Tag: Maja Włoszczowska

  • Gorycka vs Dawidowicz: medialna histeria

    Gorycka vs Dawidowicz: medialna histeria

    Nieobecność Mai Włoszczowskiej i Aleksandry Dawidowicz na kieleckich mistrzostwach kraju w XCO to apogeum histerii wokół kadry olimpijskiej i polityki Polskiego Związku Kolarskiego. Związkowi miażdżąca krytyka należy się jak najbardziej, podobnie jak konstruktywne propozycje zmian. Histeria, wyrażona m.in. bannerem o kibicowaniu Pauli Goryckiej, w istniejących realiach jest kompletnie bez sensu.

    Poniższy tekst, co ważne, to jedynie zbiór hipotez i sugestii, które można wyciągnąć na podstawie ogólnodostępnych faktów. Publikuję go z czystej ciekawości, czy ktoś jest skłonny zgodzić się z takim tokiem myślenia.

    Na początku trzeba nieco się rozejrzeć i spojrzeć nie tylko na sytuację teraźniejszą, ale i w przeszłość. W przypadku kolarstwa górskiego de facto nigdy nie było ?Projektu Londyn?. Od sezonu 2007 praktycznie jedynym projektem jest ?Projekt Maja?. Już przed Pekinem postawiono wszystko na medal Mai Włoszczowskiej, m.in. w imię tego na Igrzyska pojechała Aleksandra Dawidowicz. Wówczas zdolna orliczka i, co ważne, przyjaciółka Mai. Nie wnikając w kulisy i plotki, istotne w tym wszystkim jest jedno. Maja była przygotowana rewelacyjnie, miała zapewnione optymalne warunki, zarówno sportowe jak i pozasportowe. Zdobyła medal a Dawidowicz przyjechała dziesiąta.

    Dziesiąte miejsce na Igrzyskach Olimpijskich brzmi dumnie, prawda? Trzeba przyznać, że młodsza z Polek pojechała bardzo dobry wyścig. Równocześnie należy pamiętać o dość istotnym fakcie. Na IO startuje wyraźnie mniej zawodników, w tym zawodników z czołówki niż podczas imprez Pucharu Świata. Nie zmienia to jednak sytuacji, że ?dycha? na IO to imponujący wpis w CV, na bazie którego można próbować budować dalszą karierę, szczególnie będąc młodym zawodnikiem. Zwłaszcza w kraju, gdzie szeroko pojęta kultura sportu stoi na tak niskim poziomie jak u nas, wynik przywieziony z Igrzysk daje dużo więcej niż regularnie potwierdzana dyspozycja na prestiżowych, ale mniej eksponowanych imprezach. Z drugiej strony przykład odejścia marki Halls od sponsorowania grupy kolarskiej po świetnym wyniku obu reprezentantek w Pekinie pokazuje, że nie wszystko jest tak oczywiste, jakby się wydawało. Sytuacja, w której srebrna medalistka po największym sukcesie w karierze – i z perspektywą na kolejne – traci sponsora powinien być zapisany w podręcznikach marketingu jako przykład perfekcyjnego strzału w stopę.

    W każdym razie, przy okazji szans na dobry wynik w Londynie, trzeba pamiętać, że przed taką szansą stoją teraz nie tylko panie, ale też Marek Konwa i Piotr Brzózka.  Choć obaj są młodzi a wśród mężczyzn czołówka jest szersza i bardziej wyrównana, także tam najsilniejsze reprezentacje (np. Szwajcarzy) muszą prowadzić ciasną selekcję i rezygnować z wystawienia wielu znakomitych kolarzy. Zatem sporo miejsc na zapleczu ściśle pojmowanej szpicy się zwalnia i można spróbować o nie powalczyć.

    Aby jednak unikać dygresji, wracam do właściwego tematu. Po rewelacyjnym wyniku obu Polek w Pekinie wiadomo było, że jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, zarówno Maja jak i Ola są murowanymi kandydatkami do występu w Londynie. Jeśli chodzi o Maję, sytuacja jest jasna. W tym momencie trudno mówić o niej jako ?najlepszej polskiej kolarce?, ponieważ Włoszczowska jest kilka poziomów wyżej. To gwiazda światowego mtb, medalistka olimpijska, mistrzyni i multimedalistka mistrzostw świata. Jedyne, czego jej brakuje w portfolio to przejeżdżonego na wysokim poziomie całego sezonu w Pucharze Świata, ale i na to ma jeszcze czas, wszak ciągle jest młoda! W tym miejscu trzeba jasno zaznaczyć: Maja do Londynu jedzie walczyć o złoto. Dla sportowca tej klasy i z takim dorobkiem brak medalu będzie porażką. Taką jak choćby dla Rafaela Nadala odpadnięcie z tegorocznego Wimbledonu. To nie jest ?wywieranie presji?. To konsekwencja bycia czołową specjalistką imprez mistrzowskich w ostatniej dekadzie!

    Jeśli zaś chodzi o Dawidowicz, to sytuację można porównać do walki bokserskiej o tytuł mistrza świata. By zdobyć pas, pretendent musi być wyraźnie lepszy od aktualnego czempiona. Chcąc jak najbardziej uniknąć przykrych i niepewnych argumentów osobistych należy przyznać jedno. Żadna z zawodniczek w sezonach 2009-2012 nie weszła na dłużej na wyraźnie wyższy poziom sportowy od Aleksandry Dawidowicz. Trudno mówić ?co by było gdyby? Anna Szafraniec miała mniej pecha i unikała kontuzji. Te się jej jednak przytrafiały więc argumentów zabrakło.

    Elementem nieprzewidywanym, choć nie do końca, we wcześniejszym planie było pojawienie się Pauli Goryckiej. Zawodniczki z pewnością utalentowanej i pracowitej, która? no właśnie, która kontynuuje dobre tradycje w rodzimym XCO ? wydaniu kobiecym. Nasze juniorki i orliczki niemal od początku obecności tej dyscypliny w Polsce, szybko sięgają po dobre rezultaty na arenie międzynarodowej. Gorycka jest kolejną z nich, być może już wkrótce następczynią i rywalką Włoszczowskiej. O tym przekonamy się w nadchodzących latach, wszak to dopiero Maja wchodzi w najlepszy wiek dla kolarza a Paula ledwie co kończy przygodę ze ściganiem w kategoriach młodzieżowych.

    I znów, abstrahując od niezmiernie skomplikowanych kwestii osobistych, również w tym przypadku trudno znaleźć argument, by to Paula a nie Ola jechała do Londynu.  Zawodniczce, która ma realne szanse na obronę dziesiątej lokaty (regularne miejsca w okolicach 20. na Pucharze Świata dają szansę na top10 IO) przeciwstawiana jest zdolna i perspektywiczna, ale ciągle ?orliczka?. Realnych argumentów brak poza jednym z gatunku ?a może by dać jej szansę?.

