Tag: Herosi

  • To się nie wydarzyło naprawdę

    To się nie wydarzyło naprawdę

    Pora przestać rozpamiętywać spektakularne zwycięstwa ery EPO. Podziękować Pantaniemu, Arsmtrongowi, ale też jednoznacznie ocenić. Minęło już dość czasu, by móc sobie na to pozwolić.

    Colin O?Brien w swojej książce podsumowującej 100 edycji Giro d?Italia nie kryje sympatii do postaci Marco Pantaniego. Ba, charakterystyczna sylwetka włoskiego kolarz zdobi różową okładkę tego wydawnictwa.

    Tymczasem być może to jest właśnie pora, by ostatecznie pożegnać się z pamięcią o słynnym Włochu. Podziękować mu za emocje, których dostarczył, chwile sportowych uniesień, które przeżyliśmy gdy atakował jak wściekły na podjeździe do sanktuarium w Oropie, śmigał na zjazdach z Marmolady w charakterystycznej pozycji czy popisywał się bezkompromisowym rajdem w deszczowych Alpach jadąc po żółtą koszulkę lidera Tour de France.

    Ale biorąc pod uwagę, że Pantani, tak jak zresztą i Lance Armstrong byli dla wielu ludzi wspaniałą inspiracją, trudno pogodzić się z faktem, że te wszystkie, wyjątkowe wydarzenia były tak naprawdę iluzją.

    Tak jak iluzją były ?kosmiczne? biegi Bena Johnsona, magiczne przemiany sprinterów w królów gór czy rekordowe czasy podjazdu na Alpe d?Huez.

    Włosi (choć nie tylko) pielęgnują wspomnienia po Pantanim. Kolejne edycje Giro d?Italia nawiązują do jego osiągnięć. Każdorazowa wizyta w Oropie przypomina o jego genialnej jeździe. Pomnik na przełęczy Mortirolo to okazja, by za każdym razem, gdy peleton tamtędy przejeżdża, opowiadać historię zwycięstw ?Pirata?.

    Zwycięstw, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca, tak jak miejsca nie miało słynne ?spojrzenie? Armstronga na Alpe d?Huez i jego siedem zwycięstw w Tour de France. Tak jak nie było rywalizacji tegoż Armstronga najpierw z Pantanim a następnie z Janem Ullrichem.

    Gwiazdom sportu, nie tylko kolarstwa, lat ?80, ?90 i wczesnych ?00 nie można odmówić charyzmy, zaangażowania i siły charakteru charakteru. Jednal ich postawa odcisnęła piętno na wyborach i karierach kolejnych pokoleń, tak jak zainspirowała wielu, tak i wielu złamała.

    Paradoksalnie, w erze ?czystego?, ?czystszego? czy też, jeśli wolicie określenia maksymalnie zachowawcze, ?bardziej kontrolowanego? kolarstwa mamy niemal tyle samo spektakularnych akcji, co w wykonaniu herosów ?ery epo?.

    Tour de France 2011 był świetny z rewelacyjnym pojedynkiem Schlecka z Evansem i ich bojami na alpejskich przełęczach.

    Contador, wyraźnie słabszy niż przed dyskwalifikacją, wydzierający triumf w Vuelta a Espana na etapie do Fuenta De przeszedł do historii wielkich tourów niczym najwięksi mistrzowie z dawnych lat.

    Być może odrodzenie Nibalego, w którym wydatnie pomógł zarówno pech rywali wywracających się jeden za drugim na zjazdach z przełęczy Agnello, jak i niebagatelny udział Michele Scarponiego również stanie się inspiracją i trafi na karty kolejnych książek.

    O ile oczywiście za kilka lat wciąż będziemy mieli pewność, że, w przeciwieństwie do wyczynów Pantaniego czy Armstronga, bohaterowie drugiej dekady XXIw byli sportowcami a nie magikami.

    Bo pamiętajcie, popularne stwierdzenie, że skoro wszyscy brali, i tak wygrywał najlepszy, jest błędne. To, że spora część najlepszych zawodników stosowała podobne metody nikogo nie usprawiedliwia i nie legitymizuje osiąganych rezultatów.

    Co wszyscy przeżyliśmy, to nasze. Ale pora, by te wspomnienia przykryła nieco grubsza warstwa kurzu. Którego przez jakiś czas nie będziemy ruszać, aż trochę zapomnimy.

    Zdjęcie okładkowe: Brian Townsley, flickr cc BY 2.0

  • Cesarz charyzmy

    Cesarz charyzmy

    Mario Cipollini – ikona kolarskiego sprintu przełomu XX i XXIw. Wybitny sportowiec, równie spektakularny na szosie co poza nią. Nie ukrywam, że jego postać robiła na mnie wielkie wrażenie. Tym chętniej zmierzę się z legendą.

    Włoch uwodził. Sposobem jazdy, autorytetem, charyzmą i zdecydowaniem. Doprowadził do perfekcji metodę rozgrywania finiszu z peletonu polegającą na ustawianiu ?pociągu? kolejnych zawodników doprowadzających sprintera na idealnej pozycji na kilkaset metrów przed metą.

    Szokował strojami, prowokował zachowaniem, intrygował wypowiedziami. Dobrze wyglądał, często wygrywał, był, i nadal jest, showmanem.

    Gdy po zakończeniu kariery zaczął własnym nazwiskiem firmować rowery, napis ?MCipollini? na ramie zdobi konstrukcje równie efektowne i wulgarne co zawodnicza kreacja ich twórcy.

    To wszystko, mniej więcej wiemy. Pytanie na dziś brzmi: faktycznie jak dobrym sprinterem był Mario Cipolini. Bo to, że swoją osobowością uwiódł tysiące fanów kolarstwa na całym świecie nie pozostawia najmniejszych wątpliwości.

    Zacznijmy od najważniejszego, czyli rekordu zwycięstw etapowych w Giro d?Italia. We współczesnym sporcie, charakteryzującym się dalece posuniętą specjalizacją, poprawienie każdego osiągnięcia mistrzów z przeszłości to wielka sprawa.

    Cipolliniemu sięgnięcie po 42 triumfy we włoskim tourze zajęło 14 lat (1989-2003). Ostatnie etapy wygrywał w bólach i niewiele zabrakło, by Binda pozostał najskuteczniejszym kolarzem w historii Giro d?Italia.

    Przed podobnym wyzwaniem w najbliższych sezonach będzie stał Mark Cavendish. Brytyjczyk będzie się zmagał z poprawieniem rekordu Eddy?ego Merckxa w Tour de France. Jeśli do pięciu brakujących mu triumfów na etapach ?Wielkiej Pętli? dołoży jeszcze pięć w innych, wielkich tourach (Vuelta lub Giro), wyprzedzi Cipolliniego w klasyfikacji obejmującej wszystkie trzytygodniówki.

    Cavendisha przywołałem nie bez powodu. Podobnie jak Cipollini był mistrzem świata, podobnie jak Włoch zwyciężył w Mediolan-Sanremo i podobnie jak on potrafi sobie radzić na niektórych, brukowanych klasykach.

