Tag: kraksy

  • Porozmawiajmy o bezpieczeństwie kolarzy

    Porozmawiajmy o bezpieczeństwie kolarzy

    Pierwszy etap Tour de Pologne 2020 zakończony drastyczną kraksą z udziałem Dylana Groenewegena, Fabio Jakobsena i innych kolarzy pokazał, jak bardzo nie potrafimy rozmawiać o takich sytuacjach. 

    Przeklęte rundy

    Finisz w Katowicach jest specyficzny. Stosunkowo wąski, na drodze prowadzącej lekko w dół, usytuowany ok. 900m po nawrocie na rondzie. Przez “kreskę” kolarze wcześniej przejeżdżają kilka razy, ponieważ, jak to na Tour de Pologne, etap kończy się rundami w mieście. Kilkunastokilometrowe okrążenie jest pełne pułapek: skrzyżowań, wysepek, robót drogowych, przejazdów przez tory czy nawet ciągiem pieszo-rowerowym. 

    Rundy na trasach etapów TdP nie biorą się znikąd. Ułatwiają organizację oraz realizację transmisji TV a także zapewniają dłuższą ekspozycję samorządu częściowo finansującego wyścig w tejże TV.

    Z wielu powodów są zmorą imprez kolarskich, nie tylko w Polsce. Tego typu quasi kryterium na koniec długiego etapu często powoduje problemy. Peleton goni ucieczkę lub rozpędza się przed finiszem na wąskich ulicach miasta, pokonując zakręty i liczne przeszkody. Stopień trudności rośnie, gdy dodatkowo spadnie deszcz, wypełniając dziury i koleiny kałużami.

    Tour de Pologne, będąc ciągle imprezą na dorobku chętnie korzysta rund, nie do końca licząc się z konsekwencjami, nie ucząc się z błędów nie tylko swoich, ale i większych wyścigów. Gdy podobne rozwiązanie pojawia się na trasach bardziej eksponowanych imprez, nawet wielkich tourów, sytuacja jest podobna. Zazwyczaj ściganie w takich warunkach kończy się kraksami. 

    Żeby nie było wątpliwości, są one przykrą, lecz nieodzowną częścią kolarstwa. Jasne, nieprzyjemnie się je ogląda i chcielibyśmy, by było ich jak najmniej, ale się zdarzają i zdarzać się będą. 

    Sprinter musi być choć trochę szalony

    Nawet jeśli wykluczymy patologiczne przypadki zawodników jeżdżących szczególnie niebezpiecznie, bywa, że i najlepszym zdarza się popełnić faul. Peleton wywracany jest też przez nieuwagę lub zdarzenia losowe, wpadające pod koła zwierzę, plamę oleju lub nieroztropnego kibica robiącego selfie. 

    Choć Groenewegen został odsądzony od czci i wiary trzeba pamiętać, że w większości sportów by wygrać, agresja, zdecydowanie i chęć pokonania rywali są niezbędne. Wyjątkiem są niektóre indywidualne dyscypliny techniczne, gdzie kluczowe jest skupienie na własnym ciele i umyśle (by przywołać choćby słynne “Chcę tylko oddać dwa dobre skoki” Adama Małysza). Poza nimi sport to wojna, co dodatkowo podkreślają słowa używane przez dziennikarzy relacjonujących kolejne wydarzenia. 

    Granice, których nie wolno przekraczać opisują stosowne przepisy. Dzięki temu dochodzimy do ważnej kwestii, czyli ich respektowania i egzekwowania. 

    Trzeba przyznać, że od czasów Dżamolidina Abdużaparowa przeszliśmy długą drogę. Obecnie nie trzeba kraksy, by zajeżdżający drogę zawodnik został pozbawiony zwycięstwa. Doświadczył tego choćby Jakobsen rok temu w Zabrzu, gdzie linię mety minął jako pierwszy, ale zwycięstwo, przez faul na Ackermanie, mu odebrano. 

