Tag: Herosi

  • Un Ange, czyli film o Vandenbroucke’u

    Un Ange, czyli film o Vandenbroucke’u

    Koen Mortier zaprasza do swojej fantazji na temat ostatnich godzin życia Franka Vandenbroucke’a. Upadłej gwiazdy “pokolenia epo”, kolarza który nieco ponad dziesięć lat temu zmarł samotnie w Dakarze po nocy spędzonej z prostytutką. 

    TL;DR
    To kiepski film i szkoda na niego czasu, obejrzałem go po to, abyście wy nie musieli. 

    Frank Vandenbroucke to jeden z przegranych szalonych lat ‘90 w zawodowym sporcie. On, Marco Pantani, Jose Maria Jimenez czy biegacz narciarski Mika Myllyla nie poradzili sobie z niewątpliwie toksycznymi warunkami, w jakich osiągało się wówczas sukcesy. 

    “VDB” był złotym dzieckiem belgijskiego kolarstwa, idolem kibiców i tematem dla mediów. Odważny i skuteczny na szosie, mocno zaburzony lub nawet chory w życiu prywatnym. Uzależniony od narkotyków, grożący żonie bronią, rozbijający samochody, zrywający kontrakty a równocześnie nie mogący żyć bez ścigania na rowerze. 

    Jego popisowym wybrykiem był start we włoskim gran fondo z podrobioną licencją z wklejonym zdjęciem Toma Boonena. 

    Równocześnie, mimo kolejnych porażek, zawodów i problemów co jakiś czas przypominał o sobie dającym nadzieję na powrót wynikiem, przez co zdobywał zaufanie kolejnych, coraz mniej znaczących drużyn.

    W 2009r twierdził, że po odwyku i terapii jest gotowy by po raz ostatni sprawdzić się w zawodowym peletonie. Pojechał jednak do Senegalu, gdzie w jednej z turystycznych miejscowości nieopodal Dakaru zmarł z powodu zatoru tętnicy płucnej po imprezie spędzonej w towarzystwie prostytutki. 

    Trudno stwierdzić, dlaczego belgijski filmowiec, Koen Mortier postanawił sfabularyzować ostatnie godziny życia Vandenbroucke’a. Bez wchodzenia w dyskusję o aspektach postkolonialnych, rasistowskich czy seksistowskich, które tu i ówdzie pojawiają się jako zarzuty względem tego obrazu, trzeba być uczciwym i stwierdzić, że faktycznie tak ów wieczór mógł wyglądać. 

    Nie ma to jednak szczególnego znaczenia, ponieważ po pierwsze całość niezmiernie się dłuży, po drugie jest sfilmowana wyjątkowo chaotycznie. A po trzecie, i to jest mój największy problem z “Un Angel”, do niczego nie prowadzi. 

    Mortier snuje swoją fantazję (bo nie jest to dokumentalne odwzorowanie sprawy jak w przypadku Pantaniego i książki Matta Rendella) tylko z jednego powodu. Film powstał dlatego, że Vandenbroucke był gwiazdą. 

    Popularność, zainteresowanie mediów i fanów wiązały się w równym stopniu z wynikami sportowymi co z jego skomplikowaną konstrukcją psychiczną. Kolejne ekstrema, w które popadał, napędzały szum męczący zawodnika. A ten, co wynika z wielu wywiadów, chciał głównie wygrywać wyścigi kolarskie. Nic więcej.

    Mortier żywi się więc zaburzeniami, próbami samobójczymi, depresją i agresją Vandenbroucke’a, kolarstwo, doping czy inne aspekty sportu kompletnie marginalizując. 

    Wychodzi więc z tego nieudolna opowieść siląca się na zaangażowane kino, która sama w sobie jest mocno generyczna. Nie ma bowiem znaczenia, czy z powodu mieszanki stresu, alkoholu i narkotyków w Senegalu umiera Gwiazda Kolarstwa, Rocka, Wypalony Biznesmen czy Zwykły Kowalski. 

    Być może miał to być hołd, próba zrozumienia, wyjaśnienia lub cokolwiek innego. Wyszła, niestety, kiepska eksploatacja. 

    W lutym 2021 film obejrzałem w HBO Go

    “Un Ange” (“Anioł”)
    Reż. Koen Mortier
    Belgia 2018
    101’

  • Marco Pantani. Ostatni Podjazd.

    Marco Pantani. Ostatni Podjazd.

    W ogromie reporterskiej pracy, którą wykonał Matt Rendell opisując życie, karierę i śmierć Marco Pantaniego największą wartość mają te słowa, które nie przekonają nieprzekonanych, ale są rzadko spotykane w kolarskich mediach. Te, które boleśnie nazywają rzeczy po imieniu. 

    Wydawnictwo SQN specjalizujące się w sportowych biografiach tym razem sięgnęło po obszerną i gatunkowo ciężką biografię Marco Pantaniego. 

    Matt Rendell pierwszą edycję tej opowieści ukończył w 2006r, następnie rozszerzył ją o fakty związane z wynikami śledztw po śmierci kolarza w roku 2016. Polskie tłumaczenie ukazuje się w 2020, 21 lat po słynnym wyrzuceniu kolarza z Giro d’Italia i 16 po jego tragicznym odejściu. 

    W tym momencie większość zawartych w niej informacji trudno uznać za szokującą, natomiast niewątpliwie, tak jak w swoim posłowiu pisze Adam Probosz, nagromadzenie takiej ilości trudnych informacji jest zwyczajne bolesne, zwłaszcza dla kogoś, kto wciąż uważa Pantaniego za sportowego idola. 

    Rendell prowadzi swoją opowieść chronologicznie nie tylko podążając za losami Pantaniego, ale też w najmniej chwalebne części biografii kolarza wprowadza nas równolegle z tym, jak sam odkrywał kolejne fakty. 

    I tak pierwsze triumfy “Pirata” poznajemy jako wydarzenia o wadze stricte sportowej by dopiero w dalszej części dowiedzieć się, że stał za nimi najpoważniejszy doping, który towarzyszył Włochowi niemal od początku zawodowej kariery (a możliwe, że nawet wcześniej). 

    Najcięższe działa autor wytacza w epilogu, nazywając wprost sukcesy herosów “ery epo” fantomowymi a emocje, których dostarczał nam Pantani podobnie poddanymi terapii dopingowej jak sam kolarz. 

    Obcowanie z detalami upadku człowieka zmagającego się z zaburzeniami psychicznymi, nałogiem jak i przedstawionego bez szczególnie pozytywnych cech charakteru może być dla wielu fanów szokiem. 

    Osobiście od wielu lat podzielam większość poglądów Rendella, ale nie spodziewam się, by licząca 400 stron lektura zdobyła wielką popularność na naszym rynku. Dlatego tym bardziej składam wyrazy uznania dla wydawnictwa za pochylenie się nad docenionym przez krytykę, jednak niełatwym w odbiorze materiałem. 

    Matt Rendell, “Marco Pantani. Ostatni Podjazd”

    408 stron
    Wydawnictwo SQN, Kraków 2020
    Książkę kupiłem w formacie .mobi na stronie wydawnictwa w maju 2020 za 27,51zł

  • Całe kolarstwo w jednej tabeli

    Całe kolarstwo w jednej tabeli

    Całkiem możliwe, że kolarstwo zawodowe to najbardziej niewdzięczna z najcięższych dyscyplin sportu. Możesz być wielkim talentem, możesz być wyjątkowo pracowity a i tak na sukces będziesz czekać latami. A prawdopodobieństwo, że go odniesiesz jest nikłe. 

