Tag: Marek Rutkiewicz

  • Loverove 09.11.2015

    Loverove 09.11.2015

    Poniedziałkowe Loverove: rozrywka od GCN, technikalia i newsy z polskiej szosy.

    1. Co zawodowcy robią zimą?

    Poza jazdą na rowerze. Narty biegowe, siłownia, bieganie, basen a może…. taniec? ekipa GCN przepytała zawodowych kolarzy:

    2. Nadciąga nowy standard?

    https://twitter.com/cycling_rr/status/662571874207928320

    Wciskane łożyska suportu to dyskusyjne rozwiązanie. Kilku producentów: White Insustries, Chris King czy Enduro proponuje powrót gwintowanych muf suportu. Nowy standard ma się nazywać T47 i łączyć zalety BB30 z HT2. Cóż, na tak rozdrobnionym rynku można się spodziewać wszystkiego poza jednym: spadkiem cen. Kolejne klucze, kolejne rozmiary łożysk, kolejnych kilku producentów ram, którzy zastosują rozwiązanie, do którego dostanie części zamiennych będzie graniczyło z cudem to właśnie to, o czym wszyscy marzyliśmy, czyż nie? Największą zaletą wydaje się być fakt, że nowy standard ma być otwarty a dostęp do specyfikacji i możliwości użycia darmowy.

    3. Zmiany na polskich szosach

    Dwie ważne wiadomości. Po pierwsze, Marek Rutkiewicz po pięciu sezonach spędzonych w ekipie CCC zmienia klub. W sezonie 2016 będzie liderem Wibatech – Fuji a co za tym idzie z poziomu „Pro Continental” przechodzi do „trzeciej dywizji”. Można więc przypuszczać, że w przyszłym roku skupi się na krajowych imprezach. Rutkiewicz ma 34 lata, w przeszłości był 3. w Tour de Pologne (2002), 2. w Grand Prix de Wallonie (2003), był drugi w Tour of Quinghai Lake (2008), wygrywał Circuit de Ardennes (2008), klasyfikację górską Tour de Pologne oraz Szlakiem Grodów Piastowskich.

    Drugą, ważną informacją jest powstanie kobiecej grupy szosowej: MAT Atom Sobótka, której liderkami będą Paulina Brzeźna-Bentkowska i Monika Brzeźna.

  • Najlepszy polski kolarz?

    Najlepszy polski kolarz?

    Bartosz Huzarski, Przemysław Niemiec, Marek Rutkiewicz czy Sylwester Szmyd? To dość karkołomny pomysł by wartościować tak różnych zawodników. Ale po pierwsze jest po sezonie a po drugie, nadciąga kolejna generacja polskich kolarzy ze sporym apetytem na przebicie osiągnięć obecnej. Po trzecie wreszcie, zmierzenie się z tą kwestią traktuję jako rodzaj wyzwania.

    Sylwester Szmyd jest z tej czwórki najstarszy. W marcu będzie miał 34 lata. Jak na kolarza to sporo, ale jeszcze nie musi oznaczać jednoznacznego zmierzania w stronę zakończenia kariery. Są zawodnicy, którzy w tym wieku wieszają rower na haku i zajmują się prowadzeniem kawiarni, hodowlą krów lub stają się dyrektorami sportowymi. Są też tacy, którzy, jak wino, dopiero „na starość” zaczynają dojrzewać by wspomnieć np. Chrisa Hornera.

