Tag: Maratony mtb

  • Nie jesteś wytrzymały – po prostu wolno jeździsz

    Nie jesteś wytrzymały – po prostu wolno jeździsz

    To fajne, gdy standardowe dyskusje około kolarskie wracają niczym bumerang. Swoistym evergreenem są rozkminy o tym, jaką ma start na różnych dystansach maratonów mtb.

    Flejm rozpoczął Tomek Hoppe swoim wideofelietonem.

    https://www.youtube.com/watch?v=xPazDlhDnSY

    Pewnie dotarł i do Was. Cóż, z mojego punktu widzenia, jakkolwiek nie nazywałby się dystans na imprezie maratonowej, nie ma to znaczenia. I tak wystartuje na nim zawodnik wyczynowy i posprząta.

    W cross country na zawodach rangi wyższej niż podwórkowa sędziowie stosują ?zasadę 80%?. Oznacza ona, że jeśli zawodnik traci do lidera więcej niż 80% czasu, jaki ten uzyskał na pierwszym okrążeniu, jest zdejmowany z trasy. Ma to sprawić, że potencjalnie zdublowani kolarze nie będą przeszkadzali czołówce w walce o pierwsze miejsca. Zarówno zdublowani jak i podlegający 80% są klasyfikowani, w wynikach widnieje po prostu ?-1? (lub więcej, jeśli ten przykry fakt wydarzył się wcześniej niż na przedostatnim okrążeniu). Realnie rzecz ujmując, lider rundę jedzie 15-20 minut. Jeśli po trzech okrążeniach, czyli 45-60 minutach jazdy tracisz 20% do zwycięzcy, to albo już masz dubla, albo łapiesz się na ?80%? i cię ściągają.

    Jeśli zastosować zbliżoną zasadę podczas maratonów i – dla uproszczenia – zdejmować z trasy tych, którzy tracą do lidera więcej niż 20% na kolejnych międzyczasach, to byłby koniec maratonów jako imprez masowych a przy tym istna rzeź niewiniątek, odsianie ziaren od plew i chłopców od mężczyzn.

    Weźmy na tapetę kilka popularnych imprez. W sezonie 2015 podczas Bikemaratonu w Wiśle (13.06) na dystansie Mega międzyczas na 19km przetrwałoby nie więcej niż 40 osób. Na mecie 20% straty do zwycięzcy miało około 25 osób. Ukończyło 450. Na dużym dystansie, który w Wiśle był wyjątkowo hardcorowy (ukończyło 67 osób), Piotr Brzózka narzucił mocne tempo, w związku z czym na 19km na trasie zostałoby 11 zawodników, a na 42km 10? Na mecie Mini w 20% straty do zwycięzcy zmieściłoby się 25 osób.

    W szybszych, zatem teoretycznie łatwiejszych Zdzieszowicach (9.05) na Mega po 17km jazdy w grze byłoby jeszcze 70 osób (na 766, które ukończyły) a na mecie w 20% zmieściłaby się setka. Z kolei na długim dystansie do pierwszego międzyczasu dotrwałoby ok. 50 osób (na 200) i taki stan utrzymałby się do mety. Na mecie Mini w ?20%? zmieściłoby się około 40 rowerzystów (do mety dotarło 557).

    Kontynuując tę zabawę sprawdziłem wyniki na tych samych imprezach w sezonie 2016. Podczas Bikemaratonu w Wiśle (21.05.2016) na dystansie Mega do 31km dojechałoby 31 zawodników a na mecie 45km dystansu w limicie zmieściłoby się 27 kolarzy. W wynikach dystansu widnieje 405 osób. Na Giga Adrian Brzózka na 31km zostawiłby na trasie zaledwie 11 osób a do mety dotarłobyw sumie dziesięć osób. DZIESIĘĆ! Nieco mniejszą „rzeźnię” zrobił na Mini Mateusz Mucha, który w „20%” zostawił 45 osób.

    W Zdzieszowicach (21.05) na dystansie Giga Bartosz Janowski oszczędził 38 uczestników, na Mega Piotr Kurczab rekordowe 116 a na Mini Mateusz Mucha 58.

    Wniosek? Sensowne tempo, nazwijmy je ?zawodniczym? jest w stanie trzymać niewielka część startujących w maratonach uczestników. Bez względu na dystans, trasę czy frekwencję. Nie ma w tym nic złego. Co do zasady maratony nie są przecież imprezami sportu kwalifikowanego. To komercyjne wydarzenia o charakterze masowym. ?Wyłonienie najlepszych zawodników? jest tylko jednym z wielu podpunktów w regulaminowej części ?Cel zawodów?. Zazwyczaj wyżej niż rywalizację znajdziemy ?poprawę kondycji fizycznej?, ?promocję zdrowego trybu życia?, ?propagowanie piękna regionu? i tym podobne.

    Z drugiej strony te właśnie imprezy masowe, przez wspomnianą wyżej garstkę są traktowane jak pełnoprawne wyścigi. Cóż, nasze XC dopiero się odradza, maratony skutecznie wypełniły pustkę, gdy cross country niemal wyparowało z kalendarza. Kto chciał się ścigać na rowerze górskim, musiał startować w maratonach. Co więcej, maratony dają szansę poczuć, co to sportowa rywalizacja szerszej grupie osób: organizatorzy nie wymagają licencji, mnożą kategorie wiekowe, dodają specjalne kategorie ?branżowe? (dla leśników, policjantów, pracowników reklamy, dziennikarzy, zatrudnionych w elektrowniach i wielu, wielu innych). Skoro ktoś rozdaje medale i przyznaje tytuły, to nie ma co winić ludzi, którzy po nie sięgają. Trudno się dziwić, że mając do wyboru przykładowe ?Mistrzostwa Energetyków? rozgrywane niedaleko domu, kolarz nie pojedzie na drugi koniec Polski by ścigać się ?O Puchar Wójta?, choćby był tam najlepszy wyścig w powiecie.

