Tag: Media

  • Sagan dowcipniś

    Sagan dowcipniś

    Możesz być daleko od szczytowej formy, ale jeśli nazywasz się Peter Sagan, zawsze znajdziesz sposób, by zaakcentować swoją indywidualność.

    Wielka Nadzieja Słowaków ostatnio ma problemy ze skutecznością. Publicznie wezwany na dywanik przez Olega Tinkowa za brak satysfakcjonujących wyników Sagan nie traci humoru. Niewybredne żarty to jego znak rozpoznawczy.

    Jeśli w wieku 25 lat masz na koncie trzy zielone koszulki najlepszego sprintera Tour de France, kilka wygranych klasyków a w kieszeni wielomilionowy kontrakt z jedną z najlepszych grup zawodowych świata nic dziwnego, że możesz odczuwać presję.

    Peter Sagan w tym roku wygrał tylko raz, podczas Tirreno-Adriatico i był to jego pierwszy triumf od czerwca 2014 (zieloną koszulkę Wielkiej Pętli wygrał dzięki regularności a nie sukcesom na kolejnych etapach).

    Jak co roku, po kampanii wiosennych klasyków, w poszukiwaniu formy wybrał się na Tour of California, gdzie do tej pory wygrywał aż 11 razy. Tyle tylko, że tym razem nie idzie mu zbyt dobrze. Przegrywa z Markiem Cavendishem a gdy już jest pierwszy z peletonu, do mety przed grupą dojeżdża uciekinier. Jedyne, co więc pozostaje Słowakowi to cierpliwość i odrobina dystansu do siebie i otaczającego świata.

    Cóż więc można zrobić? Przyprawić rogi zwycięskiemu koledze:

    Peter Sagan znany jest z niestandardowych zachowań. Od czasów Mario Cipolliniego niewielu było kolarzy, którzy tak prowokacyjnie jak Słowak eksponowaliby swoje ego. Jego znakiem firmowym jest ?wheelie?, jazda na jednym kole. Robi to zarówno na górskich etapach, gdy przyjeżdża na metę daleko za liderami:

    Jak i na mecie wygranych przez siebie Klasyków:

    Jeśli jednak mu nie idzie (tak jak w Kalifornii), zwraca na siebie uwagę szczypiąc hostessę, co po wyścigu E3 Prijs wywołało spore poruszenie w świecie i kolarstwa i mediów.

    Gest, który spotkał się ze sporą krytyką równocześnie zainspirował organizatorów wyścigu do kontrowersyjnej kampanii reklamowej, z której jednak musieli się wycofać pod naporem argumentów feministek i zwyczajnie kulturalnych ludzi.

    Poza błazenadą, Sagan jest przede wszystkim kolarzem. Gdy zwycięża, akcentuje to spektakularnymi ?cieszynkami?, z których najbardziej znaną jest ?Hulk?:

    Ten rodzaj celebrowania wygranej dał słowackiemu zawodnikowi jak i marce Cannondale okazję do zbudowania cennego marketingowo wizerunku. Superbohaterskie alter ego to samograj jeśli chodzi o koszulki

    https://twitter.com/Martindbeaulieu/status/464872499373932545

    czy malowanie rowerów:

    https://twitter.com/cherry_bike/status/353173904321302528

    Nawet, jeśli Sagan póki co nie błyszczy a Oleg Tinkow zapowiada, że w lipcu zaprzęgnie go do pociągu pomagającego Alberto Contadorowi, szansa, że ?kolarski Hulk? wygra czwartą koszulkę najlepszego sprintera Tour de France jest całkiem spora. Motywacją jest choćby jego wyraźne upodobanie do koloru zielonego.

    Jeśli myślicie, że Peter Sagan to tylko szybka jazda na rowerze i kontrowersyjna, choć niemal nienaganna stylówa, mylicie się. Każdy kiedyś zalicza wtopę, jak choćby ta reklama? syropu z topinamburu:

    Zdjęcie okładkowe: Piotr Drabik, flickr, CC BY 2.0

  • Krew na szosie

    Krew na szosie

    Na trasie trzeciego etapu Giro d?Italia mocno poturbował się Domenico Pozzovivo. Przez dłuższą chwilę oglądaliśmy zakrwawionego zawodnika leżącego na asfalcie. Kolejne etapy akcji ratunkowej również były pokazywane na żywo w oficjalnej relacji. To nie pierwszy taki przypadek gdy ciężko ranny kolarz odzierany jest z jakiejkolwiek intymności.

