Tag: MTB

  • Byłem – widziałem: Puchar Polski XCO w Skomielnej

    Byłem – widziałem: Puchar Polski XCO w Skomielnej

    Niełatwo o dobry wyścig cross-country. Wiele elementów musi zagrać, aby całość uznać za wartościową imprezę. Puchar Polski w Skomielnej Białej z pewnością taką był.

    Ponad normę

    Puchar Szlaku Solnego to seria zawodów, w której uczestniczę trzeci rok z rzędu. Dla mnie, zawodnika kategorii ?Masters? to wymagające wyścigi, na których zawsze mogę liczyć na pewien sprawdzony standard, uczciwą trasę i kilku mocnych rywali. Kolarze z młodszych kategorii wiekowych również nie mają na co narzekać – to dobra szkoła mtb.

    Pewien problem pojawia się dla juniorów, orlików i elity. Trasy na Pucharze Szlaku Solnego choć wymagające fizycznie, odstają nieco od współczesnych standardów jeśli chodzi o poziom trudności technicznych. Dla mnie to dobry sprawdzian, dla kogoś, kto aspiruje do startów w Pucharze Świata zdecydowanie za mało.

    facebook.com/GBachPhoto Posted by Grzegorz Bachórz Photo on Tuesday, 7 July 2015
      Skomielna Biała wróciła do kalendarza po rocznej przerwie. Zmieniona lokalizacja, wyższa kategoria (eliminacja Pucharu Polski) i dogodny termin (dwa tygodnie przed mistrzostwami kraju) w połączeniu z wyraźnym zaangażowaniem organizatora: klubu KS Luboń sprawiły, że dostaliśmy jedną z ciekawszych imprez w sezonie. Zaproponowana runda obaliła mit, że ?trudna trasa? musi oznaczać przywiezione Kamazem głazy i metrowe dropy. Poza jedną skocznią wiodła leśnymi ścieżkami, których właściwym określeniem jest ?bardzo techniczne?. To było ?Pure MTB? w wydaniu zawodniczym. Trzeba było kręcić, balansować, wybierać a to wszystko na zmęczeniu powodowanym trzydziestoprocentowymi stromiznami na podjazdach.
    facebook.com/GBachPhoto Posted by Grzegorz Bachórz Photo on Tuesday, 7 July 2015
      Do tego dochodzi niezła oprawa zawodów: aktywny spiker, sprawnie działające biuro, dostęp do wody, kurtynka wodna chłodząca zawodników w ekstremalnym upale, zdrowy posiłek ?na bloczek? czy dostęp do bufetu. Korzystny termin i ranga wyścigu zaowocowała dobrą frekwencją, zarówno jeśli chodzi o ilość (ponad 200 osób, nie licząc dzieci, z dziećmi niemal 300) jak i jakość (spora część krajowej czołówki w niemal każdej kategorii). Jednym zdaniem: impreza się udała.

    Co dalej?

    Mam nadzieję, że zawody w Skomielnej nie były jednorazowym wystrzałem. W zeszłym sezonie KS Luboń odwołał swoją eliminację Pucharu Szlaku Solnego, w tym impreza powróciła do kalendarza z przytupem. Trasa, którą z chęcią widziałbym, przynajmniej częściowo, oznaczoną na stałe jest gwarancją rozwoju dla startujących kolarzy i powinna wejść do kalendarza PZKol jako obowiązkowy punkt programu. Szczególnie cenne jest także zaangażowanie lokalnych organizatorów i sponsorów. To dla nich spory wysiłek, tym bardziej należą się im brawa, połączone z życzeniami stabilności finansowej. Szkoda byłoby, gdyby tak dobra impreza okazała się efemerydą.
    facebook.com/GBachPhoto Posted by Grzegorz Bachórz Photo on Tuesday, 7 July 2015
      Dla mnie prywatnie Puchar Polski w Skomielnej był sporym wyzwaniem. Fakt, że całkiem sprawnie (mimo defektu) poradziłem sobie z tak wymagającą rundą jest powodem do satysfakcji. Zdaję sobie sprawę, że jako ?Masters? (czytaj: emerytowany amator) nie jestem grupą docelową zawodów rangi Pucharu Polski, jednak fakt, że organizator traktuje mnie poważnie również jest pewnym argumentem za tym, by oddać mu co jego w postaci dobrego słowa. Co więcej, wiem, że zawody tej rangi i na takim poziomie trudności są niezbędne, by mtb nie tylko przeżywało teoretyczny ?renesans? (przebłyski ożywienia w XC zaczynają być widoczne), ale i realnie wróciło na drogę rozwoju. Głosy o podobieństwie Pucharu w Skomielnej do ?starego grand prix?, czyli zawodów, które wychowały pokolenie najlepszych polskich kolarzy górskich sugerują, że to jest dobry kierunek. Mając w pamięci zeszłoroczny Puchar Polski w Tuchowie (odbędzie się również w tym roku), wiedzę o udanych imprezach w Boguszowie-Gorcach i wyścigu Mai Włoszczowskiej czy zaangażowanie kilku innych, lokalnych organizatorów, wierzę, że jeśli budżety lokalnych klubów wytrzymają, najbliższe sezony w polskim cross-country mogą być całkiem ekscytujące.

  • Jak bardzo popularne mogą być maratony?

    Jak bardzo popularne mogą być maratony?

    Oburzony uczestnik krakowskiego Skandia Maratonu napisał do gazety. Według niego trasa była zbyt trudna. Cóż, taka cena rosnącej popularności zawodów kolarskich.

    Mam coraz większy problem z maratonami mtb. Masowy charakter tych imprez w połączeniu z brakiem realnej hierarchii powodują, że zupełnie nie wiem, jak je traktować.