    Na koniec wreszcie dwie sprawy, które podgrzały opinię publiczną w ostatnich tygodniach: Mistrzostwa Europy i Mistrzostwa Polski. Z Moskwy Gorycka przywiozła srebro w U-23, Włoszczowska i Dawidowicz pojechały w elicie ? jak na nie – kiepsko. Trzeba w tym miejscu pamiętać, że prestiż Mistrzostw Europy, szczególnie w roku olimpijskim, do tego rozgrywanych na dwa miesiące przed kluczowym startem sezonu jest dyskusyjny. Tym bardziej w momencie, w którym większość federacji zakończyła już selekcję. Podobnie sprawa wygląda z mistrzostwami kraju. Być może nieobecność olimpijek to zabieg taktyczno-psychologiczny by uniknąć konfrontacji. Tyle, że do IO pozostał miesiąc i niekoniecznie oznacza to, że kadra musi w tym czasie startować i cokolwiek komukolwiek udowadniać. Rozliczenie przygotowań przyjdzie po Londynie. Odpuszczenie startu, który miałby wyłącznie charakter treningowy jest jak najbardziej wytłumaczalne.

    Po argumentach racjonalnych czas na pytania i komentarz. O skandalicznych kulisach prezentowania systemu kryteriów selekcji do kadry IO wszyscy wiemy. Ba, wspominają o nich nie tylko niszowe, rowerowe media, ale także mainstream: np. onet czy gazeta.pl. Trzeba jasno powiedzieć: pojawienie się kryteriów zostało wymuszone na związku przez wspomniane, głównie niszowe media rowerowe. Kryteria od początku bzdurne, skandaliczne i oderwane od rzeczywistości, które zrobiły więcej złego niż dobrego. Pardon, zyskał na tym Marek Konwa, który by je wypełnić ścigał się w Pucharze Świata elity, dzielnie zbierał punkty na innych, prestiżowych imprezach, dzięki czemu jest obecnie na 24 miejscu w rankingu UCI elity (przez chwilę był nawet 19.). Jak odbije się to na jego dalszej karierze ? nie wiadomo, miejmy nadzieję, że w dłuższej perspektywie rozwinęło go to a nie ?zabiło?. Wszak, podobnie jak Gorycka nominalnie wciąż jest ?młodzieżowcem?! Paula nie poszła jego śladem i choć również regularnie ścigała się w Pucharze, to jednak nie z elitą a z orliczkami (co wykluczyło ją z walki o miejsce w kadrze na Londyn). Pojawia się wątpliwość podobna co w przypadku Marka: czy nie spowolniło to jej rozwoju, ale z drugiej strony czy nie jest to jednak bardziej naturalna i zdrowa droga.

    Co ciekawe, istniejący system (bez oficjalnych minimów, kryteriów, standardów) skutecznie funkcjonował przez lata. Dopiero gdy Maja Włoszczowska, grupa CCC i Polski Związek Kolarski zrezygnowali z usług Andrzeja Piątka, ten upomniał się o swoje w realiach, które sam współtworzył i które w sytuacji monopolu, gdzie odgrywał istotną rolę, sprawdzały się znakomicie. Ponieważ były wyniki a nie było wystarczająco zdeterminowanych chętnych, by ów system rozbić, nikt nie zwracał uwagi na istniejącą patologię, której przykładem była wspomniana na samym początku selekcja na IO w Pekinie. Czemu wszystko działało tak a nie inaczej? Trudno stwierdzić, ale obecnie widać jak zdolnym PRowcem jest Andrzej Piątek. ?Rozwód? z Włoszczowską, CCC i  PZKol właściwie wygrał, zdobywając sympatię mediów i kibiców. Podobnie wygląda sprawa z eliminacjami olimpijskimi, czego ostatecznym wyrazem jest banner na kieleckich mistrzostwach (choć sam w sobie jest słaby i kojarzy się co najwyżej ze szkolnymi przezywankami ). Niestety, mimo teoretycznych zmian w Polskim Związku Kolarskim wszystko pozostało po staremu. Problemy i niejasności jak były, tak są, nie tylko wokół kadry mtb, ale również szosowej czy torowej.

    Tak czy  inaczej, tego, co się stało zmienić już się nie da. Do Londynu jadą Włoszczowska oraz Dawidowicz, z czym merytorycznie trudno polemizować. Natomiast smród, jaki powstał wokół będzie unosił się jeszcze długo.  Do Igrzysk w Rio droga daleka. Do tego czasu możliwa jest sytuacja, że pretendentów do kadry będzie więcej. Nie tylko wśród kobiet jak i wśród mężczyzn. To ważne, bo tym razem, choć nasi reprezentanci są bardzo młodzi, byli pewniakami. A co gdyby kilka dobrych wyników zdobył choćby ścigający się w Norwegii Maciej Dombrowski? Albo z formą wystrzelił ktoś z drugiego szeregu. Też musiałby zmagać się z ogłoszonymi post-factum kryteriami?

    Cross country wydaje się odradzać. Pojawiają się wyścigi wyższej kategorii, trasy zaczynają znów być wymagające. Rośnie zainteresowanie zawodników, za nimi podążają rowerowe media. Jest szansa, że wkrótce znów wyrosną perspektywiczni zawodnicy. Należy pamiętać, że Włoszczowska, Dawidowicz, Szafraniec, Konwa czy Brzózka zaczynali swoją przygodę na Grand Prix MTB Lang Teamu, zanim jeszcze wyścigi te stały się karykaturą samych siebie.

    Co można zatem zrobić w takiej sytuacji? Np. przetestować system kryteriów przy okazji przyszłorocznych mistrzostw świata. Ogłosić je, dajmy na to w listopadzie a następnie konsekwentnie zrealizować. Można przy tym m.in. zastanowić się nad tym, czy warto zmuszać młodzieżowców do rywalizacji z elitą. A także nad wieloma innymi sprawami, ale myślę, że są tęższe głowy niż moja, które są w stanie podjąć odpowiednie decyzje :-)

    Ważne, by ta opcja, która zostanie wybrana była realizowana konsekwentnie i zgodnie z poszanowaniem jeśli nie prawa, to choćby dobrych obyczajów. Bo póki co właśnie tego ostatniego elementu zabrakło najbardziej.

  • 12 Wydarzeń 2011r. Srebro Włoszczowskiej

    12 Wydarzeń 2011r. Srebro Włoszczowskiej

    Zdobyć medal mistrzostw świata mimo defektu to duża sztuka. Mając do tego na sobie wzrok wszystkich kibiców i dziennikarzy w kraju? Klasa. Maja Włoszczowska udowodniła, że jest najwyższej próby specjalistką od walki o podium najważniejszych imprez.

    Można zawodniczkę z Jeleniej Góry merytorycznie krytykować za to, że od lat nie podejmuje walki o Puchar Świata. Można kręcić nosem na sposób, w jaki wywróciła do góry nogami status quo w rodzimym mtb. Wreszcie można ją szczerze dissować za wypowiedzi względem Andrzeja Piątka. Trzeba jej jednak uczciwie przyznać, że staje się wybitną specjalistką od imprez mistrzowskich.

    Rok po zdobyciu tęczowej koszulki w Val di Sole Mt Saint Anne, mając za sobą sezon-huśtawkę i zmianę trenera kilka tygodni wcześniej pojechała jeden z najlepszych wyścigów w karierze. Nie dość, że była znakomicie przygotowana fizycznie, to jeszcze wyjątkowo dobrze radziła sobie z techniką jazdy. Bardzo możliwe, że potrzebowałaby mniej niż okrążenia, by dogonić i prześcignąć Catharine Pendrell. Pogoń, w jaką Polka rzuciła się po defekcie była zaiste imponująca. Trochę szkoda, że pech (lub błąd) odebrał jej szansę na zwycięstwo, ale i tak za wyścig w Champery należą się Włoszczowskiej wielkie brawa.

