Tag: Media

  • Promocyjny dysonans

    Promocyjny dysonans

    Miłym zaskoczeniem była dla mnie obecność kroniki Skandia Maratonu, na którą trafiłem włączając TVP w niedzielne popołudnie. W telegraficznym skrócie kilkukrotnie pojawiły się nazwy: miejscowości (Białystok), sponsora tytularnego (Skandia), organizatora (Lang Team) oraz nazwiska i kluby czołowych zawodników.

    Lang Team zawsze dobrze współpracował z TVP. „Publiczna” w sporej części odpowiada za sukces Tour de Pologne i awans wyścigu do światowej elity. Dużo łatwiej o finansowanie imprezy, gdy w dziale marketingu sponsora można policzyć odpowiedni zwrot z obecności w mediach. Czas antenowy w godzinach popołudniowych jest drogi, zatem wsparcie wyścigu pokazywanego w telewizji może być opłacalne. Przestaje się liczyć, co dana firma produkuje, jej logotypy mrugają w tle jadących kolarzy. Przekaz tak czy inaczej dociera do odbiorców a umiejętnie prowadząc kampanię można z towarzystwa sportu wycisnąć o wiele więcej.

    Z kolarstwem górskim jest nieco inaczej. Zawody są mniej prestiżowe, gwiazd również nie ma tylu co na szosie. Cross country czy maratony niby można podciągnąć pod dyscypliny ekstremalne, ale jak na tę kategorię brak im spektakularności. XC jest za to dyscypliną olimpijską, w której od lat, zwłaszcza w wydaniu kobiecym, odnosimy sukcesy. Z kolei maratony to piękny przykład sportu masowego, w który bawić mogą się całe rodziny. Tym samym otrzymujemy dobrą mieszankę dla Telewizji Publicznej. Nawet, jeśli same zawody trącają nudą, są niemal idealnie „misyjne”, zatem relacja zalicza się na plus przy negocjacjach z ustawodawcą czy Krajową Radą Radiofonii i Telewizji jako argument za istnieniem dotacji z budżetu.

    Po tej małej dygresji wróćmy do kroniki Skandia Maratonu. Trwała trzy minuty. Na początku migawka z Białegostoku. Super. Ładnie tam. Następnie Czesław Lang w firmowym trykocie i kasku mówi o bezpieczeństwie i ruchu na świeżym powietrzu. Fajnie – może to dobry pomysł na weekend z rodziną? Liczba uczestników: „ponad 700”. Plus przebitka na ojca z córką radośnie jadących parkową alejką. Cool… też tak chcę, inni też to robią. Cięcie. Puchar Polski. Andrzej Kaiser, Adrian Brzózka, rywalizacja, błoto, punkty, zawodowcy. Zaraz, to właściwie dla kogo ta impreza? Przeglądając pozostałe materiały, z poprzednich etapów serii Skandia, wygląda to tak samo.

    Dobrze, że któraś z serii maratonów ma realną promocję. Dobrze też, że, choć nieco wykrzywiony (informacje na ostatnią chwilę, niejasności regulaminowe itp.), rozgrywany jest w jej ramach Puchar Polski. Maratony Lang Teamu nie są ani najlepsze, ani najciekawsze, co do – słowo klucz w branży – organizacji można polemizować i toczyć boje, ale to bez sensu. Mają za to jeden, istotny wyróżnik. Próbują złamać schemat zamkniętych imprez dla, niemal zamkniętej społeczności, któremu hołduje większość serii maratonów mtb w kraju. Społeczności regionalnej, „hardcorowej”, miło spędzającej czas i tak dalej. Każdy może dobrać grupę do serii, z którą jest związany wedle upodobań.

    O tym, jak istotną rolę odgrywa dobry lub zły marketing można było się przekonać w Krakowie, gdy na wiosnę Lang Team poniósł frekwencyjną porażkę ze „społecznością” G&G Promotion. Zachęcić osobę nie związaną z tym sportem, że warto przyjść pokibicować a może nawet samemu wziąć udział po niewielkim przygotowaniu jest ciężko. Maraton mtb nie jest konkurencją łatwą do uprawiania a do oglądania nieco smętną. Mnogość kategorii, klasyfikacji, dystansów dodatkowo utrudnia pojmowanie całości. Imprezy masowe z natury są dla wszystkich. Zawodowcy to tylko niewielka część uczestników, czasem mierzona w promilach. Ale to oni nakręcają koniunkturę, pokazują granice wysiłku niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba. Wplatanie w to obrazków rodzin z dziećmi nie robi dobrze nikomu. W ten sposób sportowe wydarzenie zmienia się w piknik, na którym bliżej nieznani profesjonaliści zabierają amatorom zabawki.

    Przykład, że może być inaczej? Oczywiście maratony biegowe. Z imprez takich jak maraton londyński czy bostoński Eurosport przeprowadza pełnowymiarowe transmisje. Na żywo. Z 35 tysięcy uczestników w Londynie, kamera pokazuje najpierw 30, potem 20, 10 a na koniec pierwszą trójkę walczącą o najwyższe cele. Amatorzy są tłem. I fakt, że nie ma z nimi wywiadów w wiadomościach nie zmienia tego, że uczestnictwo samo w sobie jest marzeniem dla setek tysięcy ludzi na świecie.

    TVP i Lang Team robią dobrą robotę już samą prezentacją Skandia Maratonu szerokiej publiczności. Sponsorzy się cieszą, bo mają zwrot (patrz wyżej), jest więc szansa, że docelowo dzięki temu impreza się rozwinie. Czy jednak taka relacja pobudzi czyjekolwiek marzenia i sprawi, że będzie chciał poświęcić zimę, by wziąć udział w maratonie? Albo zmieni biznesmena z nadwagą w prawdziwego amatora sportu?

    Materiały filmowe ze Skandia Maratonu można zobaczyć tutaj: http://sport.tvp.pl/inne/wokol-sportu/sport-amatorski/magazyn/skandia-maraton-lang-team/wideo

  • Wyścigi małe i duże

    Wyścigi małe i duże

    Przykład wyścigów z końca sezonu dobitnie pokazuje, że system kategorii wyścigów UCI jest daleki od doskonałości. Wyścigi w Ameryce czy obecnie rozgrywany Tour of Britain mają tę samą kategorię co większość imprez w Polsce. Tyle, że ściga się na nich zupełnie kto inny a i zainteresowanie mediów jest odmienne.