    Owszem, reaktywowaliśmy Puchar Polski, jedyne, oprócz mistrzostw kraju zawody, które przynajmniej na papierze mają jakiś prestiż. Kilkunastu zawodników, rywalizujących o punkty i nagrody finansowe to faktycznie czołówka. Równocześnie rzut oka na wyniki pozwala zauważyć, że sama licencja oraz deklaracja uczestnictwa w Pucharze nie decyduje o poziomie sportowym zawodnika. Tak czy inaczej przynajmniej wiadomo, jaki jest cel przyświeca uczestnikom.

    Z drugiej strony mamy dziesiątki imprez, które różnią się od siebie charakterem trasy, frekwencją, nagrodami, promocją, obecnością w oficjalnym kalendarzu Polskiego Związku Kolarskiego itd. Realnie jednak nie różnią się od siebie niczym.

    Również sam nie do końca jestem w stanie określić, na jakich zasadach biorę udział w takich wydarzeniach. Skoro nie równam się zawodnikom ścisłej czołówki, fakt, czy zajmę 9, 17, 22 czy 34 miejsce ma znaczenie drugorzędne, na co wskazuje strata do zwycięzcy. W związku z tym uczestnictwo w maratonie ma charakter wyłącznie hobbystyczny.

    Mimo wszystko mam pewne doświadczenie w sporcie wyczynowym, zawodów kolarstwa górskiego przejechałem multum. Zatem moje wyobrażenie, zarówno jako pasjonata i praktyka, o sensownie przeprowadzonym wyścigu mtb jest całkiem uzasadnione.

    W krakowskiej Skandii nie wystartowałem. Wybrałem bardziej kameralną imprezę na Słowacji, rozważałem również propozycję Cyklokarpat w Kluszkowcach. O swoich motywach napisałem tutaj.

    Jedno z najtrudniejszych miejsc na krakowskim Skandia Maratonie.

    Ścieżki, którymi Lang Team poprowadził swoją trasę znam na pamięć, jeżdżę nimi od ponad 20 lat. Mogę więc śmiało stwierdzić, że runda każdego z dystansów była całkiem uczciwa jak na maraton rozgrywany na obrzeżach milionowej aglomeracji. Było się gdzie zmęczyć, pojawiały się elementy wymagające umiejętności technicznych, w przeciwieństwie do lat ubiegłych ograniczono odcinki asfaltowe. Krakowska Skandia 2015 była więc najtrudniejszym maratonem w tym mieście od dobrych kilku lat, co nie zmienia faktu, że była dość typową trasą terenową.

    Tyle tylko, że na tę ?typową trasę terenową? zostało zaproszonych wiele osób, dla których nawet popularne ścieżki w uczęszczanej przez krakowskich rowerzystów miejscówce, jaką jest Lasek Wolski, okazały się nowością i sporym wyzwaniem.

    Cóż, Michał Kwiatkowski, Rafał Majka, Maja Włoszczowska coraz częściej goszczą w mediach, rowery rodzimych marek reklamowane są w telewizji, Czesław Lang (i nie tylko on) zachęca, by każdy kto ma ?dwa kółka? przyjechał i wziął udział. W Krakowie pojawiło się więc 1800 rowerzystów. W miniony weekend w Wałbrzychu, zatem dalej od metropolii i i w teoretycznie trudniejszym terenie, trasę Bikemaratonu pokonało 1300 osób.

    Dochodzimy więc do granicy popularności, która powoduje, że tak jak w maratonach biegowych, dla wielu osób sukcesem faktycznie staje się osiągnięcie mety. Tam wśród tysięcy uczestników spora część dostaje medal nie biegnąc nawet ? dystansu, uprawiając raczej rodzaj wycieczkowego marszobiegu. Tak samo jest i będzie jeszcze bardziej z rowerzystami.

    Jedyny problem, to sprawa bezpieczeństwa. Wycieńczony biegacz co najwyżej siądzie na ławce i okryją go folią NRC. Rowerzysta może wpaść na drzewo lub swojego kolegę, doznać lub spowodować poważne obrażenia. Faktycznie oznaczenie i zabezpieczenie tras maratonów mtb kuleje od lat i opiera się w dużej mierze na czujności i rozsądku startujących. Jeśli coś trzeba poprawiać, to właśnie ten element.

    Na zdjęciu okładkowym zawodnicy Skandia Maratonu 2014

    Wspomnianą we wstępie skargę uczestnika maratonu linkowałem w dzisiejszym loverove, możecie ją znaleźć tutaj.

  • Gdzie było najfajniej?

    Gdzie było najfajniej?

    Pora zacząć czas podsumowań. Rok się kończy, nie ma lepszego momentu na zestawienia, wyróżnienia i dobre wspomnienia. Zaczynam od sprawy najprostszej. Spośród wszystkich imprez rowerowych, w których uczestniczyłem, wybrałem najlepsze.

    Budżet i sprzęt nie pozwoliły w pełni zrealizować przedsezonowych planów, ale i tak w 2014r zaliczyłem kilkanaście startów. Nie oddalałem się więcej niż 220km od Krakowa, stąd też zestawienie ma charakter południowo-lokalny. Starałem się jednak zadbać o różnorodność, myślę więc, że wybór, jeśli nie w szczegółach, to co do zasady ma spory sens i można go potraktować bardziej uniwersalnie. Drugim, ważnym elementem jest oddzielenie własnego samopoczucia i wyniku sportowego od jakości imprezy jako takiej.

    Najlepsza trasa XC

    Spośród wszystkich wyścigów cross country, z którymi miałem okazję się zapoznać w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwyciężył debiutant. Zorganizowana ad hoc przez Mirka Bieniasza i jego ekipę eliminacja Pucharu Polski w Siedliskach-Lubaszowie koło Tuchowa okazała się wyjątkowo atrakcyjną propozycją. Około czterokilometrowa runda była techniczna i wymagająca kondycyjnie, urozmaicona i kompletna. W ramach nadążania za współczesnymi trendami dołożono jedną, sztuczną skocznię, pozostałe atrakcje wykorzystywały ukształtowanie terenu.