    Dorabianie ideologii do danego typu zawodów, dystansu, hardkorowości trasy czy innych elementów jest bez sensu. Wyścigów o realnym prestiżu w tym kraju jest raptem kilka. Różnice między Mazovią a Bikemaratonem są głównie w głowach uczestników, zwłaszcza tych tracących więcej niż 20% do zwycięzcy. Jasne, fajnie jest się pościgać w górskim terenie, ale z drugiej strony o poziomie sportowym w dużej mierze decyduje nie to po czym a kto i jak szybko jedzie.

    Mam w pamięci wywiad z organizatorem Maratonu Londyńskiego (biegowego), który wprost powiedział, że czuje się dziwnie wręczając medal i uznając za maratończyka kogoś, kto pokonał 42km ulicami miasta w siedem godzin. Jedynym powodem, by tak zrobić były naciski sponsorów: dzięki wydłużonym limitom mogą padać kolejne rekordy frekwencji. Te z kolei sławią imię sponsora.

    Nawiązując do kolarstwa, być może pokonanie trasy ?górskiego maratonu? w siedem godzin, wiele godzin za zwycięzcą, jest pewnego rodzaju heroizmem i niewątpliwie zalicza się do wyzwań natury fizjologicznej. Ze sportowego punktu widzenia jest jednak warte tyle samo, co jazda na mini czy gdziekolwiek indziej. Ma w sobie za to wiele pozytywnych elementów, np. tych, które są zawarte w celach regulaminów imprez masowych. Zatem nie ma co robić facepalma, tylko wziąć się za trening i zacząć mieścić się w 20% starty do zwycięzcy :)

    Zdjęcie okładkowe: Trolle autorstwa Johna Bauera, domena publiczna

  • Gdzie było najfajniej?

    Gdzie było najfajniej?

    Sezon wyścigów mtb w zasadzie jest zakończony. W tym roku startowałem 19 razy, uważnie przyglądałem się też imprezom, w których nie mogłem uczestniczyć. Pora więc wyróżnić tych, którzy dostarczyli mi najwięcej pozytywnych wrażeń.

    Takie zestawienia zawsze mają dwojaki charakter. To wypadkowa własnego doświadczenia z próbą obiektywnego spojrzenia na daną imprezę. Czasem też potrzebna jest odrobinę szersza perspektywa, dlatego warto uważnie słuchać i obserwować co się dzieje wokół.

    W sezonie 2015 uczestniczyłem głównie w zawodach cross country. Za najciekawsze, najbardziej wymagające i te, które zostawiły najlepsze wrażenie uznaję?

    …chwila napięcia?

    Puchar Polski / Puchar Szlaku Solnego w Skomielnej Białej

    Wizyta w Skomielnej była dla mnie najbardziej rozwijająca. Tamtejsza trasa, w większości naturalna, była bardzo wymagająca a przy tym kompletna. Zawody zorganizowane przez lokalny klub, KS Luboń, pokazały, że można zadbać nie tylko o trasę, ale i o detale. Kurtynka wodna, sensowny posiłek, sensowny harmonogram – to wszystko zagrało. Pewnym minusem jest brak miejsca do rozgrzewki – umiejscowione na zboczu góry trasa i biuro zawodów właściwie zmuszają do użycia trenażera. Tak czy inaczej w Skomielnej wykonano kawał solidnej pracy, której należy się wyróżnienie.

    Równolegle pierwsze miejsce należy się?

    Pucharowi Polski w Tuchowie

    Już rok temu z Tuchowa wyjechałem z pozytywnymi wrażeniami. W tym roku Tuchów zaprezentował zmienioną trasę, dopracowanie organizacji i postawienie całkiem fajnego ?miasteczka zawodów?. Runda w Tuchowie zyskała powszechne uznanie jako wymagająca, ciekawa i dobra ze względów ?szkoleniowych?. Liczne elementy techniczne robiły wrażenie, ale nie przerażały. Trasa stworzona przy udziale lokalnych zawodników, głównie młodszych kategorii wiekowych, w przyszłym roku będzie gościła zawody kategorii UCI.

    Uznanie i uwaga należą się również organizatorom Mistrzostw Polski w Sławnie. Choć osobiście mi się nie udały, muszę docenić trud przeprowadzenia kilkudniowych zawodów, de facto ?w środku niczego?. Niezła transmisja wideo online, znakomita i liczna obsada oraz odważnie wytyczona trasa, która w całości dostępna była wyłącznie dla najlepszych zawodników także zasługują na szczególną uwagę.

    Tak się złożyło, że w tym sezonie wziąłem udział jedynie w czterech imprezach w typie maratonu, z czego w trzech na Słowacji. Nieustająco zachęcam do wizyty za naszą południową granicą. Kralovsky Maraton, Maraton Marikovskou Dolinou czy Sulovsky Maraton to klasa sama w sobie. Uczestnictwo w tamtejszych zawodach poszerza światopogląd za cenę startu w polskich wyścigach.

    Wyróżnienie należy się także dwóm seriom polskich maratonów, w których nie startowałem, ale obserwowałem je uważnie. Pierwsza z nich to Cyklokarpaty. Imprezy o ciekawych, często górskich trasach, sprawnie przeprowadzone, zrobione z pomysłem i entuzjazmem. Interesującym pomysłem było połączenie ich z festiwalowymi weekendami Joy Ride (Kluszkowce i Zakopane). Wygląda na to, że Cyklokarapty skutecznie wypełniły lukę ze swoją ofertą tras w górach, często z dużym przewyższeniem i interesującymi elementami technicznymi.

