wydarzeniu piszę, tłumów nie było. Ba, nie było nikogo. Aby nie pozostawić wątpliwości: nie pastwię się nad Bike Maratonem, podobna sytuacja jest w zasadzie wszędzie. Z pewnością można znaleźć wyjątki, które potwierdzą regułę, ale poza imprezami Lang Teamu współpracującego z większością mediów w kraju, oglądać wyścigi kolarskie przychodzi ?pies z kulawą nogą?.
    Na XC przynajmniej w strefie bufetu ktoś stoi przy trasie
    Wspomniany Lang Team z resztą też nie wypada zbyt dobrze. Jeśli w miasteczku zawodów pojawia się ktoś niezwiązany z branżą rowerową, to raczej na skutek masowej reklamy. Przy niezerowym współczynniku konwersji, zachęcony przez bilboardy czy telewizję jakiś odsetek i tak w końcu przyjdzie. Zawody rowerowe, poza ofertą dla pasjonatów, rzadko kiedy oferują coś więcej osobom postronnym lub choćby przysłowiowym ?krewnym i znajomym królika?, którzy jakimś cudem przyjechali z zawodnikiem, by zobaczyć, o co właściwie w tym wszystkim chodzi. Syn, córka, mąż, chłopak - zawodnik znikają na kilka godzin w lesie a ojciec, żona, dziewczyna przeraźliwie się nudzą. Jeśli byliby Słowakami lub Czechami, zapewne wzięliby drewniane terkotki, poszli do lasu i dopingowali każdego kolarza. Na to trzeba poczekać albo i nie. Preferencje dotyczące sposobów spędzania wolnego czasu zmieniają się, ale niekoniecznie w tę stronę.
    Dzisiejszy wyczyn gazeta.pl
    Mam wrażenie, że problem leży nie w promocji lub jej braku, jak również nie w teoretycznym skapcanieniu społeczeństwa (biorąc pod uwagę karierę, jaką robi bieganie, to jeden z mitów). Nie obwiniałbym też mediów oraz ulubionego chłopca do bicia kolarskich fanów, czyli piłkarzy (choć dzisiejszy wyczyn gazeta.pl daje do myślenia).
    Finał Tour de Pologne 2013 w Wieliczce. W tle lokalna publiczność.
    Nasze imprezy są bardzo egocentryczne. Nastawione na uczestników a ci nastawieni są głównie na siebie. Jeśli zawody są w szczerym polu, to nawet świetna trasa i obecność kadry kraju nie zapewni widowni (chyba, że jesteśmy w Czechach). Jeżeli zawodnicy wjeżdżając na metę nie są odpowiednio anonsowani a spiker wymienia nikomu nieznane nazwiska, to przechodzień czy turysta, nawet na w zdrojowym parku w środku wakacji nie zatrzyma się przy mecie, bo nie będzie wiedział o co chodzi. A jeżeli w miasteczku zawodów będą same stosika z bike-porn sprzętem, jedyny efekt, jaki uzyskamy to konieczność odpowiadania na pytania ?ile kosztuje ten rower i czemu tak drogo skoro ja kupiłem w tesco za dwie stówki?. Wreszcie, jeśli gros uczestników wkrótce po przyjeździe na metę pakuje się i wraca do domu, bo i nie ma po co dłużej siedzieć, trudno, by zainteresowanie zawodami wyrażali laicy. Ściągnięcie i zatrzymanie potencjalnych kibiców to spora sztuka. Z tegorocznych obserwacji wynika, że również i w tej kwestii musimy się sporo uczyć od południowych sąsiadów.

  • Byłem – widziałem: Puchar Polski XC w Tuchowie

    Byłem – widziałem: Puchar Polski XC w Tuchowie

    Puste pola w kalendarzu zostały zapełnione, w środku sezonu skompletowano większość imprez składających się na Puchar Polski cross country. Olimpijska odmiana kolarstwa górskiego ma więc szansę na odrodzenie. Do Lubaszowej w gminie Tuchów miałem niedaleko, postanowiłem więc sprawdzić jak wygląda ścigania na najwyższym poziomie w kraju.