    W Polsce mamy dwa wyścigi etapowe kategorii 2.1. Szlakiem Grodów Piastowskich oraz Wyścig Solidarności i Olimpijczyków. Etapowi drugiego z nich przyglądałem się, gdy zawitał do Krakowa (a w zasadzie do Nowej Huty). Refleksja numer jeden przyszła, gdy sporo miejsca w mediach zajęły wyścigi w USA. Obecnie, między Vueltą a tuż przed mistrzostwami świata kilku faworytów w walce o tęczową koszulkę ostatni szlif formy łapie w Tour od Britain.

    Mark Cavendish, Lars Boom i Thor Hushovd wygrywają etapy, prócz nich w peletonie znajdziemy wiele uznanych nazwisk, sześć ekip Pro Teams i cztery Pro Continental. Nieźle, prawda? Cyclingnews poświęca wyścigowi mniej więcej tyle miejsca co naszemu Tour de Pologne robiąc z niego spore wydarzenie. Niemcy z Radsport-News są nieco bardziej powściągliwi, ale i tak relacjonują, zamieszczają zdjęcia, wypowiedzi i tak dalej. Większość działów kolarskich liczących się mediów sportowych na świecie pisze o brytyjskiej etapówce. Bo i jest o czym.

    Tymczasem u nas, jeśli w redakcji jest jakiś pasjonat, czasami coś się uda wrzucić. Jeżeli wyścig przejeżdża tam, gdzie w dziale miejskim jest nieco wolnego miejsca, wtedy również można się spodziewać relacyjki lub przynajmniej kilku słów o pasjonatach „jazdy na dwóch kółkach”. Niby jest BGŻ Pro Liga. Gdzieś się nawet załapałem na krótkie skróty w TV (TVP Sport – ale kto ma do tego dostęp?, czasami TVP Info). Ogólnie jednak poza Tour de Pologne i Mają Włoszczowską sprawa de facto nie istnieje.

    Właściwie miałem poszukać różnic między dobrze opłacanymi i promowanymi wyścigami „na zachodzie” a imprezami tej samej kategorii w Polsce. W międzyczasie pojawiła się informacja o tym, że CCC przestaje sponsorować naszą jedyną ekipę Pro Continental. Można doszukiwać się różnych motywów, np. takiego, że marka Dariusza Miłka jest zaangażowana we wspieranie zbyt wielu bytów: grupy mtb, grupy szosowej, Polskiego Związku Kolarskiego oraz drużyny koszykarek. Sporo, trzeba było gdzieś obciąć i można to zrozumieć. Jednak czujny czytelnik zauważył na facebooku ciekawą rzecz. W sierpniu 2011 0 5,5% w stosunku do sierpnia 2010 spadły przychody ze sprzedaży detalicznej spółki NG2 SA (w jej skład wchodzi  CCC). W sierpniu. Czyli w miesiącu, gdy obecność marki w mediach była bardzo duża. Bo i Tour de Pologne i przetasowania w kadrze mtb i grupie CCC Polkowice i wreszcie drugie miejsce Włoszczowskiej na Pucharze Świata w Val di Sole.

    Pytanie więc, co jest nie tak? Gdzie zwrot z pakowanych w kolarstwo pieniędzy? Może bez powalających sukcesów, ale zawodnicy robią swoje i bronią się rezultatami. Rutkiewicz na podium Tour de Pologne nie stanął, ale po raz kolejny walczył i był w top10 wyścigu World Tour. Włoszczowska, owszem, zrobiła nieco kwasu w mediach, ale póki co wychodzi na to, że miała rację, bo wyniki jak były z trenerem Piątkiem, tak są i bez niego. Zagorzały kibic może czuć lekki niedosyt, ale realnie nie bardzo jest się do czego przyczepić. Może więc to wina działu marketingu CCC? Jedna telewizyjna reklama z Mają to chyba trochę za mało, by budować wizerunek wokół sportu i by wpompowane w dyscyplinę miliony jakkolwiek się zwróciły? Różnorakie byty sportowe sponsorowane przez CCC omija problem mniejszych, biedniejszych klubów. Ekipa mtb i ekipa szosowa startują bowiem w imprezach, na które media zwracają uwagę. Wygląda więc na to, że nie tylko wystarczy „rzucić kasą” i czekać aż się zwróci. Bo samo się nie zwróci, nawet jeśli zatrudnimy zagraniczną gwiazdę (vide start Pawła Tonkowa i CCC-Polsat w Giro d’Italia).

    Jeśli informacja o problemach szosowej ekipy CCC się potwierdzi (a trudno nie wierzyć S24 – portalowi rzetelnie relacjonującemu sprawy polskiego kolarstwa) optymizm, który pojawił się w związku z rodzimą sceną rowerową trzeba nieco przygasić. A może przy okazji znajdzie się różnica, czym się różni Szlakiem Grodów Piastowskich od Tour of Britain i dlaczego to w tym drugim startują gwiazdy a u nas karty rozdziela między siebie kilku znajomych.

  • Dawno niewidziany kunszt

    Z czym mi się kojarzy downhill? Lata ’90, koledzy zafascynowani „bujanymi rowerami” przesiadają się na nie z niechęci do podjeżdżania. Wzajemne hejterzenie: ogolonych nóg krosiarzy i śmierdzących, z rzadka pranych zbroi zjazdowców. Dyscyplina, którą wypchnąłem ze świadomości wróciła do niej dzięki tegorocznym mistrzostwom świata.

    Zanim tysiąc słów, obraz, który je zastępuje. Proszę Państwa: Brytyjczyk Danny Hart jedzie po tęczową koszulkę w Champery:

    Szczerze mówiąc: padłem. „Mistrzostwo świata” to niewystarczające określenie. Najwyższej klasy kunszt, brawura, opanowanie i szczypta szaleństwa. Dwudziestoletni wirtuoz roweru, który prawdopodobnie nigdy nie zostanie doceniony przez szerszą publiczność. Rowerowy zjazd nie jest dyscypliną olimpijską i będąc przedstawicielem „sportów ekstremalnych” traktowany jest jak zajęcie specjalnej troski. Określenia w rodzaju „szalony”, „zabawa”, „zjazd z górki” są na porządku dziennym. Od czasu, gdy Eurosport nie transmituje Pucharu Świata mtb, downhill pojawia się czasami w wiadomościach sportowych jako zapchajdziura, na przemian z psem na nartach wodnych lub mistrzostwami świata w noszeniu węgla.