    Dla kolejnej generacji kolarzy to właśnie zawodnik z wyspy Manx jest punktem odniesienia, tak jak dekadę wcześniej był nim Cipollini.

    Choć ?Super Mario? był niewątpliwe super-sprinterem, miał w swojej karierze gorsze i lepsze chwile, znajdował też rywali równie skutecznych w pewnych obszarach co on w innych.

    Erik Zabel, choć nie tak spektakularny, potrafił wygrać Mediolan-Sanremo aż 4 razy i 3 razy w Paryż-Tours (oba klasyki to raj dla sprinterów) a do tego brylował na etapach Tour de France, gdzie aż sześć razy triumfował w klasyfikacji punktowej, podczas gdy Cipollini zrobił to tylko raz.

    Z kolei Oscar Freire sięgnął trzykrotnie po tęczową koszulkę mistrza świata a Alessandro Petacchi potrafił wygrać aż dziewięć etapów podczas jednego Giro, podczas, gdy Mario ?tylko? sześć.

    Warto wreszcie zwrócić uwagę na fakt, że co do zasady, biorąc zwłaszcza pod uwagę czasu, w których ścigał się Cipollini, udawało mu się unikać większych ognisk dopingowego smrodku. Nie oznacza to oczywiście, że Mario był najczystszym z czystych, sukcesu na tym polu należy raczej szukać w jego statusie gwiazdy. Tak czy inaczej, poza chwilowym zamieszaniem wokół afery Puerto jego wizerunek nie był raczej związany z poważnymi aferami.

    Dziedzictwem włoskiego sprintera są oczywiście zwycięstwa, rekordy i mistrzostwo świata, ale prawda jest taka, że w pamięci fanów zapisał się nie tylko dzięki wynikom sportowym a dzięki charyzmie i charakterowi.

    Można być mistrzem, nie będąc przy tym gwiazdą. Można być rekordzistą, a nie pobudzać wyobraźni tłumów. Postać Mario Cipolliniego przyciągała widzów na trasy wyścigów i przykuwała fanów przed telewizorami, wpatrzonych w rozpędzony, czerwony a później ?pasiasty? pociąg rozprowadzający Włocha w drodze po kolejne triumfy.

    Zdjęcie okładkowe: Eric HOUDAS, wikimedia commons, CC BY SA 3.0

  • To oni wygrali wiosnę 2017

    To oni wygrali wiosnę 2017

    Wraz z Liege-Bastogne-Liege kończy się kolarska wiosna. Wyścigi klasyczne ustępują etapówkom. Żegnamy bruki, żegnamy Ardeny, szutry i tym podobne wynalazki. Kilka postaci zalicza tę część sezonu jako wyjątkowo udaną. Kto? Zobaczcie sami.

    Greg van Avermaet

    To był zdecydowanie czas mistrza olimpijskiego. Belg, który do tej pory odnosił sukcesy głównie w mniej prestiżowych wyścigach, po zdobyciu złota w Rio nabrał apetytu na więcej. Wygrał Omloop Het Nieuwsblad, E3 Harelbeke, Gandawa-Wevelgem i upragniony monument, Paryż-Roubaix. Co ważne dla budowania własnej legendy, w „Piekle Północy” triumfował po defekcie i spektakularnym pościgu za czołówką.

    Do tego był blisko podium w Dookoła Flandrii a także utrzymał dyspozycję (choć już nie skuteczność) w ?ardeńskim tryptyku?, jak mało który zwycięzca z bruków, podjął próbę walki na bardziej górzystych trasach. Wiosna 2017 stała bez dwóch zdań pod znakiem GvA.

    Philippe Gilbert

    Wielka forma i przełamanie passy budzą emocje podobne jak powrót do mistrzostwa po dłuższej przerwie. Philippe Gilbert nie tylko nawiązał do swoich największych sukcesów, wygrywając po raz czwarty Amstel Gold Race, ale też zrealizował swoje wielkie marzenie, czyli triumf w Ronde Van Vlaanderen.

    Co ważne, obie wygrane odniósł po śmiałych atakach na wiele kilometrów przed metą. Jego rajd na trasie RVV jest jednym z najjaśniejszych punktów tego sezonu. Być może, mając świadomość, że Van Avermaet jest od niego szybszy na finiszu (pokonał go w bezpośredniej walce na mecie E3), Gilbert decydował się na ryzyko, które nie tylko jemu się opłaciło, ale też przyniosło nam wielu emocji.

    Szkoda, że kontuzja doznana na trasie Amstel Gold Race wykluczyła go ze startu w Walońskiej Strzale i Liege-Bastogne-Liege. Być może utrudniłby życie Alejandro Valverde i jego pomocnikom.

    Michał Kwiatkowski

    ?Kwiato? to połączenie historii GvA i Gilberta, choć polski kolarz jest od nich o dobrych kilka lat młodszy. Po nienajlepszych kilkunastu miesiącach reprezentant teamu Sky w pięknym stylu, po raz drugi w karierze, wygrał Strade Bianche. Następnie ograł Petera Sagana na finiszu Mediolan-Sanremo, co jest, obok mistrzostwa świata największym sukcesem w jego karierze. Po przerwie odbudował dyspozycję i błyszczał w Ardenach, choć do pełnego spełnienia zabrakło trochę szczęścia i trochę innych, niż podejmowane na trasie decyzji.

    Tak czy inaczej, drugie miejsce w Amstel Gold Race, siódme w Walońskiej Strzale i trzecie w Liege-Bastogne-Liege, to w połączeniu z marcowymi wygranymi piękne podsumowanie wiosny w wykonaniu Kwiatkowskiego i najlepsze otwarcie sezonu.

    Alejandro Valverde

    Hiszpan, którego śmiało można nazywać ?weteranem szos? (w wieku 37 lat mógłby bez przeszkód startować w kategorii ?masters?) wygrał trzy, górzyste etapówki: w Andaluzji, Katalonii i Kraju Basków, co było tylko krokiem do sukcesów w Ardenach.

    Piąta (i czwarta z rzędu!) wygrana w Walońskiej Strzale (jest samotnym rekordzistą z wynikiem, którego pobicie trudno sobie wyobrazić) oraz czwarta w Liege-Bastogne-Liege (ma ich tyle samo co Moreno Argentin, do wyrównania osiągnięcia Merckxa brakuje mu ?tylko? jednego zwycięstwa) to wielki sukces nie tylko ze względu na same statystyki, ale i na styl.

    W preferowanym przez siebie terenie Valverde wydaje się być nie do zatrzymania. Wszyscy wiedzą, jak rozegra wyścig, jak szybko pojedzie w końcówce i co trzeba zrobić, by go pokonać a mimo to linię mety w Huy i w Ans jako pierwszy mija właśnie on.