    W tym zestawieniu Szmyd zajmuje szczególne miejsce nie tylko ze względu na wiek. To on, jako jedyny w latach posuchy reprezentował nasz kraj wśród kolarskiej elity. Od początku swojej kariery jeździ we Włoszech i choć np. historia jego występów w reprezentacji czy na mistrzostwach Polski jest długa i zawiła (w pewnym momencie pojawiła się nawet opcja zmiany barw narodowych), to jednak jest „nasz”. Mimo jedenastu sezonów w zawodowym peletonie ma na swoim koncie zaledwie jedno zwycięstwo. Za to jakie! Będąc typowym góralem zwyciężył na Mount Ventoux podczas Dauphine Libere w 2009r. Po sukcesie Zenona Jaskuły w Tour de France (1993) jest to, póki co największy sukces Polaka wśród profesjonalistów. Takie kolarskie „Wembley” które długo będzie wspominane przy każdej okazji gdy tylko któryś z wyścigów zawita do Prowansji. Trzeba jednak pamiętać, że mimo braku spektakularnych sukcesów Sylwester Szmyd ma całkiem bogate portfolio. Miejsca w pierwszej dziesiątce wyścigów Pro Tour: Dauphine Libere, Tour de Romandie, Tour de Pologne oraz czternaste miejsce zdobyte w Vuelta Espana 2006 sugerują, że to bardzo solidny kolarz. Przy tym trzeba pamiętać, że to „tylko” pomocnik. Tyle, że pomocnik bardzo specyficzny, o wąskiej specjalizacji, przez co bardzo ceniony. Jego zadaniem jest prowadzenie lidera i dokonywanie selekcji na górskich etapach. Kilkukrotnie zrobił to w sposób, który był powodem zachwytu komentatorów na całym świecie. Co istotne, dwukrotnie był członkiem zwycięskiego teamu w wielkim tourze: Damiano Cunego (2004) i Ivan Basso (2010) z pomocą Szmyda wygrywali Giro d’Italia. Sylwester Szmyd jest aktywny w sieci. Prowadzi bloga, który jest często przeklejany przez większość portali. Niestety na tym polu przegrywa z konkurencją, tracąc częściowo sympatię kibiców przesadnym podkreślaniem znaczenia pracy, jaką wykonuje dla liderów swoich ekip. W rewanżu internauci „odwdzięczają się” zarzutami o brak ambicji i przeciwstawiają kolejnemu bohaterowi poniższego tekstu.

    Przemysław Niemiec, tak jak Szmyd w dość młodym wieku wyjechał do Włoch, tyle, że zamiast praktykować u wielkich mistrzów w grupach z najwyższej półki startował w ekipach trzeciej dywizji. Do najwyższej klasy rozgrywkowej (Lampre) trafił dopiero mając 31 lat. Za to wcześniej, niejednokrotnie będąc liderem ekipy Miche notował znakomite wyniki w imprezach prestiżowych choć niższej kategorii. Wygrywał etapy oraz klasyfikację generalną Route du Sud, etapy oraz stawał na podium w Giro del Trentino,  etap i podium Settimana Coppi & Bartali. W CQ Ranking (odpowiednik dawnego rankingu UCI, który bierze pod uwagę punkty ze wszystkich wyścigów nie rozdzielając na World Tour i Toury Kontynentalne) regularnie mieści się w pierwszej części drugiej setki i jest najwyżej sklasyfikowanym Polakiem. W tym roku podczas Giro miał skonfrontować się z Sylwestrem Szmydem – obaj w swoich drużynach pełnili podobne funkcje. Szmyd wspierał Vincenzo Nibalego, Niemiec – Michele Scarponiego. Trzeba przyznać, że na Etnie Niemiec zaprezentował się rewelacyjnie, później nie było już tak dobrze. Mimo wszystko pozostawił dobre wrażenie artystyczne. Chwile chwały Przemysława Niemca przyszły jesienią. Po niezbyt udanym Tour de Pologne oraz Vuelta Espana gdzie bywał w czołówce w górach, ale ostatecznie nie zachwycił znakomicie pokazał się we włoskich klasykach. Szóste miejsce w Emilii oraz piąte w Gran Piemonte (klasyki kategorii HC) to jednak nic w porównaniu z piątym miejscem w Giro di Lombardia. Jadąc aktywnie z najlepszymi kolarzami wyścigu Niemiec sięgnął po jeden z najlepszych polskich wyników w klasycznych Monumentach i najlepszy od dekady, czyli od czasów Zbigniewa Sprucha. Choć „piąte miejsce na jakimś wyścigu we Włoszech” nie pobudza tak wyobraźni jak „wygrana na legendarnej górze wiatrów”, jest to jeden z najcenniejszych wyników uzyskanych przez polskich zawodowców w XXIw. (W tym miejscu warto jeszcze wspomnieć wygraną Piotra Wadeckiego na górskim etapie Paryż – Nicea).