    Drugie wyróżnienie to Bikemaraton. Choć osobiście unikam tych zawodów – imprezy o aż tak masowym charakterze to nie jest do końca moja bajka – obiektywnie należy docenić ewolucję, jaką przeszły. Bardziej wymagające trasy, wpisanie do oficjalnego kalendarza PZKol, prowadzenie kategorii Elita z godnymi nagrodami to spory krok do przodu. Co więcej, w przyszłym sezonie eliminacja w Jeleniej Górze będzie zaliczana do UCI Marathon Series. Z punktu widzenia stricte sportowego to spory krok do przodu.

    A według Was gdzie było najfajniej? Które zawody zasługują na szczególną uwagę? Gdzie chcielibyście startować w 2016?

  • Mistrzowski skrót

    Mistrzowski skrót

    W miniony weekend szosowcy w całej Europie rywalizowali o koszulki mistrzostw swoich krajów. Coraz częściej narodowy czempionat staje się kontekstem dla zbliżającego się Tour de France.

    Tureckie all inclusive

    Tomasz Marczyński zdobył trzeci tytuł mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego. Zawodnik, co do którego przyszłości można było mieć spore wątpliwości, odnalazł się w tureckiej ekipie kontynentalnej Torku Sekerspor.

    Dwa i pół roku temu Marczyński w barwach drużyny Vacansoleil-DCM zajął 13. miejce w Vuelta a Espana i był ósmy w worldtourowym Tour of Beijing. Nieudany sezon 2013 spowodował, że po zakończeniu działalności przez swoją drużynę, rzutem na taśmę związał się CCC (wówczas Polsat) Polkowice. Niestety w polskiej drużynie również mu się nie wiodło i znów musiał szukać zatrudnienia.

    Jeśli myślimy o kolarstwie, Turcja wydaje się dość egzotycznym kierunkiem. Mimo to, w kraju łączącym Azję z Europą rozgrywany jest całkiem prestiżowy wyścig kategorii HC, transmitowany przez Eurosport.

    Zespół Torku Sekerspor, poza lokalnymi zawodnikami oprócz Marczyńskiego postawił w tym roku również na utalentowanego Belga, Kevina Seeldreyersa, jednak to Polak lepiej wywiązuje się z roli lidera ekipy.

    We wspomnianym Tour of Turkey zajął niezłe, ósme miejsce. Oprócz tego wygrał dwie mniejsze etapówki: Dookoła Maroka oraz Brzegiem Morza Czarnego. Pierwszą część sezonu ma więc jedną z najlepszych w karierze.

    Tomasz Marczynski Mistrzem Polski ! Posted by Sebastian Kicała on Sunday, 28 June 2015
    Do Mistrzostw Polski przygotował się skrupulatnie, zaliczył obóz wysokogórski i w Sobótce zaprezentował wysoką formę. Kolarze z grup zagranicznych są na mistrzostwach kraju w trudnej sytuacji, muszą liczyć głównie na siebie, nie mają do pomocy kolegów z drużyny. Mimo to, Marczyński znalazł się w decydującej ucieczce, z której zachował nie tylko najwięcej sił, ale i był ewidentnie najszybszy. Trzeci tytuł mistrzowski stał się faktem, sam zawodnik określa go mianem najważniejszego wyniku w karierze. Jest połowa roku a Marczyński ma już zgromadzoną drugą największą w karierze liczbę punktów w rankingu CQ, co pokazuje, jak udany ma sezon. Na koniec warto dodać, że tak jak Rafał Majka, Karol Domagalski czy Katarzyna Niewiadoma, Tomasz Marczyński zaczynał karierę w WULKS Krakus pod okiem Zbigniewa Klęka.

    Nibali na dobrej drodze

    https://twitter.com/cyclingweekly/status/615190469249757184 Kolejny sezon w wykonaniu Vincenzo Nibalego wygląda podobnie. Spokojny początek, poszukiwanie formy, test podczas Criterium du Dauphine a następnie, jakby wbrew wątpliwościom swoim i swojego otoczenia, świetny wyścig o mistrzostwo kraju. Wygląda więc na to, że obrońca tytułu jest na dobrej drodze by powalczyć o utrzymanie żółtej koszulki sprzed roku. Trudno oczekiwać, by rywale ułatwili mu zadanie tak jak ostatnio, jednak trzeba pamiętać, że Nibali po wygraną w Wielkiej Pętli pojechał nie tylko dzięki wypadkom konkurentów, ale też świetnie spisał się na etapie brukowanym oraz pokazał znakomitą dyspozycję w górach.