    Najlepsza trasa maratonowa

    Słowacki Kralovsky Maraton to w mojej ocenie kompletna i uniwersalna propozycja dla miłośników XCM. Nie wiem, co by na to powiedzieli wyznwacy rozwiązanej sekty ?Pure MTB?, ale zawiera ona w sobie wszystko, co potrzeba. Dystans (60km/2200m na mega i 90km/3500m na giga), zdobyta maksymalna wysokość (ponad 1000m n.p.m.), elementy techniczne (fragmenty pokrywają się z odcinkami specjalnymi enduro), ?pogodoodporność? (szutrowa lub łatwo przesiąkająca nawierzchnia) i wreszcie aspekt turystyczno-widokowy (ostatnie kilometry w otoczeniu ruin Spiskiego Hradu). Do tego właściwie bezbłędna organizacja i oznaczenie. Byłem tam drugi raz i już teraz wpisałem Kralovsky Maraton jako ?must ride? w sezonie 2015.

    Najlepszy posiłek regeneracyjny

    Jak wiecie, zwracam uwagę na to, co serwują organizatorzy w ramach wpisowego. Jak zawsze w tym roku było różnie, kilka razy zostałem pozytywnie zaskoczony. Dobry, równy poziom trzymają w tej kwestii Słowacy, ale wyróżnienie wędruje do Jasła i tamtejszego bufetu po maratonie Cyklokarpat. Solidna porcja uczciwych pierogów, do tego w wyborze kilku rodzajów oraz możliwością wybrania wersji wege lub z omastą zasługuje na nagrodę. Pierogi nie tylko są tożsame z dobrym makronem w kwestii wartości odżywczych, to jeszcze wymagają więcej trudu by je przygotować i przetransportować. Jak widać się da, wystarczy tylko chcieć!

     

    Największe zaskoczenie

    Seria maratonów Cyklokarpaty. Niby to lokalne ściganie, ale tam, gdzie byłem (Jasło i Wierchomla) dostałem pełen pakiet wrażeń niczym na poważnych, ogólnopolskich zawodach. Dobry poziom sportowy, uczciwe trasy z bardzo dobrym oznaczeniem, właściwy pomiar czasu, bufety, posiłek i z tego, co wiem, to dające radę nagrody. Do tego dobra osbługa biura zawodów, także drogą mailową. Cyklokarpaty w statystykach ilościowych łapią się ledwo na koniec pierwszej dziesiątki, ale zdecydowanie zasługują na uznanie. Z pewnością jesteście wskazać inne, regionalne serie imprez, które spokojnie mogłyby konkurować z potentatami. Ja trafiłem właśnie na tę i byłem w pełni usatysfakcjonowany.

    Tam najlepiej się bawiłem

    Puchar Szlaku Solnego w Orawce, czyli ściana deszczu, strome niczym ściana zbocze i stado mokrych korzeni. Wybierając tę serię imprez wiem, na co się piszę i zazwyczaj to dostaję. Krótko mówiąc hardcore, ale z głową. Wiele wskazuje na to, że sporo zależy od podejścia - jeśli jadę z nastawieniem, że chcę się upodlić i to dostaję, jestem kontent.

    Kilka rozczarowań

    Nie wszystko, wszędzie grało jak należy. W tym sezonie kilka razy zobaczyłem rzeczy, których nie spodziewałbym się w 2014r. Ciągle zdarza się, że zawodnicy dostają na mecie porcję rozgotowanych (a równocześnie zimnych) kluch z rozwodnionym przecierem pomidorowym pod dumną nazwą ?pasta party?. Starty potrafią się opóźniać a wpuszczanie do sektorów startowych przypomina spęd bydła. Można też trafić na imprezę z regulaminem i harmonogramem, który jest czysto umowny a nagrody mają wartość ironiczną. Ważne jest jednak to, że poziom świadczonych usług wydaje się podnosić i takie przypadki są raczej wyjątkami niż regułą.

  • Utrzymujemy polskie kolarstwo

    Utrzymujemy polskie kolarstwo

    Tego zdania zabrakło w komunikatach prasowych Lang Teamu promujących Skandia Maraton i maratonowy Puchar Polski. Wszystko wskazuje na to, że od przyszłego roku nie będzie monopolu na organizację najważniejszych długodystansowych wyścigów w kraju.

    Praca nad wizerunkiem, to proces ciągły. Trzeba uważać, aby nie popełnić błędu, śledzić trendy i zachowywać czujność. Często bywa tak, że operując według wymyślonego przez siebie schematu można pominąć jakiś istotny fakt.

    Tak stało się w przypadku maratonów Lang Teamu, sponsorowanych przez Skandię, tak dzieje się w przypadku wielu innych imprez. Czesław Lang organizuje maratony mtb od 2007r. Po dziewięciu sezonach jego cykl jest w pierwszej trójce najbardziej popularnych, rowerowych imprez masowych w kraju. Od czterech lat, z braku innych zainteresowanych, w ramach ?Skandii? organizowano również Puchar Polski dla zawodników z licencjami PZKol.

