Tag: Herosi

  • Krew, seks i kolarstwo

    Krew, seks i kolarstwo

    Miał być gwiazdą. Właściwie wydawało mu się, że nią jest. Albo że będzie za chwilę. Żył szybko, kochał (się) mocno, na szczęście nie umarł. Thomas Dekker, upadła nadzieja holenderskiego kolarstwa.

    ?The Descent? (?Zjazd?, w oryginale ?Mijn Gevecht?, czyli ?Moja walka?) to opowieść zawodowego kolarza, który na potęgę stosował doping.

    Wydana jesienią zeszłego roku wywołała niemałe poruszenie w środowisku, zwłaszcza wśród opisywanych, byłych kolegów Dekkera z zespołu Rabobank.

    W skrócie, obecnie trzydziestoczteroletni Thomas Dekker opisuje swoją przygodę z wyczynową jazdą na rowerze. Od czasów juniorskich, przez ?orlika? po elitę i World Tour. Niewątpliwie utalentowany, jako młody zawodnik wygrywał ze starszymi, bardziej doświadczonymi rywalami. Szybko zaczął zarabiać spore pieniądze, i wygrywać coraz lepsze imprezy. Aż zderzył się ze ścianą.

    Był rok 2005 i Włosi oraz Hiszpanie, z którymi przyszło mu rywalizować w tygodniowych etapówkach jak Tirreno-Adriatico nadawali tempo, którego młody bóg, bo tak siebie widział Dekker, nie był w stanie utrzymać.

    Szybko podjął więc decyzję. Jeśli chce ścigać się na najwyższym poziomie, musi sięgnąć po doping. Z pomocą managera skontaktował się z Eufemiano Fuentesem i lawina niedozwolonego wspomagania ruszyła.

    Przez kolejne transfuzje i zastrzyki, aferę ?Puerto?, Tour de France 2007 z którego wyrzucony zostaje Michael Rasmussen po ostrzeżenie związane z nieprawidłowościami w paszporcie biologicznym, retroaktywny, pozytywny wynik testu na EPO, dyskwalifikację i powrót do czystego kolarstwa w ekipie Jonathana Vaughtersa towarzyszymy Dekkerowi w kolejnych, nie tylko dopingowych ekscesach.

    Holenderski zawodnik był bezkompromisowym sportowcem, ale też bezkompromisowym hedonistą. To właśnie nie doping a rozwiązłość obyczajowa i opisy imprez, orgii, popijaw i nadużywania narkotyków wraz z kumplami z ekipy Rabobanku wzbudziły tak wielkie kontrowersje.

    Jednego wieczoru Dekker potrafił zapić i zaćpać by następnego dnia rano stanąć na starcie wyścigu a po kilku godzinach, na linii mety wznieść ręce w geście triumfu. Na zgrupowaniach był w stanie wykonywać katorżniczą pracę w ciągu dnia, by nocami pić, tańczyć i chodzić do burdeli.

    https://www.instagram.com/p/BWNzuafgFjM/

    Ba, nie tylko na zgrupowaniach, ale i na wyścigach, w tym na lubianym przez niego Tour de Pologne.

    Im bliżej końca tej historii, tym bardziej Dekker brzmi jak człowiek po dogłębnej psychoterapii. Nazywa wprost destrukcyjne zachowania, którymi sabotował swoją karierę, życie prywatne i relacje z bliskimi. Ciągłe poszukiwanie doznań i kolejnych ekstremów: czy to w sporcie, używkach, szybkiej jeździe samochodem i przygodnych znajomościach towarzyszy mu całe życie.

    Z czasem palący go ogień zaczął wygasać, przynajmniej w tej części, która dotyczyła kolarstwa. Dekker zakończył karierę po cichu, często wycofując się z kolejnych wyścigów i walcząc z kontuzjami.

    Jego wielkim, choć nie do końca udanym dziełem była próba pobicia rekordu godzinnego zimą 2015r, kiedy to na torze w Meksyku przejechał imponujące 52,221km (zaledwie 270m mniej niż ówczesny rekord Rohana Dennisa), pokazując, że fizycznie wciąż może walczyć z najlepszymi kolarzami na świecie.

    Jednak psychicznie Dekker był wrakiem, wypalonym, zmęczonym i nie potrafiącym sobie znaleźć miejsca na świecie.

    Ta opowieść to próba rozliczenia z własną przeszłością i otwarcie nowej drogi. Z ludzkiego punktu widzenia jest historią smutną i przykrą, w której nie ma wiele nadziei.

    Dla fanów kolarstwa to ważny element układanki, spora porcja wiedzy o kolarstwie zawodowym, efektach i mechanizmach organizowania i stosowania dopingu a także odkrycie ciemnych kart funkcjonowania grup zawodowych oraz Międzynarodowej Unii Kolarskiej.

    Pozycja zdecydowanie warta przeczytania, o ile radzicie sobie z angielskim, niemieckim lub flamandzkim, bo w takich językach została póki co wydana.

    Ja kupiłem ebooka na Amazonie za $19, ale było warto.

  • Wyścig kolarski – oczekiwania vs rzeczywistość

    Wyścig kolarski – oczekiwania vs rzeczywistość

    Permanentny Grunwald. Alleluja i do przodu. Atak, skok, przyspieszenie, najlepiej już od startu każdego etapu. Oczekiwania względem kolarzy są ogromne a przecież codziennie dają z siebie wszystko. Lub prawie wszystko.

    Kibice, dziennikarze, eksperci częściej są zawiedzeni i rozczarowani przebiegiem wyścigów niż urzeczeni jazdą i wysiłkiem kolarzy. Mając w pamięci heroiczne czyny opisywane na kartach książek, antologii i felietonów czekamy, że dziś będzie tak jak w dawnych, lepszych czasach. Bo przecież kiedyś wszystko było lepsze, czyż nie?

    Często zarzucamy zawodnikom pasywność, nie dość intensywne ataki, kunktatorstwo i brak skłonności do ryzyka. Ma to wpływać na nie dość atrakcyjny przebieg sportowego widowiska oraz decydować o niskiej klasie kolejnych kolarzy.

    Chcemy wyścigów otwartych, ?stanu naturalnego?, w którym a to każdy walczy z każdym a to wszyscy sprzysięgli się przeciwko liderowi i atakują go naprzemiennie, nie patrząc na własne interesy, mając w głowie tylko obalenie prowadzącego.

    Do tego ważny jest spektakl. Nie chodzi tylko o samo tempo jazdy, ale o styl odnoszonych zwycięstw. Na górskich etapach pożądamy samotnych rajdów prowadzących przez kolejne przełęcze, rozpoczętych 150km przed metą.

    Tyle tylko, że to nie poparte niczym, poza naszych ?chciejstwem? mrzonki.