    Oprócz zmian personalnych (Galiński – Piątek) trzeba pamiętać o jeszcze jednej istotnej różnicy, która być może przyczyniła się do sukcesu. To zmiana roweru na „twentyninera”. Polska zawodniczka współpracując ze Scottem promuje sprzęt na większych kołach i idzie jej to bardzo dobrze. Z mierzalnym wynikiem sportowym trudno polemizować, zatem jej srebro na mistrzostwach świata to również uwiarygodnienie idei dużych kół.

    W kwestii Scotta trzeba jeszcze wspomnieć uczestnictwo Mai w ogólnoświatowej kampanii reklamowej tego producenta. To kolejna zmiana i znak, że zawodniczka wypływa na szersze wody. Choć kampanię prywatnie uznaję za seksistowską (z trzech określeń: „performance-strenght-beauty” Maja dostała „beauty” obiektywnie będąc najlepszym sportowcem w stajni Scotta, zatem to jej należy się „performance”) jest ona wyraźnym krokiem w stronę rozwoju kariery polskiej kolarki.

    Na koniec jeszcze kilka słów o „Maja Race”, czyli firmowanym przez zawodniczkę wyścigu w Jeleniej Górze. Przejęty organizacyjnie przez Lang Team, wzbogacony o kryterium na malowniczym, zabytkowym rynku, z dobrą oprawą medialną ma wszystko by wpisać się do kalendarza ciekawych imprez nie tylko polskich ale i europejskich.

    Wygląda więc na to, że sezon 2011 był dla Mai Włoszczowskiej trudny, ale ostatecznie owocny. Przed nią wielkie wyzwanie związane ze startem na Igrzyskach w Londynie. Wtedy też przyjdzie czas na rozliczanie podjętych decyzji. Póki co, choć jak wspomniałem we wstępie, można jej sporo zarzucać, broni się wynikami na imprezach mistrzowskich. To naprawdę wiele.

    Video tym razem na zewnątrz – na stronach TVP Sport: Maja Włoszczowska zdobywa srebrny medal na mistrzostwach  świata w Champery.

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB 
    9. Ewakuacja sponsorów
    8. Srebro Włoszczowskiej

  • 12 Wydarzeń 2011r. Zmiany w polskim MTB

    12 Wydarzeń 2011r. Zmiany w polskim MTB

    Zaczęło się koszmarnie, od wprowadzonego tylnymi drzwiami Pucharu Polski w maratonie. Później było tylko ciekawiej. Zmiana trenera kadry narodowej i  grupy CCC Polkowice. Burza w mediach a następnie medal Mai Włoszczowskiej w Champery. A na deser niemal rewolucja, czyli zapowiedź rewitalizacji zawodniczego xc.

    Nic nie zapowiadało tak wielkich zmian. Wyglądało raczej, że będzie nieciekawie. Grand Prix Lang Teamu niemal przestało istnieć. W ramach rekompensaty rozegrano firmowy wyścig Mai Włoszczowskiej w Jeleniej Górze. Choć bez wielkich gwiazd został nieźle wypromowany i zrelacjonowany. A to już krok naprzód. Maja i jej działalność to jednak głównie podwórko zagraniczne.

    Na naszym rodzimym zaczęło się od kwasu, czyli od pokątnego ogłoszenia Pucharu Polski w maratonie mtb w sytuacji w której sezon już trwał i nie wszyscy potencjalni zainteresowani mieli możliwość dostępu do informacji.Mimo tego, powrót Pucharu wraz z nagrodami finansowymi cieszył. Martwiło za to, że rozgrywany jest w ramach serii Skandia, której trasy mają opinię niewymagających. Jak się później okazało, Puchar w Maratonie był tylko przygrywką do zapowiedzi przywrócenia Pucharu Polski w cross country. To drugie wydarzenie, jeśli dojdzie do skutku, może przyczynić się do rewitalizacji kolarstwa górskiego w wydaniu stricte wyczynowym, stworzenia zaplecza dla kadry narodowej, zwiększenia szans na znalezienie nowych talentów itd.

    Pytanie, czy do planów odrodzenia xc na szerszą skalę niż dwie grupy zawodowe doszłoby, gdyby nie „Rozwód Roku„, czyli zakończenie współpracy Mai Włoszczowskiej z trenerem Andrzejem Piątkiem. Rozstanie to pociągnęło za sobą przebudowę grupy CCC Polkowice, zwolnienie Piątka z etatu trenera kadry w Polskim Związku Kolarskim i powołanie na jego miejsce Marka Galińskiego.

    Galiński wkrótce po przejęciu opieki nad Włoszczowską poprowadził ją do srebra na Mistrzostwach Świata w Champery, za to Piątek związał się z klubem ze Środy Wielkopolskiej (Torq Superior) gdzie wraz z nim zakotwiczyła Paula Gorycka. Szkoda tylko, że przy tych przetasowaniach, być może koniecznych dla uzdrowienia sytuacji w rodzimym mtb, padło wiele niestosownych wypowiedzi. Tu niestety największy minus należy się Włoszczowskiej, która z dnia na dzień zmieniła swoje publiczne zdanie o trenerze Piątku o 180 stopni.

    Mistrzostwa Polski w Maratonie MTB, Jelenia Góra 2011

    Maja Włoszczowska MTB Race Jelenia Góra

    Dwanaście dni przed końcem roku wystartowałem z podsumowaniem sezonu. Codziennie jedno z dwunastu, moim zdaniem najważniejszych wydarzeń kolarskiego roku 2011. Oto one:

    12. Czeski Offroad
    11. Klenbuterolowa żenada
    10. Zmiany w polskim MTB

  • Orka na ugorze

    Orka na ugorze

    Nie rozumiem. Nie wiem, czy jestem w stanie intelektualnie dorównać tytanom, którzy utrzymują tak zbudowany system. Zresztą, nie wiem, czy chcę. Odejście Pauli Goryckiej z grupy CCC wyciągnęło na wierzch chore zasady na jakich funkcjonuje polskie kolarstwo górskie w wydaniu wyczynowym. A właściwie brak zasad.

    Miało być nowe otwarcie. Zwolnienie Andrzeja Piątka ze wszystkich możliwych posad, zarówno w grupie CCC jak i w Polskim Związku Kolarskim teoretycznie wywróciło stary system. Marek Galiński miał lub ma budować nowy. Nigdy nie uważałem, że to, co przez lata funkcjonowało pod opieką Piątka było co do zasady dobre, czy też zdrowe. Sprawdzało się, bo regularnie Polacy przywozili z ekip mistrzowskich medale. Mimo różnych teorii, argumentów merytorycznych lub osobistych trudno polemizować z tym, że był skuteczny. Andrzej Piątek był twórcą tego systemu, który powstał jeszcze gdy nasi zawodnicy większość punktów zdobywali na Grand Prix MTB, które wówczas sponsorowała Skoda a zawodników grupy zawodowej Piątka Lotto wraz z PZU. Trudno się dziwić, że go bronił. Być może na tamte czasy to miało sens. W międzyczasie sporo się zmieniło, np. nie mamy Grand Prix MTB, a Polacy po punkty UCI jeżdżą za granicę.