    Tu zaczyna się problem. Idea maratonów Langa to raczej ?kolarstwo dla wszystkich? niż wyścigi dla kolarzy wyczynowych. Czego by nie mówić, od początku lat dziewięćdziesiątych, pierwszy polski zawodowiec a obecnie biznesmen z sukcesami promuje kolarstwo i rower we wszystkich możliwych aspektach. Część pomysłów jest trafionych, część to ślepe uliczki, ale ważne jest jedno. Tour de Pologne, Grand Prix MTB, Mini Tour de Pologne i Skandia Maraton w połączeniu z ?odwieczną? współpracą z Telewizją Publiczną powodują, że zawodnicy i ich sponsorzy mają swój czas antenowy. To sprawia, że wyczynowa jazda na rowerze nie została włożona między bajki wraz z upadkiem legendarnego Wyścigu Pokoju.

    skandia (89 of 138)

    Wracając do meritum, wraz z balonami reklamowymi wspólnymi dla wszystkich imprez Langa szedł komunikat: niech przyjdzie do nas każdy, kto ma rower. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w pierwszych sezonach, trasy maratonów Skandii były na poziomie trudności konkurencyjnych, górskich serii. Wraz z otwieraniem się na nowych użytkowników konieczne było uproszczenie rund, co zbiegło się niestety z włączeniem do struktury imprez Pucharu Polski. I wtedy się zaczęło?

    Mistrzowie internetowego hejtu przystąpili do ataku. Maratony Skandii odsądzano od czci i wiary a sami zawodnicy, choć rzadko publicznie, wypowiadali się o poziomie pucharowych tras z nutą ironii. Owszem, rozgrywanie najważniejszej serii imprez mtb w kraju w co do zasady płaskim terenie jest pomyłką, ale tak naprawdę Czesław Lang nie zadbał o właściwy PR. Jego maratony były w tym czasie jedynymi z nielicznych, które dawały kolarzom zarobić, zarówno pośrednio jak i bezpośrednio. Fakt, który znajdziecie w artykule o reformie Pucharu Polski w mtb-xc jest mało znany. Przez cztery lata pula nagród (w gotówce!) wyniosła dwieście tysięcy złotych, co daje pięćdziesiąt tysięcy rocznie. Nie w lampkach rowerowych, za dużych koszulkach i drucianych, kilogramowych oponach, tylko w złotówkach. Dołączając do tego relacje telewizyjne, dzięki którym wielu zawodników mogło przekonać sponsorów do wsparcia otrzymujemy jednoznaczny wynik. Lang po raz kolejny utrzymał przy życiu część polskiego kolarstwa. Czy nie chciał się tym chwalić, czy o tym zapomniał, nawet, jeśli zrobił to mimochodem, istotny jest fakt, że o tym głośno nie mówił.

    Morał? Po pierwsze dobrze, że Puchar Polski planowany jest jako bardziej różnorodna rywalizacja. W ten sposób porównać będą się mogli nie tylko zawodnicy, ale i organizatorzy. Po drugie, zdjęcie ciężaru ciągłej obecności zawodowców dobrze zrobi samym maratonom Skandii, które będą mogły być teraz realną propozycją ?kolarstwa dla wszystkich?. Wszystkim to wyjdzie na zdrowie. Po trzecie wreszcie będzie dobrze, jeśli w nowym układzie będziemy oceniać realną wartość poszczególnych imprez. I po czwarte, najważniejsze, uczciwie to komunikować.

  • Ageizm i seksizm

    Ageizm i seksizm

    Trafiłem na ciekawą analizę nagród finansowych w wyścigu Cape Epic. Choć pula dla mężczyzn jest taka sama, zwycięskie panie zgarnęły sporo więcej niż panowie. Dlaczego? Cóż, rywalek było mniej a stawka o wiele bardziej zróżnicowana.

    Artykuł opisujący problem znajdziecie tutaj. Z szerszej perspektywy to tak zwane ?bicie piany?. Nagrody na Cape Epic są na tyle zacne, że zwycięzcy wracają do domów z pokaźną sumką. Ponad 200 tysięcy randów (ok. 14tys euro) to rzadkość nie tylko w mtb, a nawet na szosie. Zwycięzca Tour de Pologne dostał w tym roku samochód lub jego równowartość w gotówce, czyli ok. 17tys euro. Impreza kategorii 2.1, np. Szlakiem Grodów Piastowskich to już znacznie mniej – ok. 5tys euro. Jedyny sensownie płatny wyścig dla kobiet, czyli tegoroczny La Course, organizowany przy okazji finału Tour de France na Polach Elizejskich dało zwyciężczyni 6tys euro. Trzeba oczywiście pamiętać, że Cape Epic to etapówka a La Course to jednodniowy klasyk.

    Cóż, kolarstwo to nie jest najlepiej opłacany sport, nawet na najwyższym poziomie zawodowstwa. A im niżej, tym gorzej. Co więcej, zawody pod patronatem UCI lub znajdujące się w kalendarzach narodowych związków, mają przynajmniej regulowane przepisami stawki. W zawodach otwartych panuje wolna amerykanka, co więcej pojawiają się realne nierówności.

    Standardem jest, że ścigające się na tej samej trasie i dystansie kobiety dostają nagrody dwu-trzykrotnie niższej wartości niż mężczyźni. Jest to pewien standard nie tylko w Polsce, podobną sytuację spotkałem w tym roku na Słowacji. Idealnie zorganizowany Kralovsky Maraton zostawia pewien niesmak w momencie, gdy najlepsza zawodniczka dużego dystansu dostaje w kopercie dwa razy mniej niż mężczyzna a kolarkom na krótszych trasach wręczane są wyłącznie kwiaty. Z  drugiej strony, lepszy już bukiet niż lampka z Lidla ;). Słowaków ratuje to, że na wielu imprezach organizowana jest tombola z cennymi nagrodami (których ilość i wartość wywieszana jest w biurze zawodów do wglądu).