    Wystarczy odrobina, naprawdę odrobina doświadczenia w jakimkolwiek sporcie, nie tylko w kolarstwie, by to zrozumieć.

    Na ważnych zawodach każdy chce pokazać się z jak najlepszej strony. Wygrać, stanąć na podium, jeśli nie samemu, to przynajmniej pomóc koledze. Zrealizować jakiś swój cel, realny do osiągnięcia.

    Na Giro, Tour, mistrzostwa kraju, ważny klasyk czy nawet mistrzostwa regionu nikt nie jedzie nieprzygotowany. Co do zasady wszyscy, od żaka po Sagana ścigamy się po jak najlepszy rezultat.

    Jeśli nikt nie atakuje Teamu Sky na alpejskich podjazdach podczas Tour de France, to nie znaczy, że oddaje Froome?owi zwycięstwo walkowerem. To znaczy tylko tyle, że na kolejnych wzniesieniach sztafeta w czarnych strojach dyktuje takie tempo, którego na dłużej niż kilka, kilkanaście sekund nie jest w stanie nikt przełamać.

    Jeżeli Vincenzo Nibali wkracza do gry dopiero w trzecim tygodniu Giro, gdy peleton zmaga się z prawdziwymi górami i dopiero tam jest w stanie odjeżdżać rywalom to nie znaczy, że wcześniej nie ma ochoty. Wielokrotnie już pokazywał, że mimo najszczerszych chęci nie jest w stanie pojechać szybciej niż 6-6,2W/kg, największe sukcesy osiągał tam, gdzie ważna była również wytrzymałość. Bo aż tak bardzo jak kilku rywali, czyli 6,2-6,4W/kg nie jest w stanie przycisnąć.

    Możecie powiedzieć: ?no dobrze, ale przecież kiedyś Merckx, Gimondi czy Hinault dawali sobie radę bez tych wszystkich danych a dzięki temu wyścigi wyglądały inaczej?. Owszem, wyglądały inaczej, co wiemy głównie z książek i wywiadów. To raz. Dwa, to, że w owych książkach wspominamy tylko wyjątkowe, największe momenty, w których ówczesne gwiazdy wznosiły się na wybitność a nie codzienność, która mało kogo interesuje.

    Nawet Hun Atylla czy Wiking Ragnar pomiędzy plądrowaniem i gwałtami spędzali sporo czasu na rozmyślaniach lub podróżach, nie oczekujmy więc, że każdego dnia podczas wielkiego touru dostaniemy antyczne igrzyska, bo zwyczajnie nie jest to możliwe. I nigdy nie było.

    Paradoksalnie takich spektakularnych wyścigów, etapów, akcji wciąż mamy wiele. Nibali, Contador, Froome, Quintana, Sagan, Gilbert, Van Avermarmaet czy nasz Michał Kwiatkowski co jakiś czas jadą po zwycięstwo ?w stylu vintage?, ponosząc ryzyko wczesnego ataku, odjazdu w nietypowym dla siebie terenie, zaskakując rywali nietypowym rozwiązaniem czy też wykazując się geniuszem w swojej domenie.

    O Fuenta Dé, Formigal, kraksie Kruijswijka i odrodzeniu Nibalego, Froomie pożyczającym rower od Thomasa, solowych akcjach Kwiato, Sagana i Gilberta będziemy czytać za kilka lat tak, jak teraz czytamy o Hampstenie na przełęczy Gavia.

    Co więcej, w przeciwieństwie do czasów herosów z przeszłości, bohaterom naszych czasów jest o tyle trudniej, że poziom profesjonalizmu, a co za tym idzie ogólny poziom sportowy jest nie tylko wysoki, ale zdecydowanie bardziej wyrównany.

    Nie wystarczy iskra boża, fizjologiczny czy też techniczny fenomen można zrównoważyć siłą bardzo mocnej drużyny a już kilka ekip zbudowanych z zawodników najwyższej klasy doprowadza do klinczu i nie tyle jazdy defensywnej czy zachowawczej, co po prostu ciągłej, bardzo mocnej i niemożliwej do przełamania.

    Nie wystarczy też ?siła psychiczna?, bo choć ludzki organizm ma spore, często nieuświadomione rezerwy i w krytycznych chwilach potrafi przekraczać granice, to jednak, jak mawiał klasyk ?praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb?.

  • Ostatni tydzień Giro

    Ostatni tydzień Giro

    Ostatnie dni Giro d?Italia to nieustanna rywalizacja w wysokich górach. Po dwóch tygodniach jazdy kolarze muszą, prócz siły i dynamiki wykazać się czujnością i wytrzymałością. Wiele może się wydarzyć, co pokazuje historia wyścigów z poprzednich lat.

    Zaczynając finałowy tydzień zmagań w różowej koszulce nie można być pewnym dotarcia w niej na podium w Mediolanie.

    W tym roku organizatorzy Giro przygotowali dla kolarzy morderczą końcówkę, która przynosi wiele emocji.

    W ostatnich 15 latach prowadzenie wielokrotnie zmieniało się niemal w ostatniej chwili. Wymagająca końcówka wyścigu dawała się we znaki nawet, pozornie, najlepiej prezentującym się liderom.

    2016 – Zmartwychwstanie Nibalego

    Giro 2016 od początku nie układało się po myśli Vincenzo Nibalego. Włoch a to tracił czas nie mogąc nadążyć za mocniejszymi rywalami a to zawodził go sprzęt. Ostatnie etapy prowadziły jednak przez położone bardzo wysoko przełęcze a jedna z nich, Agnello, okazała się kluczowa dla losów wyścigu.

    To tam, na zjazdach, rozbili się Steven Kruiswijk i Ilnur Zakarin a rewelacyjną pracę dla Nibalego wykonał Michele Scarponi. Kolarze Astany przypieczętowali swoje zwycięstwo na ostatnich kilometrach ostatniego podjazdu wyścigu, dzień później w Risoul Sant’Anna di Vinadio, gdzie Nibali złamał opór Estebana Chavesa.

    2015 – Contador vs Astana

    Giro 2015 to była nieustająca wojna między kolarzami Astany i Tinkoffa. Contador leżał w kraksach i miał defekty, do tego Mikel Landa i Fabio Aru prezentowali naprawdę wysoką dyspozycję.

    Rywale Contadora jechali jednak nierówno, był on od nich lepszy również w jeździe na czas. Nie tylko wykorzystywał ich słabość, ale też popisał się spektakularną pogonią na przełęczy Mortirolo. Następnie, dzięki śmiałej akcji na etapie 18. zapewnił sobie bezpieczne 5? nad Landą i 6? nad Aru.

    Dzięki temu mógł pozwolić sobie na chwile gorszego samopoczucia na przełęczy Finestre i dowiezienie 2? przewagi nad Fabio Aru.