    Mistrz Valverde, pechowiec Bouhanni i inni

    Alejandro Valverde, specjalista górzystych klasyków i wybitny kolarz etapowy sięgnął po mistrzostwo swojego kraju ze startu wspólnego zaledwie po raz drugi w karierze. Poprzednio osiągnął to w sezonie 2008, rok temu triumfował w jeździe na czas. Mimo imponującej postawy w tegorocznym ?ardeńskim tryptyku? i mistrzostwa kraju trzeba postawić sprawę jasno: Valverde jest coraz starszy i trudno oczekiwać, by, zwłaszcza w kontekście celów kolegi z drużyny, Nairo Quintany, celował w wysokie miejsce w klasyfikacji generalnej Tour de France. Jednak biorąc pod uwagę, że kilka etapów w pierwszym tygodniu tegorocznej Wielkiej Pętli ma charakter klasyków, Alejandro będzie pewnie jedną z najważniejszych postaci wyścigu. Pecha miał za to Nacer Bouhanni. Nie dość, że francuski sprinter wyraźnie gorzej spisuje się w barwach Cofidisu niż u swojego poprzedniego pracodawcy, FDJ, to jeszcze rosnącą formę przerwał upadek na trasie mistrzostw kraju. Na szczęście obyło się bez złamań, ale i tak Bouhanni poważnie ucierpiał i jeśli w ogóle pojedzie w Tour de France, jego dyspozycja będzie wielką niewiadomą. https://twitter.com/roadcyclinguk/status/615448867983753216 Spory zastrzyk pewności siebie dostał dla odmiany Edvald Boasson Hagen. Norweg, który w tym roku jeździ dla prokontynentalnej drużyny MTN Qubeka został podwójnym mistrzem kraju: ze startu wspólnego i w jeździe indywidualnej na czas. Być może będzie więc jednym z rywali Alejandro Valverde i Michała Kwiatkowskiego na ?klasycznych? etapach pierwszego tygodnia TdF. Zadowolony może być też Peter Kennaugh. Brytyjczyk z ekipy Sky nie tylko obronił tytuł, ale też, w przeciwieństwie do zeszłego sezonu, znalazł się w składzie swojej drużyny na Wielką Pętlę. Listę mistrzów krajowych ze startu wspólnego oraz w jeździe na czas znajdziecie tutaj. https://www.youtube.com/watch?v=MTX8gi2F-aY

    Nie tylko szosa

    ?Szosa? to matka kolarstwa, ale sporo działo się również w mtb. Na trasie włoskiego maratonu ?Sellaronda Hero? rozegrano mistrzostwa świata w maratonie. Impreza ta była ważna z kilku powodów. Jednym z nich było zakończenie kariery przez Christopha Sausera. Mistrz świata, zwycięzca pucharu świata, medalista olimpijski i pięciokrotny triumfator Cape Epic na trasie w okolicach Val Gardeny zajął znakomite, drugie miejsce. Tęczową koszulkę wygrał Alban Lakata. Sauser ma 39 lat, natomiast 42 ma Gunn-Rita Dahle Flesja. Legenda mtb, w przeciwieństwie do Szwajcara nie zapowiada zakończenia kariery. O ile dobrze liczę, był to jej szósty tytuł w maratonie. Należy do tego doliczyć cztery złota w XCO, mistrzostwo olimpijskie oraz cztery triumfy w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Wokół startu reprezentacji Polski było nieco zamieszania, ale ostatecznie wszyscy, którzy pojechali ukończyli a najlepiej spisała się Michalina Ziółkowska. 28 minut straty do Dahle przyniosło jej 12. miejsce. Wśród mężczyzn najszybszy z ?naszych? był Wojtek Halejak, który do mety dojechał 45, nieco ponad pół godziny za Albanem Lakatą. Wyniki kobiet znajdziecie tutaj a mężczyzn tutaj.

    Halo, halo! Tu helikopter

    Na koniec, niestety, muszę wspomnieć o wiekopomnym wydarzeniu, czyli transmisji szosowych MP w telewizji publicznej. Po pierwsze transmisja na żywo była, w ?prime time?, w jedynce, w niedzielne popołudnie. Po drugie, kolarze zdążyli idealnie, finiszując tuż przed Teleekspresem. Po trzecie wreszcie, realizacja sprawiła, że można było poczuć sentyment za Wyścigiem Pokoju. Stacjonarne kamery pokazujące głównie publiczność, brak jakichkolwiek informacji graficznych o różnicach czasu i pokonanym dystansie oraz komentatorzy gubiący się w sytuacji. Krótko mówiąc, gdyby nie twitter, nie wiedziałbym, co się dzieje. Nie bardzo wiem, skąd TVP wzięła ekipę realizującą transmisję z Mistrzostw, ale standard przekazu był poniżej standardów obowiązujących na początku lat ?90 poprzedniego wieku. Szkoda. Zdjęcie okładkowe: Tomasz Lewicki, flickr, CC BY SA 2.0. Widok na ślężę, u stóp której kolarze walczyli o Mistrzostwo Polski

  • Doświadczenie uczestnika

    Doświadczenie uczestnika

    Na całość wrażeń, jakie pozostają po starcie w zawodach rowerowych składa się wiele elementów. Jeśli wracam do domu z poczuciem dobrze spędzonego czasu, chętnie wpiszę imprezę do kalendarza na kolejny sezon. Wygląda na to, że Bikemaraton Sulovske Skaly stanie się moim stałym punktem programu.

    To trzecie zawody w okolicy Żyliny, na które wybrałem się w tym roku. Cross country w Turcianskich Teplicach oraz maraton Marikowską Doliną powtórzyłem w tym sezonie po pozytywnych doświadczeniach z 2014r. Tak jak poprzednio, tak i tym razem wróciłem z nich zadowolony.

    https://instagram.com/p/4Iz_Pfkcsy/

    Do Sulova miałem wybrać się już rok temu, ale ostatecznie debiut w tej imprezie zaliczyłem dopiero w miniony weekend. Bikemaraton Sulovskie Skaly jest imprezą wyjątkową, ponieważ istnieje nieprzerwanie od 17 lat! Tak jak większość zawodów na Słowacji, za organizacją stoi lokalny klub (w tym wypadku SCK Cyklo Tour) a nie komercyjna firma zajmująca się produkcją kolejnych, rowerowych wydarzeń.