    Pytanie, czym różni się występ Harta, jego zaangażowanie, maestria i spora dawka iskry bożej którą otrzymał od jazdy gwiazd dyscyplin głównego nurtu, np. Bode Millera na nartach? I dlaczego jeden z nich przedstawiany będzie jako „niegroźny szaleniec zjeżdżający z górki na rowerku” a drugi jako „wybitny członek rodziny olimpijskiej” (nawet jeśli staje na starcie pod lekkim wpływem C2H5OH)? Widać taka karma. Szkoda tylko, że poza mediami stricte „ekstremalnymi” downhill na margines wypychają także rodzime media ogólnorowerowe (od mainstreamowych mediów sportowych w ogóle nawet nie wymagam minimalnego zaangażowania w tym temacie). MTB = maraton, Maja Włoszczowska i lokalny ogórek, którego organizator przyśle sensownie zredagowaną zapowiedź wraz z kilkoma zdjęciami. Niewątpliwie zjazd wymaga czegoś więcej niż podanie wyników „wygrał-przegrał”, co nie zmienia faktu, że ignorując tę konkurencję można przeoczyć wydarzenie zdecydowanie wybijające się ponad przeciętność.

    Dlatego jestem wdzięczny znajomym, którzy zawirusowali facebooka linkiem do mistrzowskiego przejazdu Harta. Czasem dobrze rozejrzeć się wokół i wyjść z niszy swoich zainteresowań. W ten sposób można dostrzec coś wyjątkowego.

    Co jeszcze? Ach tak, klip z MŚ koniecznie zobaczcie z dźwiękiem. Czterominutowy, radosny i ekstatyczny komentarz dwóch dziennikarzy również otwiera oczy na inny świat. Przy nich nasze „Leeeć Adam, leeeeć!” brzmi jak rachityczne kwękanie stetryczałego starca.

  • Dyskretny urok korporacji

    Dyskretny urok korporacji

    Od czterech lat wyraźny udział (49%) w hiszpańskiej Vuelcie mają Francuzi z Amuary Sport Organisation (ASO). Gigant organizujący Tour de France, rajd Dakaru czy maraton paryski, na wzór wielkich korporacji powoli unifikuje kolarstwo. Jak zatem radzi sobie Vuelta wciągnięta w trybiki wielkiej machiny? Zyskuje czy traci?

    Portfolio ASO jest imponujące. Skupiając się już tylko na kolarstwie, francuski koncern organizuje: Tour de France, Vuelta a Espana, Criterium du Dauphine, Paryż-Nicea, Criterium International, Tour de l’Avenir, klasyki: Walońską Strzałę, Liege-Bastogne-Liege, Paryż-Roubaix i Paryż-Tours a także egzotyczne: Tour du Faso, Tour of Qatar, Tour of Oman oraz od tego roku wspiera UCI przy Tour of Beijing. Dla porównania , konkurencyjna, włoska grupa mediowa, RCS zajmuje się: Giro d’Italia, Tirreno – Adriatico, Grio di Lombardia, Mediolan-Sanremo, Strade Bianche oraz Giro del Piemonte.

    Faktem jest, że np. Paryż-Nicea został przez ASO uratowany od bankructwa i zniknięcia ze sceny. Dauphine Libere zmieniło nazwę na Criterium Dauphine po tym, gdy medialny gigant przejął imprezę od lokalnego wydawcy, gdy ten również dostał zadyszki. Kupno 49% udziałów Vuelty od Unipublic (czyli de facto telewizji Antena 3) w 2008r również wzięło się z problemów finansowych wyścigu. Jak pisałem wcześniej, Vuelta szuka nie tylko miejsca w kalendarzu ale i charakteru. W związku z tym podejmowane jest ryzyko innowacji, które w ostatniej dekadzie nie sprawdziło się zbyt dobrze. Innowacje były kosztowne, w związku z tym lokalizacje niektórych etapów były ściśle komercyjne (parki rozrywki, fabryki, nowo powstałe stacje narciarskie). Miejsca bez legendy, bez klimatu, do tego z niewyjaśnionych przyczyn najciekawsze fragmenty sytuowano w środku tygodnia pracy. Przez to przy trasach było pusto, podobnie jak przed telewizorami.

    Do tego Vuelta, podobnie jak w pewnym momencie Giro stała się wewnętrzną sprawą gospodarzy. Angel Casero czy Aitor Gonzalez to zwycięzcy z pierwszych lat XXIw, anonimowi dla szerszej, międzynarodowej publiczności, do tego zamieszani w okołodopingowe problemy. Sami Hiszpanie też zresztą musieli przeczuwać, że coś jest nie tak z ich kolarstwem, gdy kolejne wybuchające skandale były zamiatane pod dywan.

    Co robi więc ASO by uratować Vueltę? Sięga po sprawdzone metody. Ujednolica koszulki liderów klasyfikacji. Sprinter dostaje zieloną (bywało, że jeździł w niebieskiej w żółte rybki), góral w grochy, by odróżnić się od Touru – niebieskie  (wcześniej np. biała w ziarna kawy lub biała z czerwonymi rękawkami) a pozostałą (tradycyjną dla Vuelty łączącą punkty, nazwijmy ją wszechstronną) – białą. Standard na wszystkich imprezach organizowanych przez Francuzów. Lider nie jedzie na żółto, zrezygnowano też z innowacji w postaci złota i ustanowiono, krwiście czerwoną nawiązującą do koszulek piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii – w końcu to narodowy wielki tour.

    W kwestii trasy postawiono na miks. Z jednej strony eksperymenty z wizytami za granicą. W 2009r startowano z Holandii, ale to nie spotkało się z uznaniem zawodników i kibiców. Z drugiej ustanowienie pewnych stałych, gwarantujących sukces. W czteroletniej kadencji ASO po raz drugi pojawia się Angliru, postanowiono po latach przerwy powrócić też do Kraju Basków. Tam z pewnością widownia nie zawiedzie!

    Również z obsadą jest lepiej, staje się bardziej międzynarodowa. Można mówić różne rzeczy o motywach Vicenzo Nibalego, ale tak czy inaczej na starcie wielkiego touru z jedynką stanie obrońca tytułu. Gdybanie, że pewnie by go tam nie było po wygranym Giro, podobnie jak Michele Scarponiego niewiele zmienia. Są i chcą walczyć o wygraną w całym wyścigu a nie tylko o etapy jak niegdyś Gilberto Simoni. Tym samym Vuelta staje się bardziej globalna i wychodzi poza wewnętrzne hiszpańskie rozstrzygnięcia.