    By odnosić sukcesy jako sprinter trzeba jeździć bezkompromisowo, często ryzykować może nawet przekraczać granice rozsądku. Konsekwencje bywają poważne, ale z drugiej strony po części takie są reguły gry. Zajeżdżanie drogi czy wystawianie łokcia jest zabronione, ale legalne wciskanie się w ledwo widoczne luki i szukanie sobie najmniejszej dostępnej przestrzeni do sprintu to proszenie się o guza. Bez ryzyka trudno o sukces, chyba, że zostanie się dowiezionym do mety przez całą drużynę z kilkukilometrowego rozprowadzenia. Przy wyrównanym poziomie i okrojonych składach to jednak zdarza się coraz rzadziej.

    Tak czy inaczej należy oczekiwać od UCI (czy na rodzimym podwórku PZKol) większej konsekwencji w pilnowaniu porządku, zarówno na finiszach jak i na trasie. Bo jak pokazał przypadek z Katowic, obrażeń mogą doznać nie tylko sami zainteresowani, ale też kibice czy obsługa wyścigu.

    O ile sposób jazdy jest od zawodników zależny, to już warunki, w jakich się ścigają nie są. I tu pole do popisu ma, znów, kolarska federacja, ale też organizatorzy wyścigów. 

    Każdy może się pomylić

    Czesław Lang co roku chwali się, że jego wyścig dostaje najwyższe oceny od UCI. Czy to jednak oznacza, że prowadząc kolarzy przez rundy takie jak ta w Katowicach, czy po ulicach tak dziurawych jak te w Krakowie robi wszystko, by zapewnić sportowcom odpowiednie warunki pracy?

    Nie zrozumcie mnie źle. Wpadki zdarzają się wszystkim, by przypomnieć choćby feralny słupek na trasie Vuelty 2016, który wyeliminował z wyścigu Stevena Kruiswijka. Lub, również na Vuelcie (2019), kurizoalną sytuację z pękniętym basenem ogrodowym, który sprawił, że podczas drużynowej czasówki kolejni kolarze wywracali się na śliskiej jezdni. 

    Jednak planowe i systemowe prowadzenie wyścigu w terenie, który sam z siebie sprzyja kraksom, jak dziurawe, pełne krawężników, pasów, torów rundy lub organizowanie finiszu na zjeździe i ekscytowanie się prędkością rozwijaną tam przez zawodników są mocno dyskusyjne. 

    Rozważanie, czy barierki w Katowicach były spięte zipami czy zamocowane na sztywno do siebie jest bezcelowe. To, że ustąpiły pod naporem rozpędzonego do 80km/h zawodnika mogło być przypadkiem, bo dodatkowo nie opierali się o nie kibice, albo efektem zaniedbania osoby je ustawiającej. 

    Kwestią nadrzędną jest, że samo umiejscowienie linii mety, jak i droga do niej doprowadzająca od lat prosiły się o tragedię. Podobnie jak innych finiszy na trasie TdP, czy rund do nich prowadzących. Żeby nie było, że “czepiam się” Śląska, w moim rodzinnym Krakowie dojazd do finałowej rundy również jest skandaliczny, jedną z najbardziej dziurawych ulic w mieście a samo okrążenie wokół Błoń jest powodem do wstydu (choć w tle widać Wawel i Kopiec Kościuszki), pełne zwężeń, malowanek na jezdni i kolein.

    Mała architektura przeciwko kolarzom

    Rok temu kolarski świat był wstrząśnięty śmiercią Bjorga Lambrechta, która akurat wydarzyła się na prostej drodze. Nie pociągnęliśmy niestety dyskusji o elemencie infrastruktury drogowej, który przyczynił się do tej tragedii, czyli o przymocowanym do nawierzchni odblasku. Teoretycznie ma on zwiększać bezpieczeństwo i z pewnością każdy kierowca docenia go podczas jazdy w nocy, jednak jak okazało się podczas wyścigu kolarskiego był on zabójczy.