    marta-turoboś-tuchów

    Rzut oka w przeszłość

    XC to kolarstwo górskie w czystym, wyczynowym wydaniu. W Polsce złoty okres przypada na popularność serii Grand Prix MTB organizowanej przez Lang Team pod patronatem kolejno Żywca, Skody i Banku BPH. Sukcesy kadry narodowej, wsparcie korporacyjnych mecenasów oraz relacje w Telewizji Publicznej dały kilka lat poczucia, że wszystko jest na dobrej drodze, abyśmy zostali światową potęgą. Z czasem coś zawiodło, sponsorzy zaczęli odchodzić a same wyścigi przybrały karykaturalną formę. W miejsce technicznych tras kształtujących przyszłych mistrzów pojawiły się rundy oparte o górki saneczkowe. Ubywało zawodników, malały kategorie UCI oraz wartość nagród finansowych. Zabrakło ogólnokrajowej serii imprez na najwyższym poziomie, pozostało kilka cykli regionalnych oraz pojedynczych wydarzeń. Okazji, by większość polskiej czołówki oraz kilku rywali z państw ościennych mogło rywalizować na wymagających trasach niemal nie było.

    mariusz-kowal-tuchów

    Pospolite ruszenie

    Po niezbyt udanych próbach zebrania pogrobowców XC we wspólnej serii zawodów wydawało się, że nad wyczonowym cross country pora odmówić ostatnią modlitwę. W tegorocznym kalendarzu w zarezerwowanych terminach widniały pustki, majowy wyścig w Kielcach odwołano. Nie wnikam, pod czyim wpływem i z czyjej inicjatywy (medale proszę rozdać sobie we własnym zakresie), ale rzutem na taśmę udało się wypełnić luki. Sytuację uratowali KKW Jama Wałbrzych ze swoimi zawodami ?Górale Na Start? oraz KCP Bieniasz Team z wyścigiem w Tuchowie. Ma również dołączyć Sławno. Pięć lub sześć eliminacji to dobry początek. Mam nadzieję, że końcowa klasyfikacja zostanie potraktowana poważnie przez Związek a zwycięzcy właściwie nagrodzeni (poza finansami ważna jest też symbolika!).

    Niewielka skocznia na trasie

    Jak było na miejscu?

    Organizator wyścigu w Lubaszowej debiutował w tej funkcji i myślę, że dobrze wywiązał się z zadania. Przygotowana trasa była ciekawa: wymagająca kondycyjnie, z interesującymi sekcjami technicznymi, ale nie przesadzona. Dwa newralgiczne miejsca posiadały objazdy, natomiast sekcje w lesie, choć trudne, nie były niebezpieczne. Całość stosownie otaśmowano, zabezpieczono, oznaczono i obstawiono. Choć tendencja budowania tras na świecie zmierza w stronę ekstremalizowania XC, po latach posuchy złym pomysłem byłoby rzucanie kolarzy na rundę rodem z pucharu świata. Ciężkie, ale w większości naturalne i w ?starym stylu? okrążenie zapewnia niezłe warunki ścigania a przy tym jest dostępne dla większej ilości zawodników, w tym tych z młodszych kategorii wiekowych. To ważne, ponieważ w całej tej zabawie to oni są największą wartością i gwarancją, że za pięć lat będzie miał się kto ścigać w elicie.

    tuchów

    Przyjechał, kto mógł

    Dodanie wyścigu do kalendarza startów w środku sezonu jest obarczone ryzykiem niższej frekwencji. Mimo to główne kategorie były mocno obsadzone, choć oczywiście zabrakło kilku nazwisk. Rywalizacja Mariusza Kowala z Markiem Konwą w elicie mężczyzn była jednak bardzo ciekawa, również kobiety zaoferowały ciekawe widowisko. Tłumaczę sobie, że to późne wpisanie do terminarza, brak punktów do rankingu UCI czy też po prostu odzwyczajenie od możliwości ścigania na wysokim poziomie w kraju przyczynił się do absencji niektórych postaci. Jeśli za rok idea Pucharu Polski zostanie utrzymana, oczekiwałbym regularnych startów wszystkich zainteresowanych, tak jak to było kilka lat temu.