    Kraksa włoskiego kolarza była dość trywialna. Ot, uślizg przedniego koła, jakich wiele. Skutki na szczęście nie były poważne. Skończyło się na poważnych potłuczeniach i ?szlifach?.

    Zanim dotarł do nas raport ze szpitala, sprawa wyglądała poważnie. Zawodnik przez dłuższą chwilę leżał na asfalcie. Przykryty folią NRC i przenoszony do karetki wyglądał na poważnie poszkodowanego.

    Operatorzy kamer byli na miejscu, śledzili każdy ruch ratowników. Kolejne portale zamieszczały wideo i zdjęcia. Część z nich kupiła od agencji zdjęcia zakrwawionego sportowca i umieściła na swoich stronach głównych.

    Tak samo było zaraz po tragicznym wypadku Woutera Weylandta cztery lata temu (Belgijski kolarz zmarł po upadku na trasie etapu Giro kończącego się w Rapallo, nieopodal miejsca, gdzie wywrócił się Pozzovivo). Oba zdarzenia wyglądały podobnie, całe szczęście Włoch z grupy Ag2r być może już niedługo wróci na rower.

    Mimo wielu deklaracji cztery lata temu, w sposobie prowadzenia relacji z upadku kolarza nic się nie zmieniło. Realizatorzy transmisji zapracowali na solidną naganę, na co uwagę zwrócił uwagę Chris Froome. Jego twitt został posłany dalej przez ponad 1500 użytkowników, co mam nadzieję jakkolwiek wpłynie na procedury w przypadku kolejnych kraks w peletonie. Albo przynajmniej stanie się początkiem dyskusji o traktowaniu kolarzy przez ekipy telewizyjne, które często zapominają o podstawowych zasadach bezpieczeństwa, o dobrych manierach nie wspominając.

     

    Kolarstwo to bezkompromisowy i ?szalony? sport. Mimo ciągłej poprawy warunków pracy zawodników mniej lub bardziej poważne wypadki będą się w nim zdarzać. Nie oznacza to jednak, że trzeba pokazywać każdy jego element, nie zostawiając atletom ani kawałka przestrzeni. Mam nadzieję, że upadek Pozzovivo przynajmniej nie trafi do ?WATTS?, przeglądu zabawnych obrazków ze sportowych aren, wśród których jednak zbyt często pojawiają się kolarskie kraksy.

    Zdjęcie okładkowe: Piotr Drabik, Wikimedia Commons, CC BY 2.0

  • Kogo śledzić podczas Giro d’Italia 2015?

    Kogo śledzić podczas Giro d’Italia 2015?

    Wielki tour to dobra okazja, by zaprzyjaźnić się z twitterem. Aby na początku przygody nie utonąć w tysiącach powiadomień proponuję 5 kont, które warto zasubskrybować przed rozpoczęciem tegorocznego Giro d’Italia.

    1. Adam Hansen

    Australiski kolarz realizuje swój spontaniczny projekt pobicia rekordu startów w kolejnych wielkich tourach. Poza tym jest znany z licznych dowcipów, zatem możemy oczekiwać zabawnych zdjęć i komentarzy w czasie Giro d’Italia. Hansen udowadnia, że nawet będąc profesjonalnym sportowcem można mieć dystans do siebie i swojego zawodu.


    2. Oleg Tinkov

    Przeciwieństwo Adama Hansena. Rosyjski biznesmen bierze kolarstwo w 100% na poważnie. A że jest przy tym ekstrawertycznym, ekscentrycznym narcyzem, jego konto twitterowe to źródło nieustającej rozrywki i trwogi zarazem. Gdy Tinkow jest zadowolony z pracy swoich kolarzy, obiecuje im złote góry, gdy nie wszystko idzie po jego myśli, publicznie wylewa na nich wiadra pomyj. Ponieważ wiąże olbrzymie nadzieje ze startem Alberto Contadora zarówno we włoskim Giro jak i francuskim Tourze, powinno być ciekawie...

