Tag: Bieganie

  • Łączę się w bólu z biegaczami

    Łączę się w bólu z biegaczami

    Pewnie już słyszeliście: Polski Związek Lekkiej Atletyki chce wprowadzić licencje dla biegaczy. Oprócz tego chce certyfikować zawody znajdujące się w oficjalnym kalendarzu. Co Wam to przypomina?

    Boom na bieganie wielokrotnie przerasta popularność rowerowych imprez masowych. Frekwencja na największych imprezach 8-10 krotnie przekracza tę na zawodach kolarskich. Schodząc niżej, nawet biegowe ?ogórki? mogą się często poszczycić tysiącem startujących w porównaniu z setką na analogicznych imprezach xc. Nic więc dziwnego, że opiekujący się tą dyscypliną właściwy związek sportowy chce nie tylko pod swoje, czułe skrzydła przygarnąć rzeszę amatorów, ale i zmonetyzować modę na jogging.

    Idea, by biegacz miał legitymować się jakimś dokumentem wydaje się początkowo idiotyczna. Wszak bieganie to wolność, prawo do nieskrępowanego poruszania się gdzie chce, jak szybko się chce, przy użyciu wyłącznie siły własnych kończyn i wydolności układu krwionośno-oddechowego. To właśnie perspektywa tej wolności rusza sprzed monitorów tysiące korposzczurów, dając im chwilę oddechu powietrza, które nawet, jeśli jest zanieczyszczone, ma jakiekolwiek znamiona czegoś naturalnego.

    Tymczasem ktoś: zły związek, biurokraci, leśne dziadki i partyjny beton, chce ich zamknąć w jakiś ramach. No bo kto to widział, certyfikować bieganie. Do tego jeszcze amatorskie (przez duże ?A?). Sprawa staje się głośna na tyle, że nawet przebiła się do mainstreamu trafiając na główne strony portali horyzontalnych. Główny wydźwięk samych artykułów a przede wszystkim komentarzy to oczywiście ?skok na kasę?.

    Sytuacja jest znana, my, kolarze, przechodziliśmy przez nią już wielokrotnie. Gdy tylko pojawiły się maratony mtb, Polski Związek Kolarski kilkukrotnie podchodził do tego tematu z pomysłami na włączenie w swoje szeregi amatorów. Dodatkowo powodowało to dyskusję o nierównych szansach ?amatorów? i ?licencjonowanej szlachty?, prawach do nagród, zaszczytów i dekoracji. Biegacze w podobnym tonie polemizują teraz nad uczestnictwem półzawodowych grup Afrykanów, którzy zarabiają na nagrodach ?zabieranych? amatorom na masowych biegach ?o puchar wójta gminy?. Swoją drogą, nagrody w tychże imprezach są na poziomie często nieosiągalnym dla zawodów kolarskich, nie licząc Tour de Pologne i wyścigów pierwszej kategorii UCI.

    Tymczasem, jeśli przyjrzeć się propozycji PZLA (która póki co jest wstępnym projektem), wygląda na to, że w przeciwieństwie do PZKol, zabiera się do sprawy z głową. Licencja ma być równoczesnym uczestnictwem w zbiorowej polisie ubezpieczeniowej (kolarz płacą opłatę za przynależność, dodatkowo musi zapłacić za ubezpieczenie, osobiście lub jego klub), trwają też prace nad systemem dodatkowych korzyści (zapewne różnego rodzaju rabatów itp.). To nic innego, jak przejęcie sprawdzonych, ?zachodnich? wzorów, o których pisałem wielokrotnie (np. tu  czy tu), a których PZKol nie jest w stanie od dawna wdrożyć.

    Jeśli myślicie ?po co biegaczowi ubezpieczenie?, to wspomnę tylko, że jest to sport mocno kontuzyjny a biegi górskie to konkurencja z grona ekstremalnych. Za byle skręcenie czy naderwanie można już dostać odszkodowanie, które zwróci choćby część kosztów rehabilitacji. Nie wspomnę o tym, że na własne oczy widziałem kilka połamanych rąk, palców czy obojczyków u tych, których fantazja poniosła podczas zbiegania. Krótko mówiąc, z licencji biegacza skorzystałbym niemal w ciemno i żałuję, że tym tropem nie idzie PZKol.

    Zdjęcie okładkowe: Ed Jourdon, wikimedia commons, CC BY SA 2.0

  • Gry i zabawy klasy średniej

    Gry i zabawy klasy średniej

    W ten weekend ostatecznie rusza sezon masowych imprez rowerowych. Dwie najliczniejsze serie maratonów mtb: Bikemaraton oraz Mazovia zapraszają do udziału we wspólnej zabawie.

