Tag: bezpieczeństwo

  • Porozmawiajmy o bezpieczeństwie kolarzy

    Porozmawiajmy o bezpieczeństwie kolarzy

    Pierwszy etap Tour de Pologne 2020 zakończony drastyczną kraksą z udziałem Dylana Groenewegena, Fabio Jakobsena i innych kolarzy pokazał, jak bardzo nie potrafimy rozmawiać o takich sytuacjach. 

    Przeklęte rundy

    Finisz w Katowicach jest specyficzny. Stosunkowo wąski, na drodze prowadzącej lekko w dół, usytuowany ok. 900m po nawrocie na rondzie. Przez “kreskę” kolarze wcześniej przejeżdżają kilka razy, ponieważ, jak to na Tour de Pologne, etap kończy się rundami w mieście. Kilkunastokilometrowe okrążenie jest pełne pułapek: skrzyżowań, wysepek, robót drogowych, przejazdów przez tory czy nawet ciągiem pieszo-rowerowym. 

    Rundy na trasach etapów TdP nie biorą się znikąd. Ułatwiają organizację oraz realizację transmisji TV a także zapewniają dłuższą ekspozycję samorządu częściowo finansującego wyścig w tejże TV.

    Z wielu powodów są zmorą imprez kolarskich, nie tylko w Polsce. Tego typu quasi kryterium na koniec długiego etapu często powoduje problemy. Peleton goni ucieczkę lub rozpędza się przed finiszem na wąskich ulicach miasta, pokonując zakręty i liczne przeszkody. Stopień trudności rośnie, gdy dodatkowo spadnie deszcz, wypełniając dziury i koleiny kałużami.

    Tour de Pologne, będąc ciągle imprezą na dorobku chętnie korzysta rund, nie do końca licząc się z konsekwencjami, nie ucząc się z błędów nie tylko swoich, ale i większych wyścigów. Gdy podobne rozwiązanie pojawia się na trasach bardziej eksponowanych imprez, nawet wielkich tourów, sytuacja jest podobna. Zazwyczaj ściganie w takich warunkach kończy się kraksami. 

    Żeby nie było wątpliwości, są one przykrą, lecz nieodzowną częścią kolarstwa. Jasne, nieprzyjemnie się je ogląda i chcielibyśmy, by było ich jak najmniej, ale się zdarzają i zdarzać się będą. 

    Sprinter musi być choć trochę szalony

    Nawet jeśli wykluczymy patologiczne przypadki zawodników jeżdżących szczególnie niebezpiecznie, bywa, że i najlepszym zdarza się popełnić faul. Peleton wywracany jest też przez nieuwagę lub zdarzenia losowe, wpadające pod koła zwierzę, plamę oleju lub nieroztropnego kibica robiącego selfie. 

    Choć Groenewegen został odsądzony od czci i wiary trzeba pamiętać, że w większości sportów by wygrać, agresja, zdecydowanie i chęć pokonania rywali są niezbędne. Wyjątkiem są niektóre indywidualne dyscypliny techniczne, gdzie kluczowe jest skupienie na własnym ciele i umyśle (by przywołać choćby słynne “Chcę tylko oddać dwa dobre skoki” Adama Małysza). Poza nimi sport to wojna, co dodatkowo podkreślają słowa używane przez dziennikarzy relacjonujących kolejne wydarzenia. 

    Granice, których nie wolno przekraczać opisują stosowne przepisy. Dzięki temu dochodzimy do ważnej kwestii, czyli ich respektowania i egzekwowania. 

    Trzeba przyznać, że od czasów Dżamolidina Abdużaparowa przeszliśmy długą drogę. Obecnie nie trzeba kraksy, by zajeżdżający drogę zawodnik został pozbawiony zwycięstwa. Doświadczył tego choćby Jakobsen rok temu w Zabrzu, gdzie linię mety minął jako pierwszy, ale zwycięstwo, przez faul na Ackermanie, mu odebrano. 

    By odnosić sukcesy jako sprinter trzeba jeździć bezkompromisowo, często ryzykować może nawet przekraczać granice rozsądku. Konsekwencje bywają poważne, ale z drugiej strony po części takie są reguły gry. Zajeżdżanie drogi czy wystawianie łokcia jest zabronione, ale legalne wciskanie się w ledwo widoczne luki i szukanie sobie najmniejszej dostępnej przestrzeni do sprintu to proszenie się o guza. Bez ryzyka trudno o sukces, chyba, że zostanie się dowiezionym do mety przez całą drużynę z kilkukilometrowego rozprowadzenia. Przy wyrównanym poziomie i okrojonych składach to jednak zdarza się coraz rzadziej.