    tuchów2

    Wiosną pisałem o Pucharze Słowacji właściwie w samych superlatywach. W Tuchowie udowodniono że, przy sporym zaangażowaniu lokalnych organizatorów i sponsorów, można spokojnie pokusić się o porównywalną lub lepszą imprezę u nas. Trasa, zabezpieczenie, logistyka czy nagrody (600PLN, na Słowacji 100? dla najlepszego w elicie) spełniają sensowne standardy i nie tylko nie musimy się wstydzić i jeździć za granicę, ale bez problemów możemy się ścigać u siebie. Jedyny mankament, typowy dla rodzimych imprez kolarskich to ciągły brak zainteresowania kibiców. Mimo patronatu lokalnych mediów, przy trasie pokrzykwiali głównie sami zawodnicy oraz ?krewni i znajomi królika?. Nie jest to nic nietypowego, spędzenie dnia na świeżym powietrzu w formie wizyty na zawodach sportowych to ciągle niezbyt popularna forma spędzania wolnego czasu.

    tuchów3

    Jeśli więc w przyszłym roku nadal będę bawił się w ściganie mtb, z chęcią znów przyjadę do Lubaszowej. Mam nadzieję, że wraz ze mną pojawi się tam więcej zawodników a ci przywiozą ze sobą przyjaciół. To miłe miejsce, uczciwa trasa i solidny wyścig. Krótko mówiąc, dobrze spędziłem ten dzień.

    Galeria zdjęć na facebooku

    Pełne wyniki (pdf)

  • Nie przegap w ten weekend – walka o róż

    Nie przegap w ten weekend – walka o róż

    Trzy tygodnie minęły jak z bicza strzelił. Do końca Giro d?Italia zostały dwa decydujące etapy i niedzielna runda honorowa w Trieście. Przy emocjach związanych z walką Rafała Majki o podium wielkiego touru bledną inne zaplanowane na weekend atrakcje.

    #Giro

    Monte Grappa to góra trudna do podjechania sama w sobie. Jako trzeci od końca etap wielkiego touru, do tego w formie jazdy indywidualnej na czas, może spowodować niemałe spustoszenie w nogach kolarzy. Ponad godzinny wysiłek na dwudziestosiedmiokilometrowej próbie, podczas której aż 20 kilometrów to czysta wspinaczka. Nairo Quintana powinien być bezpieczny na pozycji lidera, jeśli tylko nie pojedzie, jak na swoje możliwości, bardzo źle. Podobną sytuację ma Rigoberto Uran na drugim miejscu. Za to Pierre Rolland, Fabio Aru, Rarfał Majka, Domenico Pozzovivo, Ryder Hesjedal i Wilco Kelderman muszą wznieść się na absolutne wyżyny swoich możliwości. Trzeciego obecnie Rollanda dzieli od ósmego Keldermana raptem minuta i osiem sekund. Każdy z nich może stanąć na podium, rywalizacja będzie więc bardzo zacięta. Co ciekawe, z drugiej strony trudno wyobrazić sobie, by z pierwszej dziesiątki wypadli tracący siły Cadel Evans czy Robert Kiserlovski. Kolejny kolarz, do zajmującego dziesiąte miejsce Chorwata traci prawie siedem i pół minuty!

    Możliwy jest oczywiście dobry rezulat któregoś z zawodników zajmujących dalsze miejsce w klasyfikacji generalnej, ale największe emocje zaczną się około 15.30 Harmonogram startów czołówki: 15:44 Robert Kiserlowski (Trek) 15:47 Cadel Evans (BMC) 15:50 Wilco Kelderman (Belkin) 15:53 Ryder Hesjedal (Garmin Sharp) 15:56 Domenico Pozzovivo (Ag2r) 15:59 Rafał Majka (Tinkoff Saxo) 16:02 Fabio Aru (Astana) 16:05 Pierre Rolland (Europecar) 16:08 Rigoberto Uran (Omega Pharma Quick Step) 16:11 Nairo Quintana (Movistar) Według wyliczeń The Inner Ring, by osiągnąć metę w czasie 1h3?, zwycięzca będzie musiał pokonać płaski odcinek dojazdowy z prędkością 48km/h, zaś wspinać się na wysokość 1712m n.p.m. z średnią prędkością podjeżdżania (VAM) około 1700. Zatem na granicy ludzkich, legalnych możliwości. Szybsze czasy, cóż, będą podejrzane. [caption id="attachment_3429" align="aligncenter" width="450"]Widok z Monte Grappa, fot Sachitha Obeysekara, flickr CC BY 2.0 Widok z Monte Grappa, fot Sachitha Obeysekara, flickr CC BY 2.0[/caption] Jakby tego było mało, dzisiejsza czasówka nie rozstrzygnie o wszystkim. Jutro bowiem na kolarzy czeka jeszcze jeden, morderczy test. Monte Zoncolan to dziesięciokilometrowa ściana o średnim nastromieniu prawie 12% i maksymalnym sięgającycm 22%. Trudno spodziewać się tam spektakularnych ataków. To ostatni dzień wyścigu, oczekiwana jest raczej selekcja do tyłu. Z pewnością zwycięstwo etapowe to piękny skalp w kolekcji każdego górala, podobnie jak hiszpańskie Alto el Angliru, podobna ?góra-kat?. Różnice między pierwszym a dziesiątym kolarzem na takich etapach często sięgają dwóch minut. Losy podium zdecydują się więc właśnie tam a stanie na nim ten, kto zachował najwięcej sił po trzech tygodniach jeżdżenia po górach. [caption id="attachment_3428" align="aligncenter" width="450"]Triest, fot. Davide Oliva flickr CC BY 2.0 Triest, fot. Davide Oliva flickr CC BY 2.0[/caption] W niedzielę wspomniana runda honorowa na ulicach Triestu. Wyścig dookoła Włoch zazwyczaj kończy się w Mediolanie, jednak ostatnio ta tradycja jest przełamywana. Rok temu peleton finiszował w Brescii, tym razem zawita do słynnego portu nad Adriatykiem. Na początku będą zdjęcia i kieliszek lokalnego wina musującego, na końcu popis sprinterów. Finisz ostatniego etapu wielkiego touru jest zawsze szczególnie prestiżowy, włoscy kolarze będą mieli szansę odegrania się na Nacerze Bouhannim.