    Tak już się złożyło, że polscy profesjonaliści są w swoich specjalnościach raczej „jednymi z wielu” niż postaciami wybitnymi. Z drugiej strony, potrafią np. we włoskich grupach wygrać rywalizację z Włochami. Specjalizacja Bartosza Huzarskiego jest prawdopodobnie najszersza i zarazem najbardziej popularna. Górzyste etapówki, jazda w ucieczkach, próby walki w klasykach. Chętnych i posiadających możliwości by odnosić sukcesy na tych polach jest wielu. Tymczasem „Huzar” ma sporą intuicję w szukaniu szansy dla siebie i często jest blisko dobrego wyniku a od czasu gdy zaczął ścigać się w ekipach zagranicznych zdobywa kilka cennych skalpów w sezonie. Jego kariera rozpoczęła się od spektakularnej ucieczki zakończonej zwycięstwem na jednym z etapów Wyścigu Pokoju (2003) i to właśnie po ucieczkach sięga po większość wartościowych wyników. Szczególnie udane ma dwa ostatnie sezony w barwach grup ISD i NetApp. Wygrywał etapy Settimana Coppi e Bartali oraz Settimana Lombarda (2010), był liderem oraz zajął szóste miejsce w „generalce” wyścigu dookoła Turcji (2011, kategoria HC) a także siódme w Tour de Pologne (2011, nie zapominajmy, że to World Tour), będąc najlepszym Polakiem wyścigu. Co ważne podkreślenia, Huzarski jest prawdopodobnie najbardziej lubianym kolarzem przez rodzimych internautów. Swego czasu był jednym z pierwszych, którzy aktualizowali swoją www. Zamieszczał na niej nawet swoje plany treningowe i wyniki badań, zanim ktokolwiek słyszał o paszportach biologicznych. Jest aktywny na forach i koresponduje z kibicami, którzy cenią go również za to, że nie szuka wymówek gdy wyścig nie ułoży się po jego myśli.

    Na koniec zostawiłem postać najbardziej znaną przeciętnemu widzowi TVP. Marek Rutkiewicz to od lat nasz murowany faworyt do wygrania a przynajmniej do podium Tour de Pologne. „Wielka Nadzieja Białych Polaków” z karierą złamaną przez zamieszanie w dopingową „Aferę Cofidisu”. W 2004r, czyli gdy miał 23 lata musiał ewakuować się z francuskiej ekipy RAGT (wówczas z licencją I dywizji) do kraju, gdzie spędził kolejne siedem i pół sezonu. W tym czasie postrzegany był jako specjalista jednego wyścigu, czyli właśnie Tour de Pologne. Skoro u progu kariery Rutkiewicz potrafił pokonać Richarda Virenque’a na trudnym podjeździe Grand Colombier, trudno się dziwić, że co roku przygotowywał się do jedynej okazji, gdzie mógł porównać się z zawodnikami światowej elity. Liczne sukcesy w kraju z pewnością nie rekompensowały mu braku możliwości rywalizacji w najważniejszych wyścigach. Zwraca więc uwagę, nieco niedoceniany, bo uzyskany na egzotycznej imprezie, wynik w Tour of Quinghai Lake w 2008r. Nie tylko kategoria wyścigu (2.HC) jest tu ważna. Na górskiej i rozgrywanej na dużej wysokości etapówce Rutkiewicz rywalizował jak równy z równym z „Bad Boys” ekipy Rock Racing: Tylerem Hamiltonem i Oscarem Sevillą ostatecznie wygrywając etap i zajmując drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Mając trzydzieści jeden lat powraca „za zachód”. Będzie się ścigał razem z Bartoszem Huzarskim w niemieckiej ekipie NetApp i częściej niż raz lub dwa razy w sezonie powinien dostać szansę na sprawdzenie swoich możliwości. Nie pozostaje nic innego, jak życzyć mu powodzenia.

    W sieciowych rozważaniach na temat tego, kto jest lepszy a kto gorszy i dlaczego najczęściej można spotkać przypuszczenia. Co by było, gdyby Szmyd częściej dostawał wolną rękę, Niemiec wcześniej trafił do dobrej ekipy, Huzarskiemu udało się wyjechać za granicę w wieku Rutkiewicza a Rutkiewiczowi uniknąć problemów wokół afery Cofidisu? Dlatego skupiłem się na kolarzach po trzydziestce z bogatym dorobkiem i pominąłem np. Bodnara, Gołasia, czy Marczyńskiego, którzy stoją między opisywaną czwórką a kolejną generacją: Majką, Maryczem, Kwiatkowskim czy Paterskim. Chciałem porównać dokonania a nie potencjał łączony też często z sympatią i wizerunkiem. Za rok taki mini ranking może wyglądać zupełnie inaczej. Szmyd może wygrać etap na Giro (bo właściwie czemu nie). Niemiec na Vuelcie. A wszystkich „skasować” któryś z młodych triumfując w tygodniowej etapówce z kalendarza World Tour lub Huzarski w Tour de Pologne. Ale to będzie kiedyś. Na dziś według mnie numerem jeden jest Sylwester Szmyd. Nawet jeśli, tak jak wielu kibiców, często jestem już znużony niektórymi jego wypowiedziami. Pozostaje tylko schylić czoło przed wieloletnią ciężką pracą i kilkoma, ale za to bardzo dobrymi wynikami. I życzyć, by Mount Ventoux nie było jego jedynym indywidualnym zwycięstwem.