    3.ammattipyöräily

    Anonimowy Fin, który z coraz większą dokładnością mierzy czasy podjazdów, liczy średnie prędkości, VAM, oraz szacuje stosunek mocy do masy według formuły Michele Ferrariego. Pamiętając, że jego dane są przybliżone, otrzymujemy regularny dostęp do wiedzy na temat aktualnego stanu zawodowego peletonu. Analizy tegorocznego Giro d'Italia, wyścigu, który przebiega po znanych i dobrze zmierzonych trasach, będą podpowiedzią dotyczącą rozwoju filozofii "marginal gains", ale też i dopingu...

    4.Rigoberto Urán

    Jeden z faworytów Giro regularnie pokazuje swoje życie na twitterze. Kolumbijski lider Etixx-Quickstep wrzuca wiele zdjęć, nie tylko rowerowych. Do tego potrafi zaskoczyć żartem. Oprócz tego promuje swoją markę osobistą, odzieżową oraz własne ego ;)

    5.CCC SprandiPolkowice

    Element patriotyczny. Profil grupy CCC Sprandi Polkowice nie jest szczególnie porywający, za to prowadzony z godną uznania konsekwencją. Jeśli jesteście ciekawy, czy któryś z "pomarańczowych" jedzie w ucieczce albo leży w kraksie, na twitterze "cycków" najszybciej znajdziecie potwierdzone informacje. Ponieważ liczymy na dobrą postawę naszych kolarzy w Giro d'Italia, oficjalny profil grupy jest obowiązkową pozycją na liście obserwowanych. Pamiętajcie, że Twitter, choć jest bardzo popularnym środkiem komunikacji, jest bardzo himerycznym medium. Bywa, że komuś puszczą nerwy, ktoś palnie głupstwo, ktoś źle zinterpretuje plotkę a w ten sposób rzeczywistość smartfonowej chmury będzie miała realne konsekwencje. Zeszłoroczne problemy na przełęczy Stelvio i niejasna sytuacja związana z neutralizacją części etapu powstały właśnie na twitterze!

  • Jak ubić wyścig?

    Jak ubić wyścig?

    Wyobraź sobie, że przed sezonem planowałeś wystartować w swoim ulubionym ogórku. Albo nawet serii ogórków. Miało być jak zawsze, a tymczasem u progu sezonu ogórek wypada z kalendarza. To nie będzie historia żadnego, konkretnego wyścigu. To historia o wyścigach xc, szosowych, amatorskich, zawodowych a nawet tych z pogranicza zawodowstwa.

    Przypadek pierwszy to seria lokalnych zawodów xc. Z wieloletnią tradycją, ceniona przez wierną grupę uczestników. Jeszcze za czasów mojej pracy w bikeWorld.pl próbowałem kontaktować się z organizatorem z prośbą o nadsyłanie wyników i krótkich notek prasowych. Uważałem, że warto promować dobrą, lokalną inicjatywę. Zawsze pozostawało to bez odpowiedzi. Po swoim powrocie do sportu i pisania o kolarstwie podjąłem kolejną próbę. Chciałem zrobić wywiad, by pokazać, że można utrzymać się na rynku mimo niewielkiego budżetu i działania w niszy. O serii zawodów nie pisze niemal nikt, a żale na ten fakt kilkukrotnie mimochodem słyszałem w kuluarowych rozmowach. Organizatorzy jednak, poza samym trudem przygotowania imprez nigdy nie zadali sobie minimum wysiłku, by wyjść ze swojego pudełka i rozejrzeć się po świecie. Zaprosić, poinformować, opowiedzieć. W tym roku, z cyklu o niegdyś imponujących rozmiarach pozostała symboliczna, kadłubowa forma.

    Jakiś wyścig. Gdzieś.