    Puchar Świata MTB

    Albstadt na niemieckiej Jurze to kolejny przystanek na szlaku karawany przewożącej Puchar Świata cross country. Tak jak ostatnio na weekend złożą się wyścigi sprinterskie oraz xc w formacie olimpijskim. Marek Konwa błysnął tydzień temu w Novym Mescie w Eliminatorze. Piąte miejsce to zacny rezultat, zatem z tym większym zainteresowaniem spojrzymy na jego jazdę w Niemczech. Z kolei Maja Włoszczowska ostatnio jest jakby w nieco gorszej dyspozycji, ale sezon jest długi i ciągle ma szansę na dobre miejsce w klasyfikacji generalnej całego cyklu. Fascynująco zapowiada się niedzielne xc mężczyzn. Po zaciekłej rywalizacji sporej grupy zawodników w Novym Mescie możemy i tym razem spodziewać się fajerwerków. Poza wspomnianymi Konwą i Włoszczowską, do Albstadt, tak jak do Novego Mesta, wybrała się spora grupa kolarzy z polskich grup zawodowych i klubów. Trzymamy kciuki za dobre wyniki i pozytywne doświadczenia!

    A co w kraju?

    Skandia Maraton w Krakowie inauguruje tegoroczny Puchar Polski w maratonach mtb. Trasa nie jest mordercza, ale też i nie jest łatwa.Wykorzystuje znane ścieżki, które, zwłaszcza w obecnych warunkach atmosferycznych zmuszą, nawet dobrych zawodników, do sporego wysiłku. Ciekawi mnie frekwencja, zarówno kolarzy licencjonowanych (część krajowej czołówki ścigać się będzie na pucharze świata xc) jak i amatorów. Tydzień temu mieszkańcy miasta w referendum opowiedzieli się przeciwko Igrzyskom Olimpijskim a za ścieżkami rowerowymi. Do tego Lang Team dobrze czuje się w Krakowie od kilku lat organizując tu finał Tour de Pologne. Jak taki klimat wpłynie na chęć aktywnego uczestnictwa w imprezie kolarskiej? Ci, którzy nie chcą jechać maratonu (czyli np. ja ;) ) dzień później, ?rzut beretem?, czyli 20km od krakowskich Błoń mogą wystartować w inauguracji Pucharu Szlaku Solnego w pobliskich Golkowicach (przedmieścia Krakowa, tuż obok Wieliczki). To znana seria wymagających wyścigów XC, na których doświadczenie zdobywało wielu zawodników i zawodniczek z obecnej czołówki kraju. Zdjęcie okładkowe: Szosa na Monte Zoncolan, fot. Serafino Centenaro flickr CC BY 2.0