    Wygląda na to, że hiszpański tour nieco wychodzi z dołka, dzięki wsparciu inwestora o ponadnardowym zasięgu. Czy ASO pójdzie drogą znaną z „No Logo” Naomi Klein, gdzie korporacja przeżuwa i wydala wszystko, co napotka na swojej drodze? Portfel Francuzów pełen jest wartościowych walorów, które jednak powoli dopasowywane są do szerszej strategii marketingowej. Poszczególne imprezy nie giną, ale tracą swój charakter. Zawodnicy jeżdżą w takich samych koszulkach, zapraszane są te same drużyny a start w najważniejszych eventach zależny jest od lojalności względem korporacji i odpowiedniego zaangażowania w pomniejszych zawodach. Efekt jest taki, że w tym roku dziką kartę przyznano dwóm hiszpańskim drużynom (na cztery wolne miejsca). W Giro d’Italia Włosi swoich drugoligowców zaprosili pięciu…

    Najciekawsze wydarzenia Vuelty 2010

  • Jesteśmy ciency

    Jesteśmy ciency

    O organizacji Pucharu Świata mtb w Polsce słyszę od kiedy interesuję się tą dyscypliną. Czyli od 1993r. Miało być XC, miał być 4X, tymczasem taplamy się w swoim bagienku a zawody tej rangi w międzyczasie zorganizowali Czesi. Nie tylko zorganizowali, bo ich reprezentant wygrał w wyścigu elity!

    Ze wszystkich relacji, zarówno tych oficjalnych jak i z wrażeń osób obecnych na imprezie wynika jedno. Puchar Świata w Novym Mescie był świetny. Trasę i organizację chwalili zawodnicy, dopisali kibice licznie i żywo dopingując kolarzy. Całość została godnie zrelacjonowana w mediach (m.in. 120 minut w publicznej telewizji, choć nie live, to jednak wymiar imponujący!). Sukces czeskiej odsłony Pucharu Świata okrasił Jaroslav Kulhavy – dwudziestosześcioletnia gwiazda światowego teamu Specialized, zawodnik, który jest o krok od zwycięstwa w klasyfikacji generalnej.

    Najlepszym z Polaków w Novym Mescie był Marek Konwa. Młodzieżowiec z ekipy Milka Trek zajął w swojej kategorii wiekowej bardzo dobre, trzecie miejsce. Co ciekawe, mimo, że na Morawy jest stosunkowo blisko, Polacy nie zjawili się zbyt licznie. Tymczasem gospodarze w każdej z kategorii mieli po kilku zawodników, co nie jest dziwne o tyle, że nasi południowi sąsiedzi regularnie wysyłają na najważniejsze imprezy sporą grupę reprezentantów. Aby nie skupiać się na elicie, która rządzi się swoimi prawami, warto zwrócić uwagę na młodsze kategorie. Po dwie ukończone, kontynentalne rundy PŚ w tym sezonie (Offenburg i Nove Mesto) ma ośmiu czeskich juniorów i pięciu młodzieżowców. Tymczasem w Grand Prix MTB, w tym roku pod względem ilości eliminacji będącego karykaturą swojej dawnej świetności, regularnie (dwa starty) rywalizowało 15 juniorów i 9 „orlików” z Polski. Dla porównania Polska liczy ok. 38 a Czechy ok. 10,5 miliona mieszkańców. Polska podobno jest również dwudziestą gospodarką świata i szóstą gospodarką Unii Europejskiej.

    Co więcej, mamy porównywalną kolarską tradycję – wszak razem z Czechami współorganizowaliśmy „za komuny” Wyścig Pokoju a będąc już przy temacie polityki oba kraje znajdowały się pod wpływem tego samego, radzieckiego, zamordyzmu. Od rozpoczęcia przemian ustrojowych minęło mniej więcej tyle samo czasu, i my i oni mamy swoje ikony, swoich reformatorów, liberałów i populistów.

    Wracając ściśle do sportu a jeszcze ściślej do kolarstwa, powinniśmy dysponować wyraźną przewagą. Nasze barwy reprezentuje bowiem super gwiazda. Maja Włoszczowska od 2000r regularnie zdobywająca medale mistrzostw świata. Maja jest aktualną wicemistrzynią olimpijską i mistrzynią świata. Sednem sprawy jest to, że jej sukcesy, a także sukcesy naszych pozostałych reprezentantek (Szafraniec, Sadłecka, Dawidowicz, Gorycka) oraz reprezentantów (Galiński, Brzózka, Konwa) nie zostały w żaden sposób wykorzystane. Znamienny jest fakt, że po medalu w Pekinie ze sponsoringu grupy zawodowej naszej medalistki wycofał się sponsor tytularny (marka Halls w Polsce należąca do Wedla) a po mistrzostwie świata Włoszczowska wystąpiła co prawda w telewizyjnej reklamie swojego mecenasa (CCC), ale spot, choć ładny był emitowany dość krótko. Teraz Maja reklamuje swojego globalnego sponsora – Scotta a w mediach jest o niej głośno z powodu zwolnienia trenera Andrzeja Piątka. Sukcesy Włoszczowskiej nie zostały praktycznie w ogóle zdyskontowane: przez Polski Związek Kolarski, Sponsorów oraz Środowisko. Tymczasem Czesi w drodze do zwycięstwa Kulhavego w domowej eliminacji Pucharu Świata, owszem, mieli epizody (Tereza Hurikova), ale raczej dyskretnie budowali zaplecze niż występowali w pierwszym szeregu elity. Sądząc po frekwencji juniorów na najważniejszych imprezach, robią tak nadal.

    Przechodząc do meritum. Mistrzostwa Europy MTB w Wałbrzychu w 2004r były niezłe, ale zakończyły się stratami finansowymi. Mistrzostwa  Świata na torze pogrążyły PZKol do reszty. Po awansie Tour de Pologne do światowej elity cały czas czekamy na choćby etapowe zwycięstwo. Grand Prix MTB, które było kluczową serią cross country w tej części Europy praktycznie przestało istnieć. Najlepszy, aktywny polski kolarz szosowy, choć jest świetnym gregario, wciąż jest tylko gregario. Z prestiżowym, ale jednym zwycięstwem na koncie. W najpopularniejszej masowej konkurencji (maraton) Puchar Kraju ogłaszany jest potajemnie na kilka dni przed jego rozpoczęciem i rozgrywany na trasach, które są atrapą mtb. Na rok przed Igrzyskami Olimpijskimi zwalnia się trenera kadry, który w ciągu swojej kariery jako szkoleniowiec wywiązywał się z założonego planu niemal w 100%. Sukcesy pasjonatów są ignorowane, podobnie jak przyjazd do Polski gwiazd światowego formatu. Głównie z tego powodu, że zabrakło stopek sponsorskich czy papierowych umów o patronat.