    Zmieniło się coś jeszcze. Orliczki i juniorki, które wówczas trenował Piątek dorosły (bo powiedzieć że się postarzały nie wypada). Są zawodniczkami światowej czołówki elity lub do niej aspirują. Mają, przynajmniej w teorii, zawodowe kontrakty. Są zawodowymi sportowcami zatrudnionymi w firmie. Powinny, przynajmniej w teorii, jeździć na swoje konto, zarabiać swoim wizerunkiem pieniądze dla sponsora, który pensją i premiami odwdzięcza się za ich pracę. By to osiągnąć jest ekipa która je wspiera, sponsorzy wspomagający dostarczający sprzęt i tak dalej. Sport zawodowy na tym polega. Raz lub dwa razy do roku profesjonalny, dorosły sportowiec ubiera narodową koszulkę i nie reprezentuje sponsora a kraj.

    Gdybym był sponsorem, chyba bym nie chciał, by ktoś z zewnątrz ingerował w przygotowanie moich zawodników. Chciałbym, by wyścigowe konie z mojej stajni były obecne w mediach i zdobywały laury. Regularnie, w dobrym stylu by potem ładnie o tym opowiedzieć i w pobudzający wyobraźnię widzów pojawić się w telewizorku. W końcu po to utrzymuję grupę, zawodową, czyż nie?

    Tymczasem w naszych realiach o przygotowaniach profesjonalistów z grupy zawodowej ma decydować centrala. W imię czego powiedzcie mi? Dlaczego, obecnie, Marek Galiński jako pracownik PZKol ma decydować o tym, jakie obowiązki wykonuje Maja Włoszczowska zatrudniona przez Dariusza Miłka? Ach, zapomniałem Dariusz Miłek jest sponsorem zarówno Kadry jak i Grupy. Ups. No dobrze, ale wygląda na to, że Andrzej Piątek będzie miał swoją grupę ze swoimi sponsorami. A możliwe, że nie grupę zawodową a klub. To różnica.

    Szkolenie przez Trenera Kadry Narodowej należy się jednej, może dwóm osobom. Pauli Goryckiej i być może jeszcze jakiejś zawodniczce. Dlaczego? Ponieważ są „orliczkami”, zawodniczkami kategorii U-23 i nie mają kontraktów zawodowych. Maja Włoszczowska, Anna Szafraniec, Aleksandra Dawidowicz (CCC), ale też Marek Konwa (Milka) czy zawodnicy JBG2 (Adrian i Piotr Brzózka, Kornel Osicki, Bartłomiej Wawak) jeśli mają kontrakty z zawodowymi grupami UCI, powinni sami troszczyć się o swoje przygotowanie. Ze strony PZKol powinni dostać opiekę co najwyżej logistyczną, ewentualnie, jeśli będą na to pieniądze, mogliby być objęci systemem stypendiów. Za wyniki lub „na zachętę”, to już jest kwestia wtórna.

    Trener Kadry powinien się zajmować juniorami i młodzieżowcami i być może dokonywać selekcji na imprezy mistrzowskie. Jak? Nie według widzimisię, ale wedle jasno określonych i podanych do publicznej wiadomości minimów. Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację związaną z Igrzyskami w Londynie. Maja Włoszczowska ma koszmarny sezon, dobrze prezentuje się Anna Szafraniec. Mistrzynią Polski zostaje Paula Gorycka. Kto pojedzie na Igrzyska? Włoszczowska jako obrończyni medalu i Dawidowicz jako jej wsparcie i przyjaciółka? Czy najlepsze zawodniczki, które mają szansę na medal? I kto o tym zadecyduje? 

    Polski Związek Kolarski powinien obowiązujące zasady po pierwsze przemyśleć. Po drugie spisać w pliku doc i wyeksportować do pdf. Następnie podać do publicznej wiadomości. Zasady, finansowanie, objęcie szkoleniem centralnym, minima kwalifikacji. Niezależnie od tego, jakie układy panują wewnątrz grup zawodowych. A jeśli grup będzie więcej niż jedna (jedna „damska” – CCC i jedna „męska” – JBG2) selekcję zlecić człowiekowi niezależnemu. Czy to tak trudno wymyślić?

  • Wyścigi małe i duże

    Wyścigi małe i duże

    Przykład wyścigów z końca sezonu dobitnie pokazuje, że system kategorii wyścigów UCI jest daleki od doskonałości. Wyścigi w Ameryce czy obecnie rozgrywany Tour of Britain mają tę samą kategorię co większość imprez w Polsce. Tyle, że ściga się na nich zupełnie kto inny a i zainteresowanie mediów jest odmienne.

    W Polsce mamy dwa wyścigi etapowe kategorii 2.1. Szlakiem Grodów Piastowskich oraz Wyścig Solidarności i Olimpijczyków. Etapowi drugiego z nich przyglądałem się, gdy zawitał do Krakowa (a w zasadzie do Nowej Huty). Refleksja numer jeden przyszła, gdy sporo miejsca w mediach zajęły wyścigi w USA. Obecnie, między Vueltą a tuż przed mistrzostwami świata kilku faworytów w walce o tęczową koszulkę ostatni szlif formy łapie w Tour od Britain.

    Mark Cavendish, Lars Boom i Thor Hushovd wygrywają etapy, prócz nich w peletonie znajdziemy wiele uznanych nazwisk, sześć ekip Pro Teams i cztery Pro Continental. Nieźle, prawda? Cyclingnews poświęca wyścigowi mniej więcej tyle miejsca co naszemu Tour de Pologne robiąc z niego spore wydarzenie. Niemcy z Radsport-News są nieco bardziej powściągliwi, ale i tak relacjonują, zamieszczają zdjęcia, wypowiedzi i tak dalej. Większość działów kolarskich liczących się mediów sportowych na świecie pisze o brytyjskiej etapówce. Bo i jest o czym.

    Tymczasem u nas, jeśli w redakcji jest jakiś pasjonat, czasami coś się uda wrzucić. Jeżeli wyścig przejeżdża tam, gdzie w dziale miejskim jest nieco wolnego miejsca, wtedy również można się spodziewać relacyjki lub przynajmniej kilku słów o pasjonatach „jazdy na dwóch kółkach”. Niby jest BGŻ Pro Liga. Gdzieś się nawet załapałem na krótkie skróty w TV (TVP Sport – ale kto ma do tego dostęp?, czasami TVP Info). Ogólnie jednak poza Tour de Pologne i Mają Włoszczowską sprawa de facto nie istnieje.