    Z drugiej strony uznany klasyk, część “ardeńskiego tryptyku”, Amstel Gold Race nie tylko prowadzi w dużej części wąskimi uliczkami limburskich przedmieść, droga cały czas skręca i zmienia nachylenie, to jeszcze pełna wysepek, progów zwalniających i innych części małej architektury, która na co dzień ma dbać o bezpieczeństwo ruchu drogowego (w tym rowerzystów). 

    Chcemy igrzysk

    Co więcej, trasy wyścigów wciąż są ekstremalizowane. Organizatorzy wyszukują ekstremalnych stromizn, szutrów czy bruków. Ba, nawet na tak konserwatywnym wyścigu jak Tour de France zdarzają się takie przykłady jak jurajski etap w 2017, który zebrał żniwo wśród zawodników ścigających się na zjazdach. Porte, Thomas czy Majka doznali poważnych kontuzji, ale prawda jest brutalna: wszyscy oczekiwaliśmy ostrego ścigania na zjazdach. I takie było, czego efektem były dotkliwe kraksy. 

    Dlaczego więc gdy oglądałem fruwające barierki i Jakobsena wypadającego z drogi na mecie w Katowicach największy mój największy gniew wzbudził nie faul Groenewegena a Czesław Lang i jego koncepcja trasy Tour de Pologne?

    Cóż, dyrektor TdP umiejętnie od lat narzuca nam swoją narrację, dorabiając do swoich, wyłącznie merkantylnych, wyborów chwytliwe nazwy. Idiotyczny i niebezpieczny finisz na zjeździe poprzedzony jazdą po dziurach ochrzcił “świątynią sprintu”, nadając brzydkiemu, nieatrakcyjnemu sportowo i niebezpiecznemu etapowi fałszywe znaczenie. Od lat prosił się o wypadek, który o mały włos nie skończył się fatalnie a wtórowali mu komisarze UCI przyznając wyścigowi wysokie oceny. 

    Sęk w tym, że sami kolarze jak również organizacja w założeniu broniąca ich interesów (CPA – związek kolarzy zawodowych) są zbyt słabi. Wyścigi zależne są od sponsorów i samorządów, które często dyktują układ tras, umiejscowienie finiszy czy premii. O harmonogramie decyduje ramówka telewizji. W sytuacji, gdy można zamknąć budżet dzięki milionowi (obojętne: złotówek czy euro) lub dwóm lub doprowadzić imprezę do bankructwa w imię “ciekawej trasy”, kompromisy stają się koniecznością. 

    Jeśli cierpi na tym atrakcyjność imprezy, bo zawodnicy ścigają się w nieciekawym, zurbanizowanym terenie zamiast po górskich przełęczy, jeszcze można to przeboleć. Gorzej, jeśli w imię zarobku (bezpośrednio w postaci umów z mecenasami lub pośrednio przez np. zbytnie radykalizowanie trasy i poszukiwanie widowni przez wzbudzanie kontrowersji) cierpią kolarze. 

    I żeby nie było wątpliwości, to nie jest problem tylko Langa i jego Tour de Pologne. Nie bez powodu etapy Tour de France potrafią prowadzić przez “kultowe” pirenejskie wzniesienia by następnie prowadzić peleton kilkadziesiąt kilometrów po płaskim do Pau. I nie bez przyczyny włoskie Giro co roku pcha się na potencjalnie oblodzone przełęcze i zjazdy w śnieżycy. 

    Nie zmienia to faktu, że oglądając TdP wielokrotnie przeklinam pod nosem Langa i Piaseckiego, którzy fundują i kolarzom i nam to co fundują. Bo wbrew temu, co sami deklarują pod wieloma względami do “Ligi Mistrzów” jest im bardzo daleko. A chciałbym, żeby było bliżej. No ale to już problem mój i moich oczekiwań. 

    Zdjęcie okładkowe: RAYMOND Wong on Unsplash

  • Sagan wyrzucony z TdF – to jak karny w ostatniej minucie Mundialu

    Sagan wyrzucony z TdF – to jak karny w ostatniej minucie Mundialu

    Chaotyczny i pełen agresji finisz czwartego etapu Tour de France 2017 zakończył się upadkiem Marka Cavendisha i wyrzuceniem z wyścigu mistrza świata, Petera Sagana. To trudna i zarazem odważna decyzja sędziów.