    Podobno kiedyś w Szczawnie Zdroju miał być zorganizowany Puchar Świata. Myślano o XC, później wraz z prężnie rozwijającą się sekcją o 4X. Podobno o Puchar Świata ma się starać Jelenia Góra i wyścig Maja Race. Podobno kategorię UCI ma dostać etapówka Sudety MTB Challenge. I podobno jesteśmy gotowi by zorganizować mistrzostwa świata na szosie. Podobno w Krakowie.

    Tymczasem Czesi – nie podobno a realnie – zorganizowali mistrzostwa świata w Przełajach, mają czempiona (Stybar) w tej dyscyplinie i szerokie zaplecze w światowej czołówce. Na szosie reprezentuje ich regularny faworyt wielkich tourów (Kreuziger). W MTB zorganizowali Puchar Świata a ich reprezentant go wygrał. Na dostępne imprezy (w kontynentalnej Europie) wysyłają spore grono młodzieży, która zdobywa szlify walcząc z najlepszymi na wymagających trasach. Nam zdarzają się wybitne jednostki i nic z tym nie robimy. Krótko mówiąc, w porównaniu z nimi jesteśmy w dupie. Za to lubimy pośmiać się z ich języka.

    P.S. Zdjęciem okładkowym jest fragment instalacji Davida Cernego, światowej sławy czeskiego rzeźbiarza, prowokatora i performera. Cerny podstępnie zamieścił ją w 2009r w Parlamencie Europejskim, prezentując stereotypy na temat poszczególnych krajów UE skłonił do dyskusji. Polaków widzi jako homofobicznych katoli tkwiących w gównie błocie.

  • Kto płaci za kolarstwo?

    Kto płaci za kolarstwo?

    Gdy grupa zawodowa z największą ilością zwycięstw traci sponsora, nasuwa się pytanie o przyczyny. Wszak dla światowego giganta, jakim jest HTC kilkanaście milionów Euro nie byłoby dużym wydatkiem a potencjalny zwrot wart jest o wiele, wiele więcej. Okazuje się jednak, że struktura finansowania wielu, szczególnie nowo powstałych ekip nie jest tak oczywista, jak może się nam wydawać.

    Z jednej strony mamy klasyczny układ klub-sponsor, znany szczególnie w tradycyjnych krajach kolarskich. Dyrektor sportowy prowadzi grupę zawodników i co jakiś czas szuka hojnego mecenasa, którego markę będzie promował swoją działalnością. Nazwa grupy=nazwa sponsora, co ciekawe, bywa, że w ciągu kilku sezonów ta sama nazwa dotyczy de facto innego klubu. Niektóre firmy z branży metalowej czy budowlanej od lat wspierają kolarstwo, co jakiś czas finansując działalność innego dyrektora sportowego. Włoskie Lampre czy Panaria to dobry przykład takiego podejścia. Bywa też, że dany sponsor przez lata finansuje działania konkretnej drużyny, włączając kolarstwo w swoją długoterminową strategię marketingową. Holenderski Rabobank, hiszpańskie Kelme czy niemiecki Telekom są lub były zaangażowane w kolarstwo i wspierały jedną ekipę, często o silnej identyfikacji narodowej.Gdy mecenas odchodzi, grupa ma poważny problem. W przypadku Kelme zakończyło się to rozwiązaniem drużyny, która przez pewien czas była jeszcze wspierana przez samorząd Walencji a gdy ten się wycofał, zespół ostatecznie upadł.

    Od pewnego czasu, wraz z ekspansją świata anglojęzycznego w zawodowym kolarstwie obserwujemy nową tendencję. Powoli przestaje się mówić o grupach a zaczyna o „projektach”. Ekipa Highroad była właśnie jednym z nich. Powstała na zgliszczach „Telekomu” była finansowana przez pomniejszych lub chwilowych sponsorów, trzymając koszty na możliwie niskim poziomie. Fabryka talentów nie musiała wypłacać kosztownych pensji, ponieważ skupiała się na promocji młodzieży. Wylansowani młodzi-zdolni odchodzili tam, gdzie czekały ich odpowiednie zarobki. Nazwa zespołu, czyli Highroad to działalność Boba Stapletona, który wzbogacił się sprzedając spółkę VoiceStream niemieckiemu T-Mobile. Zafascynowany kolarstwem biznesmen w międzyczasie stał się właścicielem drużyny, którą przejął od swojego inwestora. Mimo uzyskiwanych sukcesów, nie był w stanie zapewnić stałego finansowania. Umowy z producentami odzieży (Columbia) czy telefonów (HTC) były krótkoterminowe a sam najwidoczniej nie miał ochoty uszczuplać swojego konta bankowego i postanowił zwinąć interes.

    Do kolejnej drużyny de facto bez sponsora w tym roku dokłada Flavio Becca. Luksemburski mecenas postanowił stworzyć lokalną ekipę dla lokalnych zawodników (bracia Schleck), która podbije światowe kolarstwo. W tym roku, tak jak Highroad atleci wożą na koszulkach wirtualną markę sponsora. Chyba, że Leopard to rodzaj kampanii teaserowej, czego jeszcze w sporcie nie widzieliśmy. Tak czy inaczej grupa Schlecków to póki co inwestycja hojnego fana sportu, któremu niekoniecznie zależy na promocji własnego produktu.

    W tym miejscu warto zauważyć, że zdarzało się w przeszłości, gdy utożsamienie marki z kolarstwem było tak duże, że powodowało to pomyłki u potencjalnych klientów. Tak było z Mapei, które nie było w stanie już nic zyskać na wspieraniu zawodowego sportu a wizerunkowo traciło na skandalach wokół dyscypliny. Firma nadal jest zaangażowana w sport, ale poziom niżej, u podstaw, kładąc nacisk na szkolenie młodzieży. W „Akademii Mapei” pracował m.in niedawno zmarły trener Aldo Sassi, twórca sukcesu Cadela Evansa.
    Podobna sytuacja dotyczyła fundacji niewidomych ONCE, która dzięki sukcesom kolarzy zyskała 100% rozpoznawalność, ale w pewnym momencie finansowanie grupy zawodowej zaczęło pochłaniać zbyt wiele środków, które fundacja ostatecznie powinna przeznaczać na cele statutowe.

    Wracając do świata anglojęzycznego, „Team Slipstream”, czyli obecnie Garmin-Cervelo to także efekt pasji bogatego inwestora. Doug Ellis, jeden z potentantów informatycznych ufundował drużynę Johnatanowi Vaughersowi. Zanim pojawili się sponsorzy Ellis finansował ekipę z własnej kieszeni i nadal to robi, wspierając m.in ekipę młodzieżowców. O ile bowiem Garmin jako światowa marka jest w stanie udźwignąć koszta sponsorowania ekipy, o tyle dla młodej marki rowerowej, jaką jest Cervelo to trochę ponad siły.