    Zniechęcające statystyki

    W sezonie olimpijskim 2012 (Londyn) Usain Bolt startował w jedenastu zawodach podczas których rywalizował na dystansie 100m. Jamajczyk, który przez wiele lat był “najszybszym człowiekiem na ziemi” przegrał wtedy tylko raz, podczas finału mistrzostw swojego kraju. Cztery lata wcześniej, w roku Igrzysk w Pekinie triumfował 13 na 14 razy. U schyłku swojej kariery, w 2016 (Rio) podczas ośmiu wyścigów zaprezentował 100% skuteczność. 

    W skokach narciarskich Peter Prevc podczas zimy 2015/2016 wygrywał w 15/29 konkursów, Adam Małysz w swoim najlepszym sezonie 11/21 a Kamil Stoch 9/22.

    W piłce nożnej zwycięzcy lig zazwyczaj zwyciężają w ponad 30 na niespełna 40 spotkań. 

    Statystyki Rogera Federera to 1242 zwycięstwa i 271 porażek a Sereny Williams odpowiednio 834 i 144.

    Tymczasem Peter Sagan w 2013r wygrywał 22 razy na 85 startów a w 2009 Mark Cavendish 23 na 84. 

    Chris Froome, który w 2017r dokonał wyjątkowego czynu, czyli zwyciężył w dwóch wielkich tourach w sezonie (Tour de France plus Vuelta) otwierał szampana całe cztery razy. No dobrze, pięć, ponieważ wygrał też klasyfikację punktową na Vuelcie. Stawał wówczas na starcie 71 razy w ciągu całego roku. 

    Kolarstwo jest w ogóle okrutnym sportem, ze statystycznego punktu widzenia jest dodatkowo niezwykle niewdzięcznym. 

    Czekając na sukces

    Kilka dni temu znalazłem i podałem dalej na twitterze ciekawą tabelę. Oto ona:

    Znajdziecie w niej nazwiska kolarzy zarówno znanych jak Steven Kruijswijk, Damiano Caruso, Domenico Pozzovivo czy Rafał Majka jak i mniej eksponowanych, którzy czekają na zwycięstwo od wielu lat, równocześnie notując wiele wyników w top10 zawodowych wyścigów. 

    Kolarstwo jako sport łączący indywidualne sukcesy z pracą całej drużyny jest o tyle nietypowe, że faktycznie nawet uzdolniony czy pracowity zawodnik może długo nie mieć szansy by pojechać na własne konto. A gdy tę otrzyma, np. podczas ucieczki w trakcie wyścigu etapowego, będzie musiał zmierzyć się z kilkoma, kilkunastoma a bywa, że i kilkudziesięcioma rywalami w tej samej sytuacji co on.

    Śmiem twierdzić, że nawet obrońca drużyny piłkarskiej ma większą szansę na strzelenie gola w lidze mistrzów niż kluczowy pomocnik przez kolejne sezony rozprowadzający gwiazdę-sprintera.

    Co więcej, nawet lider drużyny, jednostka wybitnie utalentowana może przez długi czas zmagać się z brakiem sukcesów. Wspomniany Kruijswijk jest tego znakomitym przykładem. 

    Holedner przez lata rozwijał się jako kolarz etapowy, był o krok od wygrania Giro 2016, by już “witając się z gąską” rozbić się na zjeździe i stracić szansę na puchar i szampana na mecie w Turynie. Dopiero trzy lata i wiele prób później zdołał stanąć, pierwszy raz w karierze na podium trzytygodniowej imprezy, podczas ubiegłorocznego Tour de France. 

    Oczekiwania vs rzeczywistość

    Owszem, w kolarstwie zdarzają się dominatorzy. Sprinterzy w szczycie formy potrafią wygrać kilka etapów w trakcie jednego wielkiego touru. Wybitne jednostki korzystające z dyspozycji życia i licznych zbiegów okoliczności są w stanie zwyciężyć w dwóch monumentach sezonu. Ci, którzy zaliczyli nietypowe serie triumfów: dwa wielkie toury, więcej niż jeden brukowany klasyk, kilkukrotne mistrzostwo świata, przechodzą do historii tego sportu.

    Często bywa, że wielka gwiazda borykająca się z nieskutecznością, lub niedostateczną skutecznością jest odsądzana od czci i wiary. Słynna “klątwa tęczowej koszulki”, czyli sytuacja, gdy mistrz świata w następujących po zdobyciu tytułu miesiącach nie jest w stanie wygrać wyścigu to najbardziej spektakularny przykład tego zjawiska. 

    Peter Sagan, Michał Kwiatkowski czy Alejandro Valverde musieli regularnie odpowiadać na uciążliwe pytania w sytuacji, gdy z tęczą na plecach ponosili kolejne porażki. Albo po prostu zamiast seryjnie wygrywać “tylko” stawali na podium. 

    Samo “podium” w kolarstwie też jest sprawą dość dyskusyjną. Często bowiem jest na nim miejsce tylko dla zwycięzcy, który faktycznie bierze niemal wszystko. Drugi, trzeci, nie wspominając o piątym zawodniku na mecie, owszem, otrzymuje nagrodę finansową (którą później dzieli się z drużyną, ale to jeszcze inna sprawa), natomiast jego osiągnięcie nie tylko docenią, co w ogóle zauważą tylko najbardziej wnikliwi obserwatorzy.

    To okrutne o tyle, że fizjologicznie rzecz ujmując kolarze dysponują jednymi z najbardziej imponujących parametrów w świecie sportu. VO2 Max czy stosunek mocy do masy jest na poziomie budzącym respekt nie tylko u tego, jedynego zwycięzcy Tour de France, ale u całej czołówki. 

    Słynna “linia oddzielająca zwycięstwo od porażki” symbolizująca poszukiwania “marginal gains” rozpropagowane przez Team Sky w kolarstwie jest naprawdę cienka. Wybierając karierę kolarza zawodowego musisz nie tylko spodziewać się potu, bólu i łez, ale też w większości przypadków tego, że twój tytaniczny wysiłek nie przełoży się na wymierny, zapisany w kronikach sukces. 

    Okazuje się jednak, że ten sport ma o wiele więcej zalet niż sława i pieniądze, ponieważ o zawodowstwie wciąż marzą tysiące młodych ludzi na całym świecie. 

    Zdjęcie okładkowe: louis tricot on Unsplash

  • Dwadzieścia lat po Madonna di Campiglio

    Dwadzieścia lat po Madonna di Campiglio

    Marco Pantani wyrzucony z Giro d?Italia 1999 to jeden z symboli kolarstwa ?Ery EPO?. Od tego wydarzenia minie w tym roku dwadzieścia lat. Od jego śmierci minęło już piętnaście.

    Aby zobrazować, jak dziwne to były czasy posłużę się jednym przykładem. Klasyczny ?góral?, będący w glorii chwały zwycięzcy Giro i Touru 1998, Marco Pantani przez sporą część wyścigu walczył o różową koszulkę z Laurentem Jalabertem. Tym samym, który zaledwie cztery lata wcześniej wygrał zieloną koszulkę najlepszego sprintera Tour de France. To tak, jakby teraz o wygraną walczył Sagan z Quintaną.

    Fruwający w górach ?Pirat? od lat będący najszybszym ?wspinaczem? zawodowego peletonu (do tej pory czas uzyskany przez niego w 1997r na Alpe d?Huez jest rekordem tego podjazdu, Włoch jest dodatkowo autorem trzeciego i piątego rezultatu) dokonywał na trasie Giro rzeczy niezwykłych. Wspomnieć trzeba choćby słynną pogoń za Jalabertem do mety usytuowanej przy sanktuarium Oropa i dominację na etapach do Alpe di Pampeago i Madonna di Campiglio.