    Quick Step Floors – praca zbiorowa

    Kolarze grupy kierowanej przez Patricka Lefevere?a nie zeszli z podium wyścigów klasycznych od Mediolan-Sanremo. Gdyby nie Philippe Gilbert, zapewne ta wiosna zostałaby uznana za porażkę w ich wykonaniu (pierwsze miejsce Kittela i rekord – 5- zwycięstw w Scheldeprijs oraz Lampaerta w Dwars door Vlaanderen to za mało dla grupy o tak wielkiej specjalizacji i ambicjach), ale na szczęście dzięki jego, wspomnianym już, śmiałym akcjom kończą wiosnę z monumentem w postaci Ronde van Vlaanderen oraz cennym Amstel Gold Race.

    Co prawda Daniel Martin nie znalazł sposobu na Valverde w Ardenach, ale trzeba pamiętać, że kontuzje wykluczyły z udziału w górzystych klasykach i Gilberta i, trzeciego w Sanremo, Juliana Alaphillipe?a.

    Do tego spory udział w sukcesach kolegów miał Tom Boonen, którego pożegnalne tournee zakończyło się na velodromie w Roubaix, gdzie o włos z van Avermaetem przegrał Zdenek Stybar.

    O ile w poprzednich sezonach kolarze Quick Stepu często gubili się w najtrudniejszych momentach wiosennych klasyków, o tyle sezon 2017 rozegrali wyśmienicie, zatem należy im się wyróżnienie za pracę zespołową.

    Van der Breggen, Deignan i Niewiadoma

    W tym roku kobiety dostały swój, pełnowymiarowy ?ardeński tryptyk?. Co ciekawe, podium każdego z wyścigów: Amstel Gold Race, Walońskiej Strzały i, zorganizowanego po raz pierwszy, 125 lat po inauguracyjnej, męskiej edycji, Liege-Bastogne-Liege wyglądało dokładnie tak samo: Anna van der Breggen przed Lizzie Deignan i Katarzyną Niewiadomą.

    Polka, niczym Dan Martin na Alejandro Valverde, nie znalazła sposobu, by samotnie pokonać dwie rywalki z grupy Boels-Dolmans, ale warto pamiętać, że wcześniej stała jeszcze na drugim stopniu podium Strade Bianche.

    Na wyróżnienie w damskim peletonie zasługuje też Coryn Rivera, która wygrała Trofeo Alfredo Binda i Ronde Van Vlaanderen (gdzie Niewiadoma była ósma).

    Ponieważ mogliśmy oglądać głównie skróty kobiecych wyścigów i musimy bazować bardziej na relacjach tekstowych, trudno na jednoznaczną ocenę, ale wygląda na to, że zawody pań były tej wiosny nie tylko ciekawe, ale i na wysokim poziomie sportowym.

    [poll id=”11″]

  • Van Avermaet ma swoją historię

    Van Avermaet ma swoją historię

    Po latach dobijania się do elity największych, kolarskich mistrzów, Greg Van Avermaet w końcu zrealizował marzenia. Genialną wiosną zbudował sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu.

    Świetny, doświadczony zawodnik z wieloma znakomitymi miejscami na koncie, za to bez spektakularnych zwycięstw. Owszem, Paryż-Tours, etap Vuelta a Espana a rok temu klasyfikacja generalna Tirreno-Adriatico, etap Tour de France, kilka dni w koszulce lidera a następnie mistrzostwo olimpijskie to niezłe portfolio, ale do Avermaeta, przylgnęła opinia kolarza niespełnionego i ?wiecznie drugiego?.

    Co więcej, gdzieś po drodze pojawiły się też oskarżenia o doping. Kolarz miał po pierwsze stosować sterydy, bez dokumentu TUE, a także stosować ?terapię ozonową? zalecaną przez lekarza Chrisa Mertensa, oskarżanego o świadczenie usług dopingowych dla kolarzy. Ostatecznie Van Avermaet został wiosną 2015r oczyszczony z zarzutów, jest niewinny, może ścigać się dalej a sprawy nie było, choć z Mertensem w kontakcie faktycznie był. Nie stwierdzono jednak, aby miał zabronione środki lub metody.

    Z mojego punktu widzenia, przełomem dla ?GVA? był Tour de France 2016. To właśnie tam Belg (a konkretniej Flamand, urodzony w 1985r w Lokeren) zbudował dyspozycję, która umożliwiła mu walkę w wyścigu o olimpijskie złoto. To podczas Wielkiej Pętli Van Avermaet nie tylko na jednym z etapów ograł późniejszego ?króla gór?, Rafała Majkę, ale też obronił zdobytą w Masywie Centralnym koszulkę lidera na etapie w Pirenejach.

    Po takim przetarciu mógł śmiało myśleć o walce z ?góralami? na trasie Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro. Choć miał trochę szczęścia (na ostatnim zjeździe upadli Vincenzo Nibali i Sergio Henao), to jednak fakt, że złoto na rundzie, która preferowała wątłych wspinaczy wygrał kolarz kojarzony z jazdą po bruku był symptomatyczny.

    Z perspektywy czasu i zakończonej spektakularnym sukcesem kampanii wiosennych klasyków w sezonie 2017, mistrzostwo z Rio nabiera dodatkowej wartości. Imponująca seria trwająca ponad miesiąc, w której Van Avermaet wygrywał kolejno w Omloop Het Nieuwsblad, E3 Harelbeke, Gandawa-Wevelgem i Paryż-Roubaix to zestaw wyjątkowy, porównywalny tylko z największymi triumfami Boonena, Cancellary, Van Petegema czy mistrzów z odleglejszej przeszłości. A, powiedzmy sobie szczerze, trudno sobie wyobrazić Boonena, nawet z czasów jego świetności, wygrywającego na takiej trasie jak w Rio!

    Co więcej, ustanowiony rekord średniej prędkości w Paryż-Roubaix to przepustka do ?wieczności?. Biorąc pod uwagę, że poprzedni, najlepszy rezultat pochodził z lat ?60 XXw, szansa, że nazwisko Van Avermaeta będzie co roku wymieniane przez wiele sezonów jest spora.

    Zarówno Belg jak i jego drużyna BMC bardzo długo czekali na zwycięstwo w ?monumencie?. GVA po raz pierwszy na podium brukowanego klasyku (E3 Harelbeke) stanął w 2008r. Z kolei sama BMC istnieje od 2007r i w tym czasie polowała na najważniejsze klasyki a to przy pomocy Thora Hushovda a to przy pomocy Philippe?a Gilberta. Tymczasem Gilbert, choć wcześniej wygrywał w Lombardii i Liege-Bastogne-Liege kolejny monument do swojego portfolio (tegoroczny Ronde Van Vlaanderen) dopisał po odejściu z BMC. I dopiero genialne przebudzenie Van Avermaeta dało zespołowi finansowanemu przez Andy?ego Rihsa i kierowanego przez Jima Ochowicza upragniony triumf.

    Kariera zwycięzcy Paryż-Roubaix 2017 jak i historia zespołu BMC pokazują, jak powolny ?zwrot z inwestycji?, czy to sponsoringu czy też pracy włożonej w trening i zdobywanie doświadczenia może dotyczyć sportu takiego jak kolarstwo.

    Tak czy inaczej, tegoroczna wiosna należy do BMC i GVA i jako taka zostanie zapamiętana.