    Właściwie miałem poszukać różnic między dobrze opłacanymi i promowanymi wyścigami „na zachodzie” a imprezami tej samej kategorii w Polsce. W międzyczasie pojawiła się informacja o tym, że CCC przestaje sponsorować naszą jedyną ekipę Pro Continental. Można doszukiwać się różnych motywów, np. takiego, że marka Dariusza Miłka jest zaangażowana we wspieranie zbyt wielu bytów: grupy mtb, grupy szosowej, Polskiego Związku Kolarskiego oraz drużyny koszykarek. Sporo, trzeba było gdzieś obciąć i można to zrozumieć. Jednak czujny czytelnik zauważył na facebooku ciekawą rzecz. W sierpniu 2011 0 5,5% w stosunku do sierpnia 2010 spadły przychody ze sprzedaży detalicznej spółki NG2 SA (w jej skład wchodzi  CCC). W sierpniu. Czyli w miesiącu, gdy obecność marki w mediach była bardzo duża. Bo i Tour de Pologne i przetasowania w kadrze mtb i grupie CCC Polkowice i wreszcie drugie miejsce Włoszczowskiej na Pucharze Świata w Val di Sole.

    Pytanie więc, co jest nie tak? Gdzie zwrot z pakowanych w kolarstwo pieniędzy? Może bez powalających sukcesów, ale zawodnicy robią swoje i bronią się rezultatami. Rutkiewicz na podium Tour de Pologne nie stanął, ale po raz kolejny walczył i był w top10 wyścigu World Tour. Włoszczowska, owszem, zrobiła nieco kwasu w mediach, ale póki co wychodzi na to, że miała rację, bo wyniki jak były z trenerem Piątkiem, tak są i bez niego. Zagorzały kibic może czuć lekki niedosyt, ale realnie nie bardzo jest się do czego przyczepić. Może więc to wina działu marketingu CCC? Jedna telewizyjna reklama z Mają to chyba trochę za mało, by budować wizerunek wokół sportu i by wpompowane w dyscyplinę miliony jakkolwiek się zwróciły? Różnorakie byty sportowe sponsorowane przez CCC omija problem mniejszych, biedniejszych klubów. Ekipa mtb i ekipa szosowa startują bowiem w imprezach, na które media zwracają uwagę. Wygląda więc na to, że nie tylko wystarczy „rzucić kasą” i czekać aż się zwróci. Bo samo się nie zwróci, nawet jeśli zatrudnimy zagraniczną gwiazdę (vide start Pawła Tonkowa i CCC-Polsat w Giro d’Italia).

    Jeśli informacja o problemach szosowej ekipy CCC się potwierdzi (a trudno nie wierzyć S24 – portalowi rzetelnie relacjonującemu sprawy polskiego kolarstwa) optymizm, który pojawił się w związku z rodzimą sceną rowerową trzeba nieco przygasić. A może przy okazji znajdzie się różnica, czym się różni Szlakiem Grodów Piastowskich od Tour of Britain i dlaczego to w tym drugim startują gwiazdy a u nas karty rozdziela między siebie kilku znajomych.

  • Gdyby kolarze byli piłkarzami

    Gdyby kolarze byli piłkarzami

    Maja Włoszczowska wicemistrzynią  świata. Sukces? Raczej obowiązek. Dla sportowca, który bronił tytułu i jest wielokrotnym medalistą najważniejszych imprez, kolejne miejsce na podium jest rezultatem oczekiwanym. Lub nawet wymaganym.

    Mimo defektu Polka zdołała zająć drugą lokatę. Na trasie była zawodniczką najsilniejszą fizycznie oraz, co ważne, dobrze jechała technicznie. Nawet na tle lepszych rywalek wyglądała na zjazdach dobrze. Nowy sprzęt (na kołach o średnicy „29 cali”)? Raczej opieka nowego trenera. Choć jawną arogancją jest publiczne prezentowanie stwierdzeń, że „przez trzy tygodnie z Markiem Galińskim nauczyłam się więcej niż przez wszystkie lata z Andrzejem Piątkiem” (hmm… czyli medale mistrzostw świata, dwie tęczowe koszulki, medal Igrzysk Olimpijskich wzięły się z powietrza?), to szlif nowego mentora było w Champery widać.

    Marek Konwa kontynuuje swój sportowy rozwój. Drugie miejsce wśród młodzieżowców to jego wielki sukces i potwierdzenie talentu oraz klasy. Co więcej, w kategorii U-23 spędzi jeszcze rok. Choć ciągle jest młody i „na dorobku”, zdobywa doświadczenie ucząc się od najlepszych jako podopieczny Barta Brenjensa. Jest pewniakiem do startu w elicie w Londynie a w dalszej perspektywie naszą nadzieją na dobry wynik w Rio. Deklaruje skoncentrowanie się na mtb i odpuszczenie kolarstwa przełajowego. Z jednej strony trochę szkoda, bo miło było mu kibicować zimą, z drugiej, jak udowodnił m.in Sven Nys łączenie obu tych konkurencji na najwyższym poziomie jest niezmiernie trudne.

    Niestety dobrych wieści z Champery tyle. W trialu polegliśmy (7 miejsce Stefanii Staszel), drużynowo ostatnie miejsce, reszta wyników pomijalna. Jeszcze niedawno byliśmy w tej konkurencji potęgą. W konkurencjach grawitacyjnych Paweł Łukasik zajął 10. miejsce w zjeździe juniorów. Poza tym nie istnieliśmy.

    Wracając do cross country zawodnikom towarzyszył „pech”. Anna Szafraniec wróciła z gipsem. Sztafeta podobno miała szansę, ale przez defekt się nie udało. Tak samo wśród juniorów, ale realnie wyników brak.  Ósme miejsce Moniki Żur wśród juniorek to zapowiedź nadziei, jakie możemy z nią wiązać w przyszłości, ale pamiętajmy, że w tej kategorii mamy spore tradycje medalowe, które później przekładały się na sukcesy seniorskie. Piotr Brzózka wśród młodzieżowców pojechał przyzwoicie zajmując 18. miejsce.

    Mamy więc dwa medale. Czyli lepiej niż na lekkoatletycznych Mistrzostwach Świata. Hura. Cieszymy się, prawda? Jest sukces, zatem wszystko jest w porządku. Gdyby jednak kolarze przyciągali tyle uwagi, co piłkarze, można by mówić o porażce. Sukcesy odniosły indywidualności, tak naprawdę wybitni zawodowcy. Sztafeta, która była do niedawna naszą wizytówką poległa, a w kategoriach kobiecych: elity i U-23, patologiczna przepaść za Mają Włoszczowską była bardzo głęboka.

    Wbrew temu, co mówi sama zawodniczka, nie jest wspaniale. Sytuacja, z którą mamy do czynienia jest trudna do zrozumienia i ma się nijak do zasad, które rządzą światowym sportem. Mamy więc kolejne przykłady „sponsoringu po polsku” i „pr po polsku” a także „wykorzystania sukcesu po polsku”.