    PS Na blogowym fanpage’u udostępniłem ankietę z pytaniem o najlepszego aktywnego polskiego kolarza szosowego. Zapraszam do głosowania: http://www.facebook.com/questions/239685629427551/?qa_ref=qd

  • 68. Tour de Pologne? Było nieźle!

    68. Tour de Pologne? Było nieźle!

    Tour jest tylko jeden. To Tour de France. Nasz Tour de Pologne nigdy go ani nie dogoni ani nie zastąpi. Patrząc na zakończony właśnie Wyścig, wygląda na to, że powoli zadamawia się w światowej elicie. Jestem ciekaw, czy Wasze spostrzeżenia po tegorocznym TdP pokrywają się z moimi.

    Polacy

    Oczekiwania były większe. Jak na ostatnie lata spory urodzaj rodzimych zawodników: zawodowcy z ProTouru (Lampre, Liquigas, Saxo Bank, Vacansolei), start polskiej ekipy (CCC Polsat) a do tego kadra narodowa. Efekty? Liczne ucieczki, koszulka najaktywniejszego (Kurek), koszulka najlepszego górala (Gołaś) i dwóch zawodników w top10. Do tego obiecujący talent (Paweł Cieślik) na horyzoncie. Nieźle, naprawdę nieźle. Na plus zaliczyć trzeba też postawę Bartosza Huzarskiego, który jak przystało na kapitana Kadry został najwyżej sklasyfikowanym Polakiem (7. Lokata) a gdy było trzeba dawał szansę młodym.

    Na minus, mimo rozlicznych prób, postawę grupy CCC. Można mówić, że próbowali, że byli aktywni i że są grupą Pro Continental, więc słabszą niż elita światowego kolarstwa. Marek Rutkiewicz po raz kolejny próbował wygrać wyścig i po raz kolejny w taki sam sposób ? brawurowym atakiem na mokrym zjeździe. Po raz kolejny taka taktyka nie przyniosła rezultatu. Tomasz Marczyński  próbował wygrać etap i gdyby nie to, że cały czas był utrzymywany jako backup dla Rutkiewicza w kwestii walki o ?generalkę? być może miałby na to szansę. Tym samym CCC zakończyło wyścig ze sporym zwrotem z obecności w mediach, ale bez realnego sukcesu sportowego.

    Czy aby na pewno? Być może problemem jest postrzeganie Tour de Pologne jako czegoś gorszego a tymczasem to wyścig klasy World Tour. Punktowany tak samo jak inne tygodniowe etapówki. Jeszcze do niedawna 9. miejsce Sylwestra Szmyda w Tour de Romandie traktowaliśmy jako sukces. Zatem siódme miejsce Huzarskiego i 10. Rutkiewicza to niezłe wpisy do ich własnego portfolio. Co nie zmienia faktu, że nadal czekamy na zwycięstwa ważniejsze niż poboczne klasyfikacje. Jeśli nie generalka to choćby etap. Stać nas na to, tylko może trzeba nieco zmienić priorytety.

    Zagraniczne gwiazdy

    Peter Sagan to wschodząca gwiazda światowego kolarstwa. Podobno podczas testów w Liquigasie zaprezentował potencjał fizjologiczny, jakiego dawno nie widziano u zawodowego kolarza. Jest mocny, jest szybki i ma instynkt zwycięzcy. Jest bardzo młody (rocznik 1990) a już może rywalizować ze światową elitą. Niektórzy widzą w nim następcę Gilberta, ale ponieważ wywodzi się z MTB, kto wie, może będzie następcą Evansa? Z niecierpliwością czekam, co pokaże podczas hiszpańskiej Vuelty, choć tam będzie głównie wspierał Nibalego w walce o obronę tytułu. Fakt, że Nibali zostawił sporo zdrowia na podhalańskich szosach pilotując Słowaka w walce o zwycięstwo pokazuje, że wierzy w niego i kierownictwo ekipy i jego koledzy z ekipy.