    Sam, konsekwentnie od roku, wybieram co innego, ale wiem, że jestem w mniejszości. Załóżmy jednak, że znowu chciałbym regularnie startować w maratonach. Odłożę na bok motywację i inne kwestie, skupię się na samych kosztach. Mieszkam w Krakowie, chcę zbierać punkty do klasyfikacji generalnej w jednej z serii. Na udział w takich zawodach składają się:

    Opłata startowa
    Dojazd: paliwo i myto na bramkach autostradowych
    Często nocleg
    Odżywki (powiedzmy, że dwa żele, baton i napój izotoniczny)

    Normalny koszt uczestnictwa w maratonie to 70PLN. Gdybym chciał dojechać z Krakowa do Miękini, w dwie strony przejechałbym 600km, do Legionowa 640. Przy spokojnej jeździe z bagażem i rowerami na dachu daje to przynajmniej 48 litrów benzyny, około 260PLN. Do tego 68,40 za autostradę. W obu lokalizacjach można wystartować bez noclegu, choć wymaga to wczesnej pobudki, co jest nie bez wpływu na samopoczucie w czasie zawodów. Jeśli znajdę kogoś do towarzystwa, dojazd będzie kosztował 160PLN. Dwa żele i baton energetyczny, które przyswoję w czasie maratonu to kolejne 20-25PLN, doliczając kilka bidonów izotoniku rozrobionego z proszku, licząc na okrągło 30PLN.

      W sumie start w inaugurującym sezon maratonie będzie kosztował ok. 265 Polskich Złotych. Nie każde zawody są na Dolnym Śląsku (koszt autostrady), niektóre za to wymagają noclegu, zatem nie jest to kwota bardzo odbiegająca od średniej. Jeśli chciałbym wystartować osiem razy, muszę zarezerwować około 2100PLN. A to tylko początek?
      Sport masowy stał się w ostatnich kilku latach rzeczywiście popularny. Bieganie promowane akcją Gazety Wyborczej przeżywa prawdziwy boom. Padają kolejne rekordy frekwencji, maratony, biegi uliczne, górskie czy nawet ultra. Im trudniej i bardziej ekstremalnie, tym lepiej. Spora w tym zasługa nie tylko mediów, ale i kilku sieci sklepów. Decathlon i Lidl sprawiły, że specjalistyczna odzież stała się dostępna finansowo, jak również obyczajowo. Jeśli męskie legginsy kosztują 30PLN i widać je na bilboardzie na co drugim rogu ulicy, to może sobie kupię - nie dość, że mnie stać, to chyba bieganie w obcisłym nie jest aż tak ?pedalskie? jak wcześniej sądziłem!
      Z kolarstwem jest większy problem. Bariera wejścia w ten sport, nawet na poziomie amatorskim to solidnych kilka tysięcy. Rower, powiedzmy 5000PLN, do tego kilka kompletów ciuchów, nawet z dyskontu czy decathlonu, to kolejne kilka stówek. Buty oraz pedały zatrzaskowe, przynajmniej 400, kask 100. Spokojnie uzbiera się siedem tysięcy. Wliczając w to wcześniej oszacowane koszty dojazdów, plus kilka dodatków, mamy okrągłą dyszkę: około 30% średniej krajowej netto. Sprzęt się zużywa, w warunkach maratonowych degradacja postępuje w zastraszającym tempie. Aby nie epatować przerażającymi kosztami, pominę w tym miejscu kwestie amortyzacji, serwisu i uzupełniania braków powstałych zarówno przez wypadki losowe jak i zaplanowanych w ramach rozsądnej konserwacji. Po cichu liczę na komentarze z ilością zużytych w sezonie kompletów klocków hamulcowych ;) Kluczowe są jednak nie same koszty, a fakt, że coraz większa grupa osób jest w stanie i chce je ponosić. Możemy narzekać, możemy sarkać, ale trzeba sobie jasno powiedzieć: stać nas. Oczywiście nie wszystkich. Rozwarstwienie społeczne, wyrażane współczynnikiem Giniego jest w Polsce stosunkowo wysokie. Wspomniane dziesięć tysięcy to nadal dla większości z nas kwota niemożliwa do przeznaczenia na hobby. Dla porównania dominanta, czyli najczęściej występująca pensja to 1600PLN netto (niecałe 20tyś. rocznie), zatem nawet nie dwukrotność zaproponowanej na potrzeby tego tekstu ceny sezonu maratonowego! Mimo to cieszy, że wśród ludzi, którzy mogą sobie na to pozwolić, aktywność fizyczna, także ta zinstytucjonalizowana, zaczyna być widoczna w hierarchii potrzeb.
    Tak się bawi biurowa klasa średnia
    Choć felietonista Rzeczpospolitej może narzekać na ?biegową klasę średnią?, sytuacja, w której choćby przeciętnie zamożni ludzie wybierają ruch zamiast bierności jest niezmiernie cenna. Jeśli więc w Miękini na bikemaratonie padnie rekord frekwencji a później zostanie poprawiony w Warszawie czy gdziekolwiek indziej, będę się cieszył. Od czegoś trzeba zacząć. Popularność i moda nie są takie złe, jeśli zwiększają zasięg fajnej idei. Lepsza więc sportowa klasa średnia niż ta sama w wersji biurowej: nastawiona wyłącznie na konsumpcję, bez wartości i celu.   Zdjęcie okładkowe: zawody mtb , fot. Citizen 4474, flickr CC BY SA 2.0