    Gdyby jego rywale wykazali się chłodniejszą głową i większą konsekwencją, Contador mógł ten wyścig przegrać. Ale dzięki ofensywnej jeździe zarówno jego jak i Astanowców oglądaliśmy jeden z bardziej emocjonujących wielkich tourów XXIw.

    2014 – Neutralizacja na korzyść Quintany

    Nairo Quintana nie miał lekkiej przeprawy z rywalami podczas Giro 2014. Dorównywali mu w górach i wyraźnie lepiej pojechali na czas. Kolumbijczyk wykorzystał jednak chwilę zawahania konkurentów podczas 16. etapu. Warunki na przełęczach Gavia i Stelvio spowodowały komunikacyjny chaos i sugestię ?neutralizacji? zjazdów z tej drugiej.

    Mimo tego, Quintana pognał do przodu, zbudował przewagę, którą powiększył na finałowym podjeździe do Val Martello. W ten sposób przekuł 2?40? straty w 1?40? przewagi.

    Na prowadzeniu umocnił się na trasie jazdy na czas pod górę a następnie bez większych problemów obronił różową koszulkę na słynnym Monte Zoncolan. Ostatni tydzień Giro dał również podium Fabio Aru, który podczas tego wyścigu wyrósł na poważnego pretendenta w wyścigach trzytygodniowych.

    2012 – Hesjedal vs Rodriguez

    Jeśli Joaquim ?Purito? Rodriguez był kiedyś najbliżej wygrania wielkiego touru, to było to właśnie podczas Giro d?Italia 2012. W tamtym roku koszulka lidera kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk a Rodriguez skutecznie, w swoim stylu zyskiwał czas na ostatnich metrach etapów z finiszami na podjazdach.

    Choć cały wyścig przegrał z Ryderem Hesjedalem ostatniego dnia, podczas czasówki w Mediolanie (w sumie w ?generalce? obu rywali dzieliło 16?), dla losów wyścigu ważny był również etap 18. z metą w Alpe di Pampeago, gdzie Hesjedal zgubił Rodrigueza na 13? (oraz sekundy bonifikaty na mecie).

    Co więcej, o mały włos zwycięstwo w całym Giro nie uciekło oglądającym się na siebie faworytom, gdy przedostatniego dnia, na etapie prowadzącym przez Mortirolo i z metą na Stelvio etap po ucieczce wygrał Thomas de Gendt, odrabiając wiele minut i awansując do ścisłej czołówki. W połączeniu ze skutecznie przejechaną czasówką dzień później, Belg zepchnął z najniższego stopnia podium Michele Scarponiego, gdy dwa dni wcześniej tracił do niego 4?.

    2010 – Pościg Basso

    Odpuszczona na wiele minut liczna ucieczka na etapie 11 wywindowała w górę klasyfikacji m.in. młodego wówczas Richiego Porte oraz Davida Arroyo. Choć trudno było sobie wyobrazić któregoś z nich jako zwycięzcę całego wyścigu, faworytom, w tym przede wszystkim Ivanowi Basso grunt zaczął się palić pod nogami.

    Arroyo wcale nie był łatwy do zgubienia i Basso, wspomagany przez Vincenzo Nibalego musiał mocno cisnąć do samego końca, by objąć prowadzenie dopiero na etapie 19.

    2005 – Basso pokonany przez Stelvio

    Ivan Basso w barwach ekipy CSC, pod kierownictwem Bjarne Riisa i, z dużym prawdopodobieństwem, namaszczony hematolgiczną magią Eufemiano Fuentesa, błyszczał w górach i świetnie jeździł na czas.

    Cóż z tego, skoro problemy żołądkowe dopadły go na podjeździe na przełęcz Stelvio (etap 14.), gdzie stracił wiele minut i przegrał szansę na wygranie całego wyścigu.

    Na kłopotach Basso zyskali rywale, którzy do końca walczyli o zwycięstwo. Rywalizacja świetnie zjeżdżającego, choć de facto pozbawionego wsparcia drużyny Paolo Savoldellego z Gilberto Simonim, Danilo di Lucą i Wenezuelczukiem Rujano była bardzo zacięta. Pierwsza trójka zmieściła się w zaledwie 45?, di Luca ostatecznie poddał się i stracił niespełna 3?.

    Z perspektywy czasu można podejrzewać, co napędzało rywalizujących o róż zawodników, co nie zmienia faktu, że ciężka, górska końcówka Giro po raz kolejny w historii wyścigu zdecydowała o wynikach.

    2002 – Młodość Evansa

    W czasach, gdy kolarze ochoczo korzystali z niedozwolonego wspomagania, obecność w czołówce wywodzącego się z MTB, młodego Australijczyka była dla wszystkich sporym zaskoczeniem.

    Cadel Evans utrzymał się w czołówce do 16 etapu prowadzącego przez ?Marmoladę?, po którym, niespodziewanie założył koszulkę lidera, przejmując ją od Jensa Heppnera (Niemiec we wcześniejszej fazie wyścigu zdobył przewagę w jednej z ucieczek).

    Już dzień później, na etapie do Flogarii został jednak złamany przez dyktujących mordercze tempo rywali. Prowadzenie objął Paolo Savoldelli a do czołówki niespodziewanie powrócił zwycięzca etapu. Paweł Tonkow.

    Równie wielką, co Evans porażkę poniósł Dario Frigo, który jeszcze kilkanaście godzin wcześniej typowany był do zwycięstwa w wyścigu (w Australijczyka nikt tak naprawdę nie wierzył). Jak widać, nawet takiemu entuzjaście EPO jak Frigo, nielegalne wspomaganie nie dawało gwarancji wygranej.

    Klasyfikację generalną ustaliła czasówka w 19. dniu wyścigu, która dała awans na drugie miejsce Tylerowi Hamiltonowi i potwierdziła prowadzenie Savoldellego, który wówczas reprezentował barwy małej, włoskiej drużyny Index – Alexia.

    Zdjęcie okładkowe:  ANSA/CLAUDIO PERI, materiały prasowe RCS

  • To się nie wydarzyło naprawdę

    To się nie wydarzyło naprawdę

    Pora przestać rozpamiętywać spektakularne zwycięstwa ery EPO. Podziękować Pantaniemu, Arsmtrongowi, ale też jednoznacznie ocenić. Minęło już dość czasu, by móc sobie na to pozwolić.

    Colin O?Brien w swojej książce podsumowującej 100 edycji Giro d?Italia nie kryje sympatii do postaci Marco Pantaniego. Ba, charakterystyczna sylwetka włoskiego kolarz zdobi różową okładkę tego wydawnictwa.