    Podobną marką do Cervelo jest BMC. Zaawansowane technologicznie, butikowe rowery tworzone z myślą o rynku amerykańskim. Do tego testowane w boju przez najlepszych kolarzy. W tej historii nakładają się na siebie niemal wszystkie przytoczone wcześniej. Drużyna w której jeździ zwycięzca Tour de France, Cadel Evans promuje markę BMC. W porządku, tak? Tyle, że sama firma BMC jest przedsiębiorstwem stworzonym przez pasjonata jako projekt dodatkowy. Andy Rihs dorobił się na produkcji znakomitych aparatów słuchowych. Gdy stał się bogaty, wymyślił sobie, że będzie produkował najlepsze na świecie rowery. Aby te rowery promować, powołał do życia kolejny byt, zawodową drużynę. Zatem do tegorocznego triumfu Evansa doprowadziła fanaberia jednego, starszego mężczyzny.

    Na koniec sprawa najbardziej bieżąca. Green Edge, kolejna potencjalnie bardzo mocna ekipa bez realnego sponsora. Zatem projekt a nie klub. Gerry Ryan, biznesmen, który promuje swoją markę Jayco (przyczepy kempingowe) finansując wyścig w Australii (Jayco Bay Classic) daje 15 milionów dolarów, by Shayne Bannan, dyrektor sportowy mógł przez dwa lata zbudować mocną ekipę i znaleźć tytularnego sponsora. Bob Stapleton nie chce dłużej do kolarstwa dokładać, więc pewnie część z jego wychowanków znajdzie zatrudnienie u innego pasjonata – Ryana właśnie. Ciekawe, bo wydawałoby się, że sport zawodowy zbudowany jest na komercyjnych zasadach zysku i zwrotu z zainwestowanej reklamy. Tymczasem okazuje się, że niekoniecznie.

  • Bez echa

    Bez echa

    Tour de Pologne rozpoczęty. Jak zawsze z pompą i obstawą mediów. Piszą o nim nawet ci, którzy nie zdecydowali się na logotyp w stopce sponsorskiej. To wydarzenie dużego kalibru, więc trzeba i warto. Tymczasem w miniony piątek zakończyła się inna polska etapówka. Ktoś zauważył?

    Mowa o Sudety MTB Challenge. Impreza o sporej, jak na nasze warunki tradycji. Rozegrana w tym roku po raz siódmy, wcześniej znana jako Bike Challenge, później jako MTB Challenge m.in. z przedrostkiem „Glacencis” (od Kłodzka, które otaczają góry, gdzie ścigają się kolarze). Świetne zawody, wpisujące się w trend popularnych etapówek na rowerach górskich. Sam brałem w niej udział czterokrotnie, wspominam bardzo dobrze. Dobre wspomnienia mają również amatorzy mtb z całej Europy, szukający przygód ekstremaliści, którzy co roku startują w innej części świata w poszukiwaniu przygody. W Polsce drobne niedogodności rekompensuje trasa i specyficzna atmosfera. To właśnie dlatego tutaj wracają, często ze znajomymi.

    W tym roku na starcie stanęła jedna z największych gwiazd tej specjalności, Holender Bart Brentjens. Pierwszy w historii mistrz olimpijski XC, który dalszą część kariery poświęcił wyścigom długodystansowym. Wygrywał m.in. mistrzostwo świata w maratonie oraz najważniejsze etapówki: Trans Alp i Cape Epic.

    Podczas MTB Challenge 2011 do przejechania było 370km, pięć etapów i prolog. Mistrz Brentjens ukończył zawody na drugim miejscu, zwyciężył jego wychowanek z teamu Milka Trek, dwudziestoczteroletni Tim Wynants. Co jeszcze? W zasadzie tyle. Ciekawa, transgraniczna impreza szybko spadała ze sliderów portali branżowych. Media ogólne nawet o niej nie wspomniały. Z informacji prasowych dowiedziałem się za to, że jeden z etapów przeszedł do historii, ponieważ „służby medyczne i ratownicze stanowiły tło dla całej imprezy, ich praca sprowadzała się wyłącznie do czuwania nad uczestnikami”. Come on, naprawdę nie wydarzyło się nic ciekawszego?

    W tym kontekście naprawdę wolę nachalny marketing Tour de Pologne. Setki kilometrów bannerów, balony i trącający blichtrem PR. Zachowując proporcje adekwatne do realnej rangi każdej z imprez trzeba kolejny raz schylić głowę przed pracą, jaką wykonał Lang Team. Od 1997r, gdy wyścig dostał kategorię UCI jako impreza zawodowa, ciągle awansował. Czas antentowy, informacje prasowe, autorskie artykuły, galerie zdjęć są prezentowane nie tylko z powodu zobowiązań ale też wrażenia, że trzeba, bo mamy do czynienia z Wydarzeniem. Dlatego też tekstową relację „live” prowadzi gazeta.pl, choć patronem medialnym jest konkurencyjny onet.

    To wszystko przekłada się na zwrot dla sponsorów, partnerów, drużyn, zawodników. Choć można być zmęczonym Sebastianem Szczęsnym jako szalonym reporterem podążającym za kolarzami na motocyklu, trudno odmówić imprezie znaczenia. Imprezie przeprowadzonej w określonych realiach, które wymagają by każda klasyfikacja miała sponsora tytularnego, a zawodnicy jechali tam, gdzie zapłacił samorząd a nie tam, gdzie jest najpiękniej położona szosa. Ale mającej rzeczywistą wartość, dodatkowo podbijaną przez obecność w mediach. Nawet najbardziej ekscytujący wyścig, poprowadzony przez najdziksze, najpiękniejsze i najbardziej karkołomne szlaki nie obroni się, gdy nikt o niej nim będzie wiedział a udział legendy utkwi gdzieś między zapowiedzią kolejnego w sezonie ogórkowego wyścigu a prezentacją nowej pompki chińskiej marki.

  • 68. Tour de Pologne – przewodnik subiektywny

    68. Tour de Pologne – przewodnik subiektywny

    Kolarze ruszyli. Dziś kręcą się na trasie z Pruszkowa do Warszawy. Dystans wydłużono do 100km. Po drodze nieśmiertelne rundy, znak firmowy Tour de Pologne. Czego jeszcze możemy się spodziewać w tegorocznym wyścigu dookoła Polski?