    Przypadek drugi to wyścig zależny ściśle od lokalnych środków, głównie samorządowych. Lokalny klub, zazwyczaj dzięki osobistym znajomościom jest w stanie ?wymęczyć? kilka tysięcy z gminnego budżetu. Parę groszy dołoży też lokalna restauracja, serwis samochodowy a resztę w czynie społecznym zrobią strażacy i dyrektor szkoły. Regulamin zawodów jest skserowany, strona www, jeśli w ogóle istnieje jest aktualizowana raz do roku i wygląda jak z końca lat ?90 ubiegłego stulecia. Ponieważ informacje o imprezie podawane są pocztą pantoflową, frekwencja nie powala, chyba, że wydarzenie zyska rangę regionalnych mistrzostw lub eliminacji Olimpiady Młodzieży. Przy dobrym obrocie sprawy o wyścigu napisze lokalny tygodnik. Niestety w kolejnych wyborach samorządowych do rady gminy dostaje się fan piłki nożnej a nie wujek kolarza, zatem fundusze z lokalnego budżetu są przekazane na remont ławki rezerwowych na okolicznym boisku. Miesiąc przed sezonem okazuje się, że w kasie klubu jest pusto, lokalni przedsiębiorcy ledwo wiążą koniec z końcem, więc zawody wypadają z kalendarza. Wszyscy psioczą na system.

    Trzecia sytuacja to impreza z oficjalną katergorią UCI. Jedna z wyżej notowanych w regionie. Ze sporą tradycją, budżetem, choć dopiętym w ostatniej chwili, to jednak spełniającym kryteria międzynarodowej federacji. Przez ostatnie lata przy trasie pojawiało się grono lokalnych mastersów a dla równowagi także kilku żuli. Peleton najlepszych zawodowców: polskich, niemieckich, czeskich i ukraińskich przez kilka dni ścigało się o punkty i pieniądze. Media rowerowe, skupiające się na maratonach mtb, skoro nie dostały notki prasowej od organizatora, ignorowały imprezę, mimo, że jedną z gwiazd był zwycięzca kilku etapów Tour de France. Grono zacnych sponsorów, poza ekspozycją logotypów i barterowymi fakturami nie odniosło żadnej, realnej korzyści ze wsparcia zawodów kolarskich. Kurczący się z roku na rok budżet (?nie damy więcej, przecież jest kryzys?) w końcu nie wystarczył na opłaty dla UCI, zatem nastąpiła degradacja do najniższej możliwej kategorii. Na starcie nie pojawiają się już nawet byłe gwiazdy, zamiast nich mamy amatorów, którzy są tłem dla polskiej czołówki. Ta prestiż zawodów uznaje głównie z przyzwyczajenia i w ramach redukcji dysonansu poznawczego.

    Jeśli rozejrzycie się wokół siebie, takich przypadków znajdziecie kilka, kilkanaście a może kilkadziesiąt. Wyścigi upadają, znikają, zwijają, degradują się. Dominującym uczuciem jest frustracja i bezsilność, brakuje za to spojrzenia na przyczyny. Niestety, klimat i czasy mamy takie, że bez promocji sukces jest mało możliwy. Zawody kolarskie, mimo osiągnięć Kwiatkowskiego i Majki same w sobie nie są szczególnie atrakcyjne, zwłaszcza na szczeblu regionalnym czy nawet ogólnopolskim potrzebują czegoś więcej niż samego istnienia. Chyba, że będziemy o nich myśleć wyłącznie w kategoriach nawet nie hobby a tymczasowej rozrywki i jednorazowego „eventu”, który jeśli się uda powtórzyć to fajnie a jeśli nie, to trudno.

    Zdjęcie okładkowe: Brian Townsley, flickr, CC BY 2.0. W tekście celowo nie używam obrazków z polskich imprez.

  • Szosa do czytania

    Szosa do czytania

    Gdy wydawało się, że na naszym rynku nie tylko nie ma już miejsca na kolejne wydawnictwo rowerowe, ale też na inny format niż znane dotychczas, pojawiła się ?Szosa?. Pierwszy numer to zdecydowany powiew świeżości i równoczesne pytanie, dlaczego na rowerowy magazyn, który można po prostu poczytać, trzeba było czekać tak długo.