    Choć o jakości imprezy nie świadczą gratisy rozdawane przez organizatora i jego sponsorów, w ?pakiecie startowym? (kosztującym, zależnie od terminu zgłoszenia – nie wpłaty – 13-21?) znalazłem, poza numerem startowym z chipem i zipami żel i baton energetyczny, bidon oraz skarpetki. Nieźle. Nie chodzi tu o merkantylne przeliczanie, ale jeśli dostaję rzeczy, które mają określoną wartość i zwyczajnie mogę ich użyć, czuję, że dostawca usługi, jaką jest maraton, zwyczajnie o mnie pomyślał.

    https://instagram.com/p/4RronukcrU/

    Ogólnie rzecz ujmując poczucie troski ze strony słowackich organizatorów jest tym, co skłania mnie do podróży w stronę sąsiedniego kraju, korzystając ze wszystkich dobrodziejstw, jakie daje strefa Schengen.

    Trasa sulowskiego maratonu jest w przeważającej części atechniczna, ale na jednym z podjazdów singletrackiem pojawia się skalny stopień. Co w tym wypadku robi ogranizator? Deleguje tam ludzi, którzy pomagają wnieść rower. Jasne, mógłbym go tam wtaszczyć sam, i nic by się nie stało, ale taka pomoc połączona z życzliwym dopigniem powoduje, że od razu czuję się lepiej.

    Podobnie wjeżdżając do kolejnych miejscowości w dolinach rozdzielających podjazdy, skrzyżowania zabezpieczają wolontariusze z chorągiewkami, wskazując właściwą drogę. Na 48km ?połówce maratonu? znajdują się cztery dobrze zaopatrzone bufety. Wjeżdżając w teren, trasa oznakowana jest perfekcyjnie, nawet na szerokich pastwiskach od razu widać właściwy azymut.

    https://instagram.com/p/4KiSaaEcge/

    Na mecie czeka uczciwa porcja ryżu z mięsem i warzywami oraz kofola lub piwo, podane w higienicznych warunkach. Jest gdzie usiąść, jest się gdzie umyć i załatwić. Do tego w miasteczku zawodów stoiska sponsorów nie dość, że są ciekawie zaopatrzone, to jeszcze oferują naprawdę promocyjne ceny.

    W tle na żywo gra zespół, który choć nieco przypomina czeski Banjo Band robi fajny klimat, w przeciwieństwie do popularnej u nas rąbanki uniemożliwiającej normalną rozmowę ze znajomymi. Oczekiwanie na dekorację i tombolę uatrakcyjniają pokazy trialu.

    Krótko mówiąc: na trasie było konkretne ściganie. Seria Skoda Bike Open Tour oferuje niezłe nagrody i wysokim poziom sportowy. Po wyścigu, dzięki ładnej okolicy Sulovskich Skał i zaangażowaniu organizatora panowała atmosfera przyjemnego, letniego pikniku.

    sulovsky

    Na ile kojarzę słowacki, komentarze po zawodach są pozytywne. Trudno się dziwić, naprawdę było świetnie. Stawiam jednak, że gdyby maraton rozgrywany był w Polsce, reakcje byłyby zgoła inne. Na ?moim? dystansie 48km było 1640m przewyższenia (dane zgadzały się z opisem niemal co do metra), 5km przed metą pojawiły się informacje o pozostającej do mety odległości. Większość trasy wiodła szutrami i polami. Zmęczyłem się solidnie, nie tylko fizycznie, ale też utrzymując koncentrację na szybkich zjazdach. Miłośnicy ?Pure MTB? z pewnością byliby zawiedzeni. Skoro jednak maraton w Sulowskich Skałach organizowany jest od 17 lat, przynajmniej dla Słowaków musi być wystarczająco atrakcyjny, skoro wzięło w nim udział około 900 osób. Całkiem sporo jak na kraj liczący niespełna 5,5 miliona mieszkańców.

    Jeśli kogoś to interesuje, do mety dojechałem na 18. miejscu open, 8 w kategorii 30-39 lat (wyniki tutaj).

  • Jak bardzo popularne mogą być maratony?

    Jak bardzo popularne mogą być maratony?

    Oburzony uczestnik krakowskiego Skandia Maratonu napisał do gazety. Według niego trasa była zbyt trudna. Cóż, taka cena rosnącej popularności zawodów kolarskich.

    Mam coraz większy problem z maratonami mtb. Masowy charakter tych imprez w połączeniu z brakiem realnej hierarchii powodują, że zupełnie nie wiem, jak je traktować.

    Owszem, reaktywowaliśmy Puchar Polski, jedyne, oprócz mistrzostw kraju zawody, które przynajmniej na papierze mają jakiś prestiż. Kilkunastu zawodników, rywalizujących o punkty i nagrody finansowe to faktycznie czołówka. Równocześnie rzut oka na wyniki pozwala zauważyć, że sama licencja oraz deklaracja uczestnictwa w Pucharze nie decyduje o poziomie sportowym zawodnika. Tak czy inaczej przynajmniej wiadomo, jaki jest cel przyświeca uczestnikom.

    Z drugiej strony mamy dziesiątki imprez, które różnią się od siebie charakterem trasy, frekwencją, nagrodami, promocją, obecnością w oficjalnym kalendarzu Polskiego Związku Kolarskiego itd. Realnie jednak nie różnią się od siebie niczym.

    Również sam nie do końca jestem w stanie określić, na jakich zasadach biorę udział w takich wydarzeniach. Skoro nie równam się zawodnikom ścisłej czołówki, fakt, czy zajmę 9, 17, 22 czy 34 miejsce ma znaczenie drugorzędne, na co wskazuje strata do zwycięzcy. W związku z tym uczestnictwo w maratonie ma charakter wyłącznie hobbystyczny.