    Kolejne nierówności pojawiają się, gdy dzielimy zawodników nie tylko ze względu na płeć, ale i na wiek. Na imprezach masowych, gdzie organizator poza kategorią ?open? postanawia wyróżniać także kategorie wiekowe, często zaczyna się cyrk. I znów, wracając do Cape Epic, autor analizy zauważa, że dla kobiet-zawodowców, które miały mniej rywalek i w klasyfikacji open, przewidziano sowite wynagrodzenie w przeciwieństwie do jadących niemal tempem elity mężczyzn mastersów. Cóż, moje prywatne zdanie jest takie, że masters, jakkolwiek szybko by nie jechał, jest z definicji kategorią amatorską i zgłaszając się w niej trzeba się liczyć z amatorskich traktowaniem. Z drugiej strony, skoro już dzielimy się na grupy, w czym jedna jest lepsza od drugiej? Co więcej, często nagrody przyznawane są według indywidualnych preferencji a nie obiektywnych kryteriów, z których jedynym sensownym wydaje się w tym wypadku liczebność danego segmentu wydzielonego ze względu na wiek lub płeć.

    Czy więc jedyna gwarancja, jeśli nie równego, to przynajmniej jasnego traktowania to start w zawodach oficjalnych? Regulaminy imprez określonej rangi zatwierdzane przez PZKol (lub wyżej, przez UCI) obligują do wypłaty nagród właściwej wysokości. Juniorzy, młodzieżowcy, elita kobiet i elita mężczyzn wiedzą, ile i czego dostaną. Są sportowcami wyczynowymi, są więc traktowani z należytą estymą (inna kwestia to wartość całej puli nagród, ale tym razem nie chodzi o to a o szeroko pojęte zasady). Pozostałe kategorie to amatorzy, tak samo jak uczestnicy imprez nieoficjalnych. Za wolność bycia niezrzeszonym płacisz więc ryzykiem niepewnego wynagrodzenia. Pytanie, czemu musisz płacić również za swój wiek (nie wystarczy ZUS?) i płeć, na które nie masz wpływu?

  • Liczby, liczby

    Liczby, liczby

    Redakcja mtbnews.pl podsumowała sezon polskich maratonów mtb. Bez komenatrza, za to w suchych liczbach bezapelacyjnym zwycięzcą statystyk jest seria Bikemaraton.

     

    Pełne zestawienie znajdziecie tutaj. Bikemaraton zgromadził największą średnią liczbę uczestników, do tego cyklu należy również rekord pojedynczej imprezy. Pod względem ?osobostartów? (nie mylić z indywidualnymi uczestnikami) najwyżej uplasowała się Mazovia, ale trzeba pamiętać, że składała się z siedmiu eliminacji więcej niż Bikemaraton. Jeśli brać pod uwagę średnią i największą frekwencję na konkretnym wyścigu, na trzecim miejscu plasuje się Skandia. Zaliczany przez wiele lat do czwórki najważniejszych graczy na rynku MTB Marathon kontynuował tendencję spadkową i w swoim ostatnim sezonie funkcjonowania znalazł się pod koniec stawki.

     

    Co z tego wynika? MTB-XC.pl sugeruje, że nie liczy się ilość a jakość. Cóż, jest w tym oczywiście racja, ale poza liczbą uczestników, trudno znaleźć element, według którego można by ocenić sukces lub porażkę danych zawodów. Wyróżniająca się pod tym względem Skandia, będąca równocześnie Pucharem Polski była powszechnie krytykowana za niski poziom tras, co odbiera jej część należnego prestiżu. Z drugiej strony brak chętnych na ofertę ?Pure MTB? sprawił, że trudno dalej uznawać za istotną serię, która przegrywa z cyklami stricte regionalnymi.

     

    Budujące jest co innego. Maratony MTB podążają za modą na sport masowy. Dobrych kilka tysięcy ludzi w kraju regularnie startuje w otwartych dla wszystkich wyścigach. Abstrahując od motywacji, poziomu sportowego, zamożności portfela i ostatecznego efektu, to najcenniejsza konsekwencja wciąż rozrastającej się oferty organizatorów. Jakość maratonów, zabezpieczenia, obsługi czy tras zostawmy na tę chwilę na boku. Mimo licznych niedogodności i sporych kosztów, chcemy próbować swoich sił w zorganizowanym ruchu na świeżym powietrzu i to jest niepodważalne.
    ?Mówią na mieście?, że idą zmiany i niewykluczone, że wkrótce będzie można pracować także nad wyczynowym aspektem imprez masowych. Pora zacząć przekuwać ilość w jakość, tym bardziej, że grupa osób zainteresowanych czymś więcej niż samym uczestnictwem również się zwiększa. Zatem gratulacje dla zwycięzców, słowa otuchy dla przegranych i chwila ciszy dla tych, którzy zrezygnowali z dalszej zabawy. Sezon 2015, jakkolwiek by nie wyglądał, powinien być zupełnie inny niż ostatnich kilka.

  • To kto w końcu był najlepszy?

    To kto w końcu był najlepszy?

    Koniec sezonu mtb skłania do zadania pytania: to w końcu kto był najlepszym maratończykiem? Mistrz Polski, który wygrał jeden z nielicznych wyścigów o obiektywnym prestiżu? Najszybszy kolarz Pucharu Polski, powszechnie krytykowanego za niską jakość tras? A może zawodnik, który zwyciężył w najpopularniejszej serii? A może w tej, uznawanej powszechnie za najtrudniejszą? Czy może wreszcie najlepszy jest ten, kto uzyskał najbardziej wartościowe rezultaty w zagranicznych startach?