    Tymczasem być może to jest właśnie pora, by ostatecznie pożegnać się z pamięcią o słynnym Włochu. Podziękować mu za emocje, których dostarczył, chwile sportowych uniesień, które przeżyliśmy gdy atakował jak wściekły na podjeździe do sanktuarium w Oropie, śmigał na zjazdach z Marmolady w charakterystycznej pozycji czy popisywał się bezkompromisowym rajdem w deszczowych Alpach jadąc po żółtą koszulkę lidera Tour de France.

    Ale biorąc pod uwagę, że Pantani, tak jak zresztą i Lance Armstrong byli dla wielu ludzi wspaniałą inspiracją, trudno pogodzić się z faktem, że te wszystkie, wyjątkowe wydarzenia były tak naprawdę iluzją.

    Tak jak iluzją były ?kosmiczne? biegi Bena Johnsona, magiczne przemiany sprinterów w królów gór czy rekordowe czasy podjazdu na Alpe d?Huez.

    Włosi (choć nie tylko) pielęgnują wspomnienia po Pantanim. Kolejne edycje Giro d?Italia nawiązują do jego osiągnięć. Każdorazowa wizyta w Oropie przypomina o jego genialnej jeździe. Pomnik na przełęczy Mortirolo to okazja, by za każdym razem, gdy peleton tamtędy przejeżdża, opowiadać historię zwycięstw ?Pirata?.

    Zwycięstw, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca, tak jak miejsca nie miało słynne ?spojrzenie? Armstronga na Alpe d?Huez i jego siedem zwycięstw w Tour de France. Tak jak nie było rywalizacji tegoż Armstronga najpierw z Pantanim a następnie z Janem Ullrichem.

    Gwiazdom sportu, nie tylko kolarstwa, lat ?80, ?90 i wczesnych ?00 nie można odmówić charyzmy, zaangażowania i siły charakteru charakteru. Jednal ich postawa odcisnęła piętno na wyborach i karierach kolejnych pokoleń, tak jak zainspirowała wielu, tak i wielu złamała.

    Paradoksalnie, w erze ?czystego?, ?czystszego? czy też, jeśli wolicie określenia maksymalnie zachowawcze, ?bardziej kontrolowanego? kolarstwa mamy niemal tyle samo spektakularnych akcji, co w wykonaniu herosów ?ery epo?.

    Tour de France 2011 był świetny z rewelacyjnym pojedynkiem Schlecka z Evansem i ich bojami na alpejskich przełęczach.

    Contador, wyraźnie słabszy niż przed dyskwalifikacją, wydzierający triumf w Vuelta a Espana na etapie do Fuenta De przeszedł do historii wielkich tourów niczym najwięksi mistrzowie z dawnych lat.

    Być może odrodzenie Nibalego, w którym wydatnie pomógł zarówno pech rywali wywracających się jeden za drugim na zjazdach z przełęczy Agnello, jak i niebagatelny udział Michele Scarponiego również stanie się inspiracją i trafi na karty kolejnych książek.

    O ile oczywiście za kilka lat wciąż będziemy mieli pewność, że, w przeciwieństwie do wyczynów Pantaniego czy Armstronga, bohaterowie drugiej dekady XXIw byli sportowcami a nie magikami.

    Bo pamiętajcie, popularne stwierdzenie, że skoro wszyscy brali, i tak wygrywał najlepszy, jest błędne. To, że spora część najlepszych zawodników stosowała podobne metody nikogo nie usprawiedliwia i nie legitymizuje osiąganych rezultatów.

    Co wszyscy przeżyliśmy, to nasze. Ale pora, by te wspomnienia przykryła nieco grubsza warstwa kurzu. Którego przez jakiś czas nie będziemy ruszać, aż trochę zapomnimy.

    Zdjęcie okładkowe: Brian Townsley, flickr cc BY 2.0

  • Cesarz charyzmy

    Cesarz charyzmy

    Mario Cipollini – ikona kolarskiego sprintu przełomu XX i XXIw. Wybitny sportowiec, równie spektakularny na szosie co poza nią. Nie ukrywam, że jego postać robiła na mnie wielkie wrażenie. Tym chętniej zmierzę się z legendą.

    Włoch uwodził. Sposobem jazdy, autorytetem, charyzmą i zdecydowaniem. Doprowadził do perfekcji metodę rozgrywania finiszu z peletonu polegającą na ustawianiu ?pociągu? kolejnych zawodników doprowadzających sprintera na idealnej pozycji na kilkaset metrów przed metą.

    Szokował strojami, prowokował zachowaniem, intrygował wypowiedziami. Dobrze wyglądał, często wygrywał, był, i nadal jest, showmanem.

    Gdy po zakończeniu kariery zaczął własnym nazwiskiem firmować rowery, napis ?MCipollini? na ramie zdobi konstrukcje równie efektowne i wulgarne co zawodnicza kreacja ich twórcy.

    To wszystko, mniej więcej wiemy. Pytanie na dziś brzmi: faktycznie jak dobrym sprinterem był Mario Cipolini. Bo to, że swoją osobowością uwiódł tysiące fanów kolarstwa na całym świecie nie pozostawia najmniejszych wątpliwości.

    Zacznijmy od najważniejszego, czyli rekordu zwycięstw etapowych w Giro d?Italia. We współczesnym sporcie, charakteryzującym się dalece posuniętą specjalizacją, poprawienie każdego osiągnięcia mistrzów z przeszłości to wielka sprawa.

    Cipolliniemu sięgnięcie po 42 triumfy we włoskim tourze zajęło 14 lat (1989-2003). Ostatnie etapy wygrywał w bólach i niewiele zabrakło, by Binda pozostał najskuteczniejszym kolarzem w historii Giro d?Italia.

    Przed podobnym wyzwaniem w najbliższych sezonach będzie stał Mark Cavendish. Brytyjczyk będzie się zmagał z poprawieniem rekordu Eddy?ego Merckxa w Tour de France. Jeśli do pięciu brakujących mu triumfów na etapach ?Wielkiej Pętli? dołoży jeszcze pięć w innych, wielkich tourach (Vuelta lub Giro), wyprzedzi Cipolliniego w klasyfikacji obejmującej wszystkie trzytygodniówki.

    Cavendisha przywołałem nie bez powodu. Podobnie jak Cipollini był mistrzem świata, podobnie jak Włoch zwyciężył w Mediolan-Sanremo i podobnie jak on potrafi sobie radzić na niektórych, brukowanych klasykach.

    Dla kolejnej generacji kolarzy to właśnie zawodnik z wyspy Manx jest punktem odniesienia, tak jak dekadę wcześniej był nim Cipollini.

    Choć ?Super Mario? był niewątpliwe super-sprinterem, miał w swojej karierze gorsze i lepsze chwile, znajdował też rywali równie skutecznych w pewnych obszarach co on w innych.