    Tak czy inaczej należy oczekiwać od UCI (czy na rodzimym podwórku PZKol) większej konsekwencji w pilnowaniu porządku, zarówno na finiszach jak i na trasie. Bo jak pokazał przypadek z Katowic, obrażeń mogą doznać nie tylko sami zainteresowani, ale też kibice czy obsługa wyścigu.

    O ile sposób jazdy jest od zawodników zależny, to już warunki, w jakich się ścigają nie są. I tu pole do popisu ma, znów, kolarska federacja, ale też organizatorzy wyścigów. 

    Każdy może się pomylić

    Czesław Lang co roku chwali się, że jego wyścig dostaje najwyższe oceny od UCI. Czy to jednak oznacza, że prowadząc kolarzy przez rundy takie jak ta w Katowicach, czy po ulicach tak dziurawych jak te w Krakowie robi wszystko, by zapewnić sportowcom odpowiednie warunki pracy?

    Nie zrozumcie mnie źle. Wpadki zdarzają się wszystkim, by przypomnieć choćby feralny słupek na trasie Vuelty 2016, który wyeliminował z wyścigu Stevena Kruiswijka. Lub, również na Vuelcie (2019), kurizoalną sytuację z pękniętym basenem ogrodowym, który sprawił, że podczas drużynowej czasówki kolejni kolarze wywracali się na śliskiej jezdni. 

    Jednak planowe i systemowe prowadzenie wyścigu w terenie, który sam z siebie sprzyja kraksom, jak dziurawe, pełne krawężników, pasów, torów rundy lub organizowanie finiszu na zjeździe i ekscytowanie się prędkością rozwijaną tam przez zawodników są mocno dyskusyjne. 

    Rozważanie, czy barierki w Katowicach były spięte zipami czy zamocowane na sztywno do siebie jest bezcelowe. To, że ustąpiły pod naporem rozpędzonego do 80km/h zawodnika mogło być przypadkiem, bo dodatkowo nie opierali się o nie kibice, albo efektem zaniedbania osoby je ustawiającej. 

    Kwestią nadrzędną jest, że samo umiejscowienie linii mety, jak i droga do niej doprowadzająca od lat prosiły się o tragedię. Podobnie jak innych finiszy na trasie TdP, czy rund do nich prowadzących. Żeby nie było, że “czepiam się” Śląska, w moim rodzinnym Krakowie dojazd do finałowej rundy również jest skandaliczny, jedną z najbardziej dziurawych ulic w mieście a samo okrążenie wokół Błoń jest powodem do wstydu (choć w tle widać Wawel i Kopiec Kościuszki), pełne zwężeń, malowanek na jezdni i kolein.

    Mała architektura przeciwko kolarzom

    Rok temu kolarski świat był wstrząśnięty śmiercią Bjorga Lambrechta, która akurat wydarzyła się na prostej drodze. Nie pociągnęliśmy niestety dyskusji o elemencie infrastruktury drogowej, który przyczynił się do tej tragedii, czyli o przymocowanym do nawierzchni odblasku. Teoretycznie ma on zwiększać bezpieczeństwo i z pewnością każdy kierowca docenia go podczas jazdy w nocy, jednak jak okazało się podczas wyścigu kolarskiego był on zabójczy.

    Z drugiej strony uznany klasyk, część “ardeńskiego tryptyku”, Amstel Gold Race nie tylko prowadzi w dużej części wąskimi uliczkami limburskich przedmieść, droga cały czas skręca i zmienia nachylenie, to jeszcze pełna wysepek, progów zwalniających i innych części małej architektury, która na co dzień ma dbać o bezpieczeństwo ruchu drogowego (w tym rowerzystów). 

    Chcemy igrzysk

    Co więcej, trasy wyścigów wciąż są ekstremalizowane. Organizatorzy wyszukują ekstremalnych stromizn, szutrów czy bruków. Ba, nawet na tak konserwatywnym wyścigu jak Tour de France zdarzają się takie przykłady jak jurajski etap w 2017, który zebrał żniwo wśród zawodników ścigających się na zjazdach. Porte, Thomas czy Majka doznali poważnych kontuzji, ale prawda jest brutalna: wszyscy oczekiwaliśmy ostrego ścigania na zjazdach. I takie było, czego efektem były dotkliwe kraksy. 

    Dlaczego więc gdy oglądałem fruwające barierki i Jakobsena wypadającego z drogi na mecie w Katowicach największy mój największy gniew wzbudził nie faul Groenewegena a Czesław Lang i jego koncepcja trasy Tour de Pologne?