    Od lat jedynym kolarskim czasopismem, które przyciąga moją uwagę w innych okolicznościach niż chwile skupienia w miejscu odosobnienia jest Pro Cycling. Anglojęzyczny periodyk stoi w opozycji do znanego, ?niemieckiego? trendu, który w zasadzie sprowadza się do przedstawiania kolejnych testów i prezentacji sprzęty w ilościach przemysłowych. Z kolei Pro Cycling stawia na opowieści, wywiady i publicystkę. Prezentowane treści są na tyle pogłębione, że nawet stary wyjadacz kończy lekturę z porcją nowych wiadomości. ?Szosa? idzie wyraźnie w tym kierunku. To czasopismo, które można poczytać a nie tylko zawiesić wzrok na zdjęciach kolejnych rowerów i tabelkach z danymi. Wywiady (z Eugenią Bujak i Michałem Kwiatkowskim), choć mają póki co charakter raczej ?informacyjno-techniczny?, niż ?ludzko-poznawczy? są ciekawe i wciągające. Prezentacje kolejnych wyścigów (numer skupia się na sezonie klasyków) to raczej zbiór anegdot niż dystansów, przewyższeń i nazw. Gratulacje należą się więc nie tylko samym autorom, ale i redakcji jako takiej za wdrożenie formatu, który ma charakter odrobinę bardziej ponadczasowy. https://twitter.com/MagazynSzosa/status/575962669569683456 Porcja nowości, zarówno wyścigowych jak i sprzętowych, która starzeje się po dwóch dniach w internecie a w wypadku drukowanego magazynu przestaje mieć znaczenie jeszcze przed ukazaniem się bieżącego numeru (?Szosa? jest dwumiesięcznikiem) jest ograniczona do minimum. Z kolei obowiązkowy (wszak czymś trzeba zapłacić za ?jakościowe treści?) dział testów i przeglądów rynku nie dominuje objętością, dzięki czemu całość zachowuje stosowny balans. Skłamałbym mówiąc, że lektura pierwszego numeru ?Szosy? przyniosła mi jakieś odkrycia. Cóż, raczej nie jestem targetem prasy rowerowej. Mimo to, miło jest poczytać dobre teksty, zatem ze spokojnym sumieniem magazyn poleciłem mojej szanownej małżonce. Dla niej większość tematów będzie nowa, a że całość jest podana w estetycznej i przyjemnie zaprojektowanej formie, z chęcią kupimy kolejny numer. PS: Okładkę wydrukowano na matowym, miękkim papierze. To ciekawe, ryzykowne rozwiązanie, które dodatkowo odróżnia ?Szosę? od pozostałych, ?lakierowanych? czasopism. ?Szosa?, wydawnictwo Cyclemotion sp. z o.o. Dwumiesięcznik, 132 strony Cena: 15PLN

  • Rób inaczej

    Rób inaczej

    W oczekiwaniu na Paryż-Nicea, z refleksjami po konkursie Blog Roku i pod wrażeniem pracy, jaką wykonała redakcja mtb-xc.pl przy zbieraniu „komentarzy postartowych” z Andaluzji i Cypru, kilka zdań o rowerowych mediach.

    Trochę się napracowałem i nawspółpracowałem w mediach rowerowych. Media jak media, zwłaszcza te branżowe, rządzą się swoimi prawami. Różnorakie formy współpracy z reklamodawcami sprawiają, że poza niezbędnymi informacjami (wyniki najważniejszych wyścigów), większa część treści ma charakter komercyjny. W pogoni za zyskiem produkuje się wiele, zapominając o najważniejszym, czyli odbiorcy.

    Od dłuższego czasu czytam i oglądam głównie po angielsku. Gdy startowałem z ?loverove?, codziennym przeglądem rowerowych nowości, liczyłem na to, że będę mógł linkować do dobrych treści robionych po polsku. Tymczasem bywają tygodnie, gdy żywcem nie ma czego wkleić.

    Nie wierzę, by nasz rynek był na tyle niewykształcony, żeby nie móc wyprodukować i  sprzedać dobrej historii, nie będącej marketingowym ?infotaimentem?. Tym bardziej, że przykładów, co i jak można zrobić jest bez liku.