    Dwa pierwsze pytania nieco ułatwiają tę rozgrywkę. Mariusz Kowal, po powrocie na polskie trasy mtb wygrał zarówno koszulkę z orłem jak i puchar kraju. Można krytykować poziom tras Skandia Maratonu, można gderać, że walka o medale nie rozgrywa się w górach, ale pewne jest jedno. Zarówno mistrzostwa jak i puchar Polski to imprezy, w których rywalizują kolarze wyczynowi, czasem nawet zawodowcy. Gdy skierują swoją uwagę na zawody amatorskie, czy też otwarte, zazwyczaj je wygrywają a jeżdżąc za granicę nie stoją na straconej pozycji a często są w stanie rywalizować z tamtejszą czołówką.

    skandia (89 of 138)

    Kolarstwo to sport, w którym zwycięża najszybszy. Oceny za wartość artystyczną przyznawane są na lodowiskach, planszach i trampolinach. Olbrzymia segmentacja rodzimego rynku imprez mtb, do tego bez wyraźnej hierarchii i systematyki, sprawia jednak, że pozornie prosta sprawa komplikuje się.

    W ciągu kilku ostatnich lat rynek wyścigów w kolarstwie górskim niezwykle się rozwinął. Przybyło ciekawych serii imprez, tysiąc zawodników na starcie przestało być wyjątkowym wydarzeniem. Z drugiej strony, poza mistrzostwami kraju, brak jest wyścigów, które miałyby w sobie ducha elitarności i pobudzały wyobraźnię na tyle, by zachęcić do startu wszystkich. Sytuacja, gdy najlepsi zawodowcy, amatorzy i aspirujący kolarze wyczynowi spotykają się razem na jednym wyścigu jest ewenementem. Co więcej, dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Ilość czynników, które na to wpływają jest doniosła. Układy sponsorskie (zawodnik jedzie na imprezę, którą wspiera jego mecenas), medialne (pojawia się tam, gdzie zgadzają się patroni), osobiste (nie wszyscy chcą swoim nazwiskiem firmować wydarzenia organizatorów, którzy lekceważą uczestników) czy finansowe (nawet kolarzy wyczynowych nie zawsze stać na dalekie dojazdy i kosztowne remonty sprzętu a nagrody finansowe kuszą) przysłaniają aspekt sportowy.

    myslenice (11 of 118)

    Z drugiej strony ma to też pozytywny wymiar. Będąc w porywach średnim zawodnikiem, a wykazując się pewną dozą determinacji i regularności, można znaleźć dla siebie niszę, w której zostanie się wyróżnionym. Dekoracja w kategorii wiekowej na wybranym dystansie, serii imprez kolidującej z większym i bardziej popularnym cyklem jest w zasięgu sporej grupy ludzi. Jeśli jednak myślisz, że bez kłopotu można wskoczyć na podium, jesteś w błędzie. Bywa, że lokalne ?ogórki? są lepiej obsadzone (choćby z powodów wymienionych wyżej) niż ?ogólnopolskie maratony? i nie raz i nie dwa można się poważnie zdziwić.

    Etos ?prawdziwego kolarstwa górskiego? można uznać za martwy, przynajmniej w wydaniu zawodniczym. Każdy, kto ma rower i lubi sportową rywalizację może ścigać się, gdzie mu pasuje najbardziej. Ja swoje ?Pure MTB? znajduję między taśmami wyścigu xc, gdzie na 20 kilometrach trafiam na więcej trudności niż na niejednym Giga maratonie. Kto inny za takie uzna ?telewizory? w Karpaczu a kolejny zawodnik piaszczysty interwał na pojezierzu czy innym pogórzu. Gdy jednak na starcie staną najlepsi, nie będzie miało znaczenia, gdzie rozgrywany jest wyścig. Zwyciężą prawdziwi kolarze a chłopcy od mężczyzn zostaną oddzieleni już na pierwszym wiadukcie, jeszcze przed wjazdem w teren.

  • XCO rządzi!

    Cross country jest piękną konkurencją kolarską, co potwierdziły zakończone mistrzostwa świata w Norwegii. Ma swojego króla – Juliena Absalona, jest piekielnie wymagające a przy tym widowiskowe. Co więcej, jeszcze kilka lat temu sądziliśmy, że będziemy ?drugą Szwajcarią? światowego mtb. Były zadatki, by wraz z Helwetami rządzić i dzielić rzeczywistością grubych opon. Póki co dopadły nas ?przejściowe trudności?, co nie zmieniło faktu, że transmisje z Hajfell oglądałem z przyjemnością.

    Mistrzostwa herosów

    Tegoroczny sezon XCO śledziłem uważniej niż w poprzednich latach. Jestem pod wielkim wrażeniem poziomu sportowego, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Moc, jaką trzeba dysponować, by liczyć się w walce o czołowe lokaty jest ogromna a do tego należy doliczyć techniczną wirtuozerię i odwagę. Stosunek mocy do masy ciała musi być zbliżony do wartości, jakimi cechuje się czołówka Tour de France a do tego pretendent nie tylko do tytułu, ale i do uniknięcia ?dubla? musi skutecznie skakać, pokonywać ?rock gardeny? i bandy niczym z zawodów downhillowych.

    Mistrzostwa rowerów

    Nie przypominam sobie zawodów o najwyższą stawkę, na których tak wielkie różnice dotyczyły sprzętu. Ilość zmiennych i ich kombinacji sprawiła, że nie była to do końca równa rywalizacja. Dwa rozmiary kół: 29 i 27,5? w połączeniu z możliwością użycia ramy sztywnej lub amortyzowanej wraz ze zobowiązaniami względem sponsorów-producentów to dość skomplikowany zestaw. Catharine Pendrel do maksimum wykorzystała możliwości, jakie na technicznej trasie dała jej nowa Orbea Oiz. Julien Absalon, który w pucharze świata przegrywał z Nino Schurterem i jako jeden z nielicznych w czołówce używał hardtaila, tuż przed najważniejszym wyścigiem sezonu wsiadł na fulla i wygrał tęczową koszulkę ze sporą przewagą. Z kolei Maja Włoszczowska na sztywniaku 27,5? nie tylko męczyła się na zjeździe, to jeszcze złapała gumę, co wyeliminowało ją z walki o medale. Z drugiej strony na jednym odcinku trasy (bardzo wymagającym, ale przejezdnym), gdy wyścig już się nieco ułożył, zarówno panowie jak i panie w większości przypadków biegli z rowerami. Widocznie tak było najbardziej ekonomicznie, zatem ani rozmiar kół, ani amortyzacja nie decydowały bezpośrednio o przewadze, raczej taktyka, umiejętności oraz właściwe decyzje podejmowane we właściwym czasie.