    Kolejny plus to Daniel Martin. Ubiegłoroczny zwycięzca na poważnie wziął sobie do serca fakt, że wystartował z numerem jeden na koszulce. Nie udało mu się, ale walczył do końca pokazując, że wysoko ceni sobie wynik na Tour de Pologne.

    O finiszach Marcela Kittela powiedziano już niemal wszystko, teraz czas, by znakomitą dyspozycję pokazaną w Polsce potwierdził kolejny level wyżej ? w starciu z elitą światowego sprintu.

    Szczególnie zmotywowana była ekipa Vacansolei, miejsca 3 (Marcato) i 4 (Poels) w klasyfikacji końcowej, Michał Gołaś najlepszy góralem i aktywne uczestnictwo w każdym finiszu. Choć była to ekipa bez wielkich nazwisk w składzie, zdecydowanie uczestniczyła w kreowaniu losów wyścigu. Może to dobry wzór dla naszego CCC?

    Kto zawiódł? Lampre (ale podobno Scarponi i Niemiec trenowali tu przed Vueltą) i naszpikowana gwiazdami (di Luca, Paolini, Pozzato) Katusha. Więcej można się też było spodziewać po Astanie.

    Trasa

    Wielkich gór w Polsce nie mamy, ale z dostępnego materiału wyciśnięto całkiem sporo. Inna sprawa, co ze swoją areną zrobili sami zawodnicy. Peter Sagan nieźle jeździ po górach, więc czekając do ostatnich kilometrów trudno myśleć o tym, że można go zgubić. Przy wyrównanym poziomie współczesnej czołówki, trzeba podejmować więcej prób, być może mniej schematycznych by myśleć o zmęczeniu lub zaskoczeniu rywali. Rundy w miastach? Cóż, w Warszawie czy Krakowie uzasadnione, zwłaszcza, że dookoła sporo elementów charakterystycznych. Etapy w Zagłębiu i Katowicach były do siebie tak podobne, że trudno znaleźć dla nich wytłumaczenie inne niż tylko komercyjne. W telewizji najładniej zaprezentował się Cieszyn. Okrążenia z brukowanym podjazdem, do tego piękna architektura w tle to dobre połączenie. Przy coraz lepszej jakości polskich dróg (plus robione w ostatniej chwili poprawki i remonty) i zmianie koncepcji dwóch środkowych etapów dostajemy trasę może nie porywającą, ale godną klasy imprezy.

    Ewentualne propozycje? (Zaznaczmy, że realne i odłóżmy marzenia o przełęczy karkonoskiej na kolejne dziesięciolecie). Zmiana warszawskiego etapu na nośną medialnie drużynową czasówkę oraz korekta na pierwszym etapie tatrzańskim. Zamiast ciężkiego sprintu pod Krokwią finałowy podjazd na Gubałówkę. Bardziej selektywny a i lepiej rozpoznawalny. Co o tym sądzicie?

    TVP

    Na koniec słówko o poziomie relacji w mediach. Telewizja Publiczna zrobiła spory krok na przód. Komentatorski duet Piotr Sobczyński ? Wacław Skarul sprawdził się nieźle nie irytując kibiców i dając dość informacji laikom. Gdyby tylko wyciąć to, co poza samą relacją, byłoby zupełnie w porządku. Do tego Cieszyn, Kraków, Warszawa, Będzin, Dąbrowa Górnicza wyglądały godnie a podhalańskie pejzaże ujmująco. Popracować trzeba nad infografikami i światłem. Późno popołudniowe słońce wyraźne sprawiało realizatorom sporo problemów, ani TVP ani Eurosport nie radziły sobie z ustawieniem kontrastu, choć prezentowały sygnał nieco odmiennie.

  • Znów się nie udało?

    Znów się nie udało?

    Po czterech etapach Polacy nadal są bez zwycięstwa. Mimo rekordowej frekwencji w zawodowym peletonie Tour de Pologne, ?nasi? póki co wykazują hart ducha i wolę walki. Nominalni liderzy stracili niestety cenne sekundy. Wizja choćby jednego polskiego dnia oddala się coraz bardziej.