    Jak pewnie spora część z Was, jestem fanem Global Cycling Network. Kanał youtube prowadzony m.in przez byłych zawodowców niemal codziennie dostarcza rowerowe wideo: porady, publicystykę, zapowiedzi, nowości, często z mocnym przymrużeniem oka. Wiadomo, koszty produkcji są spore, ale z drugiej strony powinny być do przełknięcia przez rodzimych liderów branży rowerowej.

    Jeśli wideo jest zbyt drogie, można po prostu pisać. Przynajmniej kilka razy w tygodniu trafiam na materiały, które powalają mnie na kolana. Są świetnie napisane, dogłębnie prezentują temat a przy tym nie są pozbawione sporej porcji zajawki, którą można podzielić się nie tylko z ekspertami o wieloletnim stażu.

    Zobaczcie choćby ten tekst o biciu rekordu godzinnego przez amatora czy pierwszy z brzegu artykuł na cyclingnews podsumowujący wydarzenia minionego weekendu. Owszem, anglojęzyczna publiczność jest wielokrotnie większa ze względu na powszechną znajomość mowy poddanych Królowej, ale czy to oznacza, że po polsku takie treści nie mogą powstawać? Co jest przyczyną? Obawa, że zbyt specjalistyczne się nie sprzedadzą, dlatego lepiej swój lub redakcji czas poświęcić na kolejny tekst, który zadowoli reklamodawcę i przyniesie wiele wejść z wyszukiwania w Google? Nieliczni entuzjaści jak wspomnieni we wstępie mtb-xc czy rowery.org wychodzą poza schemat, ale gdzie jest reszta?

    Idea content marketingu dopiero do nas dociera. Na czym ona polega? Po prostu rób jak najlepszą treść i sprzedawaj dzięki temu. Traktuj swoich odbiorców jak ludzi a nie roboty. Dbaj o nich i załóż, że są ciekawi świata, otwarci i zaangażowani. Wiedz, że są inteligentni i właśnie dorastają do tego, żeby pogardzić przeklejoną informacją prasową czy sponsorowanym testem.

    Zapowiada się dobry rok dla polskiego kolarstwa. Zawodowcy są coraz bardziej zawodowi, eksportowe gwiazdy zdobyły silną pozycję u swoich pracodawców. Wyścigów dla amatorów jest multum, chętnych by w nich startować będzie niezły tłum. Kolarze i rowerzyści wyprzedzili media i sami weszli na wyższy poziom. Teraz jest pora, by im dorównać.

     

     

  • Rok po odśnieżaniu

    Rok po odśnieżaniu

    Znów jest mróz, znów jest śnieg. Zawodowcy znów ścigają się w ciepłych krajach. Minął rok od restartu bloga i teraz muszę zmierzyć się z cyklicznością wydarzeń. Bo choć każdy wyścig jest inny, pewne schematy pozostają.

    To zawsze było zmorą, gdy pracowałem i współpracowałem z mediami rowerowymi. Sztampa. Kalendarz wyścigów określa tematykę wpisów. Pory roku nadają rytm artykułów o sprzęcie. Jak jest zima, to jest zimno, więc piszemy o ochraniaczach na buty. Gdy przychodzą wakacje, to o camelbackach. Co tydzień przełaje, potem Puchar Świata MTB i klasyki. Patronaty nad lokalnymi imprezami? Proszę bardzo: zapowiedź, zdjęcie, relacja. Tour de France? Lecimy. Zapowiedźzdjęcierelacja, zapowiedźzdjęcierel?

    Co więcej, można na tym bazować w nieskończoność. Co roku producenci oferują nowe modele, które chcą zaprezentować publiczności. W każdym, kolejnym sezonie nowe gwiazdy aspirują do miejsc na podium najważniejszych wyników. Wreszcie rosnąca popularność kolarstwa sprawia, że co 12 miesięcy dochodzi grupa począkujących fanów, których można wprowadzić w zawiły acz piękny świat rowerowania. I wiecie co, to nawet nie jest takie złe. Jeśli lubisz kolarstwo, to możesz dostarczać taką treść bez uszczerbku na zdrowiu i honorze.