  • Tatrzańscy czasojebcy – bieganie w TPN

    Tatrzańscy czasojebcy – bieganie w TPN

    W ramach odpoczynku od pracy a także czując nieco znużenia komentarzami wokół Tour de Pologne wybrałem się na wycieczkę w Tatry. Wycieczkę biegową oczywiście. Po drodze na Czerwone Wierchy spotkałem jeszcze trzy osoby, które, podobnie jak ja, odłożyły na bok estymę dla sugerowanych czasów PTTK i użyły Gór jako prywatnego boiska.

    O tym, że od pewnego czasu hobbystycznie biegam w górach pisałem już wcześniej. W międzyczasie potrenowałem na tyle wystarczająco, by nie umrzeć podczas wycieczki w Tatry. Korzystając z sezonowych wyprzedaży kupiłem w końcu plecak Salomona XA 10+3 z dwulitrowym bukłakiem Source. W sam raz, by spakować wszystko co trzeba na kilkugodzinną przebieżkę przy zmiennej pogodzie. Kupując bilet wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego (4PLN) w Dolinie Strążyskiej włączyłem pulsometr by po nieco ponad czterech i pół godziny wyłączyć go przy wyjściu z Doliny Kościeliskiej. Po drodze zaliczając zachodnią część Czerwonych Wierchów: Małołączniak, Krzesanicę i Ciemniak.

    Biegnąc grzbietem przez trzy kolejne szczyty zaliczyłem więc kilka chwil dyscypliny nazywanej „Sky Running”, czyli joggingu na wysokości powyżej 2000m. Za sprawą rosnącej popularności biegów górskich jako takich (w Polsce powoli dorównują frekwencją maratonom mtb) biegacz w Tatrach przestaje być już egzotycznym widokiem, w porównaniu to tego, co można było zaobserwować jeszcze kilka lat temu. Mimo wszystko wciąż wzbudza mieszane komentarze a sam fakt, specyficznego jakby nie było, wykorzystywania Majestatu Gór w tak hedonistyczny sposób może być uznany wątpliwy moralnie.

    Dlaczego hedonistyczny? Cóż, przeglądając górskie fora można natrafić na różne opinie. Faktem jest, że podczas biegu trudno o kontemplowanie wspomnianego Majestatu lub choćby podziwianie pejzaży. Trzeba patrzeć, gdzie stawiać stopy, balansować ciałem i pamiętać by jeść i pić, aby nie zrobić sobie krzywdy. W porównaniu z Prawdziwymi Turystami? biegacz w trailowych butach łamie pewną konwencję. Inna sprawa, że Prawdziwi Turyści? zaczynając swoją zabawę jakieś 150 lat temu również pokonali pierwsze bariery. Skoro już człowiek zdecydował się szukać w górach wrażeń, może mieć prawo do szukania tych, które najbardziej mu odpowiadają o ile mieszczą się w stosownych regulaminach, czyż nie?

    Problematyczne jest jedynie zetknięcie obu światów ze sobą, podobnie jak, zazwyczaj rozpoczynające i kończące górski trening przemknięcie przez miejscówki takie jak Kuźnice, Droga Oswalda Balzera, popularne doliny czy okolice schronisk. Dysonans, jaki wprowadza postać wyjęta z nieco innego wymiaru przypomina ten, którego doświadczał kolarz mtb 15 lat temu w Beskidach.

    Tymczasem biegając można doświadczyć gór na nowo. Nie tylko, podobnie jak w przypadku jazdy mtb, dotrzeć w miejsca trudniej dostępne w tradycyjny sposób, ale przede wszystkim mocniej odbierać otoczenie. Połączenie chemii organizmu poddanego wysiłkowi na wysokości w połączeniu z wysoką koncentracją daje inną percepcję zapachu powietrza, faktury podłoża czy kolorów pejzażu. Fakt, że wrażenia te są jeszcze bardziej ulotne niż w przypadku tradycyjnej wycieczki dodatkowo je pogłębia.