    Mimo wszystko mam pewne doświadczenie w sporcie wyczynowym, zawodów kolarstwa górskiego przejechałem multum. Zatem moje wyobrażenie, zarówno jako pasjonata i praktyka, o sensownie przeprowadzonym wyścigu mtb jest całkiem uzasadnione.

    W krakowskiej Skandii nie wystartowałem. Wybrałem bardziej kameralną imprezę na Słowacji, rozważałem również propozycję Cyklokarpat w Kluszkowcach. O swoich motywach napisałem tutaj.

    Jedno z najtrudniejszych miejsc na krakowskim Skandia Maratonie.

    Ścieżki, którymi Lang Team poprowadził swoją trasę znam na pamięć, jeżdżę nimi od ponad 20 lat. Mogę więc śmiało stwierdzić, że runda każdego z dystansów była całkiem uczciwa jak na maraton rozgrywany na obrzeżach milionowej aglomeracji. Było się gdzie zmęczyć, pojawiały się elementy wymagające umiejętności technicznych, w przeciwieństwie do lat ubiegłych ograniczono odcinki asfaltowe. Krakowska Skandia 2015 była więc najtrudniejszym maratonem w tym mieście od dobrych kilku lat, co nie zmienia faktu, że była dość typową trasą terenową.

    Tyle tylko, że na tę ?typową trasę terenową? zostało zaproszonych wiele osób, dla których nawet popularne ścieżki w uczęszczanej przez krakowskich rowerzystów miejscówce, jaką jest Lasek Wolski, okazały się nowością i sporym wyzwaniem.

    Cóż, Michał Kwiatkowski, Rafał Majka, Maja Włoszczowska coraz częściej goszczą w mediach, rowery rodzimych marek reklamowane są w telewizji, Czesław Lang (i nie tylko on) zachęca, by każdy kto ma ?dwa kółka? przyjechał i wziął udział. W Krakowie pojawiło się więc 1800 rowerzystów. W miniony weekend w Wałbrzychu, zatem dalej od metropolii i i w teoretycznie trudniejszym terenie, trasę Bikemaratonu pokonało 1300 osób.

    Dochodzimy więc do granicy popularności, która powoduje, że tak jak w maratonach biegowych, dla wielu osób sukcesem faktycznie staje się osiągnięcie mety. Tam wśród tysięcy uczestników spora część dostaje medal nie biegnąc nawet ? dystansu, uprawiając raczej rodzaj wycieczkowego marszobiegu. Tak samo jest i będzie jeszcze bardziej z rowerzystami.

    Jedyny problem, to sprawa bezpieczeństwa. Wycieńczony biegacz co najwyżej siądzie na ławce i okryją go folią NRC. Rowerzysta może wpaść na drzewo lub swojego kolegę, doznać lub spowodować poważne obrażenia. Faktycznie oznaczenie i zabezpieczenie tras maratonów mtb kuleje od lat i opiera się w dużej mierze na czujności i rozsądku startujących. Jeśli coś trzeba poprawiać, to właśnie ten element.

    Na zdjęciu okładkowym zawodnicy Skandia Maratonu 2014

    Wspomnianą we wstępie skargę uczestnika maratonu linkowałem w dzisiejszym loverove, możecie ją znaleźć tutaj.

  • Urok mniejszych imprez

    Urok mniejszych imprez

    Mając 5 minut na start krakowskiego maratonu wybrałem się 200km od domu by wystartować w mniejszych zawodach. Spędziłem przemiły dzień a spędzanie miłych dni to jeden z powodów, dla których uprawiam kolarstwo.

    Krakowska Skandia zbliżyła się do rekordu frekwencji zawodów rowerowych w Polsce (ok. 1800 uczestników). Gratulacje należą się organizatorom i działowi marketingu Lang Teamu. Dwa tygodnie wcześniej w Zdzieszowicach Bikemaraton przyciągnął na start ponad 1500 fanów kolarstwa górskiego.

    Popularność rowerowania cieszy. Sport masowy to poprawa kondycji społeczeństwa, znak, że się bogacimy, dobre wzory dla młodzieży i tym podobne komunały.

    Mimo pewnych wątpliwości, to również pozytywny bodziec dla sportu wyczynowego. Większa popularność to większe pieniądze, częstsza obecność w mediach a co za tym idzie szansa na wsparcie dla prawdziwych klubów.

    Tyle tylko, że niekoniecznie mam ochotę uczestniczyć w takich wydarzeniach. Lubię jeździć na rowerze, lubię też rywalizację, chcę się w sensownych warunkach pościgać. Największe, masowe imprezy dają taką szansę głównie garstce stojących w pierwszych rzędach mniej popularnych dystansów.

    Na słowackim maratonie w Udicy na najdłuższym dystansie wystartowało ok. 150 osób (mniej więcej tyle, co na Skandii w Krakowie). W całej imprezie wzięło udział około 600 kolarzy i rowerzystów. Nie było problemów z sektorami startowymi, kolejką do biura zawodów czy umyciem roweru.

    Jeśli ktoś chciał się ścigać, ścigał się. Jeśli ktoś chciał przejechać wybrany przez siebie dystans, przejechał. Nie było korków, nikt nikomu nie stał na głowie w sektorze startowym. Prawie jak na xc.

    Cross Country, jako zawody o bardziej określonym celu dają podobny komfort uczestnictwa. Patrząc na znajome twarze dokładnie wiem, po co wszyscy przyjechaliśmy na zawody i co każdy z nas zrobi po strzale startera.