    Nic nie zapowiadało katastrofy. Etap z Mondorf-Les-Bains do Vittel przebiegał zgodnie z przewidywaniami. Postawmy sprawę jasno: było niesamowicie nudno.

    Przed peletonem przez wiele kilometrów samotnie jechał Guillaume Van Keirsbulck (Wanty – Groupe Gobert), który, gdy grupy sprinterów wzięły się do pracy, stracił przewagę i został doścignięty.

    Ponieważ to wczesna faza wyścigu a i tempo od początku nie było zawrotne, przed finiszem zaczęła się ostra rywalizacja o pozycje. Na czele zmieniały się drużyny sprinterów, momentami brakowało szerokości drogi, by zmieścili się na niej wszyscy chętni.

    Niby nic szczególnego, ale na ok. 1200m przed metą na jednym z zakrętów upadło kilku kolarzy z czoła peletonu. Z przodu została wyselekcjonowana grupka najmocniejszych sprinterów, którzy czujnie uniknęli problemów.

    Szosa pięła się delikatnie w górę, potrzeba była więc nie lada siła, by nabierać prędkości. Sprinterzy zmieniali tor jazdy, z lewej na prawą pędził Arnaud Demare a za nim Mark Cavendish. Brytyjczyka, podobnym torem jazdy dco Demare spróbował minąć Peter Sagan, ale wszystkich zaczęło jeszcze bardziej znosić w prawo. Sagan wystawił łokieć i Cavendish poleciał na barierki.

    Etap wygrał, ewidentnie najmocniejszy Demare, który nota bene znów wrócił na lewą stronę, za nim do kreski dotarli Sagan i Kristoff. W leżącego Cavendisha wpadł jeszcze Degenkolb.

    Skruszony mistrz świata przeprosił poturbowanego rywala, ale sędziowie, zgodnie z przewidywaniami przesunęli go na ostatnie miejsce w grupie i odebrali punkty.

    Wkrótce potem podjęli jednak bardziej drastyczną decyzję. Słowak został wykluczony z wyścigu!

    To spora kontrowersja, równa podyktowaniu rzutu karnego w ostatniej minucie piłkarskich mistrzostw świata. Owszem, Sagan faulował, ale powiedzmy sobie szczerze: to był bardzo chaotyczny i pełen agresji sprint, w czasie którego reguły naginali wszyscy uczestnicy.

    Kontynuując piłkarską abalogię, pod bramką za koszulki łapali się wszyscy, ale sędzia zauważył przewinienie tylko jednego zawodnika.

    Co ciekawe, sam Cavendish zdecydowanie nie jest aniołkiem i często finiszuje na granicy zasad. W grupie walczących o zwycięstwo zawodników znalazł się Nacer Bouhanni, który często jest karany za niebezpieczną i agresywną jazdę.

    Kolarski sprint to nie jest gra dla małych chłopców, ale równocześnie trzeba pamiętać o przestrzeganiu jakiś elementarnych prawideł.

    Dziś przesadzali wszyscy, najbardziej oberwało się Saganowi. To duża kontrowersja, duża strata dla wyścigu, ale też poważne osłabienie ekipy Bora – Hansgrohe i Rafała Majki. Sagan, choć jest niekwestionowaną gwiazdą, wielokrotnie pokazywał, że potrafi pomagać kolegom z zespołu, jego wykluczenie z jednej strony więc wyjaśnia sytuację Polaka (jest jedynym liderem ekipy), ale równocześnie ją komplikuje.

    Ponieważ w sprincie nie uczestniczył Marcel Kittel (stracił czas w poprzedniej kraksie), wykluczono Sagana a Demare wydaje się być w bardzo wysokiej formie, to właśnie Francuz z ekipy FDJ jest teraz faworytem do zdobycia zielonej koszulki najlepszego sprintera.