    Wybrałem jednak inaczej. Nie relacjonuję a komentuję. Nie testuję a co najwyżej dzielę się opinią. Wygląda na to, że przypadło Wam to do gustu, bo jest Was tu coraz więcej, co bardzo mnie cieszy. Nie jestem też sam, bo w minionym roku zanotowałem wysyp blogów rowerowych i rozwój tych, które wcześniej działały bardziej dyskretnie, prywatnie i kameralnie. Rowerowanie i kolarstwo przestają być tylko pretekstem do promocji firm z branży, stają się otwarcie stylem życia i elementem wyrażania indywidualności.

    Tu jednak pojawia się pułapka. Media internetowe w wielu przypadkach wciąż przegrywają z tradycyjnymi na kilku płaszczyznach. Są zbyt biedne, by oferować dopracowaną treść autorską. Oczywiście są wyjątki, ale one potwierdzają regułę. Dobry reportaż, dziennikarstwo śledcze a nawet profesjonalny wywiad wymagają środków, które niekoniecznie się zwrócą. ?Jakościowy content? klika się gorzej niż przysłowiowe [MAJTKI DODY SZOK I NIEDOWIERZANIE], za to jego produkcja jest kilkukrotnie droższa niż prostych treści rozrywkowych czy bezrefleksyjne przeklejenie informacji prasowych.

    Idąc tym tropem, praca blogera ma same zalety. Jest tania, bo ogranicza się do jego opinii i wiedzy. Niepotrzebny jest research, wyjazdy i sprzęt. Niepotrzebne jest też zabieganie o względy reklamodawcy czy czytelnika, skoro pisze się szczerze od serca. Z drugiej strony to wciąż tylko opinia a chcąc dostarczać możliwie najlepszą treść, trzeba zacząć wychodzić poza swoje głębokie przekonanie.

    Zeszłoroczne odśnieżanie bloga, choć całkiem spontaniczne, miało nieprzypadkową datę. W końcu domenę miałem od trzech lat i czasem coś sobie w niej pisałem. Własne urodziny to dobry czas na zmiany i choć pomysł na restart pojawił się jako autoprezent, okazało się, że pociągnąłem go przez cały rok, niemal bez przerw. Aż sam siebie zadziwiłem. Nadal robię to bez napinki, bo cieszy mnie praca nad słowami a fakt, że interesuję się kolarstwem jest niezaprzeczalny. Mimo wszystko pojawiają się koncepcje, by robić to lepiej i dostarczać treść ciekawszą, bardziej intrygującą i lepiej opakowaną. Oby mi starczyło czasu i środków, bo przecież nie chcielibyście, żebym popadł w sztampę, czyż nie? Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale mam nadzieję, że za rok znowu się tu spotkamy a w międzyczasie przeczytacie sporo ciekawych słów.

  • Tydzień dobrych wiadomości

    Tydzień dobrych wiadomości

    Po dzikiej karcie dla CCC Sprandi Polkowice na Giro d?Italia i dalszych planach profesjonalizacji Kross Racing Teamu pojawił się kolejny świetny news dla naszego kolarstwa. Szosowe Mistrzostwa Polski mają na żywo transmitowane w telewizji.

    Oczywiście do czerwcowych zawodów o zestaw koszulek z orłem jeszcze daleko, ale po raz kolejny jest się z czego cieszyć. Nie wiadomo jeszcze, która stacja pokaże wyścigi, jednak skoro współorganizatorem ma być Lang Team można spodziewać się TVP (chyba, że o prawa powalczy związany z Dolnym Śląskiem Polsat). Tak czy inaczej, w ten sposób krajowe kolarstwo wchodzi na salony, do sportowej pierwszej ligi nad którą pochyla się ciągle najważniejsze i najbardziej wpływowe medium.