    Zdjęcie okładkowe: Jérémy-Günther-Heinz Jähnick, wikimedia commons, CC BY SA 3.0

  • Przebłyski geniuszu

    Przebłyski geniuszu

    Rekordy, heroizm, ponadczasowe wyniki. Momenty, do których odwołujemy się w następnych latach, zapowiadając i relacjonując wyścigi. Te, które są kontekstem dla dokonań kolejnych pokoleń mistrzów. Philippe Gilbert miał już na swoim koncie kilka takich chwil. A wygrywając Ronde Van Vlaanderen dodał kolejną.

    Nie kryję, że belgijski kolarz od początku swojej kariery zwracał moją uwagę i wzbudza sympatię. Może dlatego, że to ?mój? rocznik 1982, może dlatego, że pierwsze sukcesy odnosił we francuskim teamie FDJ kierowanym przez charyzmatycznego Marca Madiota, może też wreszcie dlatego, że niemal od razu pokazywał potencjał wielkiego mistrza.

    Gilbert słynie z wszechstronności, odwagi i spektakularnej dynamiki. Jest konkurencyjny w terenie górzystym, w sprincie z niewielkiej grupy i na bruku. Do tego nieźle jeździ na czas. Choć dłuższe wyścigi wieloetapowe nie są jego domeną, to jeden z najbardziej kompletnych zawodników w peletonie.

    Co ważne, największe sukcesy zaczął osiągać w erze, gdy wiele zaczęło się mówić nie o dopingu a o czystości wśród wyczynowych kolarzy. Nie mnie oceniać, ale kojarzę go raczej z jasną stroną mocy niż z erą ?błędów i wypaczeń?, której ikonami byli nie tylko zawodnicy, ale też ich lekarze.

    Geniusz Gilberta przejawiał się kilkukrotnie w postaci niespotykanej dominacji i konsekwencji, z jaką Belg wygrywał kolejne wyścigi. Zaliczane przez niego serie zwycięstw będą przez lata punktem odniesienia dla jego następców a w kontekście historycznym nawiązują do osiągnięć największych, kolarskich herosów.

    Potrafił bowiem wygrać cztery jesienne klasyki: Coppa Sabatini, Paryż-Tours, Giro del Piemonte, i ?monument? Giro di Lombardia, jeden po drugim w ciągu zaledwie dziesięciu dni (przełom września i października 2009).

    Gdyby tego było mało, w sezonie 2011 wzbił się na jeszcze większe wyżyny, zwyciężając w czterech wyścigach ?ardeńskich?. ?Strzałach?: Brabanckiej i Walońskiej, Amstel Gold Race i następnym, swoim ?monumencie?, czyli Liege-Bastogne-Liege. Choć ?ardeński tryptyk? (walońska strzała, AGR, L-B-L) padł już wcześniej łupem Davide Rebellina, dołożenie do niego mniej prestiżowej, ale wciąż ważnej Brabanckiej strzały jest kolejnym podniesieniem poprzeczki dla następnych generacji kolarzy.

    Nie chodzi tu nawet o wyliczanie jego wyników, warto bowiem przypomnieć styl, w jakim sięgał po największe sukcesy. Dynamiczny, niezmiernie jadowity atak był nie do odparcia przez któregokolwiek z rywali. Gilbert w szczycie formy potrafił ograć nawet dobrze dysponowanych i współpracujących przeciw niemu braci Schleck w terenie, który teoretycznie to im sprzyjał bardziej, czyli na cięższych i dłuższych wzniesieniach w okolicach Liege.

    Popisowym numerem Belga stał się odjazd na Caubergu, wzgórzu kluczowym dla wyścigu Amstel Gold Race. Gilbert wygrywał tam trzykrotnie (2010, 11, 14), ale najważniejszy atak zaliczył nie podczas wiosennego klasyku a w czasie rozgrywanych w Valkenburgu mistrzostw świata (2012). Wszyscy wiedzieli, że tam spróbuje swoich sił. Wszyscy wiedzieli, jak to zrobi. Wszyscy na niego patrzyli i go pilnowali, a on i tak był w stanie zgubić rywali i sięgnąć po tęczową koszulkę

    Jak każdy, doświadczony mistrz, także i Gilbert zdobył umiejętność odbudowywania formy i motywacji, oraz stawiania sobie nowych celów. Gdy przestał być skuteczny w klasykach, ?ratował sezon? wygranymi etapami w wielkich tourach (np. w 2015r w dobrym stylu zwyciężył na dwóch odcinkach Giro d?Italia). Gdy jego możliwości w grupie BMC zostały wyczerpane oraz zabrakło miejsca dla talentu i ego naszego bohatera oraz jego lokalnego rywala, Grega Van Avermaeta, Phil przeszedł do zespołu Quick Step i odświeżył swoje umiejętności w jeździe po bruku.

    Całą wiosnę budował formę na ten jeden dzień, na Ronde van Vlaanderen. Już wcześniej dobrze spisywał się we „Flandryjskiej Piękności„. w latach 2009-10 potrafił stanąć tam na podium, lecz później skierował swoje zainteresowanie i potencjał na mniej brutalne, za to bardziej górzyste imprezy.

    Mimo to, szybko przpomniał sobie, że po ?kasseien?, czyli flamandzkich kocich łbach potrafi poruszać się bardzo sprawnie. Choć w E3 przyćmił go Van Avermaet a w Dwars Door Vlaanderen lepszy był kolega z zespołu, Gilbert pokazał klasę na trasie przygotowującej do RVV mini etapówki, ?3 dni de Panne?.

    To tam pokazał, że wciąż ma dynamit w nogach, atakując na słynnym Muurze. Tym samym wzniesieniu, które zaledwie kilka dni później ekipa Quick Step wykorzystała do rozerwania peletonu podczas docelowego startu.

    Solowy atak 55km przed metą, spektakularny rajd, konsekwentnie utrzymywane tempo w połączeniu z dramatycznymi kraksami Sagana i Vanmarcke i wreszcie samotne przekroczenie linii mety w koszulce mistrza Belgii. To wszystko dało zwycięstwo, które zapamiętamy na lata.

    W tym momencie nieważne staje się, co Gilbert planuje dalej (marzy o wygranych w Paryż-Roubaix i Mediolan-Sanremo), nie jest istotne, czy jego odjazd był tylko zagrywką taktyczną czy planowym ryzykiem podjętym wielkiego mistrza i wreszcie, nie ma znaczenia, czy Sagan zahaczył o kurtkę czy o wystającą nogę barierki.

    Philippe Gilbert kolejny raz w karierze pokazał swój geniusz. Pojechał po swoje. Zbudował formę, wykorzystał szansę, zaprezentował moc i pomógł szczęściu, swoją jazdą wymuszając błędy rywali.

    „Flandrię” i „Lombardię” wygrywali już Włosi: Bartoli czy Tafi. Tak jak Gilbert, dwukrotne zwycięstwo w Giro di Lombardia miał na swoim koncie Paolo Bettini. Więcej ?monumentów? zdobyli Boonen, Cancellara czy Musseuw.