    Na swoją szóstą i wyrównanie rekordu Erika Zabela Sagan musi poczekać jeszcze rok.

  • Top 10 kolarskich wydarzeń 2016: (nie)bezpieczeństwo

    Top 10 kolarskich wydarzeń 2016: (nie)bezpieczeństwo

    Coraz szybsze tempo rozgrywania wyścigów. Coraz większa presja wyniku, poszukiwanie zysków gdzie tylko się da. Efekt? Dramatyczne kraksy, których skutki wniosły słowo ?bezpieczeństwo? do codzienności relacji z imprez kolarskich.

    Pisałem już o ?Protokole Ekstremalnych Warunków Pogodowych?, który niewątpliwie jest krokiem w dobrą stronę. Mimo to, kolarze częściej niż z powodu niebezpiecznej aury, cierpieli w wypadkach albo bezpośrednio w peletonie albo przez nierozważnie poprowadzoną trasę albo w kontakcie z pojazdami kolumny wyścigu.

    Choć wydaje się, że kumulację poważnych kraks mieliśmy w sezonie 2015, to jednak w 2016r po wypadku na trasie Gandawa-Wevelgem zmarł Belg Antoine Demoitié a po kraksie w trakcie Tour of Belgium Stig Broeckx wybudził się ze śpiączki dopiero po pół roku.

    Mimo wciąż podnoszących kwestii bezpieczeństwa, w końcówkach, nawet poważnych wyścigów, znajdowały się niezabezpieczone słupki czy znaki drogowe, motocykle wjeżdżały w peleton lub cudem unikały trafienia w grupę kolarzy a podczas jednej z najbardziej eksponowanych imprez sezonu, Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro jeden ze zjazdów był wyjątkowo śliski i niebezpieczny, co zakończyło się poważnymi upadkami Richiego Porte, Vincenzo Nibalego i Annemiek van Vleuten.

    Ba, nawet na Tour de France zdarzały się wpadki. Na Mont Ventoux zabrakło barierek, co przy skróconej trasie (zgodnie z „Protokołem Pogodowym”) spowodowało, że nie udało się okiełznać kibiców (w tym jednego z naszych rodaków) a w Pirenejach tuż przed metą na kolarzy spadła pozbawiona zasilania pneumatyczna brama.

    Pomysłów na wyjście z tej, trudnej, przykrej i często mającej poważne konsekwencje sytuacji jest wiele. Zaczęto wprowadzać objazdy dla motocykli, by choć część kolumny wyścigu poruszała się po innej trasie niż kolarze. Na niektórych imprezach ograniczono liczbę pojazdów towarzyszących peletonowi, UCI postanowiła certyfikować umiejętności kierowców a organizatorzy wielkich tourów i najważniejszych klasyków wyszli z propozycją zmniejszenia drużyn o jednego kolarza, co w sumie ma zmniejszyć liczbę znajdujących się na trasie zawodników o 20 lub więcej.

    Czy działania te sprawią, że na wyścigach będzie bezpieczniej? Zobaczymy. Oczywiście szkoda, że do dyskusji na ten temat dochodzi właściwie tylko po jakiś dramatycznych wydarzeniach, ale temat poprawy warunków pracy kolarzy pojawia się coraz częściej. Dobrze byłoby, gdyby wszyscy zainteresowani: UCI, organizatorzy wyścigów, właściciele drużyn i co najważniejsze, sami sportowcy, szybciej dochodzili do porozumienia, ale ważne, że kwestia bezpieczeństwa nie jest zamiatana pod dywan.

    Pytanie tylko, czy gdy już zostaną wdrożone odpowiednie procedury i przepisy, presja lepszego wyniku, lepszego ujęcia, wcześniej podanej informacji, sprawniej podanego bidonu nie sprawi, że zwolniona przestrzeń nie zostanie szybko zapełniona i wrócimy do obecnej sytuacji.