    Nie mówię, że nidgy więcej nie zdecyduję się na start w dużej, masowej imprezie rowerowej. Te również mają swój urok, zwłaszcza, gdy stoi się z przodu a forma pozwala na bezstresową rywalizację. Jednak za bardzo lubię i jazdę na rowerze i ściganie jako takie, żeby stresować się sektorami, korkami, wyprzedzaniem, dublowaniem i kolejkami. Ot, taki mój wybór.

  • Gdzie było najfajniej?

    Gdzie było najfajniej?

    Pora zacząć czas podsumowań. Rok się kończy, nie ma lepszego momentu na zestawienia, wyróżnienia i dobre wspomnienia. Zaczynam od sprawy najprostszej. Spośród wszystkich imprez rowerowych, w których uczestniczyłem, wybrałem najlepsze.

    Budżet i sprzęt nie pozwoliły w pełni zrealizować przedsezonowych planów, ale i tak w 2014r zaliczyłem kilkanaście startów. Nie oddalałem się więcej niż 220km od Krakowa, stąd też zestawienie ma charakter południowo-lokalny. Starałem się jednak zadbać o różnorodność, myślę więc, że wybór, jeśli nie w szczegółach, to co do zasady ma spory sens i można go potraktować bardziej uniwersalnie. Drugim, ważnym elementem jest oddzielenie własnego samopoczucia i wyniku sportowego od jakości imprezy jako takiej.

    Najlepsza trasa XC

    Spośród wszystkich wyścigów cross country, z którymi miałem okazję się zapoznać w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwyciężył debiutant. Zorganizowana ad hoc przez Mirka Bieniasza i jego ekipę eliminacja Pucharu Polski w Siedliskach-Lubaszowie koło Tuchowa okazała się wyjątkowo atrakcyjną propozycją. Około czterokilometrowa runda była techniczna i wymagająca kondycyjnie, urozmaicona i kompletna. W ramach nadążania za współczesnymi trendami dołożono jedną, sztuczną skocznię, pozostałe atrakcje wykorzystywały ukształtowanie terenu.

    Najlepsza trasa maratonowa

    Słowacki Kralovsky Maraton to w mojej ocenie kompletna i uniwersalna propozycja dla miłośników XCM. Nie wiem, co by na to powiedzieli wyznwacy rozwiązanej sekty ?Pure MTB?, ale zawiera ona w sobie wszystko, co potrzeba. Dystans (60km/2200m na mega i 90km/3500m na giga), zdobyta maksymalna wysokość (ponad 1000m n.p.m.), elementy techniczne (fragmenty pokrywają się z odcinkami specjalnymi enduro), ?pogodoodporność? (szutrowa lub łatwo przesiąkająca nawierzchnia) i wreszcie aspekt turystyczno-widokowy (ostatnie kilometry w otoczeniu ruin Spiskiego Hradu). Do tego właściwie bezbłędna organizacja i oznaczenie. Byłem tam drugi raz i już teraz wpisałem Kralovsky Maraton jako ?must ride? w sezonie 2015.

    Najlepszy posiłek regeneracyjny

    Jak wiecie, zwracam uwagę na to, co serwują organizatorzy w ramach wpisowego. Jak zawsze w tym roku było różnie, kilka razy zostałem pozytywnie zaskoczony. Dobry, równy poziom trzymają w tej kwestii Słowacy, ale wyróżnienie wędruje do Jasła i tamtejszego bufetu po maratonie Cyklokarpat. Solidna porcja uczciwych pierogów, do tego w wyborze kilku rodzajów oraz możliwością wybrania wersji wege lub z omastą zasługuje na nagrodę. Pierogi nie tylko są tożsame z dobrym makronem w kwestii wartości odżywczych, to jeszcze wymagają więcej trudu by je przygotować i przetransportować. Jak widać się da, wystarczy tylko chcieć!

     

    Największe zaskoczenie

    Seria maratonów Cyklokarpaty. Niby to lokalne ściganie, ale tam, gdzie byłem (Jasło i Wierchomla) dostałem pełen pakiet wrażeń niczym na poważnych, ogólnopolskich zawodach. Dobry poziom sportowy, uczciwe trasy z bardzo dobrym oznaczeniem, właściwy pomiar czasu, bufety, posiłek i z tego, co wiem, to dające radę nagrody. Do tego dobra osbługa biura zawodów, także drogą mailową. Cyklokarpaty w statystykach ilościowych łapią się ledwo na koniec pierwszej dziesiątki, ale zdecydowanie zasługują na uznanie. Z pewnością jesteście wskazać inne, regionalne serie imprez, które spokojnie mogłyby konkurować z potentatami. Ja trafiłem właśnie na tę i byłem w pełni usatysfakcjonowany.

    Tam najlepiej się bawiłem

    Puchar Szlaku Solnego w Orawce, czyli ściana deszczu, strome niczym ściana zbocze i stado mokrych korzeni. Wybierając tę serię imprez wiem, na co się piszę i zazwyczaj to dostaję. Krótko mówiąc hardcore, ale z głową. Wiele wskazuje na to, że sporo zależy od podejścia - jeśli jadę z nastawieniem, że chcę się upodlić i to dostaję, jestem kontent.

    Kilka rozczarowań

    Nie wszystko, wszędzie grało jak należy. W tym sezonie kilka razy zobaczyłem rzeczy, których nie spodziewałbym się w 2014r. Ciągle zdarza się, że zawodnicy dostają na mecie porcję rozgotowanych (a równocześnie zimnych) kluch z rozwodnionym przecierem pomidorowym pod dumną nazwą ?pasta party?. Starty potrafią się opóźniać a wpuszczanie do sektorów startowych przypomina spęd bydła. Można też trafić na imprezę z regulaminem i harmonogramem, który jest czysto umowny a nagrody mają wartość ironiczną. Ważne jest jednak to, że poziom świadczonych usług wydaje się podnosić i takie przypadki są raczej wyjątkami niż regułą.