    Legalny streaming to jest to!

    W tym sezonie Red Bull oferował relacje na żywo z większości ważnych wydarzeń mtb. Poziom transmisji w internecie jest na bardzo wysokim poziomie. Co więcej, obraz z mistrzostw świata opatrzony był świetnym komentarzem (w roli eksperta wystąpił Bart Brentjens). W moim pakiecie cyfrowej TV nie mam Polsatu Sport Extra, zatem na rękę było mi, że nie było ograniczeń terytorialnych w odbiorze online. Również oficjalny kanał UCI na youtube oferował dobrze zmontowane, trzymające właściwy klimat klipy podsumowujące kolejne wyścigi. To duży krok w stronę właściwej promocji mtb. Z drugiej strony nie wiem, jaka była oglądalność relacji na żywo, ale ilość wyświetleń wideo na youtube nie powala (rekordzistą jest zapis GoPro z finału eliminatora, który przekleiła choćby większość liczących się fanpejdży rowerowych w Polsce, z zaledwie 200tyś wyświetleń, pozostałe klipy nie przekraczają 20tyś wyświetleń). Zatem powiedzmy sobie szczerze, mtb nadal #nikogo.

    Król Julian

    Król jest tylko jeden

    Julien Absalon zasłużył na miano legendy kolarstwa górskiego. Dwa tytuły mistrza olimpijskiego, trzy tęczowe koszulki, pięć wygranych klasyfikacji generalnych pucharu świata. Gdy wydawało się, że jego kariera będzie powoli dobiegać końca, w tym roku wzniósł się na absolutne wyżyny. Mimo kontuzji w połowie sezonu, po pięcioletniej przerwie wygrał puchar świata a do tego, choć w ostatnich tygodniach przegrywał z Nino Schurterem, był w stanie zmobilizować się na najważniejszy wyścig w roku. Był silniejszy fizycznie od Szwajcara a oprócz tego w ciągu zaledwie kilku dni przesiadł się z hardtaila na fulla i zniwelował przewagę, jaką jego rywal miał na odcinkach technicznych. Zagrał va banque, co się opłaciło. Na dwa lata przed Igrzyskami Olimpijskimi znów możemy rozpatrywać Absalona jako kandydata do złota! W tym samym wieku co on jest nowa mistrzyni świata, Catharine Pendrel. Kanadyjka nie jest aż tak utytułowana co Francuz, ale z dwiema wygranymi w klasyfikacji pucharu świata oraz dwiema tęczowymi koszulkami zalicza się do najwybitniejszych postaci tego sportu. Swój wyścig rozegrała inaczej niż Absalon. Zaatakowała zaraz po starcie, zdobywając półminutową przewagę, którą nastęnie utrzymywała sprawnie pokonując zjazdy. Jako jedna z nielicznych kobiet jechała na rowerze w pełni amortyzowanym, co z pewnością zadziałało na jej korzyść.

    A co z Polakami?

    Sporą dyskusję na facebooku wywołał brak naszej sztafety. Nie chcę się powtarzać, więc w skrócie zarysuję sytuację. Oficjalnym powodem było zgrupowanie wysokogórskie, w którym uczestniczyli nasi zawodnicy elity. Rówocześnie do Norwegii pojechał zaledwie jeden junior, który startował dzień po wyścigu rozstawnym, zatem ?pierwszy skład? był niedostępny, ?drugiego? postanowiliśmy nie wystawiać. Nie będę polemizował z wieloletnimi praktykami oraz ludźmi z tytułami naukowymi w kwestii metodologii przygotowań. Mogę natomiast wypowiedzieć się w duchu zdroworozsądkowym. Uczestnikom innych narodowości, bez względu na kategorię wiekową, start drużynowy nie przeszkodził w osiągnięciu dobrych rezultatów indywidualnych. Jolanda Neff, Nino Schurter, Michiel Van Der Heijden, Jordan Sarrou czy Simon Andreassen decydowali o obliczu swoich sztafet a zaraz potem zdobywali medale solo. Z drugiej strony żaden z naszych reprezentantów nie pojechał indywidualnie wyraźnie lepiej niż można by się tego spodziewać. Decyzja, by, jako w zasadzie jedyny, jakkolwiek liczący się w mtb kraj, nie wystawić drużyny była co najmniej dziwna.
    Duńczyk, Simon Andreassen jedzie po złoto w kategorii juniorów
    Aby była jasność, Anna Szafraniec oraz Katarzyna Solus-Miśkowicz mają za sobą dobry wyścig (miejsca w top20) a Marlena Droździok zmieściła się w top10 juniorek. Z kolei Marceli Bogusławski robił co mógł, ale ustawienie na starcie w jednym z tylnych rzędów z pewnością mu nie pomogło w walce z czołowymi juniorami (tu kłania się brak zawodów z kalendarza międzynarodowego UCI na terenie naszego kraju, by zawodnicy mogli zdobywać punkty do rankingu na miejscu a nie wydawać sporych pieniędzy na podróże!). Monika Zur na dwudziestym miejscu w U-23 to przyzwoity rezultat, a występ Bartłomieja Wawaka, potencjalnie drugiego najmocniejszego zawodnika mtb w kraju zakończył się przedwcześnie. Maja Włoszczowska nie zawiodła, to kolarka, która od wielu lat znakomicie spisuje się na imprezach mistrzowskich a w Norwegii zaprezentowała formę godną medalu. Należy jednak zauważyć, że pech (w postaci defektu, ale w przeszłości zdarzały się jej również groźne upadki i kontuzje) przytrafia jej się ponadstatystycznie często, co z pewnością skłania do refleksji. Z kolei Marek Konwa ma nieco gorszy sezon i na mistrzostwach pojechał na prezentowanym przez siebie poziomie. Nie mając więc pretensji do samych zawodników, występ całej kadry, trzeba ocenić jako najwyżej przeciętny, zwłaszcza porównując go z potencjałem, jaki mamy w stosunku do państw ościennych. Z pewnością rzutuje na to brak sztafety oraz skromnych rozmiarów reprezentacja. W tym miejscu muszę, nie po raz pierwszy, przytoczyć argument gospodarczy. Nie jesteśmy krajem co do zasady biedniejszym niż wielu naszych konkurentów, zatem pytanie, gdzie tkwi problem pozostawiam otwarte.