    Wstępne szczegóły znajdziecie choćby na stronie Eurosportu. Jak zawsze w takich sytuacjach znajdują się malkontenci i ?hejterzy?. Cóż, Czesław Lang i jego firma mają spore grono wiernych antyfanów. Prosty do bólu marketing faktycznie może działać na nerwy, ale z drugiej strony pokażcie mi kogoś, kto jest w stanie przeprowadzić zawody kolarskie sprawniej niż oni. W pakiecie z mistrzostwami kraju, Lang Team będzie również współpracował z lokalnym klubem KS Ślęża Sobótka przy organizacji Ślężańskiego Mnicha, otwierającego sezon na naszym podwórku. Jeśli weźmiemy jeszcze pod uwagę, że przy okazji Skandia Maratonu będą organizowane szosowe wyścigi dla amatorów, wygląda to na ewidentną próbę skonsumowania sukcesów zawodowców: Kwiatkowskiego, Majki czy Niemca.

    To dobrze, bo o kolarstwie znów będzie głośno. Nadchodzi czas, gdy nie będziemy mogli skarżyć się, że nasz sport jest niszowy. Obecność w telewizji i otwarte imprezy masowe w dużych miastach uzupełniają układankę złożoną z koszulek: tęczowej Kwiatkowskiego i w grochy Majki, rosnących ambicji CCC Sprandi Polkowice i Kross Racing Team oraz wielu, innych, przyjemnych wydarzeń, których doświadczamy w ostatnich kilkunastu miesiącach.

    Zdjęcie okładkowe: Piotr Drabik, flickr, CC BY 2.0

  • Nie zdążyłem zgłodnieć

    Nie zdążyłem zgłodnieć

    Cavendish, Quintana, Kittel, Kwiatkowski, Niemiec? Już? Przecież to dopiero styczeń a najlepsi zawodowcy rozpoczęli sezon. Czas, gdy kolarze odpoczywają zdecydowanie się skrócił, chwila oddechu dla kibiców również nie była długa.

    W nieodległej przeszłości od połowy października do połowy lutego co najwyżej mogliśmy śledzić poczynania przełajowców. Sport to jednak biznes a ten nie znosi przestojów. W ten sposób sezon szosowy wydłuża się w szybko i skutecznie. Imprezy, które jeszcze niedawno były egzotycznym dodatkiem, dziś stają się pełnoprawnymi punktami w kalendarzu. Nawet, jeśli gwiazdy nie są w pełnej formie na trasach wyścigów rozgrywanych w okolicach zwrotników, sama ich obecność podgrzewa emocje bardziej niż południowe słońce.

    Bez względu na to, czy to World Tour (jak w przypadku australijskiego Tour Down Under) czy wyścigi niższych kategorii, czy ekskluzywne, za pieniądze szejków (Oman, Katar, Dubaj), czy nieco chaotyczne jak Tour de San Luis w Argentynie, przyciągają naszą uwagę. Trudno obronić się przed zmasowanym atakiem komunikatów prasowych, relacji, zdjęć, twittów i streamingów. Emocje sportowe są być może i drugoligowe (trenujące gwiazdy vs lokalni herosi vs młodzi na dorobku), ale dostajemy jeszcze prezentacje nowych trendów, strojów, kolekcji sprzętu, prototypów.

    W tym roku nie byłem głodny nowości, nie czekałem na Tour Down Under. Sam przed sobą mam cały czas ustaloną hierarchię wyścigów, i dla mnie te ważne zaczynają się na przełomie lutego i marca od Omloop Het Nieuwsblad. Mimo to, dałem się ponieść komunikacyjnej fali, przekonać marketingowcom i agencjom PR, że to, co dzieje się teraz na półkuli południowej ma znaczenie. Nawet, jeśli w podsumowaniu sezonu 2015 zasłużą na nie więcej niż dwa zdania. Od tego trendu nie ma już odwrotu. Sezon szosowy w wydaniu zawodowym trwa już teraz dwa miesiące dłużej. Dołóżmy do tego informacje o transferach, obozach przygotowawczych i nietypowych wyjazdach integracyjnych (jak choćby Tinkoff-Saxo na Kilimandżaro) i mamy zapewnioną kolarskie newsy na całe 12 miesięcy.

    Zdjęcie okładkowe: Scott Caleja, flickr, CC BY 2.0