  • L?verove 06.11.2014

    L?verove 06.11.2014

    Najpierw będzie sympatycznie, a później tylko poważniej i poważniej…

    1. Commencal dla dzieci

    małych dzieci. Marka specjalizująca się w sprzęcie dla ekstremalistów, wychowuje sobie przyszłych klientów

    http://vimeo.com/109481322

    2. Jak to jest…

    …że wielokrotny mistrz czterdziestomilionowego kraju ma problem ze znalezieniem sponsora? Po czyjej stronie leży odpowiedzialność: mistrza czy kraju? Marek Konwa w blogonotce dla bikeWorld.pl pisze o zakończeniu współpracy z grupą Barta Brentjensa.

    3. Płacz nad rozlanym mlekiem

    kilka sezonów na równi pochyłej i mamy koniec serii MTB Marathon. Nad uznawanym za „kultowy” cyklem pochyla się Tomek Hoppe w mtb-xc.pl.

  • Utrzymujemy polskie kolarstwo

    Utrzymujemy polskie kolarstwo

    Tego zdania zabrakło w komunikatach prasowych Lang Teamu promujących Skandia Maraton i maratonowy Puchar Polski. Wszystko wskazuje na to, że od przyszłego roku nie będzie monopolu na organizację najważniejszych długodystansowych wyścigów w kraju.

    Praca nad wizerunkiem, to proces ciągły. Trzeba uważać, aby nie popełnić błędu, śledzić trendy i zachowywać czujność. Często bywa tak, że operując według wymyślonego przez siebie schematu można pominąć jakiś istotny fakt.

    Tak stało się w przypadku maratonów Lang Teamu, sponsorowanych przez Skandię, tak dzieje się w przypadku wielu innych imprez. Czesław Lang organizuje maratony mtb od 2007r. Po dziewięciu sezonach jego cykl jest w pierwszej trójce najbardziej popularnych, rowerowych imprez masowych w kraju. Od czterech lat, z braku innych zainteresowanych, w ramach ?Skandii? organizowano również Puchar Polski dla zawodników z licencjami PZKol.

    Tu zaczyna się problem. Idea maratonów Langa to raczej ?kolarstwo dla wszystkich? niż wyścigi dla kolarzy wyczynowych. Czego by nie mówić, od początku lat dziewięćdziesiątych, pierwszy polski zawodowiec a obecnie biznesmen z sukcesami promuje kolarstwo i rower we wszystkich możliwych aspektach. Część pomysłów jest trafionych, część to ślepe uliczki, ale ważne jest jedno. Tour de Pologne, Grand Prix MTB, Mini Tour de Pologne i Skandia Maraton w połączeniu z ?odwieczną? współpracą z Telewizją Publiczną powodują, że zawodnicy i ich sponsorzy mają swój czas antenowy. To sprawia, że wyczynowa jazda na rowerze nie została włożona między bajki wraz z upadkiem legendarnego Wyścigu Pokoju.

    skandia (89 of 138)

    Wracając do meritum, wraz z balonami reklamowymi wspólnymi dla wszystkich imprez Langa szedł komunikat: niech przyjdzie do nas każdy, kto ma rower. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w pierwszych sezonach, trasy maratonów Skandii były na poziomie trudności konkurencyjnych, górskich serii. Wraz z otwieraniem się na nowych użytkowników konieczne było uproszczenie rund, co zbiegło się niestety z włączeniem do struktury imprez Pucharu Polski. I wtedy się zaczęło?

    Mistrzowie internetowego hejtu przystąpili do ataku. Maratony Skandii odsądzano od czci i wiary a sami zawodnicy, choć rzadko publicznie, wypowiadali się o poziomie pucharowych tras z nutą ironii. Owszem, rozgrywanie najważniejszej serii imprez mtb w kraju w co do zasady płaskim terenie jest pomyłką, ale tak naprawdę Czesław Lang nie zadbał o właściwy PR. Jego maratony były w tym czasie jedynymi z nielicznych, które dawały kolarzom zarobić, zarówno pośrednio jak i bezpośrednio. Fakt, który znajdziecie w artykule o reformie Pucharu Polski w mtb-xc jest mało znany. Przez cztery lata pula nagród (w gotówce!) wyniosła dwieście tysięcy złotych, co daje pięćdziesiąt tysięcy rocznie. Nie w lampkach rowerowych, za dużych koszulkach i drucianych, kilogramowych oponach, tylko w złotówkach. Dołączając do tego relacje telewizyjne, dzięki którym wielu zawodników mogło przekonać sponsorów do wsparcia otrzymujemy jednoznaczny wynik. Lang po raz kolejny utrzymał przy życiu część polskiego kolarstwa. Czy nie chciał się tym chwalić, czy o tym zapomniał, nawet, jeśli zrobił to mimochodem, istotny jest fakt, że o tym głośno nie mówił.

    Morał? Po pierwsze dobrze, że Puchar Polski planowany jest jako bardziej różnorodna rywalizacja. W ten sposób porównać będą się mogli nie tylko zawodnicy, ale i organizatorzy. Po drugie, zdjęcie ciężaru ciągłej obecności zawodowców dobrze zrobi samym maratonom Skandii, które będą mogły być teraz realną propozycją ?kolarstwa dla wszystkich?. Wszystkim to wyjdzie na zdrowie. Po trzecie wreszcie będzie dobrze, jeśli w nowym układzie będziemy oceniać realną wartość poszczególnych imprez. I po czwarte, najważniejsze, uczciwie to komunikować.