  • Loverove 13.08.2015

    Loverove 13.08.2015

    Loverove na środę, specjalnie dla Was:

    1. Nogi Amsterdamu

    „Najlepszą rzeczą w byciu mechanikiem rowerowym jest to, że wypełniasz misję społeczną”. Świetny materiał o działającym od 90 lat serwisie w rowerowej stolicy świata.

    2. Przemysław Niemiec potrącony przez samochód

    Było groźnie, ale na szczęście jesteśmy cali!!! Posted by Przemysław Niemiec on Wednesday, 12 August 2015
      https://twitter.com/naszosiepl/status/631422066424684544 Jeden z najlepszych polskich kolarzy miał wypadek na treningu. Został uderzony przez samochód, przekoziołkował przez maskę i upadł głową na asfalt. Niestety, choć sytuacja rowerzystów ciągle się poprawia, cały czas zdarzają się takie incydenty i jak widać nie omijają nawet doświadczonych zawodowców. Wszystko wskazuje na to, że reprezentujący grupę Lampre-Merida Przemysław Niemiec nie doznał poważnych obrażeń, miejmy nadzieję, że wystartuje w hiszpańskiej Vuelcie. Życzmy mu zdrowia i dobrej nogi! https://twitter.com/Serwanski_P/status/631421677872775168 PS: Uważajcie na siebie!

    3. Pies dnia

    https://instagram.com/p/6NOn6sH-J_/ Nie dość, że Alberto Contador jest świetnym kolarzem, to jeszcze po zakończeniu swojego sezonu cieszy się spacerami z psem. A jak wiadomo psy i kolarze to dobry zestaw!

  • Niebezpiecznie blisko

    Niebezpiecznie blisko

    W ostatnich miesiącach podczas najważniejszych wyścigów zaskakująco często dochodziło do kolizji kolarzy z pojazdami obsługi. Niektóre kraksy kończą się poważnymi obrażeniami, inne ?tylko? odbierają szansę na cenne zwycięstwo.

    Sztandarowym przykładem niepożądanej interakcji kolarza z samochodem technicznym był przez wiele lat wypadek Jespera Skibby?ego podczas Ronde Van Vlaanderen w 1987r. Duński kolarz dzielnie walczył ze stromym, brukowanym podjazdem, jednak jego wysiłek został przerwany przez samochód sędziego, który najechał na rower i połamał koła. Po tym incydencie Koppenberg na wiele lat zniknął z trasy ?Flandrii?, uznano że ten odcinek jest zbyt wąski a co za tym idzie zbyt niebezpieczny (choć prowadzi pod górę).

    https://www.youtube.com/watch?v=FWb0bACcDc0

    Kolejnym bohaterem jest Johny Hoogerland, który jadąc w ucieczce podczas Tour de France 2011 został potrącony przez niefrasobliwego kierowcę samochodu wiozącego ekipę telewizyjną. Pojazd staranował grupkę kolarzy, Hoogerland został zepchnięty poza szosę. Pech chciał, że zamiast na miękkim pastwisku, wylądował na ogrodzeniu z drutu kolczastego. Zdjęcia jego poranionych nóg obiegły świat. Holenderski kolarz nie tylko stracił tego dnia szansę na etapowe zwycięstwo, ale też po wypadku jego kariera wyraźnie zwolniła. Co więcej, aż przez trzy kolejne lata domagał się odszkodowania i ostatecznie w 2014r porozumiał się z towarzystwem ubezpieczeniowym AIG. Nie wiadomo, jaką kwotę otrzymał, wstępnie domagał się 400tys. euro.

    W sezonie 2015 kolejne kraksy wykluczały zawodników z rywalizacji. Co gorsza, często przyczyną wypadków były właśnie samochody lub motocykle techniczne.

    https://www.youtube.com/watch?v=HX5Uec2A5r0

    Podczas Ronde Van Vlaanderen Jesse Sergent starł się z samochodem neutralnej pomocy technicznej Shimano. Nowozelandczyk wyścig skończył w szpitalu ze złamanym obojczykiem.