    Cóż, dyrektor TdP umiejętnie od lat narzuca nam swoją narrację, dorabiając do swoich, wyłącznie merkantylnych, wyborów chwytliwe nazwy. Idiotyczny i niebezpieczny finisz na zjeździe poprzedzony jazdą po dziurach ochrzcił “świątynią sprintu”, nadając brzydkiemu, nieatrakcyjnemu sportowo i niebezpiecznemu etapowi fałszywe znaczenie. Od lat prosił się o wypadek, który o mały włos nie skończył się fatalnie a wtórowali mu komisarze UCI przyznając wyścigowi wysokie oceny. 

    Sęk w tym, że sami kolarze jak również organizacja w założeniu broniąca ich interesów (CPA – związek kolarzy zawodowych) są zbyt słabi. Wyścigi zależne są od sponsorów i samorządów, które często dyktują układ tras, umiejscowienie finiszy czy premii. O harmonogramie decyduje ramówka telewizji. W sytuacji, gdy można zamknąć budżet dzięki milionowi (obojętne: złotówek czy euro) lub dwóm lub doprowadzić imprezę do bankructwa w imię “ciekawej trasy”, kompromisy stają się koniecznością. 

    Jeśli cierpi na tym atrakcyjność imprezy, bo zawodnicy ścigają się w nieciekawym, zurbanizowanym terenie zamiast po górskich przełęczy, jeszcze można to przeboleć. Gorzej, jeśli w imię zarobku (bezpośrednio w postaci umów z mecenasami lub pośrednio przez np. zbytnie radykalizowanie trasy i poszukiwanie widowni przez wzbudzanie kontrowersji) cierpią kolarze. 

    I żeby nie było wątpliwości, to nie jest problem tylko Langa i jego Tour de Pologne. Nie bez powodu etapy Tour de France potrafią prowadzić przez “kultowe” pirenejskie wzniesienia by następnie prowadzić peleton kilkadziesiąt kilometrów po płaskim do Pau. I nie bez przyczyny włoskie Giro co roku pcha się na potencjalnie oblodzone przełęcze i zjazdy w śnieżycy. 

    Nie zmienia to faktu, że oglądając TdP wielokrotnie przeklinam pod nosem Langa i Piaseckiego, którzy fundują i kolarzom i nam to co fundują. Bo wbrew temu, co sami deklarują pod wieloma względami do “Ligi Mistrzów” jest im bardzo daleko. A chciałbym, żeby było bliżej. No ale to już problem mój i moich oczekiwań. 

    Zdjęcie okładkowe: RAYMOND Wong on Unsplash

  • Ostatni taki wielki tour

    Ostatni taki wielki tour

    Vuelta a Espana 2017 była ostatnim wielkim tourem, w którym startowały drużyny złożone z dziewięciu kolarzy. Od nowego sezonu zobaczymy ośmioosobowe ekipy. Czy to coś zmieni?

    Mniej kolarzy w peletonie to – w teorii – większe bezpieczeństwo oraz niższe koszty. Zamiast 198 zawodników w kolumnie wyścigu będzie jechało 176. Teoretycznie więc będzie więcej miejsca na szosie, mniej kraks i zamieszania.

    Co więcej, również w teorii, odchudzone zespoły mają wyrównać szanse mniej zamożnych ekip, które nie mogą sobie pozwolić na zatrudnianie nieograniczonej liczby gwiazd z milionowymi kontraktami.

    Tyle tylko, że w wielu przypadkach liderzy są w stanie walczyć o zwycięstwo nawet bez kluczowych pomocników.

    W czasie Giro d?Italia z ekipy Vincenzo Nibalego (3. miejsce) we wczesnej fazie wyścigu wykluczono po bójce Javiera Moreno, zawodów nie ukończył też Giovanni Visconti. W Movistarze Nairo Quintany na mecie zabrakło Daniele Bennatiego, który wycofał się po 16. etapie. Co ważne, Tom Dumoulin musiał sobie radzić już w końcówce 9. etapu bez Wilco Keldermana, który wycofał się po kraksie u podnóża Blockhausu a Phil Bauhaus wycofał się na odcinku numer 17.

    Z kolei Chris Froome musiał sobie na trasie Tour de France radzić bez Gerainta Thomasa, który upadł na etapie numer 9 i wycofał się z wyścigu. Mimo to ekipa Sky i tak była w stanie odpierać ataki jadących w komplecie kolarzy Ag2r. Właściwie od początku w ósemkę jechali kolarze Movistaru, ponieważ Alejandro Valverde połamał się na trasie prologu, ale w tym przypadku nie miało to większego znaczenia dla wyniku Nairo Quintany, ponieważ Kolumbijczyk nie zregenerował się po Giro d?Italia.