    Przy okazji medalu Mai miałem krótką wymianę zdań ze znajomym. Stwierdził, że medal go cieszy, bo Maja reprezentuje Polskę. Hmm… dla wnikliwych zadanie z gatunku „wytęż wzrok i znajdź różnicę” proponuję porównanie ilości logotypów sponsora kadry na stroju polskim i strojach innych narodowości w porównaniu z symbolem lub nazwą kraju. Galeria np. na cyclingnews. Można powiedzieć: fajnie, że Związek w końcu ma sponsora, który zapewnia zawodnikom godziwe warunki. Tyle, że ów sponsor jest również sponsorem grupy zawodowej zbudowanej wokół jednej zawodniczki. Ktoś widzi bardzo szeroko zakrojony konflikt interesów? Jeśli mamy Zawodowców, to dobrze. Niech się ścigają, niech zarabiają dla siebie kasę i punkty. Punkty przy okazji przydadzą się i im i innym zawodnikom. Jeśli będą najlepsi, to i tak oni pojadą na najważniejsze imprezy. Chyba, że… nie będzie wiadomo, kto o czym decyduje, kto za co płaci i kto jest przed kim odpowiedzialny. Podobnie ma się sytuacja z trenerem kadry, który związany jest kontraktem z jedną z grup zawodowych.

    O ile pamiętam, sam fakt konsultacji Leo Beenhakkera dla Feyenrodu Rotterdam wzbudził spore kontrowersje. Jeśli więc Maja Włoszczowska – zawodniczka grupy CCC chce, aby jej prywatnym trenerem był Marek Galiński, podobnie jak inne zawodniczki związane kontraktem zawodowym z tą właśnie grupą – proszę bardzo, niech zapłacą za jego usługi. One same lub ich sponsor. Ups. Sponsor jest też sponsorem kadry? Scentralizowanej kadry narodowej elity, która w realiach zawodowego sportu jest reliktem klimatów NRD? Komentarz jest potrzebny?

    Czy będziemy korzystać z kolejnego sukcesu „najlepszego polskiego kolarza”, czyli Mai Włoszczowskiej, która po raz kolejny zdobyła medal imprezy mistrzowskiej? Chyba nie. Do tej pory większość jej rewelacyjnych rezultatów nie przełożyła się na rozwiązania systemowe, co więcej, kolarstwo górskie jako sport wyczynowy ma się w kraju kiepsko. Zamiast tego konserwowany jest schemat, który we współczesnym świecie trąca absurdem.

    Krótko mówiąc: medale z Champery są dobre dla samych medalistów. I tylko dla nich.


    „Ceterum censeo Carthaginem esse delendam”. I chciałbym tylko przypomnieć, że uważam, iż trener kadry narodowej nie powinien być związany kontraktem z grupą zawodową.

  • Sprawdzam

    Sprawdzam

    Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien oczekiwać rewolucji już teraz. Maja może nie zdobyć medalu, juniorzy mogą pojechać bez błysku. W ogóle to mogą być najgorsze mistrzostwa świata dla naszych kolarzy górskich od dekady.

    Nowa konfiguracja w ekipie zawodowej i kadrze narodowej, nawet, jeśli w oczach najbardziej zainteresowanych jest wyraźną zmianą na lepsze, wymaga nieco czasu by się dograć. Mai Włoszczowskiej wypada życzyć powodzenia w obronie tytułu, jej koleżankom dołączenia do liderki w walce o medale. Juniorom, juniorkom, orlikom i ?orliczkom? wyników, które dają nadzieję na przyszłość. Chleba, soli, mleka miodu i wszystkich innych produktów spożywczych, które wymienia się w tego typu okolicznościach.

    W związku z ?rozwodem roku? może być jednak różnie i nawet kompletną klapę, trzeba będzie przyjąć ze spokojem dając pewien kredyt zaufania. Nawet najlepsi ? a z takimi mamy do czynienia ? mogą mieć słabszy dzień, miesiąc a nawet sezon. Poza Markiem Galińskim, który powoli zmienia funkcję: z zawodnika na mentora, wszyscy liczący się polscy zawodnicy mtb są nadal młodzi i mogą osiągnąć bardzo wiele.  Zatem, jeśli ktoś z Polaków sięgnie w Champery po medal, będzie dobrze. Jeśli nie? nie będzie źle. W tym roku wyniki schodzą na dalszy plan. Prywatnie właściwie w ogóle mnie nie interesują.

    Interesuje mnie za to kilka, pozornie mniejszych spraw. Skoro dokonano zmiany, to znaczy, że stare było niewystarczające a nowe ma być lepsze. Skoro nowe ma być lepsze, to proponowałbym zacząć od kwestii kluczowej w dzisiejszych czasach. Informacji.

    Pytań jest bowiem bez liku. I nie, nie dotyczą one tego, kto zawinił, kto komu zrobił źle, dobrze i dlaczego skończyło się tak, jak się skończyło. Dotyczą tego, co będzie. Zatem po kolei:

    • Jak wygląda organizacja kadry narodowej cross country: trener, menadżer itd. (na stronie Polskiego Związki Kolarskiego trenerem nadal jest Andrzej Piątek)
    • Jakie są kryteria kwalifikacji do kadry narodowej?
    • Jakie są zobowiązania zawodnika ? członka kadry narodowej?
    • Jakie wsparcie ze strony Polskiego Związku Kolarskiego oraz innych organizacji, urzędów i organów państwa otrzymują członkowie kadry narodowej w poszczególnych kategoriach wiekowych, kobiety i mężczyźni?
    • Czym różni się grupa zawodowa mtb CCC Polkowice od kadry narodowej mtb kobiet?
    • Jakie są kryteria kwalifikacji do Igrzysk Olimpijskich w Londynie
    • Czy istnieje a jeśli tak, to jak wygląda organizacja przygotowań do Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro 2016
    • Jak wygląda sytuacja w konkurencjach nieolimpijskich (organizacja kadry, szkolenia, wsparcia dla zawodników): zjeździe, 4X, trialu, maratonie

    Myślę, że proste wyjaśnienie tych kwestii i opublikowanie ich na stronie Polskiego Związku Kolarskiego byłoby gestem wskazującym na zmianę polityki. Bo sama zmiana trenera nie rozwiązuje licznych problemów i niejasności. Powyższe pytania wysłałem do szefa wyszkolenia PZKol, choć liczę się z tym, że ze względu na niszowość medium jakim operuję mogę spotkać się z brakiem odpowiedzi.

  • Bałaganik

    Bałaganik

    Powoli opadają emocje po sportowym rozstaniu sezonu. Jeszcze nie wiadomo, co będzie robił Andrzej Piątek. Wiadomo za to, że Maja Włoszczowska i pozostałe zawodniczki CCC Polkowice zostają otoczone opieką menadżerską Grzegorza Dziadowca a trenują pod okiem Marka Galińskiego.

    Torcik polskiego mtb na poziomie wyczynowym jest bardzo mały. Kilka osób, które od lat dobrze się znają i występują w różnych układach i konfiguracjach. Do podziału jest niewiele, może więc nie warto dzielić? Rzut oka na sytuację pokazuje, że gdy opadł kurz (bo emocji w oficjalnych przekazach nie było zbyt wiele), mamy widok na niezły bałaganik.

    W tym sezonie UCI wprowadziła, na wzór kolarstwa szosowego, podział wśród drużyn mtb. Jest to z jednej strony podział na bardziej i mniej zawodowe zespoły, z drugiej zaś sprowadza się głównie do opłat uiszczanych międzynarodowej federacji. Tak czy inaczej Polska nie ma żadnego reprezentanta w elicie mtb (UCI Elite MTB Teams), za to w, przynajmniej finansowej, drugiej lidze (UCI MTB Teams) – rekordowe cztery. Są to: BDC , CCC Polkowice, JBG2 oraz Mróz ActiveJet.