    Embed from Getty Images

    Zarówno to Giro jak i poprzednie oglądałem z zapartym tchem, wpatrzony w ekran telewizora, z nabożnym podziwem dla wyczynów Pantaniego. Jedno muszę włoskiemu kolarzowi oddać. Charyzma i charakter, jakie prezentował na alpejskich szosach były nieporównywalne z cechami jakiegokolwiek innego zawodnika.

    Nie miało dla mnie znaczenia, że wygrany przez niego Tour był tak naprawdę ?tourem wstydu?, nie miałem pojęcia, że zawodowi sportowcy w tamtych czasach nie funkcjonowali bez epo, testosteronu i hormonu wzrostu. ?Przerwany łańcuch?, Operacja Puerto, ?Wyścig tajemnic?, raport USADA, Armstrong u Oprah?y, to wszystko wydarzyło się później.

    Pantani został wyrzucony z Giro za nieznaczne przekroczenie dozwolonego poziomu hematokrytu, mimo wahań formy był potem jeszcze w stanie wrócić na trasę Touru 2000 i rzucić wyzwanie Armstrongowi.

    Zmarł w samotności, w pokoju hotelowym z powodu przedawkowania narkotyków, zimą 2004r. Na przełęczy Mortirolo znajdziecie jego pomnik, wielu kibiców wciąż uważa go za jednego z najbardziej wybitnych kolarzy w historii. Część uważa, że zabiła go mafia, część, że Pantani ?nigdy nie miał pozytywnego wyniku testu antydopingowego?. Jeszcze inni, że skoro wszyscy wówczas brali, Włoch i tak był najlepszy.

    Tak jak wspomniałem, nie można mu odmówić niepowtarzalnego stylu oraz odwagi. Całe epo świata nie sprawi, że jeżdżący zachowawczo kolarz rzuci się do samotnego ataku na wiele kilometrów przed metą. To nigdy nie boli mniej, po prostu jedzie się szybciej, by przywołać znany bon mot Grega LeMonda.

    Nie zmienia to faktu, że Pantani był równie bezkompromisowym, kolarskim artystą, co bezkompromisowym oszustem. Choć to Bjarne Riisa nazywa się ?panem 60%?, od poziomu hematokrytu, jaki osiągał dzięki kuracji epo, Pantani w swojej karierze również zanotował taki wynik, np. gdy jego krew zbadano przy okazji poważnego wypadku, jakiemu uległ w 1995r (czyli w roku ostatniego zwycięstwa Miguela Induraina w Tour de France, gdzie sam Pantani wygrał dwa etapy i klasyfikację młodzieżową).

    Co więcej, przebadane ponownie próbki z Touru 1998 dały wynik pozytywny, z resztą całe podium tamtego wyścigu zajmowali zawodnicy stosujący podobny, sprawdzony i klasyczny wówczas zestaw środków. Jak wiemy choćby ze wspomnieć Willy?ego Voeta, masażysty niesławnej ekipy Festina, niektóre zespoły i zawodnicy ze względów nie tyle etycznych co zdrowotnych trzymały doping w pewnych ryzach. Inni kolarze ?brali? niemal bez ograniczeń.

    Pewna powściągliwość była mimo wszystko wskazana. Jeśli bowiem uważacie (a takie, nieroztropne głosy wciąż pojawiają się w dyskursie, czasem nawet z ust osób na co dzień roztropnych), że doping należy zalegalizować i pozwolić atletom brać wszystko i w dowolnych ilościach to, cóż, lata ?90 XXw de facto były właśnie takim czasem. Efekt? Sportowcy zwyczajnie umierali z powodu zatorów, zawałów czy zatrzymania akcji serca podczas snu.

    Embed from Getty Images
    Również Pantani za doping zapłacił najwyższą cenę. Depresja, zaburzenia psychiczne, uzależnienie od narkotyków i wreszcie śmierć. Wierzę, że życie po wydarzeniach w Madonna di Campiglio, po kolejnych przesłuchaniach, po nalotach policji na pokoje hotelowe w czasie wyścigów, po ciągłych pytaniach musiało być koszmarem. Podobnie jak odnalezienie się w realiach sportu, w którym można wciąż wiele, ale już nie wszystko i nie aż tak bezwstydnie.

    Rekord Pantaniego na Alpe d?Huez obowiązuje, podobnie jak inne, wciąż najlepsze osiągnięcia w historii sportu. Bieg na 800m Jarmili Kratochvilovej, 100m Flo-Jo, do niedawna 400m Michaela Johnsona.

    Emocji czy inspiracji, których w tych, konkretnych momentach dostarczali nie odbierze nam nikt. Czy wstydzę się tego, że przez lata podziwiałem ?Pirata?, ba, że wrażenie robiła na mnie jazda Armstronga czy Herasa? Oczywiście, że nie, co nie przeszkadza mi oceniać tych wydarzeń jako przykrych a ich bohaterów za ciekawe a nawet wybitne postaci, jednak zaliczane do kategorii czarnych charakterów.

    Celebrowanie bohaterów ?ery epo?, jakkolwiek nie byliby fascynujący uważam za niestosowne. Dużo ważniejsze jest wsparcie dla deklarujących jazdę fair a także tych, którzy po błędach robią coś więcej niż tylko dyskretnie milczą. Choć wygląda na to, że kolarstwo wyczynowe po raz kolejny zaczyna zjadać swój ogon, wciąż można znaleźć zawodników będących po ?jasnej stronie mocy?. I to na nich warto skupiać uwagę.

  • Time Trial. Czasówka. Próba charakteru.

    Time Trial. Czasówka. Próba charakteru.

    Zamiast triumfalnego pożegnania na Polach Elizejskich, David Millar w swoim ostatnim sezonie doświadczył kumulacji trudności, z jakimi na co dzień zmaga się zawodowy kolarz. Dokument ?Time Trial? pokazuje wszystko, co zazwyczaj jest pomijane w telewizyjnych relacjach z kolejnych wyścigów.

    Bardzo chciałem obejrzeć ten film. David Millar jest jedną z moich ulubionych postaci w profesjonalnym kolarstwie. To jeden z tych zawodników, którzy w obliczu dopingowej wpadki zamiast chować głowę w piasek lub opowiadać głodne kawałki postanowili coś zmienić.

    Szkot był jednym z cudownych dzieci ?ery EPO?. Podczas czasówki na Tour de France pokonał samego Armstronga, zdobył też tęczową koszulkę mistrza świata w jeździe indywidualnej. ?Afera Cofidisu? odmieniła jego karierę. Po powrocie z dwuletniej dyskwalifikacji Millar nie tylko stał się orędownikiem czystego kolarstwa, ale też odnalazł się w nowej rzeczywistości odnosząc kolejne, choć już nie tak spektakularne sukcesy.

    W sezonie 2014 postanowił zakończyć wyczynową karierę i właśnie w tym, trudnym dla każdego sportowca czasie, towarzyszy mu autor filmu ?Time Trial?, Finlay Pretsell.

    Plan był taki, by wraz z Millarem odbyć ostatnie tournee, zwieńczone trzynastym uczestnictwem w Tour de France. Sam kolarz planował celebrować swoje pożegnanie. M.in. sponsorująca go firma Fi?z:k na każdy z wyścigów przygotowała specjalne buty, unikatową grafiką nawiązujące do kolejnych imprez.