    Erik Zabel, choć nie tak spektakularny, potrafił wygrać Mediolan-Sanremo aż 4 razy i 3 razy w Paryż-Tours (oba klasyki to raj dla sprinterów) a do tego brylował na etapach Tour de France, gdzie aż sześć razy triumfował w klasyfikacji punktowej, podczas gdy Cipollini zrobił to tylko raz.

    Z kolei Oscar Freire sięgnął trzykrotnie po tęczową koszulkę mistrza świata a Alessandro Petacchi potrafił wygrać aż dziewięć etapów podczas jednego Giro, podczas, gdy Mario ?tylko? sześć.

    Warto wreszcie zwrócić uwagę na fakt, że co do zasady, biorąc zwłaszcza pod uwagę czasu, w których ścigał się Cipollini, udawało mu się unikać większych ognisk dopingowego smrodku. Nie oznacza to oczywiście, że Mario był najczystszym z czystych, sukcesu na tym polu należy raczej szukać w jego statusie gwiazdy. Tak czy inaczej, poza chwilowym zamieszaniem wokół afery Puerto jego wizerunek nie był raczej związany z poważnymi aferami.

    Dziedzictwem włoskiego sprintera są oczywiście zwycięstwa, rekordy i mistrzostwo świata, ale prawda jest taka, że w pamięci fanów zapisał się nie tylko dzięki wynikom sportowym a dzięki charyzmie i charakterowi.

    Można być mistrzem, nie będąc przy tym gwiazdą. Można być rekordzistą, a nie pobudzać wyobraźni tłumów. Postać Mario Cipolliniego przyciągała widzów na trasy wyścigów i przykuwała fanów przed telewizorami, wpatrzonych w rozpędzony, czerwony a później ?pasiasty? pociąg rozprowadzający Włocha w drodze po kolejne triumfy.

    Zdjęcie okładkowe: Eric HOUDAS, wikimedia commons, CC BY SA 3.0

  • To oni wygrali wiosnę 2017

    To oni wygrali wiosnę 2017

    Wraz z Liege-Bastogne-Liege kończy się kolarska wiosna. Wyścigi klasyczne ustępują etapówkom. Żegnamy bruki, żegnamy Ardeny, szutry i tym podobne wynalazki. Kilka postaci zalicza tę część sezonu jako wyjątkowo udaną. Kto? Zobaczcie sami.

    Greg van Avermaet

    To był zdecydowanie czas mistrza olimpijskiego. Belg, który do tej pory odnosił sukcesy głównie w mniej prestiżowych wyścigach, po zdobyciu złota w Rio nabrał apetytu na więcej. Wygrał Omloop Het Nieuwsblad, E3 Harelbeke, Gandawa-Wevelgem i upragniony monument, Paryż-Roubaix. Co ważne dla budowania własnej legendy, w „Piekle Północy” triumfował po defekcie i spektakularnym pościgu za czołówką.

    Do tego był blisko podium w Dookoła Flandrii a także utrzymał dyspozycję (choć już nie skuteczność) w ?ardeńskim tryptyku?, jak mało który zwycięzca z bruków, podjął próbę walki na bardziej górzystych trasach. Wiosna 2017 stała bez dwóch zdań pod znakiem GvA.

    Philippe Gilbert

    Wielka forma i przełamanie passy budzą emocje podobne jak powrót do mistrzostwa po dłuższej przerwie. Philippe Gilbert nie tylko nawiązał do swoich największych sukcesów, wygrywając po raz czwarty Amstel Gold Race, ale też zrealizował swoje wielkie marzenie, czyli triumf w Ronde Van Vlaanderen.

    Co ważne, obie wygrane odniósł po śmiałych atakach na wiele kilometrów przed metą. Jego rajd na trasie RVV jest jednym z najjaśniejszych punktów tego sezonu. Być może, mając świadomość, że Van Avermaet jest od niego szybszy na finiszu (pokonał go w bezpośredniej walce na mecie E3), Gilbert decydował się na ryzyko, które nie tylko jemu się opłaciło, ale też przyniosło nam wielu emocji.

    Szkoda, że kontuzja doznana na trasie Amstel Gold Race wykluczyła go ze startu w Walońskiej Strzale i Liege-Bastogne-Liege. Być może utrudniłby życie Alejandro Valverde i jego pomocnikom.

    Michał Kwiatkowski

    ?Kwiato? to połączenie historii GvA i Gilberta, choć polski kolarz jest od nich o dobrych kilka lat młodszy. Po nienajlepszych kilkunastu miesiącach reprezentant teamu Sky w pięknym stylu, po raz drugi w karierze, wygrał Strade Bianche. Następnie ograł Petera Sagana na finiszu Mediolan-Sanremo, co jest, obok mistrzostwa świata największym sukcesem w jego karierze. Po przerwie odbudował dyspozycję i błyszczał w Ardenach, choć do pełnego spełnienia zabrakło trochę szczęścia i trochę innych, niż podejmowane na trasie decyzji.

    Tak czy inaczej, drugie miejsce w Amstel Gold Race, siódme w Walońskiej Strzale i trzecie w Liege-Bastogne-Liege, to w połączeniu z marcowymi wygranymi piękne podsumowanie wiosny w wykonaniu Kwiatkowskiego i najlepsze otwarcie sezonu.

    Alejandro Valverde

    Hiszpan, którego śmiało można nazywać ?weteranem szos? (w wieku 37 lat mógłby bez przeszkód startować w kategorii ?masters?) wygrał trzy, górzyste etapówki: w Andaluzji, Katalonii i Kraju Basków, co było tylko krokiem do sukcesów w Ardenach.

    Piąta (i czwarta z rzędu!) wygrana w Walońskiej Strzale (jest samotnym rekordzistą z wynikiem, którego pobicie trudno sobie wyobrazić) oraz czwarta w Liege-Bastogne-Liege (ma ich tyle samo co Moreno Argentin, do wyrównania osiągnięcia Merckxa brakuje mu ?tylko? jednego zwycięstwa) to wielki sukces nie tylko ze względu na same statystyki, ale i na styl.

    W preferowanym przez siebie terenie Valverde wydaje się być nie do zatrzymania. Wszyscy wiedzą, jak rozegra wyścig, jak szybko pojedzie w końcówce i co trzeba zrobić, by go pokonać a mimo to linię mety w Huy i w Ans jako pierwszy mija właśnie on.

    Quick Step Floors – praca zbiorowa

    Kolarze grupy kierowanej przez Patricka Lefevere?a nie zeszli z podium wyścigów klasycznych od Mediolan-Sanremo. Gdyby nie Philippe Gilbert, zapewne ta wiosna zostałaby uznana za porażkę w ich wykonaniu (pierwsze miejsce Kittela i rekord – 5- zwycięstw w Scheldeprijs oraz Lampaerta w Dwars door Vlaanderen to za mało dla grupy o tak wielkiej specjalizacji i ambicjach), ale na szczęście dzięki jego, wspomnianym już, śmiałym akcjom kończą wiosnę z monumentem w postaci Ronde van Vlaanderen oraz cennym Amstel Gold Race.