    Co jeszcze? Odpowiednio planując trasę można zrobić naprawdę świetny trening. Nie tylko popracować nad wydolnością, ale też ćwiczyć balans ciała, zadbać o zwinność czy gibkość. A raczej nie zadbać a zweryfikować swoje możliwości w praktyce. Trudno jest mi sobie wyobrazić, by wbiegać i zbiegać po szlakach pełnych uskoków i luźnych kamieni bez, przynajmniej dobrego ogólnego przygotowania kondycyjnego. Z drugiej strony, jeśli nie szarpać się jak na zawodach, bieganie w wyższych partiach gór to kolejny rodzaj aktywności dla znudzonego mieszczucha, który jest dostępny przy niewielkim nakładzie pracy. W zamian daje wysoką stopę zwrotu w postaci różnorakich doznań. I zajawkę, by zmierzyć się ze specjalistami dyscypliny w jednym ze zorganizowanch eventów. Konfrontacja często okazuje się bolesna. Czołówka jest mocna i bywa, że nawet 60% szybsze pokonywanie tatrzańskich szlaków w wersji wycieczkowej to za mało by myśleć o dobrym miejscu. Czas rekordzisty podbiegu na Kasprowy Wierch to 51 minut, „oficjalny” czas dla piechura to na tej samej trasie ok. 3h15′. Powodzenia :)

  • Jak (nie) wbiegłem na Pilsko

    Jak (nie) wbiegłem na Pilsko

    Biegi górskie są fajne. Biegi górskie są, powiedzmy, modne. Biegi górskie są tanie. Trudno mi pomyśleć o dyscyplinie, która ma tak wyraźną przewagę zalet nad wadami.

    Zaczęło się od kilku wycieczek ze znajomymi, podczas których skróciliśmy czas sugerowany przez PTTK do 1/3. Później przyszła przerwa od roweru i chęć powrotu do jakiejkolwiek aktywności. Jak zawsze w takich sytuacjach pojawił się pomysł startu w maratonie. Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że tłuczenie przez trzy godziny po asfalcie nie jest dla mnie. Najzwyczajniej w świecie nie chcę być biegaczem. Treningowe przebiegnięcie dziesięciu kilometrów satysfakcjonuje mnie zupełnie. Nie chcę szybciej. Niczego to nie zmieni, nie sprawi że poczuję się lepiej, co najwyżej wydam trochę na ortopedę przy okazji kolejnej regeneracji kolan.

    Góry to co innego. Smak i zapach błota pod stopami, panorama ze szczytu, las po drodze. A do tego wysiłek, który powoduje, że każdy z bodźców percypuje się o wiele mocniej. Rok temu przez trzy miesiące poświęcałem około ośmiu godzin tygodniowo na treningi biegowe oraz ogólnorozwojowe aby zmieścić się w wymyślonym limicie jednej godziny podczas Biegu na Pilsko. Na linii startu atmosfera była zbliżona do tej, którą pamiętam z maratonów mtb w czasach, gdy głównym tematem rozmów rowerowych freaków była rywalizacja Armstronga z Ullrichem oraz wyższość widelców SID nad widelcami Mars (kiedy to było…).

    Ściana deszczu, na szczycie trzy stopnie i mgła. Na zegarku 59 minut ze sporym hakiem, ale w wyimaginowanym limicie się zmieściłem zajmując miejsce całkiem godne jak na „nie-biegacza”. W tym roku nie trenowałem. Więcej czasu spędzam na rowerze, ale Pilsko skusiło mnie jeszcze raz. Tym razem nie byłem przygotowany, więc w pewnym momencie dość mocno mnie odcięło, część dystansu pokonałem marszem by na szczycie znaleźć się dziesięć minut spóźniony w stosunku do wcześniejszego wyniku. Bieg górski alpejski charakteryzuje się jednym: nie ma kiedy odpuścić. A nawet jeśli jest kiedy, to nie wolno sobie na to pozwolić. Godzinny wysiłek to obciążenie, które może doprowadzić organizm do jego limitów. Jeśli jednak zwolnisz pół kroku, odpuścisz, żeby bolało trochę mniej tracisz czas i miejsca. Za to, jeśli tylko doczołgasz się do mety, dostaniesz medal za uczestnictwo. Ot, urok amatorskiej rekreacji.

    A później, gdy przychodzi chwila relaksu, YouTube „sam” podpowiada filmy z zawodów Sky Runner. Więc pojawiają się pomysły: a może by tak się przygotować. Jak nie Pilsko, to Kasprowy. Jak nie Kasprowy, to coś w Gorcach. A kiedyś… kiedyś Andora. Tyle tylko, że aby cokolwiek osiągnąć albo chociaż oszczędzić trochę zdrowia i móc w pełni czerpać satysfakcję z pracy organizmu biegnącego pod górę, trzeba zacząć biegać szybko. A aby biegać szybko, trzeba określoną ilość godzin tłuc nogami o asfalt. Żmudne to, oj żmudne.

    Mój ulubiony film z zawodów w biegach górskich. Fantazja z gatunku „być może kiedyś tam dotrę”