    Na tych samych zawodach, raptem 30km dalej, również samochód Shimano wjechał w tył auta ekipy FDJ, który chwilę wcześniej zatrzymał się by usunąć awarię Sebastiena Chavanela. W kraksie ucierpiał nie kto inny jak kolarz stojący na poboczu, czekający na wymianę koła. Na szczęście w tym wypadku skończyło się tylko na sporych rozmiarów krwiaku na udzie.

    Bez większych obrażeń zakończyła się przygoda Jakoba Fuglsanga. Zawodnik Astany, jadąc w ucieczce na górskim etapie Tour de France został staranowany przez szarżującego motocyklistę. Kilka sekund wcześniej upadku uniknął Ryder Hesjedal. Dla Fuglsanga sytuacja była o tyle przykra, że miał spore szanse na prestiżową wygraną.

    Gdyby tego było mało, raptem tydzień po zakończeniu Tour de France Greg Van Averamet atakował po wygraną w cenionym Classica San Sebastian. Niestety i on został potrącony przez motocyklistę, który rozjechał rower Belga, łamiąc ramę, odbierając mu wygraną, punkty do rankingu UCI, nagrodę finansową czy szansę na lepszy kontrakt. Co prawda organizatorzy wysłali mu list z przeprosinami, ale nawet nie pofatygowali się o przetłumaczenie go z hiszpańskiego na flamandzki?

    Trzeba też wspomnieć o wydarzeniu z Tour of Utah, gdzie Matt Bremmeier jechał na tyle szybko, że ?przestrzelił? zakręt na jednym ze zjazdów. Tyle tylko, że zamiast wpaść do rowu wbił się w drzwi samochodu technicznego ekipy Airgas Safeway. Zawodnik ma połamane żebra i pękniętą miednicę. Podobno miał szczęście, że uderzył akurat w Porsche, ponieważ strefa zgniotu pochłonęła sporą część energii.

    Zderzenie z motocyklem miał także Peter Sagan podczas Vuelta a Espana. Przyszły mistrz świata, poobijany i sfrustrowany tym wydarzeniem wycofał się z wyścigu.

    Trudno powiedzieć, skąd wzięła się taka kumulacja niebezpiecznych interakcji kolarzy z pojazdami towarzyszącymi peletonowi. Być może przyczyny trzeba szukać w coraz większym tempie jazdy, coraz trudniejszych trasach wyścigów oraz tendencji, by wszyscy: serwis, telewizja czy kibice byli coraz bliżej zawodników. Obraz z helikoptera nikogo już nie satysfakcjonuje. Gdy nie mamy bieżącej informacji o różnicach czasu i podglądu każdej z grup: ucieczki, liderów, odpadających z czołówki kolarzy, jesteśmy niezadowoleni. Ciężki żywot mają również serwisanci, kierowcy i dyrektorzy sportowi, którzy tak jak kolarze prowadzą samochody po coraz bardziej ekstremalnych szosach. Szalone tempo jazdy wpływa również na ich warunki pracy. W dobie ?marginal gains?, które wkraczają w jak najwięcej elementów kolarskiej rzeczywistości, zostaje coraz mniej miejsca na błąd, zmęczenie czy choćby chwilę dekoncentracji.

    Suplement:

    Sezon 2016 nie przyniósł poprawy w temacie bezpieczeństwa kolarzy na wyścigach. Kolejni zawodnicy upadali najeżdżani przez pojazdy obsługi technicznej i mediów.

    Dla wyścigu Gandawa – Wevelgem elemetnem charakterystycznym są kraksy, które często kończą się połamanymi kośćmi i innymi kontuzjami. Wielu asów po starcie w tym klasyku, znanym z szaleńczego tempa, wąskich dróg i nerwowej atmosfery przerywało swój sezon. Zazwyczaj były to „jedynie” typowe „incydenty wyścigowe”.

    Tym razem zderzenie kolarza z motocyklem miało tragiczne skutki. Belgijski zawodnik, Antoine Demoitie zmarł na skutek obrażeń odniesionych po tym, gdy przygniótł go motocykl.