    Co prawda Daniel Martin nie znalazł sposobu na Valverde w Ardenach, ale trzeba pamiętać, że kontuzje wykluczyły z udziału w górzystych klasykach i Gilberta i, trzeciego w Sanremo, Juliana Alaphillipe?a.

    Do tego spory udział w sukcesach kolegów miał Tom Boonen, którego pożegnalne tournee zakończyło się na velodromie w Roubaix, gdzie o włos z van Avermaetem przegrał Zdenek Stybar.

    O ile w poprzednich sezonach kolarze Quick Stepu często gubili się w najtrudniejszych momentach wiosennych klasyków, o tyle sezon 2017 rozegrali wyśmienicie, zatem należy im się wyróżnienie za pracę zespołową.

    Van der Breggen, Deignan i Niewiadoma

    W tym roku kobiety dostały swój, pełnowymiarowy ?ardeński tryptyk?. Co ciekawe, podium każdego z wyścigów: Amstel Gold Race, Walońskiej Strzały i, zorganizowanego po raz pierwszy, 125 lat po inauguracyjnej, męskiej edycji, Liege-Bastogne-Liege wyglądało dokładnie tak samo: Anna van der Breggen przed Lizzie Deignan i Katarzyną Niewiadomą.

    Polka, niczym Dan Martin na Alejandro Valverde, nie znalazła sposobu, by samotnie pokonać dwie rywalki z grupy Boels-Dolmans, ale warto pamiętać, że wcześniej stała jeszcze na drugim stopniu podium Strade Bianche.

    Na wyróżnienie w damskim peletonie zasługuje też Coryn Rivera, która wygrała Trofeo Alfredo Binda i Ronde Van Vlaanderen (gdzie Niewiadoma była ósma).

    Ponieważ mogliśmy oglądać głównie skróty kobiecych wyścigów i musimy bazować bardziej na relacjach tekstowych, trudno na jednoznaczną ocenę, ale wygląda na to, że zawody pań były tej wiosny nie tylko ciekawe, ale i na wysokim poziomie sportowym.

    Kto wygrał kolarską wiosnę 2017?

    View Results

    Loading ... Loading …
  • Van Avermaet ma swoją historię

    Van Avermaet ma swoją historię

    Po latach dobijania się do elity największych, kolarskich mistrzów, Greg Van Avermaet w końcu zrealizował marzenia. Genialną wiosną zbudował sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu.

    Świetny, doświadczony zawodnik z wieloma znakomitymi miejscami na koncie, za to bez spektakularnych zwycięstw. Owszem, Paryż-Tours, etap Vuelta a Espana a rok temu klasyfikacja generalna Tirreno-Adriatico, etap Tour de France, kilka dni w koszulce lidera a następnie mistrzostwo olimpijskie to niezłe portfolio, ale do Avermaeta, przylgnęła opinia kolarza niespełnionego i ?wiecznie drugiego?.

    Co więcej, gdzieś po drodze pojawiły się też oskarżenia o doping. Kolarz miał po pierwsze stosować sterydy, bez dokumentu TUE, a także stosować ?terapię ozonową? zalecaną przez lekarza Chrisa Mertensa, oskarżanego o świadczenie usług dopingowych dla kolarzy. Ostatecznie Van Avermaet został wiosną 2015r oczyszczony z zarzutów, jest niewinny, może ścigać się dalej a sprawy nie było, choć z Mertensem w kontakcie faktycznie był. Nie stwierdzono jednak, aby miał zabronione środki lub metody.

    Z mojego punktu widzenia, przełomem dla ?GVA? był Tour de France 2016. To właśnie tam Belg (a konkretniej Flamand, urodzony w 1985r w Lokeren) zbudował dyspozycję, która umożliwiła mu walkę w wyścigu o olimpijskie złoto. To podczas Wielkiej Pętli Van Avermaet nie tylko na jednym z etapów ograł późniejszego ?króla gór?, Rafała Majkę, ale też obronił zdobytą w Masywie Centralnym koszulkę lidera na etapie w Pirenejach.

    Po takim przetarciu mógł śmiało myśleć o walce z ?góralami? na trasie Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro. Choć miał trochę szczęścia (na ostatnim zjeździe upadli Vincenzo Nibali i Sergio Henao), to jednak fakt, że złoto na rundzie, która preferowała wątłych wspinaczy wygrał kolarz kojarzony z jazdą po bruku był symptomatyczny.

    Z perspektywy czasu i zakończonej spektakularnym sukcesem kampanii wiosennych klasyków w sezonie 2017, mistrzostwo z Rio nabiera dodatkowej wartości. Imponująca seria trwająca ponad miesiąc, w której Van Avermaet wygrywał kolejno w Omloop Het Nieuwsblad, E3 Harelbeke, Gandawa-Wevelgem i Paryż-Roubaix to zestaw wyjątkowy, porównywalny tylko z największymi triumfami Boonena, Cancellary, Van Petegema czy mistrzów z odleglejszej przeszłości. A, powiedzmy sobie szczerze, trudno sobie wyobrazić Boonena, nawet z czasów jego świetności, wygrywającego na takiej trasie jak w Rio!

    Co więcej, ustanowiony rekord średniej prędkości w Paryż-Roubaix to przepustka do ?wieczności?. Biorąc pod uwagę, że poprzedni, najlepszy rezultat pochodził z lat ?60 XXw, szansa, że nazwisko Van Avermaeta będzie co roku wymieniane przez wiele sezonów jest spora.

    Zarówno Belg jak i jego drużyna BMC bardzo długo czekali na zwycięstwo w ?monumencie?. GVA po raz pierwszy na podium brukowanego klasyku (E3 Harelbeke) stanął w 2008r. Z kolei sama BMC istnieje od 2007r i w tym czasie polowała na najważniejsze klasyki a to przy pomocy Thora Hushovda a to przy pomocy Philippe?a Gilberta. Tymczasem Gilbert, choć wcześniej wygrywał w Lombardii i Liege-Bastogne-Liege kolejny monument do swojego portfolio (tegoroczny Ronde Van Vlaanderen) dopisał po odejściu z BMC. I dopiero genialne przebudzenie Van Avermaeta dało zespołowi finansowanemu przez Andy?ego Rihsa i kierowanego przez Jima Ochowicza upragniony triumf.

    Kariera zwycięzcy Paryż-Roubaix 2017 jak i historia zespołu BMC pokazują, jak powolny ?zwrot z inwestycji?, czy to sponsoringu czy też pracy włożonej w trening i zdobywanie doświadczenia może dotyczyć sportu takiego jak kolarstwo.