    Nasz narodowy Tour (choć lepiej używać słowa Wyścig, Tour jest na świecie jeden – to Tour de France) ma wady i zalety. Ale jest nasz, własny, całkiem dobry. I właśnie się zaczął. Przed nami tydzień zmagań kolarzy, relacji w tv i, miejmy nadzieję, sportowych emocji. Co nas czeka? Poniżej mój subiektywny przegląd 68. Tour de Pologne.

    Trasa

    Siedem etapów, w sumie 1113km. Po drodze Pruszków, Warszawa, Częstochowa, Dąbrowa Górnicza, Będzin, Katowice, Oświęcim, Cieszyn, Zakopane, Bukowina Tatrzańska i Kraków. Powiedzmy sobieszczerze. Większość etapów to koszmar. Kolejne odcinki to głównie rundy po terenach miejskich: Warszawie (etap 1.), Zagłębiu (Dąbrowa Górnicza i Będzin, etap 2.), Katowicach (w sumie 10 okrążeń, dwa w Będzinie, 8 w Katowicach, etap 3.) czy Krakowie (również dziesięć rund ulicami miasta). O ile z braku gór, wielokrotne przejeżdżanie nielicznych, ciężkich podjazdów jakimi dysponujemy jest jeszcze uzasadnione sportowo, o tyle rundy w miastach to kwestia czysto komercyjna. Aby poszukać zalet rozwiązania, z pewnością będzie to spora atrakcja dla lokalnych kibiców, którzy przez wyraźnie dłuższy czas będą mogli kibicować kolarzom. Dla widzów telewizyjnych właściwie nie będzie różnicy, który oglądają etap. Obstawione bannerami, barierkami i balonami rundy wyglądają każdego dnia tak samo.

    Z niecierpliwością czekam więc na etapy 4, 5 i 6, gdy, choć również „po rundach”, ale kolarze będą jechali przez góry. Najpierw Beskidy (m.in Zameczek) a potem podtatrze (Głodówka, Gliczarów). Osobiście wybieram się we czwartek do Zakopanego, by przyjżeć się rywalizacji z bliska. Runda przez Głodówkę, jest piękna widokowo i dość wymagająca jak na nasze warunki. Fakt, że meta znajduje się na niewielkim podjeździe może wprowadzić pewne różnice w klasyfikacji generalnej. Kluczowe rozstrzygnięcia powinny zapaść na etapie piątkowym z Bukowiny do Bukowiny przez Gliczarów i Ząb, jedne z najcięższych polskich podjazdów. Wielokrotnie pokonywanie tych stromych wzniesień powinno sprzyjać mocnym góralom. Jeśli zawodnicy będą w nastroju do walki a TVP stanie na wysokości zadania, może się okazać, że będziemy mieli niezłej klasy sportowe widowisko. W poszukiwaniu lepszego komentarza warto przełączyć się na Eurosport.

    Finałowe wydłużone kryterium w Krakowie to głównie widoki na Wawel, Kościół Mariacki i Sukiennice. Do tego finisz na dziurawej i nierównej Alei Focha. Cóż, sceneria ładna, ale pomysł chyba nienajlepszy, zwłaszcza jak na finał prestiżowego wyścigu.

    Ludzie

    Polscy kibice czekają na polskich bohaterów. W tym roku szansa jest wyjątkowa. Obok Reprezentacji w biało-czerwonych koszulkach, prowadzonej przez Piotra Kosmalę (zespół zbudowany wokół mającego dobry sezon Bartosza Huzarskiego, w składzie głównie młodzi kolarze) wystartuje rodzima ekipa klasy Pro Continental – CCC Polsat. Jej lider, Marek Rutkiewicz od lat próbuje wygrać Tour de Pologne. To, że jest w stanie przygotować się do kluczowej imprezy sezonu już wiemy. Teraz czekamy, aż w końcu wykona swoje Opus Magnum i po tygodniu stanie na podium w żółtej koszulce. Większe szanse ma jednak Przemysław Niemiec. Występuje w mocnej ekipie Lampre, ma wsparcie znakomitych zawodników (m.in. Michele Scarponiego) a do tego ma doświadczenie w górzystych etapówkach a w portfolio kilka wartościowych wyników właśnie w takich wyścigach. Oczy polskich kibiców będą zwrócone również na Bodnara i Paterskiego z Liquigasu oraz Marycza i Majkę z Saxo Banku a także Michała Gołasia (Vacansolei). Kolarze ci już kilkukrotnie udowodnili, że potrafią walczyć w terenie, z jakim zmagać się będą w tegorocznym Tour de Pologne. Trzymajmy więc kciuki.

    Kto poza Polakami? W tym roku obsada jest naprawdę niezła. Jest kilka gwiazd. Może nie w najwyższej formie (Tom Boonen, Heinrich Haussler, Vicenzo Nibali, Filippo Pozzato, Danilo di Luca, Fabian, Wegman, Alessandro Ballan, Jarosław Popowicz, wspomniany już Scarponi) lub nie tak eksponowanych (Daniel Martin, Peter Sagan, Simon Spilak, Jose Haedo, Brice Feilu, Thomas Lovkfist, Fredrik Kessiakoff, Graeme Brown), ale nazwiska robią wrażenie. Ma się kto ścigać, ale, co ważne, jest kilka ekip, które przywiozły składy głodne sukcesu i ze sporym potencjałem. Wygranie wyścigu przez kolarza na dorobku, o którym usłyszymy w kolejnych sezonach jest całkiem możliwe. Bohaterowie Tour de Pologne często później wypływają na szersze wody. Przykład Alberto Contadora, który jako młody zawodnik wygrał czasówkę na Orlinku jest w tym wypadku wystarczający. TdP nie jest pod tym względem wyjątkowo. Taka m.in. rola w kalendarzu przypada wysoko punktowanych, tygodniowym wyścigom etapowym. Nie zmienia to faktu, że dzięki wynikowi uzyskanemu „u nas” później można z większą sympatią patrzeć na karierę wielkiego mistrza.

    Co warto?

    Na co zatem realnie zwrócić uwagę? Do wtorku włącznie wystarczą wieczorne skróty, relacje tekstowe i zdjęcia. Rundy po miastach to nie to, co lubimy w kolarstwie. Chyba, że ktoś czeka na krew i kraksy. Ciekawe wydarzenia pojawią się pewnie dopiero we czwartek. Od tego dnia warto wybrać się kibicować kolarzom „live” lub poświęcić popołudnie na relację w TV lub internecie.

    Edit: Pierwszy etap zakończył się zgodnie z przewidywaniami. Po charakterystycznym dla TdP długim, męczącym finiszy, nieco niespodziewanie wygrał Marcel Kittel z drugoligowej drużyny Skil Shimano. O całym etapie można powiedzieć głównie to, że się odbył.