    Zaczynamy więc zamieszanie. Ekipa BDC to tak naprawdę zakamuflowana opcja szosowa w światku mtb. W składzie znajdują się tak zasłużone postaci jak Dariusz Baranowski, Marcin Sapa i Robert Radosz. Przedstawicielem opcji terenowej jest Mariusz Kowal. Szosowa grupa ma licencję mtb ze względów organizacyjnych. Nieco inaczej prezentuje się Mróz Activejet pod kierownictwem Piotra Kosmali z Robertem i Bartoszem Banachami oraz Wojciechem Halejakiem jako gwiazdami i kilkoma młodymi kolarzami, którzy mają zdobywać doświadczenie. Grupa miesza szosę z mtb, zawodnicy startują i na asfalcie i w terenie.

    Ekpa JBG2 zbudowana jest wokół rodziny Brzózków, z Markiem Galińskim jako trenerem i mentorem. W zeszłym sezonie w tym towarzystwie formę odbudowała Anna Szafraniec, która jednak od tego roku reprezentuje barwy wyłącznie damskiej drużyny CCC Polkowice. Do niedawna zespół ten był postrzegany jako przedłużenie kadry narodowej i projektu „Piątek-Włoszczowska po złoto w Londynie”.

    Andrzej Piątek był bowiem trenerem i grupy zawodowej i kadry, głównie kobiecej. W tym sezonie zaczęto myśleć o odbudowaniu kadry męskiej, do roli trenera przygotowano Marka Galińskiego. Jak wiemy, Piątek kilka dni temu zakończył współpracę z Włoszczowską, tym samym z kadrą i z grupą CCC.

    Aby dopełnić informacji, sponsorem kadry narodowej jest również firma CCC, dzięki pasji i zaangażowaniu Dariusza Miłka, ósmego człowieka z listy najbogatszych Polaków układanej przez „Wprost”. CCC rolę tytularnego sponsora przejęło od banku BGŻ.

    Sytuacja obecna wygląda zatem następująco. Mamy Polski Związek Kolarski (w rekonstrukcji po niemal bankructwie) sponsorowany przez CCC. Opus magnum Związku, czyli Tor w Pruszkowie nosi nazwę BGŻ Arena. BGŻ sponsoruje również jedną z profesjonalnych grup szosowych. Trenerem kadry narodowej MTB tożsamej z grupą mtb CCC jest czynny kolarz grupy JBG2. Męska kadra MTB, której trenerem jest wspomniany Galiński dopiero się wykluwa. Można przypuszczać, że będą w niej mieli miejsce Piotr i Adrian Brzózka a być może Bartłomiej Wawak z JBG2 oraz Marek Konwa ścigający się za granicą (Milka Trek).

    Najważniejsza seria wyścigów szosowych w kraju to BGŻ Proliga. W niedawno rozegranym Wyścigu Solidarności i Olimpijczyków wystartował zespół „Polska MTB” kierowany przez Piotra Kosmalę (Mróz Activejet), składający się głównie z młodych, obiecujących szosowców. Dla odmiany, choć usprawiedliwieniem może być początek sezonu, w szosowym „Szlakiem Grodów Piastowskich” ta sama Kadra MTB pod kierownictwem Kosmali miała w składzie głównie szosowców z BDC Team (Radosz, Sapa, Baranowski) oraz zawodników grupy Mróz Activejet: Halejaka i Banacha. Ani jedni ani drudzy w olimpijskiej kadrze mtb prowadzonej przez Galińskiego raczej się nie znajdą.

    Spójna sytuacja jest właściwie tylko z szosową ekipą CCC Polsat Polkowice (Pod kierownictwem Piotra Wadeckiego), która jest jedyną polską drużyną w pełni zawodową, jeśli chodzi o przepisy UCI, mając status „Pro Continental”. Biorąc jednak pod uwagę sponsoring związku przez CCC a co za tym idzie np. kadry MTB składającej się z kolarzy szosowych, którzy jeżdżąc w grupie BDC startują de facto pod szyldem CCC (sponsor kadry) w tych samych zawodach co kolarze ekipy zawodowej CCC…

    Z tej perspektywy trochę szkoda, że kurz po zamieszaniu związanym z odejściem Trenera Piątka opadł tak szybko. Trener jest obecnie bez większych zawodowych zobowiązań, choć do dyspozycji związku. Może więc po latach prowadzenia kobiet mtb, pod egidą PZKol zajmie się szosową kadrą młodzieżowców zatrudniającą zawodników po trzydziestce, która będzie startowała jako CCC w zawodach przełajowych organizowanych wokół BGŻ Areny?

    Edit: Tekst pisałem wczoraj późnym wieczorem. Dziś wieczorem okazuje się, że Andrzej Piątek został zwolniony przez Polski Związek Kolarski. Być może do jego pracy można było mieć jakieś zastrzeżenia, ale trzeba przyznać, że z polskimi zawodnikami i zawodniczkami zrobił bardzo wiele. System mamy taki, jaki mamy, aby kadra narodowa mogła funkcjonować, potrzebne są wyniki na imprezach rangi mistrzowskiej. Te podopieczne Trenera Piątka uzyskiwały regularnie od wielu lat. Fakt zwolnienia doświadczonego szkoleniowca byłby zrozumiały, gdybyśmy mogli pochwalić się przynajmniej tuzinem fachowców z takim portfolio jak on. Mógł się zająć np. juniorami, młodzieżowcami, researchem. Tymczasem został zwolniony. Brak szacunku dla pracy i dokonań specjalisty jest więc bezsensowny, tym bardziej, że brak oficjalnego i wyczerpującego stanowiska ze strony Związku. 

  • Rozwód roku

    Rozwód roku

    Ślub Kate Midleton i Williama Windsora był Ślubem Roku. Ba, Ślubem Dekady. Globalnie. Polski sport doczekał się Rozwodu, pardon, Rozstania Roku. Maja Włoszczowska i Andrzej Piątek zakończyli współpracę. Szczegółów nie znamy, ale przynajmniej w mediach wygląda to nie najgorzej. Tyle dobrze.

    Dziwny zbieg okoliczności.  Raptem tydzień temu rozmawiałem z koleżanką o tym, że Maja Włoszczowska jest prawdopodobnie najsłabszą mistrzynią świata od lat, jeśli nie w ogóle. Na poparcie tego miałem w pamięci, że wszystkie Mistrzynie Świata regularnie walczyły w Pucharze Świata. Tymczasem rzut oka w tabele przypomina, że kariera jednej z najbardziej utytułowanych zawodniczek w historii mtb od mistrzostwa świata właśnie się zaczęła. Mowa tu o Margaricie Fullanie, która wygrywając w 1999r w szwedzkim Are (tam, gdzie po złoto wśród juniorek sięgnęła Anna Szafraniec) odniosła pierwszy znaczący sukces i dopiero od tego czasu na dobre zadomowiła się w światowej czołówce.