    Jasne, sport to jest ciągła licytacja i nieustające poprawianie rekordów, które czasem porównać się da, a czasem jest to trudne. Rzecz w tym, że Philippe Gilbert przynajmniej kilka razy w karierze wyszedł poza schemat, dokonał rzeczy wielkich i zrobił to w rewelacyjnym stylu. Nie jest ?drugim Merckxem?, bo ?drugiego Merckxa? nie będzie. Ale na swoje miejsce w kolarskim panteonie zapracował.

    Zdjęcie okładkowe: Michiel Jelijs, flickr, CC BY 2.0

  • Michał Kwiatkowski wygrywa Mediolan-Sanremo. I ma sposób na Sagana!

    Michał Kwiatkowski wygrywa Mediolan-Sanremo. I ma sposób na Sagana!

    Po siedmiu godzinach jazdy o zwycięstwie w pierwszym ?monumencie? sezonu 2017 zadecydowały centymetry. Michał Kwiatkowski, dosłownym rzutem na taśmę pokonał mistrza świata, Petera Sagana.

    Sagan – showman, Kwiato – zwycięzca

    Nazwijmy rzecz po imieniu. Wyścig otworzył właśnie Sagan, który imponującym atakiem oderwał się od peletonu na ostatnim wzniesieniu dnia, czyli Poggio. Wydawało się, że czołowa grupa zostanie doprowadzona do mety na Via Roma przez mocne ekipy sprinterów, które, niczym team Sky w Tour de France ?zabetonowały? rywalizację.

    Tymczasem Sagan rzucił na szalę wszystkie siły, zrobił kilka metrów różnicy a gdy dołączyli do niego Michał Kwiatkowski i Julian Alaphilippe, przewaga nad peletonem zaczęła rosnąć.

    Ponieważ trzej panowie potrafią znakomicie zjeżdżać, pędząc z Poggio zyskali kolejne sekundy, co wystarczyło do rozegrania finiszu we własnym gronie. Choć to Sagan wydawał się być najmocniejszy, Kwiatkowski zdołał go doścignąć a na ostatnich metrach ?wystawić koło? i sięgnąć po zwycięstwo w jednym z najbardziej prestiżowych wyścigów sezonu, nie bez powodu nazywanym ?wiosennymi mistrzostwami świata”.

    Generacja herosów

    Zdjęcie z finiszu, na którym Kwiatkowski, Sagan i Alaphilippe walczą o wygraną w Mediolan-Sanremo już teraz trzeba uznać za jednego z faworytów w plebiscytach na najlepszą, kolarską fotografię sezonu.

    Nie tylko ze względu na sam, rewelacyjny kadr przedstawiający walczących bark w bark gladiatorów szosy, ale przede wszystkim na jego symboliczny wymiar.

    Kolarze, którzy tej wiosny stanęli na podium ?Primavery? należą do tego samego, ekstremalnie utalentowanego pokolenia, które przejmuje dowodzenie w zawodowym peletonie. Sagan i ?Kwiato? to rocznik 1990, Alaphilippe 1992. Są dynamiczni, są skuteczni i dzięki nim nie musimy się martwić o to, kto zastąpi odchodzących na emeryturę mistrzów wyścigów klasycznych.

    Portfolio Kwiatkowskiego

    Polak z teamu Sky był już mistrzem świata ze startu wspólnego a także w drużynowej jeździe na czas. Dwukrotnie wygrał Strade Bianche, i po razie E3 Harelbeke oraz Amstel Gold Race. Stał na podium Walońskiej Strzały i Liege-Bastogne-Liege. Jest szybki, dobrze jeździ na czas, potrafi sobie poradzić w terenie górzystym. Do tego świetnie radzi sobie na zjazdach i w terenie wymagającym ponadprzeciętnych umiejętności: na bruku i szutrze.

    Kolarz kompletny? A jakże! Tacy właśnie wygrywają w najważniejszych Klasykach, co ?Kwiato? raz za razem potwierdza.

    Czy to znaczy, że marzenia o dobrym wyniku w wielkim tourze należy odłożyć na półkę? Po 11. lokacie w Tour de France (2013) opcji dobrej jazdy w trzytygodniówce nie można wykluczyć, pytanie tylko, czy warto i czy trzeba, skoro już teraz dorobek Kwiatkowskiego w Klasykach jest tak imponujący. Być może to właśnie jest jego powołanie, dar od Boga, którego nie warto trwonić na górskie etapówki.

    https://twitter.com/bikeworldnews/status/713500803483348993

    Co więcej, Kwiatkowski ewidentnie znalazł sposób na pokonanie Petera Sagana. Był już od niego lepszy w Strade Bianche, w E3 Harelbeke i teraz w Mediolan-Sanremo. Kto wie, może po erze pojedynków Boonen-Cancellara kolejna dekada będzie pamiętana jako czas potyczek Kwiatkowskiego z Saganem?

    https://twitter.com/oufeh/status/843160556978757633

    Sagan pod presją

    Na koniec jeszcze kilka słów o drugim na mecie, Peterze Saganie. Słowak, który kolejny rok z rzędu jeździ w koszulce mistrza świata, nie pierwszy raz w tym sezonie pokazał wielką moc.

    Jest godnym następcą czempionów z przeszłości. Ma charyzmę, nie boi się brać spraw w swoje ręce ryzykować i? przegrywać. Można śmiało stwierdzić, że na trasie Mediolan-Sanremo był najmocniejszy, i tak jak wielokrotnie w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach wziął ciężar otworzenia rywalizacji na swoje barki. Tym razem się nie udało, zapewne uda się w przyszłości. Najbliższy cel to Ronde Van Vlaanderen, gdzie znów oczy całego, kolarskiego świata będą zwrócone na pochodzącego z Żyliny mistrza świata.

    PS Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale właściwie na samej linii mety, łańcuch w rowerze Sagana zaczął opuszczać należne mu miejsce na dużej zębatce. To niesamowite, że na tym poziomie wyczynu, w erze ?marginal gains?, w sprzęcie wartym grube tysiące euro zdarzają się takie rzeczy!

    Zdjęcie okładkowe: Photo LaPresse/ Gian Mattia D’Alberto March 18, 2017 Sanremo (Italy) Sport Cycling Race Milano – Sanremo

  • Andriej Kiwilew – bez jego ofiary nie byłoby obowiązkowych kasków

    Andriej Kiwilew – bez jego ofiary nie byłoby obowiązkowych kasków

    Przez dekady wyznacznikiem kolarza zawodowego była powiewająca na wietrze czupryna. Sytuację zmienił dopiero wypadek zakończony śmiercią Andrieja Kiwilewa podczas Paryż-Nicea 2003. Wkrótce potem peleton został ubrany w kaski i tak już zostało.

    Jean Robic, niespodziewany zwycięzca Tour de France 1947 był przez kibiców i rywali pogardliwie nazywany ?skórzaną głową?. Po urazie głowy, którego doznał kilka lat wcześniej jako jeden z nielicznych chronił się prymitywnym kaskiem.