    Niestety życie bywa brutalne a sport bywa okrutny jeszcze bardziej. Zamiast cieszyć się sławą, Millar przeżywał trudne chwile niemiłosiernie męcząc się podczas następujących po sobie wyścigów. Mimo problemów, zdołał jeszcze przejechać hiszpańską Vueltę i jesienią zakończył karierę podczas organizowanego przez lokalny klub uphillu.

    ?Time Trial? wbrew polskiemu tytułowi nie opisuje specjalizacji Millara, czyli jazdy indywidualnej na czas. Jest za to historią, która jak żadna inna do tej pory odkrywa kulisy zawodowego kolarstwa. Mamy więc nieocenzurowane rozmowy dyrektorów sportowych w teamowym samochodzie, wymiany zdań przed snem w hotelowych pokojach czy smalltalki w peletonie.

    Film Pretsella jest obrazem o kolarzu, o kolarstwie i niemal wyłącznie dla kolarzy. Nie znajdziemy w nim właściwie żadnej ekspozycji. Bardziej niż słowem operuje obrazem, często skupiając się na brutalnej i bolesnej stronie tego sportu. Gdy sam Millar mówi wprost do kamery, jego wypowiedzi najczęściej są dosadne lub przepełnione goryczą.

    Tak jak odwagi wymagała antydopingowa krucjata ?skruszonego? kolarza, tak i występ w poruszającym filmie musiał wiązać się z pewnego rodzaju heroizmem. Kolejny raz szkocki zawodnik złamał liczne, obowiązujące w peletonie tabu, wprowadzając fanów tam, gdzie zazwyczaj nie mają wstępu.

    Nie wiem, co o takim podejściu sądzą byli czy obecni kolarze zawodowi. Wiem natomiast, że choć ?Time Trial? nie jest pozbawiony wad, ale ponieważ zamiast hagiografii, okrągłych słów napisanych przez ghostwritera czy specjalistę od wizerunku dostaliśmy bombę prawdziwych emocji, jest po prostu bezcenny.

    Time Trial (polski tytuł ?Czasówka. Próba charakteru?)
    reż. Finlay Pretsell
    Wielka Brytania 2017
    Film obejrzałem podczas festiwalu Off Camera, w legalnej dystrybucji dostępny jest np. na Amazon Prime na itunes.

  • Top zwycięstw Katarzyny Niewiadomej

    Top zwycięstw Katarzyny Niewiadomej

    Po wygraniu klasyfikacji generalnej Tour de France Femmes Katarzyna Niewiadoma wchodzi na zawsze do panteonu polskiego kolarstwa.

    Zawodniczka z Ochotnicy ma wielki talent, który w każdym kolejnych sezonach nie tylko potwierdza, ale i rozwija. Urodzona w 1994r Niewiadoma od dwudziestego roku życia reprezentuje najlepsze grupy zawodowe: najpierw Rabo-Liv, następnie po zmianie przez ten zespół sponsora WM3 Pro Cycling a obecnie Canyon-SRAM.

    Specjalizuje się w jeździe w górach, ale nie raz pokazała, że dobrze radzi sobie także na bruku czy szutrze. Niemal z równą skutecznością spisuje się w wyścigach etapowych jak i w klasykach.

    Licznik jej zwycięstw w profesjonalnym peletonie obecnie wskazuje liczbę „20” a ich lista jest imponująca. Oczywiście w życiu zawodowego sportowca różne rzeczy się zdarzają, ale Niewiadoma jest jedną z tych atletek, które konsekwentnie dokładają kolejne sukcesy do swojego CV. 

    Lista zwycięstw Katarzyny Niewiadomej

    By móc w dowolnej chwili przywoływać najważniejsze z nich, przygotowałem poniższe zestawienie.

    Emakumeen Euskal Bira (2015)

    Czyli tam wszystko się zaczęło, przynajmniej w kwestii sukcesów na wyścigach wyższej kategorii. Ta etapówka w Kraju Basków rozgrywana jest od 1988r a wśród triumfatorek znajdziecie same sławy kobiecego peletonu. W 2015r pięciodniową imprezę młodziutka Polka wygrała minimalnie, zaledwie o jedną sekundę przed Ashleigh Moolman. Choć nie była najszybsza na żadnym z etapów, solidnie zaprezentowała się w krótkiej czasówce a w kolejnych sprawdzianach dojeżdżała do mety wraz z najgroźniejszymi rywalkami, co dało jej pierwsze zwycięstwo w zawodowej karierze.

    Podwójne mistrzostwo Polski (2016)

    W sezonie 2016 Niewiadoma miała już nie tylko wielki talent i potencjał, ale de facto była jedną z najjaśniejszych, wschodzących gwiazd kobiecego kolarstwa. Na rozgrywanych wokół Świdnicy trasach mistrzostw Polski najpierw pokonała w czasówce swoją imienniczkę, doświadczona Pawłowską a następnie w wyścigu ze startu wspólnego była wyraźnie szybsza od Anny Plichty i pozostałych rywalek. Podwójna korona to zawsze wydarzenie wyjątkowe a dzięki jej zdobyciu mogliśmy oglądać „koszulkę z orłem” w każdym wyścigu, w którym startowała Niewiadoma przez kolejnych 12 miesięcy.

    Giro del Trentino (2016)

    Chronologicznie jeszcze przed mistrzostwami kraju nasza bohaterka wygrała wymagający, choć krótki (trzy etapy, w tym jazda drużynowa na czas) wyścig w górzystym Trydencie. Po zwycięstwo sięgnęła dzięki solowemu atakowi na pierwszym etapie. Prowadzenia nie oddała do końca imprezy.

    Ovo Energy Women’s Tour (2017)

    Samotny, prawie 50km rajd dający pierwsze zwycięstwo Niewiadomej w wyścigu World Touru.  Gdyby była mężczyzną, z pewnością czytalibyśmy o epickiej akcji a tymczasem, cóż, kolarstwo kobiet wciąż musi zabiegać o atencję widzów. Polka śmiałym atakiem rozstrzygnęła losy Ovo Energy Women’s Tour już pierwszego dnia pięciodniowej rywalizacji. Przy okazji zyskała też sympatię widzów na całym świecie. Naprawdę chciałbym, żeby triumfatorzy wyścigów szosowych udzielali tak fajnych wywiadów jak Kasia Niewiadoma na tej imprezie.

    Trofeo Alfredo Binda (2018)

    Póki co nasza zawodniczka bezskutecznie poluje na wygraną w Strade Bianche, ale na wiosnę 2018 wygrała w innym włoskim klasyku, mającym ponad dwudziestoletnią historię Trofeo Alfredo Binda. W trudnych, deszczowych warunkach znów popisała się atakiem na podjeździe w decydującej fazie wyścigu, gubiąc rywalki i dojeżdżając do mety samotnie przed nimi.

    Amstel Gold Race (2019)

    Takie ataki na Caubergu przeprowadzał tylko Philippe Gilbert w szczycie swoich możliwości. Niewiadoma zdemolowała rywalki dynamicznym przyspieszeniem, utrzymała tempo i w samej końcówce obroniła się przed ścigającą ją Annemiek van Vleuten. W ten sposób po raz pierwszy wygrała w klasyku zaliczanym do „ardeńskiego tryptyku” i choć to bardzo prestiżowy sukces, oprócz punktów i sławy ważny jest też styl, w jakim po niego sięgnęła. Klasa, czapki z głów i… czekamy na więcej!