    Fakt jest faktem, że Maja Włoszczowska od swojego pierwszego medalu MŚ wśród seniorek w 2004r (tak tak, to już siedem długich lat) zdobyła indywidualnie dwa srebrne, dwa brązowe i jeden złoty, dokładając do nich srebro olimpijskie, natomiast w klasyfikacji generalnej Pucharu nigdy się nie liczyła a pojedynczą eliminację wygrała tylko raz w sumie dwa razy. Tymczasem dla porównania Sabine Spitz, Gunn-Rita Dahle, Alison Dunlap, Alison Sydor, Laurence Leboucher i Irina Kalenteva stawały na podium klasyfikacji łącznej Pucharu jeszcze przed złotym medalem MŚ a niektóre z nich łączyły świetny sezon zwieńczony zdobyciem tęczowej koszulki z równoczesnym triumfem w Pucharze. Wyjątkiem jest Barbara Blatter, która dla odmiany nigdy nie stała indywidualnie na podium mistrzostw, za to dwa razy zwyciężyła w Pucharze Świata.

    Co jest istotne, to fakt, że nasza zawodniczka jest ciągle młoda. Tak, chociaż dla wielu kibiców ściga się niemal ?od zawsze?, to ma raptem 28 lat. Jak na dyscyplinę, którą uprawia to nadal mało. Jeśli nie uda jej się wygrać na Igrzyskach w Londynie, ma jeszcze przed sobą Rio de Janeiro. W końcu to jeden start na cztery lata. Każdego może dopaść ?pech? a wygrana tam, choć prestiżowa nie świadczy o tym, że ktoś jest najlepszym zawodnikiem na świecie. Przynajmniej nie w dyscyplinie, której idea w formie wyczynowej zaczęła się od Pucharu Świata a Mistrzostwa Świata rozgrywane są co roku. Równie dobrze Maja może mieć już największe sukcesy za sobą (mimo pewnych braków, jej portfolio jest już zaiste imponujące) jak i z drugiej strony ma na tyle dużo czasu, by stać się najbardziej utytułowaną kolarką górską w historii. Dla odmiany może też w pewnym momencie stwierdzić, że ma to wszystko gdzieś i zostać księgową lub zrobić doktorat z jakiejś egzotycznej całki, wszak i na to ?ma papiery?. Jej kariera, jej wybór.

    Gdy Maja po zdobyciu olimpijskiego srebra zaczęła firmować swoim nazwiskiem wyścig w Jeleniej Górze, wiosną 2009r rozmawiałem z Andrzejem Piątkiem. Tak jak w kilku innych, wcześniejszych wywiadach i z nim i z Mają pytałem o Puchar Świata. Odpowiedział wtedy prosto. To nie jest nasz priorytet. Kryteria są jasne. Kadra narodowa dostaje finansowanie związane z imprezami mistrzowskimi: Europy i Świata. To tam ma być wynik, więc to do nich zawodniczki są przygotowywane. Co ważne, schemat ten od lat się sprawdza. Seniorki, juniorki oraz sztafeta to licząca się siła w mtb, stając na starcie zaliczana do grona faworytów walczących o medale. Zawsze. I bardzo często cel ten wypełniająca. Trener mówił sensownie i przekonywająco. Tyle, że w sumie nie wiedziałem, czy wypowiada się jako trener Mai Włoszczowskiej, Trener Kadry czy Menadżer grupy CCC.

    Trudno mówić o kwestiach, które zapewne są skomplikowane a do których zwykły śmiertelnik nie ma dostępu. Relacje na linii utytułowany zawodnik ? utytułowany trener często bywają skomplikowane. A do tego dochodzi ?polskie piekiełko?. Bo jak nazwać sytuację, w której sportsmenka, która swoim wynikiem ratuje posadę prezesa krajowego komitetu olimpijskiego, jest młoda, wykształcona, elokwentna, od lat przywozi medale z najważniejszych imprez i de facto swoim nazwiskiem firmuje zarówno grupę zawodową jak i kadrę traci wsparcie finansowe po największym sukcesie w karierze (odejście firmy Wedel i marki Halls po olimpijskim srebrze z Pekinu)? Jak poradzić sobie z sytuacją, gdy trener kadry narodowej jest równocześnie jej menadżerem i łączy tę posadę z takimi samymi funkcjami w grupie zawodowej, która z kadrą jest niemal tożsama? Wreszcie w tle znajduje się upadający i zadłużony związek, który traci sponsora (BGŻ) w zamian pozyskując (co cenne) mecenasa od lat zaangażowanego w kolarstwo (CCC), ale będącego równocześnie sponsorem tejże grupy zawodowej.  Wpomniany upadający związek, choć zajmuje się animowaniem dyscypliny, która od zarania jest zawodowa, posiada do wszystkiego tego etos centralnego szkolenia w imię uzyskania wyników na kluczowych imprezach, bo tylko to gwarantuje finansowanie z ministerstwa.

    Postać Trenera Kadry w sporcie, który jest zawodowy, jest więc co najmniej dziwna. Kto wymieni z nazwiska trenera Gunn-Rity Dahle, Juliena Absalona, Alison Sydor? Zwłaszcza tego, który prowadził ich do mistrzowskich medali. Kto trenuje Sylwestra Szmyda? Kto układa plany Contadorowi? Są zawodowcami, są rozliczani z wyników, z pracy, jaką wykonują. Ewidentny i do tego znany tandem kolarz ? trener w ostatnich latach był jeden. Jan Ullrich ? Rudy Pavenage. Obaj panowie bardzo utalentowani, utytułowani a ich współpraca układała się znakomicie. Tyle, że Ullrich miał za sobą doświadczenie enerdowskiej szkoły sportowej, które wpłynęło na całą jego karierę i potrzebował Mentora.

    Dlaczego więc, skoro Związek cały czas balansuje na skraju bankructwa i ciężką pracą nowego prezesa ratuje majątek przed wierzycielami koniecznie musi koordynować poczynania dorosłych i utytułowanych zawodników reprezentujących barwy grup zawodowych? Brzmi jak pomysł reformy służby zdrowia opartej na idei Kas Chorych. Kasy, owszem, były, ale nie Chorych a same były chore.

    Może wystarczy, by Trener był tam, gdzie faktycznie może trenować. To nie jest odkrywcze, takie pomysły padały już wielokrotnie. Ale skoro mamy dyscyplinę indywidualną, szkolmy zawodników do młodzieżowca włącznie. I tam ich finansujmy z budżetu. Zawodowców z kolei niech powołuje na kluczowe imprezy selekcjoner na podstawie minimów lub kwalifikacji. Spełniasz -> my finansujemy, jedziesz, walczysz, zarabiasz dla nas punkty a dla siebie szansę na dobry kontrakt. Nie spełniasz -> nie jedziesz. A kasę, którą mieliśmy wydać, wydajemy na juniorów. Co zrobić aby spełnić kryteria? Jeździć w klubie, który ci to zorganizuje lub załatwić sprawę indywidualnie. Proste. Przejrzyste. Profesjonalne. Ciekawe, czy do zrealizowania w tym kraju.

    Pozostaje jeszcze pytanie o przyszłość pozostałych zawodniczek, skoro cały system pełny był skomplikowanych i delikatnych powiązań. Ale odpowiedź na to pewnie zajmie więcej czasu niż pobieżne spojrzenie na aktualną sytuację.