  • Patriotyczny obowiązek

    Patriotyczny obowiązek

    W niedzielę w Warszawie startuje najważniejsza cykliczna impreza sportowa w Polsce. Tour de Pologne nakręca od lat całą branżę rowerową w kraju. Jest nasz i za to go cenimy. Ale czy mamy go za co lubić?

    Pro

    To całkiem niezły wyścig. Choć ciągle szuka miejsca w kalendarzu i do rangi, jaką mają inne etapówki z najwyższej półki realnie mu trochę brakuje, co roku przyjeżdżają do Polski dobrzy zawodnicy. Wbrew temu, co próbuje nam przekazać TVP na Tour de Pologne nie ścigają się gwiazdy. Te, jeśli się pojawiają, zazwyczaj są tu w innych celach. Za to solidni kolarze, których kariera zazwyczaj dopiero nabiera rozpędu nadają Tour de Pologne wysoki priorytet. Od czasu wejścia do najwyższej klasy rozgrywkowej imprezę wygrywają uznane nazwiska. Ba, zdarzyło się nawet, że Tour de Pologne decydował o klasyfikacji generalnej UCI Pro Tour. „Kolarska Liga Mistrzów” jest jednak melodią przeszłości i nieudanym projektem odłożonym na półkę. Bardziej istotny jest prestiż konkretnych zawodów niż całej serii. Wydaje się, że wyścigowi organizowanemu przez Czesława Langa bliżej do niektórych etapówek z UCI Europe Tour, ale oficjalnie przyznana kategoria robi swoje. W poszukiwaniu charakteru trasa Tour de Pologne jest z roku na rok modyfikowana. W sezonie 2011 na papierze wygląda na wymagającą i ciekawą – w sam raz dla dobrych kolarzy jeżdżących w średnich górach. Mocni „klasycy” i młodzi adepci etapówek powinni czuć się u nas dobrze a przy tym zagrać ciekawy spektakl dla widowni. Całość uzupełniają codzienne relacje w telewizji publicznej dostępne w całym kraju w prime time, wygodny streaming w internecie oraz obszerne relacje w prasie i mediach elektronicznych.

    Contra

    Tour de Pologne ustami dziennikarzy TVP regularnie PRowsko nasz oszukuje. To nie jest „Kolarska Liga Mistrzów”, gdzie o zwycięstwo walczą gwiazdy. To dobry wyścig dla dobrych zawodników. Tyle. Impreza ma niestety sporo mankamentów.

    Pierwszy to brak pozytywnych elementów charakterystycznych. Tour de Pologne to wyścig bez legendy. Nie ma swoich herosów, nie ma miejsc, które co roku decydowałyby o zwycięstwie. Mamy za to wszechobecne rundy. Robione dla sponsorów, samorządów i telewizji. Dla zawodników są niebezpieczne, dla kibiców nudne.
    Drugi i chyba najważniejszy to koszmarna jakość relacji telewizyjnej. Niby jest lepiej, przynajmniej od strony technicznej – są helikoptery, motocykle niewiele ujęć pochodzi z kamer stacjonarnych jak bywało jeszcze całkiem niedawno. Niestety kolory w telewizorze nadal przypominają te, znane ze zdjęć wykonanych na materiałach światłoczułych marki ORWO a finisze rozgrywane są pod słońce, tak, że trudno rozróżnić zawodników. Sama relacja przerywana jest komentarzami wątpliwej klasy ekspertów, a raczej gości dobieranych „od czapy”. Mamy więc kierowców rajdowych, serialowych aktorów,  lokalne piosenkarki, brakuje tylko Dody i mielibyśmy „Gwiazdy Tańczą na Lodzie”. A raczej „Gwiazdy nie Mają Pojęcia o Czym Mówią, ale Ładnie się Uśmiechają w Dobrym Czasie Antenowym”. Gadające głowy to spora część czasu poświęconego na relację. Kolarze stanowią tło. Jest więc to czas stracony dla kolarstwa, sportu, szerzej „kultury fizycznej”. Można za to policzyć zwrot z migających w tle logotypów.

    Meritum

    Tour de Pologne, choć z długą tradycją, w zawodowym kolarstwie istnieje od 1997r, gdy dostał kategorię UCI. Do elity awansował w rewelacyjnie szybkim tempie i to nie dzięki pieniądzom jak kiedyś Deutschland Tour a organizacji, która faktycznie spotyka się z uznaniem międzynarodowych władz kolarstwa. Jest jednak ciągle imprezą na dorobku, która szuka swojego miejsca. Koncepcja wyścigu jest zmieniana, trasa, lokalizacje, góry, etapy płaskie, jazda na czas pojawiają się sezonowo. Silna zależność m.in. od budżetów samorządów w połączeniu z niedawną zmianą terminu powoduje, że czas na odnalezienie charakteru się wydłuża. Przy tym potencjał całości nadal wydaje się nie do końca wykorzystyway. Osobiście nie słyszałem, by ktoś w rozmowie wspomniał: „A wiesz, byłem ostatnio w miejscowości X. Gdzie to jest? No tam, gdzie w zeszłym roku przejeżdżał Tour de Pologne”.

    Przed Czesławem Langiem i jego ekipą jeszcze wiele pracy. Realne, a nie PRowskie wejście do grupy najbardziej prestiżowych imprez kolarskich na świecie może nadejść za długie lata albo nawet wcale. Tour de Pologne prawdopodobnie nigdy nie będzie tym co Tour de Suisse, Paryż-Nicea czy Tour de Romandie. Te wyścigi zajmują swoje miejsce w kalendarzu od dziesiątek lat. Ma za to ogromny potencjał, jako najważniejsza, cyklicznie organizowana impreza sportowa w kraju. Hype na rowery jest od pewnego czasu umiejętnie moderowany przez media. Tegoroczny Tour de France zrobił z kolei wiele, by poprawić wizerunek skompromitowanego kolarstwa wyczynowego. Działania takie, jak impreza towarzysząca dla amatorów, która zaczyna wpisywać się na stałe w kalendarz to dobry pomysł by budować przyjazny, a nie nachalny wizerunek imprezy. Tour de Pologne ma realną wartość: finansową, społeczną i kulturową. Odejście od przaśności a’la TVP i zależności od nacisków sponsorów wydaje się być w tej chwili kluczowe. Parafrazując znane zdanie Czesława Langa, to wyścig powinien kreować zachowania sponsorów a nie sponsorzy układać wyścig pod siebie.