    Nakrycie głowy, które obecnie jest pożądane przez wąsatych fanów rowerów z ostrym kołem, długo było jedynym, dostępnym sposobem na próbę uniknięcia urazu czaszki w razie kraksy.

    Jeszcze w latach ?90 XXw, gdy zaczęły się pojawiać stosunkowo lekkie kaski styropianowe, część kolarzy wybierała właśnie klasyczną wersję skórzaną.

    Museeuw Flandres 1998.jpg
    By Matheus Katharus – Praca własna, CC BY-SA 4.0, Link

    Zawodowy peleton długo bronił się przed obowiązkiem ochrony głowy. Choć pomysły, by wymusić jazdę w kasku pojawiały się już około roku 1991 a część krajów zdecydowała się wprowadzić takie regulacje, do wiosny 2003 na większości wyścigów można było się ścigać prezentując światu misternie przystrzyżoną i ułożoną przed startem fryzurę.

    Paradoksalnie, gdyby obligatoryjne użycie kasków zostało wprowadzone w tym ?91 lub ?92r, być może wciąż żyłby mistrz olimpijski z Barcelony (1992), Włoch Fabio Casartelli, który zmarł po upadku na pirenejskim etapie Tour de France 1995.

    Śmierć Casartellego nie zmieniła wiele i dopiero ofiara, którą złożył Kiwilew z zmieniła sytuację.

    Przypomnijmy, Andriej Kiwiliew był zdolnym kolarzem z Kazachstanu, który wraz z Aleksandrem Winokurowem przyjechał do Francji w poszukiwaniu szczęścia, sławy i pieniędzy w gronie zawodowców.

    Andrei Kivilev.jpg
    Fair use, Link

    Rozgłos zdobył w sezonie 2001, gdy ukończył Tour de France na znakomitym, 4. miejscu. Owszem, w czołówce znalazł się dzięki przewadze, jaką zdobyła ucieczka puszczona przez peleton na jednym z etapów we wczesnej fazie wyścigu, lecz w górach Kiwiliew bronił się bardzo skutecznie, pokazując nie tylko wolę walki, ale i spore umiejętności oraz wydolność.

    Choć nie był już taki młody (w 2001r miał 28 lat), wieszczono, że jeszcze sporo zdziała na trasach najcięższych wyścigów. Szło mu nieźle, w sezonie 2002 zajmował miejsca w czołówce ważnych imprez, m.in. w Paryż-Nicea był czwarty.

    Wiosną 2003 prezentował niezłą dyspozycję i był zaliczany do grona faworytów ?wyścigu ku słońcu?. Niestety na trasie drugiego etapu upadł na jednym ze zjazdów i zmarł na skutek urazów głowy.

    Jacques Anquetil 1967.jpg
    By Unknown (Mondadori Publishers) – [1], Domena publiczna, Link

    Jak zawsze w takich sytuacjach peleton okrył się żałobą, następnego dnia na metę przed peletonem wjechała cała ekipa Cofidisu, którą reprezentował Kazach (m.in. w składzie z Markiem Rutkiewiczem, Polak również był zamieszany w kraskę Kiwilewa).
    Śmierć swojego rodaka szczególnie przeżył Winokurow, który zarówno zwycięstwo w całym Paryż-Nicea 2003 jak i późniejsze wygrane etapowe poświęcał pamięci przyjaciela. Kolejne, pełne emocji gesty przysporzyły ?Vino? wiele sympatii i szacunku.

    Dyskusja na temat wprowadzenia obowiązkowej jazdy w kasku powróciła a już dwa miesiące później, podczas Giro d?Italia peleton stanął na starcie z chronionymi głowami. Początkowo zawodnicy mogli zdejmować kaski u podnóża finałowych podjazdów, co doprowadzało do absurdalnych sytuacji, gdy walczący o zwycięstwo gwiazdorzy, nie mając w pobliżu pomocników lub samochodów technicznych, rzucali, nie tanim przecież sprzętem do rowu.

    Niektórzy kolarze traktowali obowiązek dość elastycznie, m.in. Richard Virenque często jeździł w kasku rozpiętym.

    Wkrótce jednak zawodowcy przekonali się do przymusu chronienia swojej głowy a dekadę później kaski zaczęły być wykorzystywane do poszukiwania przewagi nad rywalami.

    O ile podczas etapów jazdy na czas nawet najbardziej konserwatywni zawodnicy używali plastikowych osłonek (pełniły one rolę aerodynamiczną a nie ochronną) jeszcze w latach ?90 XXw, o tyle w drugiej dekadzie XXIw kaski przeznaczone do jazdy na etapach ze startu wspólnego zaczęły być bardziej aerodynamiczne.

    Obecnie doszliśmy do sytuacji, że wersje ?nie aero? stosowane są wyłącznie podczas górskich odcinków rozgrywanych w szczególnym upale. Na co dzień gros peletonu ściga się w aerodynamicznych modelach, które odpowiednio dopasowane pozwalają oszczędzać cenną energię.

    Wprowadzenie obowiązku ochrony głowy nie spowodowało, że wyścigi stały się w 100% bezpieczne. Śmierć Woutera Weylandta (Giro d?Italia 2010) wydarzyła się, gdy nikt nie kwestionował już stosowania tego sprzętu.

    Tak czy inaczej, tragedia 11 marca 2003 był przełomem dla kolarstwa i branży rowerowej.

    Zdjęcie okładkowe: wikimedia commons, domena publiczna

  • Kwiato na huśtawce

    Kwiato na huśtawce

    Jeśli klasę Michała Kwiatkowskiego mierzyć skalą oczekiwań, jakie mają względem niego kibice, nasz mistrz jest w top5 najlepszych kolarzy na świecie. Wygrana w Strade Bianche, poprzedzona kilkoma miesiącami posuchy to znakomita lekcja kolarstwa dla polskich fanów.

    Peter Sagan bez triumfu we Flandrii, nawet z zielonymi koszulkami Tour de France, mistrzostwem świata i wieloma innymi klasykami na koncie był kolarzem niespełnionym. Tom Boonen i Fabian Cancellara ?kończyli się? w oczach kibiców wielokrotnie a i tak wkrótce wracali, by przypominać o swoim mistrzostwie.

    Są tacy sportowcy, którzy nawet, jeśli są w dobrej formie i zajmują czołowe lokaty, ich występy oceniane są negatywnie. Michał Kwiatkowski niewątpliwie jest jednym z nich, zwłaszcza wśród swoich kibiców-rodaków.

    Do pewnego momentu zarówno fani jak i dziennikarze patrzą na taką postać przychylnie, bez względu na okoliczności. W przypadku młodej, wschodzącej gwiazdy można ekscytować się każdym przebłyskiem przyszłego mistrzostwa.

    O talencie ?Kwiato? mówiło się sporo, wyniki w młodszych kategoriach wiekowych sugerowały, że mamy do czynienia z wyjątkowym talentem.