  • Poniedziałkowy skrót#13

    Poniedziałkowy skrót#13

    Kto wygra Giro? Nie wiadomo. Różnice się zacieśniają, kolejni kolarze dochodzą do wysokiej formy. Rafał Majka jedzie równo i nadal jest trzeci. Tymczasem w Novym Mescie Puchar Świata XC nie poszedł po myśli polskich zawodników. Przegląd wydarzeń ostatnich dni, czyli ?poniedziałkowy skrót?:

    #Giro

    Zwycięzcą weekendu w Piemoncie i Lombardii jest Fabio Aru. Młody Włoch z ekipy Astana wygrał ciężki, niedzielny etap na Montecampione, w sobotę atakował na metę przy sanktuarium Oropa i to on zyskał najwięcej czasu nad rywalami. Po początkowych problemach do formy dochodzi też Nairo Quintana (Movistar). Ta dwójka, oraz Pierre Rolland z Europcaru najlepiej zaprezentowała się na – jak do tej pory – najdłuższych podjazdach wyścigu.

    Różnice między najważniejszymi kolarzami klasyfikacji generalnej zmniejszyły się wyraźnie. Lider, Rigoberto Uran (Omega Pharma Quick Step) ma nad szóstym, Domenico Pozzovivo (Ag2r), zaledwie 2?42? przewagi. Co ważne, na kolejnych etapach atakują różni zawodnicy i trudno wskazać zdecydowanie najmocniejszego z szeroko pojętej czołówki. Najrówniej jedzie lider oraz Rafał Majka (Tinkoff Saxo). Zarówno Polak jak i Kolumbijczyk nie dali rady pojechać za Aru, Quintaną i Rollandem podczas wspinaczki na Montecampione, z drugiej strony równym mocnym tempem zyskali przewagę nad słabnącymi Evansem i Pozzovivo. Taka jazda może przynieść zarówno zwycięstwo i podium jak i wypadnięcie z czołowej trójki wyścigu.
    Istotne jest jednak, że Giro d?Italia 2014 dopiero teraz wchodzi w decydującą fazę. Ekonomiczna jazda może się zwrócić. Po dzisiejszym dniu przerwy do końca rozstrzygnięć pozostanie tylko jeden łatwiejszy (choć długi) etap - we środę. Wtorek to monstrualne przełęcze Gavia i Stelvio a etap kończy się podjazdem do Val Martello. W czwartek na zawodników nie tylko czekają trudne wspinaczki, ale i przejazdy przez doliny - istotna będzie dyspozycja nie tylko liderów, ale ich pomocników. Piątek to czasówka pod górę na Monte Grappa a w sobotę wielki finał na ultra stromym Zoncolanie. Powiedzmy sobie szczerze - w tej perspektywie niespełna trzy minuty róniżicy między Uranem a Pozzovivo to niewiele, choć akurat to nie Włoch jest największym kandydatem do zwycięstwa.
    W kontekście możliwości Rafała Majki, ważne, że Polak tam gdzie może, nadrabia sekundy nad ważnymi rywalami. Podczas czasówki pokonał Quintanę i Aru, w górach zgubił Evansa (28 sekund), Urana (2 sekundy), Kiserlovskiego i Keldermana. Nadal jest trzeci, prowadzi w klasyfikacji młodzieżowej i każdy rezultat z zakresu 1-6 miejsce jest możliwy. W tym kontekście nieco przykry wydaje się skromy entuzjazm, by nie powiedzieć jego brak, wyrażany przez większość komentatorów kolarstwa w kraju. Panowie, tu dzieje się historia!
    Ta uwaga dotyczy w ogóle percepcji współczesnego kolarstwa. Fabio Aru, na którego nie było mocnych na podjeźdie Montecampione pokonał to wzniesienie 3,5 minuty wolniej niż Marco Pantani ze sztucznie podniesionym hematorkytem. W przeciwieństwie do zeszłego sezonu, gdy zawodnicy zbliżali się do osiągnięć ?Ery EPO? (zwłaszcza podczas Tour de France), póki co na Giro jadą w stylu podobnym do do osiągnięć kolarzy uchodzących za czystych. Sportowy spektakl ma więc inny wymiar, do którego trzeba się przyzwyczaić.