    W 2003r śmierć Andrieia Kiwiliewa na górzystym etapie Paryż-Nicea spowodowała, że kolarze zostali zmuszeni do jazdy w kaskach. Czy ofiara Demoitie’a wprowadzi regulacje dotyczące poruszania się pojazdów w kolumnie wyścigu?

  • Wariactwo pierwszego tygodnia

    Co roku jest tak samo. Zmotywowani, wytrenowani, zdeterminowani kolarze walczą o wszystko w pierwszych dniach wielkiego touru. Chaos, tłok, upadki kończą nadzieje a czasem nawet kariery!

    Zaczęło się. Pierwszy etap ze startu wspólnego Giro d?Italia 2015 i pierwsze kraksy. Rowerzysta-idiota wjechał na swoim modnym jednośladzie wprost pod koła rozpędzonego peletonu. Efekt? Kilku faworytów (Pozzovivo, Atapuma, Szmyd, Niemiec) straciło minutę, polała się krew, złamał się obojczyk, założono szwy. Peleton jedzie dalej.

    https://www.youtube.com/watch?v=NT_-cosyvqQ

    Bez względu na to, jak ułożona jest trasa, czy wyścig zaczyna się od czasówki, czy na metach etapów czekają sekundy bonifikat, w początkowej fazie wielkiego touru zawsze ktoś polegnie.

    Przetrwać pierwsze dni trzytygodniowego wyścigu to równie wielka sztuka, co poradzić sobie z alpejskimi przełęczami i narastającym zmęczeniem. By do gór dojechać bez szwanku trzeba być fizycznie mocnym, do tego uważnym i mieć wsparcie równie mocnych i skoncentrowanych kolegów z drużyny.

    Zanim sytuacja ulegnie poprawie i poważniejsze wzniesienia wprowadzą wyraźne różnice w klasyfikacji generalnej, swojej szansy na zaistnienie szukają wszyscy. Sprinterzy czują świeżość i są żądni etapowych zwycięstw. Kolarze ekip z dziką kartą chcą by zaistnieć przed wielomilionową publicznością i dzięki śmiałej akcji odmienić losy swojej kariery. Faworyci klasyfikacji generalnej pilnują miejsca w grupie i starają się uniknąć problemów.

    Krótko mówiąc, każdy chce być z przodu. A szosa ma przecież tylko kilka metrów szerokości.

    Do tego dochodzą kibice. Podekscytowani, wręcz w amoku. Przecież wielki tour to prawdziwe święto. Można dotknąć swoich idoli, poczuć pęd powietrza, zapach potu i maści rozgrzewających, zrobić selfie z peletonem w tle i zabłysnąć w telewizji dzięki nietypowemu przebraniu.

    Zaślepieni fani wpadają więc pod koła pędzących kolarzy. Łamią się kości, carbon lata w powietrzu. Stawka faworytów przerzedza się. Problemów w pierwszym tygodniu wielkiego touru doświadczali niemal wszyscy najwięksi zawodnicy. W ostatnich latach kraksy pierwszego tygodnia eliminowały z walki o wygraną w Giro czy Tourze m.in. Bradleya Wigginsa, Aleksandra Winokurowa, braci Schleck (trapiony kontuzjami Andy musiał nawet zakończyć karierę!), ?Purito? Rodrigueza i wielu, wielu innych.

    Unikanie problemów było ważnym elementem taktyki Lance?a Armstronga. Cadel Evans, który w 2011 wygrał Tour de France pierwsze, nerwowe dni wyścigu przejechał niczym profesor, nie bez powodu eksploatując swoich pomocników pilotujących go w końcówkach pozornie nieistotnych etapów. Alberto Contador potrafił zaplątać się w chaotyczną sytuację, gdy nie był pewny swojej dyspozycji, ale dla odmiany trzymał się z przodu stawki, gdy wiedział, że może walczyć o wygraną. Czy jego postawa w chaotycznej końcówce drugiego etapu Giro świadczy o tym, że wygra cały wyścig? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że z pewnością zależy mu na tym jak za najlepszych dni kariery.