    Zanim jeszcze polscy kolarze na dobre zagościli w światowej czołówce a w czasie transmisji w Eurosporcie ekscytowaliśmy się głównie pracą Sylwestra Szmyda na kolejnych, włoskich liderów, wyniki Kwiatkowskiego w Belgii czy w Tour de Pologne były tymi, które zwracały na siebie uwagę.

    Huśtawkę nastrojów rozbujał już w 2013r, gdy świetnie zaczął sezon w Algarve i znakomicie radził sobie w Ardenach. Następnie przyszedł Tour de France i walka o zwycięstwo etapowe, białą koszulkę oraz miejsce w top10 klasyfikacji generalnej.

    Mało kto pamięta, ale pirenejski etap był bardzo blisko, miejsce w klasyfikacji młodzieżowej Polak przegrał tylko z Nairo Quintaną i Andrew Talanskim a 11 lokata wciąż jest jedną z najlepszą w historii występów Polaków w wielkich tourach. Mimo to już samo ?spływanie? w klasyfikacji było widziane przez niedzielnych fanów jako oznaka słabości.

    Następnie przyszła kolejna wiosna (2014), wygrana z Saganem w Strade Bianche i miejsca na podium ardeńskich klasyków oraz w Kraju Basków, ale w oczach wielu fanów Kwiatkowski ?skończył się? na Tour de France, gdzie ani na chwilę nie zdobył żółtej koszulki lidera, nie triumfował też na żadnym z etapów mimo kilku, usilnych prób.

    Mistrzostwo świata zdobyte w wielkim stylu w Ponferradzie tylko rozbudziło apetyty, które urosły do rozmiarów na miarę ?nowego Merckxa?. Wygrana w Amstel Gold Race na tle tych apetytów jawiła się wielu quasi ekspertom niczym porażka a trzeba pamiętać, że nieliczni kolarze potrafili wygrać ważny klasyk w tęczowej koszulce. Z kolei latem występ w rodzimym Tour de Pologne został sprowadzony głównie do około toaletowej anegdoty chętnie przetwarzanej przez wszystkie media.

    Po przejściu do Teamu Sky nadzieje na nowe otwarcie i kolejne sukcesy znów urosły do niezwykłych rozmiarów, wygrana w E3 Harelbeke poprzedziła kolejne miesiące niemocy. Mimo to, wielu zawodowców zamieniłoby swój sezon na taki, jaki był udziałem ?Kwiato? w 2016r.

    Strade Bianche 2017 nasz mistrz wygrał w wielkim stylu, po samotnym ataku, kilkanaście kilometrów przed metą. Do tego zawody rozgrywano w trudnych warunkach, deszczu i błocie.

    Dzięki temu Kwiatkowskiemu brakuje tylko jednego triumfu by zasłużyć sobie, tak jak Fabian Cancellara, na pamiątkową tablicę i nazwanie własnym nazwiskiem jedno z odcinków toskańskich ?białych dróg?. Biorąc pod uwagę, że ma 27 lat, szansa na to jest całkiem spora, choć trzeba pamiętać, że Cancellarze zgromadzenie trzech zwycięstw zajęło dziewięć sezonów. ?Kwiato? póki co dwa ugrał w cztery lata.

    Tak czy inaczej, w karierze zawodowca trwającej np. 15 lat zawsze trafiają się okresy lepsze lub gorsze. Niektórzy na wielki sukces czekają do jej schyłku, inni gasną po pierwszym wystrzale formy.

    Michał Kwiatkowski póki co, choć zdarzają mu się pewne wpadki i wahnięcia dyspozycji, co roku zalicza kilka cennych rezultatów oraz prestiżowe zwycięstwo. To poziom, od którego, owszem, można jeszcze się odbić, ale na który zawsze będą zdarzały się niepowodzenia.

    Trzeba pamiętać, że na każdy klasyk, każdy etap i każdą etapówkę czyha wielu chętnych. W kolarstwie nawet największe gwiazdy i najwybitniejsi mistrzowie startują w roku kilkadziesiąt razy, kilkanaście zwycięstw w sezonie zalicza tylko kilku, często ikoną tego sportu zostają zawodnicy, którzy triumfują tylko kilka razy w roku, za to w najbardziej prestiżowych imprezach.

    Licznik zwycięstw Michała Kwiatkowskiego póki co osiągnął liczbę 15. Być może mogłoby być więcej, ale przyglądając się dokładniej, to same cenne skalpy. Jakkolwiek nie ułoży się dla niego ten sezon, w jego CV pojawił się kolejny, ważny wpis. Jeśli będą następne, to świetnie, jeśli zamiast nich ?wpadnie? kilka miejsc na podium w klasykach, też będzie super.

    Zdjęcie okładkowe: Foto LaPresse/ Gian Mattia D’Alberto, materiały prasowe RCS

  • Pora na innych idoli?

    Pora na innych idoli?

    Gloryfikowanie sportowców odnoszących sukcesy w czasach powszechnego stosowania dopingu to zły pomysł. Wymazywanie ich z tabel podobnie, może więc pora na nazwanie po imieniu tego, co zostało po Armstrongu i Pantanim.

    Nie, nie przegapiłem rocznicy śmierci Pantaniego. Stwierdziłem, że ani nie jest ?okrągła? (?Pirat? odszedł od nas 13 lat temu), historię włoskiego kolarza mniej lub bardziej znają wszyscy a przypominanie jej co roku nieco mija się z celem.

    Dekadę po znalezieniu ciała zawodnika napisałem tekst, podsumowujący jego karierę i dramat. Choć od tego czasu sprawa jego śmierci i zaangażowania w nią mafii powróciła i wskazuje, że camorra faktycznie miała udział w złamaniu jego życia, do wyjaśnienia pozostaje zupełnie inna kwestia.

    Teoretycznie o zmarłych nie powinno mówić się źle. Pytanie tylko, czy ?prawda? to ?źle??

    Pantani jest wielbiony, traktowany jak idol, ubóstwiany nie tylko przez Włochów. Organizatorzy Giro d?Italia hołubią pamięć o nim, przypominając postać przy okazji prowadzenia etapów na Montecampione czy do sanktuarium w Oropie.

    Archiwalne wideo na youtube przypominają o spektakularnej jeździe ?Pirata?, który niczym na doładowanym elektrycznie rowerze mija i gubi kolejnych rywali. W imponującym stylu, często stając na pedałach, z zawadiacką miną i z charakterystyczną chustą na głowie faktycznie stał się ikoną.

    Do dziś Marco Pantani jest rekordzistą podjazdu na Alpe d?Huez. Nie poprawił go ani Lance Armstrong podczas indywidualnej czasówki ani przyspieszający kolarze ery ?marginal gains?.

    Pytanie brzmi, czy popisy te należy traktować jako przykład sukcesu sportowego czy wyłącznie jako dokument określonych czasów? Samego Pantaniego szanować nie za wygrane a za charyzmę i odwagę na trasach wyścigów, podobnie zresztą jak Lance?a Armstronga.