    Brązowy medal mistrzostw świata (2021)

    Choć mistrzostwa świata we Flandrii wygrała Włoszka Elisa Balsamo, trzecie miejsce Kasi Niewiadomej trafia na listę najważniejszych sukcesów. Medal w wyścigu o tęczową koszulkę to kolejny kamień milowy zarówno w historii polskiego kolarstwa jak i w karierze samej zawodniczki. Tym bardziej, że w tych mistrzostwach jechała znakomicie, prezentując niezmiernie wysoką dyspozycję a jej kolejne ataki miały istotny wpływ na przebieg rywalizacji. Choć w końcówce jechała sama przeciwko rywalkom z liczniejszych reprezentacji, zdołała wydrzeć trzecie miejsce i stanąć na podium. 

    Walońska Strzała (2024)

    W wyjątkowo trudnych warunkach, w zimnie i deszczu nasza bohaterka sięgnęła po długo wyczekiwany sukces. To symboliczny wynik pokazujący, jak bardzo w wyczynowym sporcie liczą się cierpliwość i konsekwencja. W Top 5 Walońskiej Strzały Niewiadoma była po raz pierwszy w 2015r, wielokrotnie była blisko podium (w sumie stała na nim 3 razy) a nawet zwycięstwa. Podjazd na Mur de Huy wymaga nie tylko znakomitego przygotowania fizycznego, ale właśnie cierpliwości i wyczucia odpowiedniego momentu do ataku. Wiosną 2024 Katarzyna Niewiadoma prezentowała znakomitą dyspozycję, w najważniejszych wyścigach jeżdżąc ofensywnie i zabierając się do decydujących akcji. Kropkę nad „i” postawiła podczas Walońskiej Strzały, gdzie kontrolowała Demi Vollering, nie dała się ponieść emocjom przy ataku Longo Borghini by z wyraźną przewagą minąć linię mety na pierwszej pozycji. 

    Tour de France Femmes avec Zwift (2024)

    Po pechowym wyścigu na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu kilka dni później Katarzyna Niewiadoma stanęła na starcie kobiecego Tour de France. To trzecia edycja damskiej „Wielkiej Pętli”, reaktywowanej po latach przerwy, tym razem oficjalnie organizowana przez ASO, czyli właściciela najważniejszej marki w kolarstwie w ogóle, czyli TdF właśnie.

    Niewiadoma zaczęła wyścig nie najlepiej – dość słabo pojechała na czas w Rotterdamie, natomiast na kolejnych etapach była nie tylko mocna, ale i czujna.

    Kluczowy dla rywalizacji był etap numer 5, gdzie w kraksie leżała obrończyni tytułu, Demi Vollering a Niewiadoma jadąc wyżej w grupie uniknęła perypetii i zyskała przewagę. Trzeba jednak podkreślić, że zarówno na odcinkach w Ardenach jak i górzystych w Burgundii i w Jurze pokonywała była bardzo aktywna i współdecydowała o przebiegu rywalizacji.

    Katarzyna Niewiadoma wygrywa Tour de France Femmes

    Ostateczny test: alpejski etap z przejazdem przez Glandon i z metą na Alpe d’Huez pojechała wyjątkowo mądrze. Po trudnych chwilach na Glandon, gdzie przyspieszyła Vollering, utrzymała równe tempo a na Alpe d’Huez kontrolowała sytuację docierając do mety na czwartej pozycji wygrywając cały wyścig o cztery sekundy.

    Bonus – gravelowe mistrzostwo świata (2023)

    Nawet, jeśli gravel racing to wciąż pewne novum, tęcza to tęcza. Zwłaszcza, gdy wygrywa się ją po liczącym 25km, solowym ataku a za sobą zostawia rywalki z szosy: Silvię Persico i Demi Vollering. Choć wygrane gravelowe mistrzostwo świata nie przebiło się do świadomości szerszej publiki w kraju (Niewiadoma nie została nominowana w Plebiscycie Przeglądu Sportowego), należy docenić ten sukces. Biorąc pod uwagę, że jazda po szutrze w oficjalnym, uznanym przez UCI wydaniu funkcjonuje od niedawna, Polka w ten sposób zapisała się na kartach historii kolarstwa. 

    ZOBACZ TAKŻE:

    Top Zwycięstw Michała Kwiatkowksiego

    Top Zwycięstw Rafała Majki

    Zdjęcie na okładce: materiały prasowe ASO

  • Najlepszy w XXIw

    Najlepszy w XXIw

    Philippe Gilbert pewnie nie wygra już Mediolan-San Remo i nie zgromadzi na swoim koncie wszystkich, kolarskich ?monumentów?. Zwycięstwo w Paryż-Roubaix w połączeniu z wcześniejszymi osiągnięciami sprawia, że jego nazwisko będzie wymieniane przy okazji najważniejszych imprez po wsze czasy.

    W kolarstwie niewiele jest rekordów sensu stricto. Najbardziej znany to rekord w jeździe godzinnej, o najlepszy na świecie rezultat walczą też torowcy w wyścigu na 4km, w sprincie oraz na 1km. Do tego można dołożyć czasy notowane na najbardziej znanych podjazdach z Alpe d?Huez na czele i właściwie na tym temat się kończy. Cała reszta historycznych osiągnięć to różnego rodzaju kombinacje sukcesów w określonych imprezach.

    Mamy więc grono pięciokrotnych zwycięzców Tour de France (plus jednego, zdyskwalifikowanego siedmiokrotnego triumfatora), mamy świętego graala, wielki szlem, czyli Giro, Tour i mistrzostwo świata w jednym sezonie, jego poślednią wersję, dwa wygrane wielkie toury w jednym roku a także zgromadzenie wygranych w Giro, Tourze i Vuelcie.

    Przechodząc na grunt wyścigów klasycznych zdobycie więcej niż jednego ?monumentu? to sprawa wyjątkowa, zwycięstwo we wszystkich pięciu to równie duże osiągnięcie co skompletowanie wygranych w wielkich tourach.

    Szczególną estymą darzeni są triumfatorzy Ronde van Vlaanderen i Paryż Roubaix. Dodatkowe punkty i bardziej eksponowane miejsce w kolarskim panteonie można uzyskać będąc najszybszym w obu wyścigach w jednym sezonie oraz za sukces odniesiony w tęczowej koszulce mistrza świata. Można też myśleć o wygraniu wszystkich, najważniejszych imprez na bruku (a przynajmniej tych rozgrywanych na przełomie marca i kwietnia). Podobne znaczenie ma podbój wszystkich imprez ?ardeńskiego tryptyku?, czasami rozszerzanego o Brabancką Strzałę.

    Choć wydaje się, że możliwości jest wiele, zdarzają się pokolenia kolarzy, w których nikt nie zdobywa jednej z tych wyjątkowych kombinacji. Obecnie wygrane w trzech wielkich tourach dzierżą Vincenzo Nibali i Chris Froome, wcześniej po podobny sukces sięgnął Alberto Contador przed którym ostatnim takim kolarzem był Bernard Hinault w latach ?80 XXw (a jeszcze wcześniej dokonali tego jeszcze tylko Merckx, Anquetil, Gimondi).

    Wszystkie monumenty wygrało zaledwie trzech Belgów: Merckx, de Vlaemink i van Looy.

    Kelly, de Bruyne, Derycke, Kuiper oraz od kwietnia 2019 również Philippe Gilbert to ci, którzy byli najlepsi w czterech z pięciu najważniejszych klasyków świata.

    Sukces Gilberta na trasie z Paryża do Roubaix to kolejny krok na jego drodze do skompletowania całej piątki, choć realnie rzecz ujmując trudno sobie wyobrazić, by Belg w jednym z dwóch nadchodzących sezonów był w stanie wygrać Mediolan-San Remo (ma już 37 lat, najwyższa lokata w tej imprezie to 3. miejsce w 2008r). Nawet, jeśli tego nie dokona, ma na swoim koncie dość kolarskich rekordów.