    Dotychczasowy przebieg wyścigu można określić stwierdzeniem deja vu. Gdzieś to już widziałem. Rok temu, dwa lata temu. Pięć lat temu? Podobnie jak lokalni zawodnicy podczas Wielkiej Pętli wchodzący w rolę ?dzielnych Francuzów?, którzy brak spektakularnych sukcesów nadrabiają heroiczną walką w ucieczkach, tak i Polacy są w stanie rywalizować jedynie o pomniejsze cele. Reprezentacja narodowa oraz jedyna w pełni profesjonalna grupa, obie ekipy w barwach tego samego sponsora, firmy CCC, do tego protourowcy z drużyn Liquigas, Saxo Bank, Lampre i Vacansolei nie ugrali póki co zbyt wiele. Oczywiście, trudno od górala, Przemysława Niemca oczekiwać by walczył ze sprinterami podczas kryterium w Katowicach, ale pozostali mogli bardziej próbować.

    Możliwe jest, że z tegorocznego wyścigu wrócimy z niczym. Klasyfikacja na najlepszego górala rozstrzygnie się w Tatrach i niekoniecznie musi ją wygrać Bartłomiej Matysiak, ponieważ kolejny dzień w ucieczce to może być dla niego za dużo. Podobnie ma się sprawa z okrzykniętym bohaterem Adrianem Kurkiem, przewodzącym dedykowanej gospodarzom klasyfikacji najaktywniejszego. Oczywiście fajnie, że młodzi zawodnicy zabierają się w odjazdy, zdobywają doświadczenie i pokazują w telewizji. Dzięki takim akcjom do emerytury wydatnie dorobił Marcin Sapa na dwa sezony trafiając do elity (Lampre), w której nota bene sprawdził się całkiem nieźle, ale ? przynajmniej kibicom – nie do końca o to chodzi.

    Mimo najszczerszych chęci, trudno emocjonować się walką o klasyfikacje drugiej kategorii. Wygrana etapowa poruszyłaby wyobraźnię kibiców zdecydowanie bardziej. Fakt, obsada w tym roku jest mocna, styl w jakim wygrywają Kittel czy Sagan jest imponujący. Ale czy ktoś mówił, że będzie łatwo?

    Najbliższe dwa dni Tour de Pologne spędzi na Podtatrzu. Oczy kibiców będą zwrócone na Przemysława Niemca i Marka Rutkiewicza. Ten ostatni pełni rolę naszej etatowej nadziei na zwycięstwo. Potrafi się przygotować do TdP jak nikt inny, ale ciągle brakuje kropki nad ?i? w postaci końcowej wygranej. Liczenie na klasyfikację generalną to sporego kalibru hazard, biorąc pod uwagę klasę rywali. Nawet, jeśli Rutkiewicz jest mocny, ekipa CCC ?ościgana? w wyścigach zbliżonej rangi a w odwodzie znajduje się mistrz kraju, Tomasz Marczyński. Ten zresztą wydaje się być w dobrej formie. Tak jak Bartosz Huzarski nie pogubił się podczas finiszu w Cieszynie i ma niewielką stratę do lidera.

    Dwa etapy: w Zakopanem i Bukowinie są ciężkie, ale to mogą być za małe góry na Petera Sagana. Rutkiewicz i Niemiec tracą do niego 20 sekund a nie są jedynymi, którzy chcieliby dojechać do Krakowa w żółtej koszulce. Trzeba więc liczyć na ich najwyższą dyspozycję, brawurę i odrobinę szczęścia. I mocno kibicować.

    Z drugiej strony, zwłaszcza piątkowy etap zapowiada się znakomicie. 15 ciężkich podjazdów na dystansie ponad 200km to trasa, która może dokonać bardzo mocnej selekcji. Nawet jeśli Polacy zawiodą, możemy mieć niezłe widowisko. Swoją drogą, na takiej rundzie ciekawie prezentowałby się ciężki wyścig jednodniowy a nawet impreza rangi mistrzowskiej. Może czas spróbować reaktywować koncepcję prestiżowego klasyku u nas w kraju, skoro „Pomorski” odszedł w zapomnienie?

    Relacje w TV:

    Czwartek, etap V, Zakopane – Zakopane (201,5km)
    TVP1:  17:25
    TVP Sport: 16:45
    Eurosport: 17:30

    Piątek, etap VI, Bukovina Terma Hotel Spa (ach ten marketing) – Bukowina Tatrzańska (207,7km)
    TVP1: 17:25
    TVP Sport: 16:55
    Eurosport: 17:30

    Oraz na http://sport.tvp.pl/