    Wielokrotnie udowodniono, że twierdzenie, jakoby w warunkach, gdy ?biorą wszyscy? i tak wygrywał najlepszy jest błędne. Bjarne Riis nazywany ?Panem 60%? od wartości hematokrytu, jaką miał osiągać dzięki kolejnym dawkom EPO pamiętany jest raczej jako postać niesławna, tymczasem Pantani, który również chętnie modyfikował swoją krew (w szpitalu po kraksie zmierzono mu 57,6%) jest bohaterem.

    Nawet, jeśli ?radośnie? dopingowali się niemal wszyscy, być może po największe zwycięstwa sięgali zawodnicy, którzy robili to najbardziej bezkompromisowo. A ci, którzy granicę już nawet nie rozsądku czy przyzwoitości, ale po prostu bezpieczeństwa grubo przekroczyli, cóż, po prostu umarli.

    Nie wiemy ile ?brał? Pantani, od kogo i w jaki sposób kupował leki czy kogo korumpował, by otrzymać na nie recepty. Wiemy natomiast, przenosząc się dziesięć lat później, że wielu dziennikarzy i fanów wyżej stawiało szalejącego na podjazdach Giro i Touru Ricardo Ricco, niż defensywnego, mozolnie szukającego sekund przewagi Cadela Evansa czy Rydera Hesjedala. Charakter i spektakl skutecznie przykrywają przykrą świadomość, że pod eksplozją mocy może kryć się niedozwolone wspomaganie.

    To Pantani doczekał się pomników, choć, powiedzmy sobie szczerze, w czasach, w których wygrywał, by to osiągnąć, poza typowymi dla sportowca przymiotami musiał, niczym Armstrong, również osiągnąć mistrzostwo w grze poza granicami nie tylko reguł sportu, ale i prawa.

    Swoje wygrał, przeszedł nawet do historii, ale cała historia zakończyła się tragicznie.

    Zdjęcie okładkowe: Hein Ciere / Wikimedia Commons CC BY 3.0

  • Sezon wielkich czynów

    Sezon wielkich czynów

    Czy Philppe Gilbert był nowym Bettinim, Peter Sagan jest nowym Zabelem a Fernando Gaviria będzie nowym Saganem? Kolejni herosi dokonują kolejnych, wielkich czynów. Kto będzie bohaterem sezonu 2017?

    Rekordy pobudzają wyobraźnię, napędzają rozwój kariery, są celem a bywa, że przekleństwem.

    Gdy w niedalekiej przeszłości Philippe Gilbert zachwycał świat, w tym mnie, kolejnymi seriami: najpierw jesienną we włoskich i francuskich klasykach a następnie wiosenną w Ardenach, do których dołożył mistrzostwo świata, osiągnął szczyt w swojej specjalizacji: dynamicznego kolarza klasycznego, wytrzymałego, szybkiego i dobrze radzącego sobie na podjazdach.

    Jego niezrealizowanym celem pozostało zwycięstwo we Flandrii, gdzie dodatkowo trzeba dobrze radzić sobie w jeździe po bruku. Pochodzący z Walonii Gilbert w tym roku zmienił pracodawcę i dołączył do ekipy Etixx-Quickstp, której jednym z liderów jest Tom Boonen.

    To z kolei żywa legenda kolarstwa, jeden z najznakomitszych w historii speców w klasykach prowadzących po kocich łbach. Wiosna 2017 będzie dla niego pożegnalnym tournee, podczas którego chce piąty raz w karierze wygrać Paryż-Roubaix, gdzie zakończy swoją przygodę z wyczynowym sportem. Jeśli mu się to uda, będzie samodzielnym rekordzistą z pięcioma triumfami na koncie i trudno sobie wyobrazić, by w najbliższym czasie ktokolwiek nawiązał do jego osiągnięć.

    Być może kiedyś będzie to Peter Sagan, który tak jak Boonen zdołał już wygrać Ronde Van Vlaanderen w tęczowej koszulce. Słowak może zwyciężyć w każdym klasyku od Strade Bianche do Paryż-Roubaix. Już sam fakt, że obronił tytuł mistrza świata stawia go wśród największych, jeśli do tego wygra kolejny monument (może myśleć też o Mediolan-San Remo), właściwie mógłby, w wieku zaledwie 27 lat, zakończyć karierę, bo będzie sportowcem spełnionym. Ma też na oku wyrównanie wyniku Erika Zabela jeśli chodzi o klasyfikację punktową Tour de France. By to zrobić, brakuje mu jednego, ukończonego w tym samym stylu co w ostatnich pięciu sezonach Touru.

    Do grona wielokrotnych triumfatorów najważniejszych klasyków mogą dołączyć Alexander Kristoff i John Degenkolb. Obaj szybcy, obaj wytrzymali i obaj świetni na bruku. Każdy z nich ma na koncie Mediolan-Sanremo, Kristoff Flandrię a Degenkolb Paryż-Roubaix. Dokładając tej wiosny jedną, spektakularną wygraną, z trzema ?monumentami? mogą wejść do ścisłego grona najwybitniejszych specjalistów wyścigów klasycznych w historii kolarstwa.

    Choć wiosna stoi jednodniówkami, nie wolno nam zapominać o faworytach wielkich tourów. W tym roku Vincenzo Nibali celuje w swoje trzecie Giro d?Italia i piąty, trzytygodniowy wyścig w karierze. Z kolei Chris Froome chce wygrać czwarty Tour de France, wyprzedzając Grega LeMonda na liście najskuteczniejszych zawodników w Wielkiej Pętli.

    Jeśli wierzycie, że Alberto Contador może jeszcze wygrać wielki tour (zrobił to już aż siedem razy plus dwa razy zwycięstwo zostało mu odebrane), to jako fani rekordów powinniście trzymać za niego kciuki. Triumf w Tourze lub Vuelcie wywinduje go na trzecie miejsce na liście wszech czasów i zrówna z Jacquesem Anquetilem.

    Ścigać legendę będzie w tym roku również Mark Cavendish. Brytyjczykowi brakuje pięciu etapowych zwycięstw w Tour de France by pokonać samego Eddy?ego Merckxa. W 2003r Mario Cipollini poprawił rekord Alfredo Bindy w Giro d?Italia, teraz Cavendish będzie mierzył się z największą, kolarską legendą, czyli osiągnięciem słynnego ?Kanibala?.

    Na koniec trzeba też wspomnieć o Nairo Quintanie, który spróbuje wygrać Giro d?Italia i Tour de France jako pierwszy człowiek od 1998r.

    Przy tym wszystkim musimy pamiętać, że ?przemiana pokoleń? w sporcie zawodowym trwa nieustająco. Fabian Cancellara już pożegnał się z peletonem, Toma Boonena zastąpi Sagan, Kristoff lub Degenkolb. Aerodynamikę i dynamikę Cavendisha będzie zastępował Caleb Ewan a Alessandro Petacchi, jeszcze niedawno wielka gwiazda sprintu wieszczy wielką karierę w wyścigach klasycznych wspomnianemu we wstępie Fernando Gavirii.

    Zdjęcie okładkowe Peters, Hans / Anefo – [1] Dutch National Archive, Wikimedia commons, CC BY SA 3.0, Iggy, Wikimedia commons, CC BY SA 4.0