    Brak w portfolio ?wiosennych mistrzostw świata? (czyli M-SR właśnie) rekompensuje zdobyta w 2012r tęczowa koszulka. Do tego jako jeden z dwóch kolarzy wygrał w jednym roku cały ?ardeński tryptyk? (Amstel Gold Race, Walońską Strzałę, Liege-Bastogne-Liege), ale w odróżnieniu od Davide Rebellina nie tylko dołożył do tego Strzałę Brabancką, lecz także nie miał dopingowej wpadki.

    Co więcej, Gilbert potrafił zmotywować się również jesienią, gdy rok po roku wygrywał Giro di Lombardia, w 2009r łącząc charakterystyczny dla ?górali? włoski klasyk z dedykowany sprinterom Paryż-Tours (przy okazji będąc też najlepszym kolarzem Giro del Piemonte).

    Jeśli dołożymy prestiżową obecność w klubie zawodników, którzy wygrywali etapy podczas każdego z trzech wielkich tourów, mistrzostwo swojego kraju zarówno ze startu wspólnego jak i w jeździe indywidualnej na czas a w sumie 75 oficjalnych zwycięstw można śmiało stwierdzić, że mamy do czynienia z tytanem szos.

    Czy Gilbert jest najwybitniejszym specjalistą wyścigów klasycznych w XXIw? Wiele na to wskazuje, że tak. Co o tym sądzą Bettini, Boonen i Cancellara? Cóż, w poszczególnych elementach są od Gilberta lepsi. Bettini wygrał Mediolan-San Remo, Boonen i Cancellara byli skuteczniejsi na brukach. Każdy z nich ma na swoim koncie jakąś niezwykłą serię lub kombinację zwycięstw.

    Jednak to ?Phil? jest przynajmniej na równi utytułowany a przy tym najbardziej wszechstronnym zawodnikiem seryjnie wygrywającym najważniejsze jednodniówki.

    Przeszedł też ciekawą ewolucję, od kolarza znanego z atomowego przyspieszenia na średnio stromym podjeździe (w ten sposób wygrywał i swoje mistrzostwo świata i kolejne edycje Amstel Gold Race) po świetnego gracza zespołowego, wytrwałego uciekiniera i podejmującego ryzyko wczesnych ataków herosa.

    Nie bez znaczenia jest również fakt, że początki kariery oraz pierwsze sukcesy łączą się ze zwiększoną skutecznością w walce z dopingiem. Choć tak imponująca liczba zwycięstw, często połączona w serie, jak również związana z pokonaniem zawodników z niechlubną przeszłością zawsze budzi wątpliwości, kontrowersje omijały Gilberta dość szerokim łukiem.

    Trzeba pamiętać, że w sytuacji, w których dominacja teamu Sky w etapówkach budzi niechęć i krytykę, kilkadziesiąt triumfów rocznie zespołu Decunink-Quickstep jest opisywanych jako wyraz geniuszu prowadzącego go Patricka Lefevere?a. A w zasadzie powinno być traktowane dokładnie tak samo.

    To przykre, że obecnie każda chwila wyjątkowego triumfu, a takim była wygrana Philippe?a Gilberta w Paryż-Roubaix opatrywana jest tego typu komentarzem, ale cóż, doświadczenie pokazuje, że być powinna.

    Tak czy inaczej Belg przechodzi do wieczności, jeszcze przed zakończeniem kariery. Przy każdej okazji gdy zawodowy peleton będzie odwiedzał bruki Flandrii i północnej Francji, Ardeny, Limburgię, Lombardię czy Kraj Basków jego nazwisko będzie wymieniane w pierwszej kolejności. No dobrze, kilka chwil po nazwisku Merckxa.

    Zdjęcie okładkowe: Twitter Trends 2019 Follow, Flickr, CC BY 2.0

  • Piękny dzień dla Valverde, średni dzień dla kolarstwa.

    Piękny dzień dla Valverde, średni dzień dla kolarstwa.

    Po piętnastu sezonach od zdobycia pierwszego medalu szosowych mistrzostw świata Alejandro Valverde, w wieku 38 lat w końcu wygrał wyścig o tęczową koszulkę. Gdyby nie kilka detali byłaby to inspirująca historia o talencie, wytrwałości i sile woli. I jest. Ale nie tylko o tym.

    Raj dla dziennikarzy

    Ponad sto zawodowych zwycięstw, niezliczone rekordy, bezprecedensowa wytrzymałość połączona z niespotykaną we współczesnym sporcie uniwersalnością. Valverde to kolarz renesansu, niczym najwięksi herosi z przeszłości potrafiący świetnie jeździć w górach, finiszować a nawet okazjonalnie dobrze spisujący się w czasówkach.

    Był ?złotym dzieckiem? hiszpańskiego peletonu, odnoszącym sukcesy już w młodszych kategoriach wiekowych. W 2002r przeszedł na zawodowstwo podpisując kontrakt z grupą Vicente Beldy, Kelme-Costa Blanca. Już rok później wygrał dwa etapy Vuelta a Espana, zdobył swój pierwszy (srebrny) medal mistrzostw świata by w kolejnych sezonach stać się pogromcą ardeńskich klasyków, łowcą etapów i pretendentem do podium niemal każdego wyścigu etapowego, w którym brał udział.

    W międzyczasie zmienił barwy klubowe i związał się z Eusebio Unzue, którego zespół działa nieprzerwanie od lat ?80 XXw a obecnie jest sponsorowany przez Movistar. Po kilku próbach zwyciężył w Vuelta a Espana a gdy w końcu dopadła go sprawiedliwość za współpracę z dopingowym magikiem, Eufemiano Fuentesem zniknął na dwa lata dyskwalifikacji by powrócić w praktycznie niezmienionej dyspozycji.

    Od 2012r ściga się na nieprzerwanie wysokim poziomie, utrzymując świetną formę od wczesnej wiosny do pełni jesieni. Walczy w klasykach, etapówkach, wielkich tourach. Jeździ dla siebie, pomaga kolegom-rywalom z drużyny. Staje na wymarzonym podium Tour de France, wybacza Włochom, którzy wysłali go na dopingową banicję i zajmuje trzecie miejsce w Giro d?Italia. Seryjnie wygrywa Walońską Strzałę i dominuje w Liege-Bastogne-Liege.

    Gdy wydaje się, że paskudny upadek podczas otwierającej Tour de France 2017 czasówki skutkujący strzaskaną rzepką może zakończyć jego karierę, Valverde powraca w następnym sezonie.

    Wciąż jest skuteczny, wciąż jeździ w stylu, z którego słynie, ale kolejne starty sugerują, że kontuzja i wiek zrobiły swoje, bo w najważniejszych startach w końcu znajdują się mocniejsi od niego.

    Do mistrzostw świata w Innsbrucku kompletuje aż 13 zwycięstw, czyli drugi najlepszy wynik wśród zawodowców w sezonie 2018. Na Tour de France pomaga Quintanie i Landzie, na Vuelcie jest najszybszy podczas dwóch etapów i niemal do końca gra o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej. Pod koniec wyścigu jednak gaśnie i wyraźnie zmęczony spada z podium. Potrzebuje zaledwie dwóch tygodni, by odzyskać świeżość i przy wydatnym wsparciu drużyny zwyciężyć w mistrzostwach świata ze startu wspólnego. Marzenie staje się faktem i Alejandro Valverde będzie w kolejnym sezonie ścigał się w tęczowej koszulce.