    Tour of Norway

    Słyszeliście o takim wyścigu? Cóż, nie zdziwię się, jeśli nie. Wyścig Dookoła Norwegii został zorganizowany dopiero po raz czwarty, nie przeszkadza mu to w posiadaniu kategorii 2.HC (najwyższa poza World Tour). W tym roku cztery z pięciu etapów wygrali zawodnicy Pro Teams: dwa razy zwycięzca Mediolan-Sanremo, Alexander Kristoff z Katiuszy, po razie Sep Vanmarcke i Bauke Mollema z Belkinu - zacne nazwiska, czyż nie? Klasyfikacja generlna zaś, dzięki dobrej jeździe w ucieczce i czujnej pracy całej drużyny padła łupem Macieja Paterskiego z CCC Polsat Polkowice. To świetna sprawa: polski kolarz zdobył punkty dla siebie i dla zespołu. Co więcej, wygląda na to, że polityka zatrudnienia ?spadkowiczów? z Pro Teams zaczyna się zwracać i ekipa nie musi już polegać głównie na Davide Rebellinie. Dodatkowo Paterski, który w Liquigasie/Cannondale był pomocnikiem, tu sprawdził się jako lider. To dobry znak w kontekście jego dalszej kariery: albo powrotu do najwyższej ligi albo rozwoju drużyny CCC.

    Puchar Świata MTB

    To nie tak miało być, przynajmniej nie do końca. Maja Włoszczowska ewidentnie jest w innej fazie sezonu niż jej główne rywalki. Piąte miejsce w zawodach Bundesligi odzwierciedlało jej rzeczywistą dyspozycję i w Nowym Mieście na Pucharze Świata zdołała dojechać do mety jako dwunasta. Wygrała jej młoda koleżanka z teamu Liv Giant: Pauline Ferrand Prevot, wyraźnie odjeżdżając pozostałym rywalkom: doświadczone Catherine Pendrell i Gunn-Rita Dahle straiły do Francuzki około trzech minut! O ile miejsce Mai może rozczarowywać (choć trzeba przyznać, że nie tylko ona pojechała słabiej, dziesiąte miejsce i również sporą stratę zanotowała Tanja Zakelj), siedemnastą lokatę Katarzyny Solus-Miśkowicz można dla odmiany uznać za sukces. Zawodniczka Krossa straciła do Mai Włoszczowskiej dwie minuty, niedaleko przed nią była Katerina Nash a tuż za nią Emily Batty. Z mieszanymi uczuciami musi z Novego Mesta wracać Marek Konwa. Dobra postawa w eliminatorze (półfinał i klasyfikacja na piątym miejscu!) została zrównoważona słabą jazdą w niedzielnym wyścigu głównym (73 miejsce i 10 minut straty). Konwa był jedynym polskim zawodnikiem, który nie został zdublowany.Triumfował, po solidnym przetarciu w szosowym Tour de Romandie, Nino Schurter. Szwajcar ma przed sobą kolejny start w ?górskim? Pucharze Świata a następnie znów zagości w szosowym peletonie podczas Tour de Suisse. Trzeba podkreślić, że w przeciwieństwie do wyścigu kobiet, grono mężczyzn walczących o zwycięstwo było zdecydowanie szersze. Julien Absalon tym razem ukończył szósty, ale do Schurtera stracił mniej niż pół minuty! Zebrane wyniki Polaków i Polek, w tym z młodszych kategorii wiekowych znajdziecie w tym wpisie na mtb-xc. Mimo braku budzących entuzjazm wyników, tak jak napisałem w zapowiedzi tego weekendu, ważny jest fakt, że do Czech na jedne z najważniejszych zawodów w sezonie wybrała się naprawdę spora grupa naszych zawodników. Doświadczenie startu w takiej imprezie jest bezcenne i w przyszłości zaprocentuje.

    Maratony mtb

    Bohaterem weekendu w kraju był z pewnością Bartosz Janowski. Zawodnik teamu Romet zaliczył dwa maratony na dystansie Giga. W sobotę był trzeci w Wałbrzychu by w niedzielę triumfować w Karpaczu. Bikemaraton był wyraźnie górą nad MTB Marathonem, gromadząc na starcie mniej więcej dwa razy więcej uczestników (~ponad 1000 vs ~ponad 500). Obecność wałbrzyskiej imprezy w oficjalnym kalendarzu umożliwiła również start zawodnikom licencjonowanym. Triumfował Adrian Brzózka (JBG2) przed Dariuszem Batkiem (Sante BSA), czwarty był Bogdan Czarnota a piąty Radosław Rękawek (obaj Kross) Zdjęcie okładkowe: "Fabio Aru", fot. Manfred Werner, wikimedia Commons CC BY SA 3.0