    Tak czy inaczej, tegoroczna wiosna należy do BMC i GVA i jako taka zostanie zapamiętana.

    Zdjęcie okładkowe: Jérémy-Günther-Heinz Jähnick, wikimedia commons, CC BY SA 3.0

  • Przebłyski geniuszu

    Przebłyski geniuszu

    Rekordy, heroizm, ponadczasowe wyniki. Momenty, do których odwołujemy się w następnych latach, zapowiadając i relacjonując wyścigi. Te, które są kontekstem dla dokonań kolejnych pokoleń mistrzów. Philippe Gilbert miał już na swoim koncie kilka takich chwil. A wygrywając Ronde Van Vlaanderen dodał kolejną.

    Nie kryję, że belgijski kolarz od początku swojej kariery zwracał moją uwagę i wzbudza sympatię. Może dlatego, że to ?mój? rocznik 1982, może dlatego, że pierwsze sukcesy odnosił we francuskim teamie FDJ kierowanym przez charyzmatycznego Marca Madiota, może też wreszcie dlatego, że niemal od razu pokazywał potencjał wielkiego mistrza.

    Gilbert słynie z wszechstronności, odwagi i spektakularnej dynamiki. Jest konkurencyjny w terenie górzystym, w sprincie z niewielkiej grupy i na bruku. Do tego nieźle jeździ na czas. Choć dłuższe wyścigi wieloetapowe nie są jego domeną, to jeden z najbardziej kompletnych zawodników w peletonie.

    Co ważne, największe sukcesy zaczął osiągać w erze, gdy wiele zaczęło się mówić nie o dopingu a o czystości wśród wyczynowych kolarzy. Nie mnie oceniać, ale kojarzę go raczej z jasną stroną mocy niż z erą ?błędów i wypaczeń?, której ikonami byli nie tylko zawodnicy, ale też ich lekarze.

    Geniusz Gilberta przejawiał się kilkukrotnie w postaci niespotykanej dominacji i konsekwencji, z jaką Belg wygrywał kolejne wyścigi. Zaliczane przez niego serie zwycięstw będą przez lata punktem odniesienia dla jego następców a w kontekście historycznym nawiązują do osiągnięć największych, kolarskich herosów.

    Potrafił bowiem wygrać cztery jesienne klasyki: Coppa Sabatini, Paryż-Tours, Giro del Piemonte, i ?monument? Giro di Lombardia, jeden po drugim w ciągu zaledwie dziesięciu dni (przełom września i października 2009).

    Gdyby tego było mało, w sezonie 2011 wzbił się na jeszcze większe wyżyny, zwyciężając w czterech wyścigach ?ardeńskich?. ?Strzałach?: Brabanckiej i Walońskiej, Amstel Gold Race i następnym, swoim ?monumencie?, czyli Liege-Bastogne-Liege. Choć ?ardeński tryptyk? (walońska strzała, AGR, L-B-L) padł już wcześniej łupem Davide Rebellina, dołożenie do niego mniej prestiżowej, ale wciąż ważnej Brabanckiej strzały jest kolejnym podniesieniem poprzeczki dla następnych generacji kolarzy.

    Nie chodzi tu nawet o wyliczanie jego wyników, warto bowiem przypomnieć styl, w jakim sięgał po największe sukcesy. Dynamiczny, niezmiernie jadowity atak był nie do odparcia przez któregokolwiek z rywali. Gilbert w szczycie formy potrafił ograć nawet dobrze dysponowanych i współpracujących przeciw niemu braci Schleck w terenie, który teoretycznie to im sprzyjał bardziej, czyli na cięższych i dłuższych wzniesieniach w okolicach Liege.

    Popisowym numerem Belga stał się odjazd na Caubergu, wzgórzu kluczowym dla wyścigu Amstel Gold Race. Gilbert wygrywał tam trzykrotnie (2010, 11, 14), ale najważniejszy atak zaliczył nie podczas wiosennego klasyku a w czasie rozgrywanych w Valkenburgu mistrzostw świata (2012). Wszyscy wiedzieli, że tam spróbuje swoich sił. Wszyscy wiedzieli, jak to zrobi. Wszyscy na niego patrzyli i go pilnowali, a on i tak był w stanie zgubić rywali i sięgnąć po tęczową koszulkę

    Jak każdy, doświadczony mistrz, także i Gilbert zdobył umiejętność odbudowywania formy i motywacji, oraz stawiania sobie nowych celów. Gdy przestał być skuteczny w klasykach, ?ratował sezon? wygranymi etapami w wielkich tourach (np. w 2015r w dobrym stylu zwyciężył na dwóch odcinkach Giro d?Italia). Gdy jego możliwości w grupie BMC zostały wyczerpane oraz zabrakło miejsca dla talentu i ego naszego bohatera oraz jego lokalnego rywala, Grega Van Avermaeta, Phil przeszedł do zespołu Quick Step i odświeżył swoje umiejętności w jeździe po bruku.

    Całą wiosnę budował formę na ten jeden dzień, na Ronde van Vlaanderen. Już wcześniej dobrze spisywał się we „Flandryjskiej Piękności„. w latach 2009-10 potrafił stanąć tam na podium, lecz później skierował swoje zainteresowanie i potencjał na mniej brutalne, za to bardziej górzyste imprezy.

    Mimo to, szybko przpomniał sobie, że po ?kasseien?, czyli flamandzkich kocich łbach potrafi poruszać się bardzo sprawnie. Choć w E3 przyćmił go Van Avermaet a w Dwars Door Vlaanderen lepszy był kolega z zespołu, Gilbert pokazał klasę na trasie przygotowującej do RVV mini etapówki, ?3 dni de Panne?.

    To tam pokazał, że wciąż ma dynamit w nogach, atakując na słynnym Muurze. Tym samym wzniesieniu, które zaledwie kilka dni później ekipa Quick Step wykorzystała do rozerwania peletonu podczas docelowego startu.

    Solowy atak 55km przed metą, spektakularny rajd, konsekwentnie utrzymywane tempo w połączeniu z dramatycznymi kraksami Sagana i Vanmarcke i wreszcie samotne przekroczenie linii mety w koszulce mistrza Belgii. To wszystko dało zwycięstwo, które zapamiętamy na lata.

    W tym momencie nieważne staje się, co Gilbert planuje dalej (marzy o wygranych w Paryż-Roubaix i Mediolan-Sanremo), nie jest istotne, czy jego odjazd był tylko zagrywką taktyczną czy planowym ryzykiem podjętym wielkiego mistrza i wreszcie, nie ma znaczenia, czy Sagan zahaczył o kurtkę czy o wystającą nogę barierki.