    Siła umysłu?

    Zanim wytoczę najcięższe działa, muszę docenić hiszpańskiego kolarza. Czego by nie brał w przeszłości, i jak źle nie oceniałbym jego postawy trzeba mu przyznać jedno. Poza mocą, wytrzymałością i dynamiką Alejandro Valverde wykazuje się niebywałą odpornością psychiczną i niegasnącą wolą walki.

    Już sama umiejętność utrzymania koncentracji od lutego do października jest wyjątkowa. Owszem, by wygrywać w zawodowym peletonie trzeba być właściwie przygotowanym fizycznie, ale w grupie, gdzie, zależnie od wyścigu, od kilkunastu do ponad stu zawodników każdego dnia chce walczyć o zwycięstwo regularne sukcesy przez ? roku kalendarzowego są ewenementem.

    Jeśli mielibyśmy rozliczać sportowców tylko z tego, co prezentują w trakcie zawodów, Valverde niewątpliwie jest geniuszem. W jednym z wywiadów swoją skuteczność w ?podeszłym? jak na kolarza wyczynowego wieku tłumaczy brakiem presji. W swojej karierze wygrał już tyle, że nic już nie musi, tylko może.

    Zwraca też uwagę na silną i naturalną dla siebie chęć ciągłej rywalizacji oraz fakt, że ?jest w tym po prostu cholernie dobry?.

    I wygląda na to, że ma rację.

    Kiepski ambasador

    Mistrz świata to ambasador kolarstwa. Jest wyróżniony nie tylko tytułem i medalem, ale też specjalnym strojem, który prezentuje na wszystkich wyścigach przez kolejnych 12 miesięcy. Przez to każdy jego ruch zwraca szczególną uwagę a każde słowo nabiera wyjątkowego znaczenia.

    Gdy na ostatnich kilometrach wyścigu w Innsbrucku stało się jasne, że po tęczową koszulkę sięgnie ktoś z czwórki: Valverde, Bardet, Woods, Dumoulin, scenariusz inny niż zwycięstwo Hiszpana był trudny do przyjęcia. A równocześnie był on najgorszym z możliwych.

    Nie chodzi nawet o to, że Valverde znany jest nie tylko jako ?Bala? ale też jako ?Pitii?, który to pseudonim w swoich notatkach nadał mu Eufemiano Fuentes.

    Nie chodzi też o to, że Valverde przynajmniej przez pierwszych kilka lat swojej kariery, jak zdecydowana większość herosów z pierwszej dekady XXIw chcąc rywalizować o najważniejsze trofea musiał przejść na ciemną stronę mocy.

    Co więcej, nawet jeśli weźmiemy poprawkę na fakt, że stosowanie dopingu w latach, gdy kształtuje się ?silnik? sportowca wytrzymałościowego może mieć wieloletnie, pozytywne skutki nawet po odstawieniu ?koksu? wciąż nie jest to powód, by skreślać dokonania Hiszpana po powrocie z banicji.

    Trzeba jednak postawić sprawę dość jasno. Jego wiarygodność, podobnie jak wiarygodność drużyny Movistar oraz innych hiszpańskich kolarzy, rówieśników Valverde, jest niewielka.

    Sprawę ?operacji puerto? systemowo zamieciono pod dywan, chroniąc największe gwiazdy tamtejszego sportu przed przykrymi konsekwencjami: utratą kontraktów, niesławą i odebraniem osiągnięć sportowych.

    Gdy Valverde przyskrzynili Włosi ten toczył długotrwałą batalię proceduralną zanim ostatecznie został skazany na dwuletnią dyskwalifikację. Ta realnie była krótsza, ponieważ na jej część zaliczono czas, w którym jeszcze się ścigał, wygrywając m.in, Tour de Romandie czy zajmując drugie miejsca w Paryż-Nicea czy Dookoła Kraju Basków.

    Podczas okresu zawieszenia normalnie trenował (choć w ?prywatnym? stroju bez logotypów sponsora) a nawet dla utrzymania dyspozycji, poza klasyfikacją brał udział w wyścigach dla amatorów.

    Do zawodowego peletonu powrócił z przytupem, bez (przynajmniej publicznego) najmniejszego mrugnięcia okiem przez szefostwo ekipy Movistar. Szefostwa, które, nie bójmy się tego powiedzieć, musiało wiedzieć, co, dlaczego i z kim robił Valverde w latach przed przymusową przerwą.

    Mimo nowych realiów: paszportów biologicznych, systemu ADAMS, współpracy WADA z koncernami farmakologicznymi oraz nowych, coraz doskonalszych testów, Valverde nigdy (podobnie jak przed dyskwalifikacją) nie miał pozytywnego wyniku testu antydopingowego a wkrótce po wznowieniu startów zaczął jeździć jeszcze szybciej.

    Sprawę współpracy z Fuentesem całkowicie pomija, jak gdyby 1,5 roku zawieszenia spędził w sanatorium a nie pokutując za dopingowe grzechy. Gdy David Millar, Jorg Jaksche czy Tyler Hamilton opowiadali o mechanizmach związanych z niedozwolonym wspomaganiem w ?erze epo?, Valverde milczał i po prostu się ścigał bijąc kolejne rekordy zwycięstw.

    Można więc postawić tezę, że albo faktycznie jest jednym z najbardziej utalentowanych kolarzy w historii tego sportu i ?koks? nie był mu do niczego potrzebny i jedynie wyrównywał szanse w mrocznych czasach, albo stworzył dopingowy kamień filozoficzny dający mu nieograniczoną moc i wieczną młodość dzięki któremu może rywalizować z zawodnikami młodszego pokolenia.

    Najgorsze jest więc to, że tego po prostu nie wiemy. Valverde bronią wyniki, postawa na szosie i w peletonie, w którym cieszy się estymą i poważaniem. Obciąża natomiast milczenie i brak deklaracji co do przeszłości i teraźniejszości.

    Jako kolarz zrobił w swojej karierze wiele, by kibice go uwielbiali i hołubli. Nie jest jednak juniorem, by skupiać się jedynie na tym, co pokazuje na szosie, bez poprawki na historyczny i kulturowy kontekst.

    A ów kontekst nie jest w tym wypadku szczególnie ciekawy.

    Doping: farmakologiczny, mechaniczny czy ?etyczny? w postaci np. naginania zasad związanych z procedurą TUE wciąż istnieje w kolarstwie zawodowym. Został w sporym stopniu ograniczony, m.in. dzięki nowej generacji atletów, która otwarcie deklaruje, że nie stosuje nielegalnego wspomagania, od początku do końca gra fair, jest transparentna i przestrzega obowiązujących reguł.

    Alejandro Valverde nie jest jej częścią, jest za to jeżdżącą skamieliną, symbolem zmowy milczenia i hipokryzji, które niemal zniszczyły ten sport. Jednym z ostatnich, wciąż aktywnych rywali Armstronga i klientów Fuentesa, który ze łzami wzruszenia założył tęczową koszulkę i będzie reprezentował całe kolarstwo przez najbliższych 12 miesięcy.

    Cóż, każdy ma mistrza, na jakiego sobie zasłużył.

  • Monte Zoncolan – peleton kontra monstrum

    Monte Zoncolan – peleton kontra monstrum

    Współczesne kolarstwo sięga po ekstrema, wciąż podnosząc poziom trudności i rzucając zawodnikom nowe wyzwania. Monte Zoncolan, podjazd we wschodnich Alpach to jeden z symboli wielkich tourów w XXIw.

    Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto rozpoczął ten wyścig górskich zbrojeń. Niewątpliwie ważnym momentem było pojawienie się na trasie Giro d?Italia przełęczy Mortirolo w 1990r, wciąż uznawanej za jeden z najcięższych, szosowych podjazdów na świecie. Najczęściej kolarze pokonują go z miejscowości Mazzo di Valtellina, drogą o długości 12,4km, średniej stromiźnie 10,5% i maksymalnej 18% (przewyższenie 1300m).

    Dziewięć lat później piłeczkę odbili Hiszpanie, zapraszając w 1999r peleton Vuelta a Espana na Alto de l?Angliru w Asturii. Różnica wzniesień to 1226m, 12,5km długości, średnia stromizna 10,1%, za to podjazd jest o wiele bardziej nieregularny, w najtrudniejszych miejscach atakując nogi kolarzy wartościami sięgającymi 24%.

    Giro d?Italia nie pozostało dłużne, oferując od 2003r w swoim menu właśnie Zoncolan. Za pierwszym razem, nieco nieśmiało, szosą z Sutrio, by od 2007r na dobre zadomowić się na wariancie prowadzącym z Ovaro. Zoncolan w tej wersji, która może rozstrzygnąć o losach ?Corsa Rosa? także w 2018r to 10,1km, 1210m w pionie aż 11,9% średniej i 22% maksymalnej stromizny. Nic dziwnego, że u podnóża kolarzy wita zainscenizowana ?brama do piekła?.

    Embed from Getty Images

    O tym, czy trudniejsze jest Angliru czy Zoncolan mogą wypowiedzieć się jedynie ci, którzy oba monstra pokonali w wyścigowym tempie. Ekspertami mógliby być np. Alberto Contador lub Gilberto Simoni. Hiszpan dwa razy był najszybszy na Angliru a na Zoncolanie był drugi. Z kolei Włoch dwukrotnie triumfował na Zoncolanie i raz na Angliru.

    Jak ekstremalne są to wyzwania niech świadczy fakt, że na etapy kończące się tego typu podjazdami nawet zawodowcy zakładają lżejsze przełożenia. W przeszłości eksperymentowali z korbami o trzech zębatkach, następnie z ?kompaktem? czyli korbą ?dla amatorów? a obecnie chętnie sięgają po kasety o rozpiętości, która jeszcze niedawno była dostępna jedynie w rowerach górskich.

    Profile zoncolan.svg
    By VomerOwn work, Public Domain, Link

    Tak brutalne stromizny powodują, że wyścig sprowadza się do bardzo wymiernego testu mocy generowanej przez zawodnika do połączonej masy ciała i używanego sprzętu. Niewielka prędkość niweluje znaczenie jazdy na kole, obecność partnerów z drużyny ma więc znaczenie głównie psychiczne i taktyczne. O ile oczywiście jacyś pomocnicy zdołają utrzymać się przy swoim liderze.

    Sukces na mecie osiągają często nie ci najbardziej błyskotliwi lecz ci, którzy nie ?spalą się?, wytrzymają obciążenie na najbardziej stromych fragmentach a następnie utrzymają tempo tam, gdzie szosa nieco ?odpuszcza?, czyli wraca do wartości, na których na innych podjazdach następuje selekcja.

    Embed from Getty Images

    Jeśli bowiem pomyślimy o Alpe d?Huez, ?kultowym? miejscu Tour de France, tamtejsza średnia 7,9% i maksymalna 13% w porównaniu z Zoncolanem, gdzie ze średnią stromizną 13% kolarze zmagają się przez przynajmniej pięć kilometrów, to francuski podjazd jest niczym piaskownica względem Sahary.

    Co ciekawe, Monte Zoncolan nie zawsze miał wpływ na losy różowej koszulki. Podczas inauguracji (2003) Gilberto Simoni faktycznie zbudował tam wyraźną przewagę nad rywalami w marszu po swoje drugie zwycięstwo w Giro d?Italia. Jednak już jego kolejny triumf, w 2007r nie zagroził pozycji ani Danilo di Luca?i ani wicelidera, Andy?ego Schlecka.

    W 2010r Ivan Basso dojeżdżając na pierwszej pozycji wyraźnie odrobił straty do kolarzy, którzy nad wyraz długo znajdowali się w czołówce ?generalki? po skutecznej ucieczce w pierwszej fazie wyścigu (młodego wówczas Richiego Porte oraz Davida Arroyo).

    Z kolei w 2011 Alberto Contador wszedł w koalicję z kolarzami Euskaltel Euskadi, którzy triumfowali na Zoncolanie (Igor Anton) oraz dzień później w Gardeccia?i (Michel Nieve) a sam ?Pistolero? skupił się na budowaniu prowadzenia w klasyfikacji generalnej.

    Ostatnia wizyta Giro na tym podjeździe to rok 2014 i nieco niespodziewane zwycięstwo Michaela Rogersa, który skorzystał na tym, że liderzy pojechali de facto na remis, nie stawiając zwycięzcy wyścigu, Nairo Quintany, pod żadną, szczególną presją.

    Istotna informacja to ta, że we wspomnianym 2014 na Zoncolan peleton wspinał się przedostatniego dnia Giro d?Italia, stąd też zapewne i taktyka kolarzy z podium i najwolniejszy w historii czas czołówki: 41?30?. Wcześniej, gdy tak jak w tym roku morderczy podjazd znajdował się mniej więcej w połowie rywalizacji, Basso i Anton wspinali się nieco poniżej 41? a w 2007r duet Simoni – Leonardo Piepoli uzyskali rezultat 39?.

    Biorąc pod uwagę rosnące tempo zawodowców oraz dotychczasowy przebieg Giro 2018 należy spodziewać się czasu w granicach 40?30?.

    Będzie to ciekawa konfrontacja prezentującego życiową formę Simona Yatesa z nad wyraz solidnym Tomem Dumoulinem. Teoretycznie cięższy Holender, będący głównie specjalistą jazdy na czas powinien stracić do młodego Brytyjczyka, typowego ?górala? kilkanaście a może i kilkadziesiąt sekund.

    Embed from Getty Images

    Popisy Chrisa Froome?a i Bradleya Wigginsa na hiszpańskim Angliru pokazują jednak, że na tego typu wzniesieniach najważniejsze to nie tracić nerwów i kontrolować wysiłek, co może przełożyć się na dobry wynik na mecie.

    Póki co to Yates szuka przewagi, wykorzystuje kolejne okazje do ataków i stara się budować przewagę przed jazdą indywidualną na czas, którą z pewnością z Dumoulinem przegra. Oznacza to tyle, że odważna jazda Yatesa może zakończyć się kryzysem, jeśli nie jego samego, to przynajmniej któregoś z próbującym za nim nadążyć rywali.

    Na koniec wreszcie muszę wspomnieć o Chrisie Froomie, który jeśli nie zbierze sił i poniesie kolejne straty, po Zoncolanie będzie mógł pożegnać się z dobrym wynikiem w tegorocznym Giro a co za tym idzie marzeniami z ?dubletem? Giro-Tour. I prawdę mówiąc nic nie wskazuje na to, by miało stać się inaczej.

    Ostatni element układanki to kumulacja zmęczenia z soboty z niedzielnym, wymagającym i najeżonym premiami górskimi etapem do Sapady. To czynnik, który może zniechęcać do szarży na Zoncolanie i skłonić bardziej zachowawczej jazdy z uwzględnieniem trudności, które czekają na kolarzy w całym ostatnim tygodniu tegorocznej ?corsa rosa?.

    Zdjęcie okładkowe: Marco Alpozzi / lapresse/ materiały prasowe RCS. A do tego Godzilla