  • #Nikogo

    #Nikogo

    Obrazek sprzed dwóch tygodni. Maraton ogólnopolskiej serii, meta ustyuowana w popularnym miejscu turytycznym. Kolejni kolarze przejeżdżają przez dmuchaną bramę. Cisza, wiatr hula między balonami i banerami. Spacerowicze plączą się w rozwieszonych taśmach.

    Nie będę dramatyzował, to nie jest żadna trauma, choć poczucie obcowania z jakimś alternatywnym uniwersum pozostaje. Nie będę też porównywał zawodów MTB w Polsce do Tour de France. Tłumy przy szosach w Yorkshire to temat na inny tekst, choć być może znajdzie się jakiś wspólny mianownik. Jeśli w szczerym polu staje milion ludzi tylko po to, by uczestniczyć w przejeździe kolumny wyścigu, trudno zrozumieć, dlaczego kolarstwo ma problem ze znalezieniem sponsorów.

    Wywiady, telewizja, prawie jak na Tourze ;)
    W Myślenicach, bo o tym konkretnym wydarzeniu piszę, tłumów nie było. Ba, nie było nikogo. Aby nie pozostawić wątpliwości: nie pastwię się nad Bike Maratonem, podobna sytuacja jest w zasadzie wszędzie. Z pewnością można znaleźć wyjątki, które potwierdzą regułę, ale poza imprezami Lang Teamu współpracującego z większością mediów w kraju, oglądać wyścigi kolarskie przychodzi ?pies z kulawą nogą?.
    Na XC przynajmniej w strefie bufetu ktoś stoi przy trasie
    Wspomniany Lang Team z resztą też nie wypada zbyt dobrze. Jeśli w miasteczku zawodów pojawia się ktoś niezwiązany z branżą rowerową, to raczej na skutek masowej reklamy. Przy niezerowym współczynniku konwersji, zachęcony przez bilboardy czy telewizję jakiś odsetek i tak w końcu przyjdzie. Zawody rowerowe, poza ofertą dla pasjonatów, rzadko kiedy oferują coś więcej osobom postronnym lub choćby przysłowiowym ?krewnym i znajomym królika?, którzy jakimś cudem przyjechali z zawodnikiem, by zobaczyć, o co właściwie w tym wszystkim chodzi. Syn, córka, mąż, chłopak - zawodnik znikają na kilka godzin w lesie a ojciec, żona, dziewczyna przeraźliwie się nudzą. Jeśli byliby Słowakami lub Czechami, zapewne wzięliby drewniane terkotki, poszli do lasu i dopingowali każdego kolarza. Na to trzeba poczekać albo i nie. Preferencje dotyczące sposobów spędzania wolnego czasu zmieniają się, ale niekoniecznie w tę stronę.
    Dzisiejszy wyczyn gazeta.pl
    Mam wrażenie, że problem leży nie w promocji lub jej braku, jak również nie w teoretycznym skapcanieniu społeczeństwa (biorąc pod uwagę karierę, jaką robi bieganie, to jeden z mitów). Nie obwiniałbym też mediów oraz ulubionego chłopca do bicia kolarskich fanów, czyli piłkarzy (choć dzisiejszy wyczyn gazeta.pl daje do myślenia).
    Finał Tour de Pologne 2013 w Wieliczce. W tle lokalna publiczność.
    Nasze imprezy są bardzo egocentryczne. Nastawione na uczestników a ci nastawieni są głównie na siebie. Jeśli zawody są w szczerym polu, to nawet świetna trasa i obecność kadry kraju nie zapewni widowni (chyba, że jesteśmy w Czechach). Jeżeli zawodnicy wjeżdżając na metę nie są odpowiednio anonsowani a spiker wymienia nikomu nieznane nazwiska, to przechodzień czy turysta, nawet na w zdrojowym parku w środku wakacji nie zatrzyma się przy mecie, bo nie będzie wiedział o co chodzi. A jeżeli w miasteczku zawodów będą same stosika z bike-porn sprzętem, jedyny efekt, jaki uzyskamy to konieczność odpowiadania na pytania ?ile kosztuje ten rower i czemu tak drogo skoro ja kupiłem w tesco za dwie stówki?. Wreszcie, jeśli gros uczestników wkrótce po przyjeździe na metę pakuje się i wraca do domu, bo i nie ma po co dłużej siedzieć, trudno, by zainteresowanie zawodami wyrażali laicy. Ściągnięcie i zatrzymanie potencjalnych kibiców to spora sztuka. Z tegorocznych obserwacji wynika, że również i w tej kwestii musimy się sporo uczyć od południowych sąsiadów.