    Philippe Gilbert kolejny raz w karierze pokazał swój geniusz. Pojechał po swoje. Zbudował formę, wykorzystał szansę, zaprezentował moc i pomógł szczęściu, swoją jazdą wymuszając błędy rywali.

    „Flandrię” i „Lombardię” wygrywali już Włosi: Bartoli czy Tafi. Tak jak Gilbert, dwukrotne zwycięstwo w Giro di Lombardia miał na swoim koncie Paolo Bettini. Więcej ?monumentów? zdobyli Boonen, Cancellara czy Musseuw.

    Jasne, sport to jest ciągła licytacja i nieustające poprawianie rekordów, które czasem porównać się da, a czasem jest to trudne. Rzecz w tym, że Philippe Gilbert przynajmniej kilka razy w karierze wyszedł poza schemat, dokonał rzeczy wielkich i zrobił to w rewelacyjnym stylu. Nie jest ?drugim Merckxem?, bo ?drugiego Merckxa? nie będzie. Ale na swoje miejsce w kolarskim panteonie zapracował.

    Zdjęcie okładkowe: Michiel Jelijs, flickr, CC BY 2.0

  • Michał Kwiatkowski wygrywa Mediolan-Sanremo. I ma sposób na Sagana!

    Michał Kwiatkowski wygrywa Mediolan-Sanremo. I ma sposób na Sagana!

    Po siedmiu godzinach jazdy o zwycięstwie w pierwszym ?monumencie? sezonu 2017 zadecydowały centymetry. Michał Kwiatkowski, dosłownym rzutem na taśmę pokonał mistrza świata, Petera Sagana.

    Sagan – showman, Kwiato – zwycięzca

    Nazwijmy rzecz po imieniu. Wyścig otworzył właśnie Sagan, który imponującym atakiem oderwał się od peletonu na ostatnim wzniesieniu dnia, czyli Poggio. Wydawało się, że czołowa grupa zostanie doprowadzona do mety na Via Roma przez mocne ekipy sprinterów, które, niczym team Sky w Tour de France ?zabetonowały? rywalizację.

    Tymczasem Sagan rzucił na szalę wszystkie siły, zrobił kilka metrów różnicy a gdy dołączyli do niego Michał Kwiatkowski i Julian Alaphilippe, przewaga nad peletonem zaczęła rosnąć.

    Ponieważ trzej panowie potrafią znakomicie zjeżdżać, pędząc z Poggio zyskali kolejne sekundy, co wystarczyło do rozegrania finiszu we własnym gronie. Choć to Sagan wydawał się być najmocniejszy, Kwiatkowski zdołał go doścignąć a na ostatnich metrach ?wystawić koło? i sięgnąć po zwycięstwo w jednym z najbardziej prestiżowych wyścigów sezonu, nie bez powodu nazywanym ?wiosennymi mistrzostwami świata”.

    https://twitter.com/TeamSky/status/843142022898864134

    Generacja herosów

    Zdjęcie z finiszu, na którym Kwiatkowski, Sagan i Alaphilippe walczą o wygraną w Mediolan-Sanremo już teraz trzeba uznać za jednego z faworytów w plebiscytach na najlepszą, kolarską fotografię sezonu.

    Nie tylko ze względu na sam, rewelacyjny kadr przedstawiający walczących bark w bark gladiatorów szosy, ale przede wszystkim na jego symboliczny wymiar.

    Kolarze, którzy tej wiosny stanęli na podium ?Primavery? należą do tego samego, ekstremalnie utalentowanego pokolenia, które przejmuje dowodzenie w zawodowym peletonie. Sagan i ?Kwiato? to rocznik 1990, Alaphilippe 1992. Są dynamiczni, są skuteczni i dzięki nim nie musimy się martwić o to, kto zastąpi odchodzących na emeryturę mistrzów wyścigów klasycznych.

    Portfolio Kwiatkowskiego

    Polak z teamu Sky był już mistrzem świata ze startu wspólnego a także w drużynowej jeździe na czas. Dwukrotnie wygrał Strade Bianche, i po razie E3 Harelbeke oraz Amstel Gold Race. Stał na podium Walońskiej Strzały i Liege-Bastogne-Liege. Jest szybki, dobrze jeździ na czas, potrafi sobie poradzić w terenie górzystym. Do tego świetnie radzi sobie na zjazdach i w terenie wymagającym ponadprzeciętnych umiejętności: na bruku i szutrze.

    Kolarz kompletny? A jakże! Tacy właśnie wygrywają w najważniejszych Klasykach, co ?Kwiato? raz za razem potwierdza.

    Czy to znaczy, że marzenia o dobrym wyniku w wielkim tourze należy odłożyć na półkę? Po 11. lokacie w Tour de France (2013) opcji dobrej jazdy w trzytygodniówce nie można wykluczyć, pytanie tylko, czy warto i czy trzeba, skoro już teraz dorobek Kwiatkowskiego w Klasykach jest tak imponujący. Być może to właśnie jest jego powołanie, dar od Boga, którego nie warto trwonić na górskie etapówki.

    https://twitter.com/bikeworldnews/status/713500803483348993

    Co więcej, Kwiatkowski ewidentnie znalazł sposób na pokonanie Petera Sagana. Był już od niego lepszy w Strade Bianche, w E3 Harelbeke i teraz w Mediolan-Sanremo. Kto wie, może po erze pojedynków Boonen-Cancellara kolejna dekada będzie pamiętana jako czas potyczek Kwiatkowskiego z Saganem?

    https://twitter.com/oufeh/status/843160556978757633

    Sagan pod presją

    Na koniec jeszcze kilka słów o drugim na mecie, Peterze Saganie. Słowak, który kolejny rok z rzędu jeździ w koszulce mistrza świata, nie pierwszy raz w tym sezonie pokazał wielką moc.

    Jest godnym następcą czempionów z przeszłości. Ma charyzmę, nie boi się brać spraw w swoje ręce ryzykować i? przegrywać. Można śmiało stwierdzić, że na trasie Mediolan-Sanremo był najmocniejszy, i tak jak wielokrotnie w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach wziął ciężar otworzenia rywalizacji na swoje barki. Tym razem się nie udało, zapewne uda się w przyszłości. Najbliższy cel to Ronde Van Vlaanderen, gdzie znów oczy całego, kolarskiego świata będą zwrócone na pochodzącego z Żyliny mistrza świata.

    PS Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale właściwie na samej linii mety, łańcuch w rowerze Sagana zaczął opuszczać należne mu miejsce na dużej zębatce. To niesamowite, że na tym poziomie wyczynu, w erze ?marginal gains?, w sprzęcie wartym grube tysiące euro zdarzają się takie rzeczy!

    Zdjęcie okładkowe: Photo LaPresse/ Gian Mattia D’Alberto March 18, 2017 Sanremo (Italy) Sport Cycling Race Milano – Sanremo