    Na Vuelcie Nibalego już drugiego dnia opuścił Javier Moreno a drużyna Katiusza-Alpecin trzeciego w klasyfikacji Ilnura Zakarina skończyła hiszpańską etapówkę w sześcioosbowym składzie.

    Oznacza to tyle, że, owszem, dziewięciu kolarzom zapewne łatwiej jest walczyć o zwycięstwo, ale komplet nie jest niezbędny do osiągnięcia sukcesu.

    Ósemka w miejsce dziewiątki może oznaczać, że składy będą jeszcze bardziej ukierunkowane na jeden, konkretny cel: pomoc sprinterowi lub liderowi klasyfikacji generalnej. Może zabraknąć kolarzy bardziej uniwersalnych, którzy chętnie w ?wolnej chwili? szukają szans w ucieczkach ubarwiając rywalizację swoją odważną postawą.

    Dodatkową konsekwencją może być konieczność zmniejszenia liczby etatów wśród obsługi zespołu a także, docelowo, ograniczenie liczby kolarzy w drużynie jako takiej. Biorąc pod uwagę, że rynek jest mocno nasycony i często nawet wysokiej klasy zawodnicy mają problem ze znalezieniem pracodawcy, odchudzone składy na trasie wielkich tourów mogą odbić się wszystkim solidną czkawką.

    Krótko mówiąc, kolarstwo, a zwłaszcza wielkie toury zapewne nieco się zmienią. Jak bardzo, dowiemy się najwcześniej w maju, podczas Giro d?Italia.

  • Sagan wyrzucony z TdF – to jak karny w ostatniej minucie Mundialu

    Sagan wyrzucony z TdF – to jak karny w ostatniej minucie Mundialu

    Chaotyczny i pełen agresji finisz czwartego etapu Tour de France 2017 zakończył się upadkiem Marka Cavendisha i wyrzuceniem z wyścigu mistrza świata, Petera Sagana. To trudna i zarazem odważna decyzja sędziów.

    Nic nie zapowiadało katastrofy. Etap z Mondorf-Les-Bains do Vittel przebiegał zgodnie z przewidywaniami. Postawmy sprawę jasno: było niesamowicie nudno.

    Przed peletonem przez wiele kilometrów samotnie jechał Guillaume Van Keirsbulck (Wanty – Groupe Gobert), który, gdy grupy sprinterów wzięły się do pracy, stracił przewagę i został doścignięty.

    Ponieważ to wczesna faza wyścigu a i tempo od początku nie było zawrotne, przed finiszem zaczęła się ostra rywalizacja o pozycje. Na czele zmieniały się drużyny sprinterów, momentami brakowało szerokości drogi, by zmieścili się na niej wszyscy chętni.

    Niby nic szczególnego, ale na ok. 1200m przed metą na jednym z zakrętów upadło kilku kolarzy z czoła peletonu. Z przodu została wyselekcjonowana grupka najmocniejszych sprinterów, którzy czujnie uniknęli problemów.

    Szosa pięła się delikatnie w górę, potrzeba była więc nie lada siła, by nabierać prędkości. Sprinterzy zmieniali tor jazdy, z lewej na prawą pędził Arnaud Demare a za nim Mark Cavendish. Brytyjczyka, podobnym torem jazdy dco Demare spróbował minąć Peter Sagan, ale wszystkich zaczęło jeszcze bardziej znosić w prawo. Sagan wystawił łokieć i Cavendish poleciał na barierki.

    Etap wygrał, ewidentnie najmocniejszy Demare, który nota bene znów wrócił na lewą stronę, za nim do kreski dotarli Sagan i Kristoff. W leżącego Cavendisha wpadł jeszcze Degenkolb.

    Skruszony mistrz świata przeprosił poturbowanego rywala, ale sędziowie, zgodnie z przewidywaniami przesunęli go na ostatnie miejsce w grupie i odebrali punkty.

    Wkrótce potem podjęli jednak bardziej drastyczną decyzję. Słowak został wykluczony z wyścigu!

    To spora kontrowersja, równa podyktowaniu rzutu karnego w ostatniej minucie piłkarskich mistrzostw świata. Owszem, Sagan faulował, ale powiedzmy sobie szczerze: to był bardzo chaotyczny i pełen agresji sprint, w czasie którego reguły naginali wszyscy uczestnicy.

    Kontynuując piłkarską abalogię, pod bramką za koszulki łapali się wszyscy, ale sędzia zauważył przewinienie tylko jednego zawodnika.

    Co ciekawe, sam Cavendish zdecydowanie nie jest aniołkiem i często finiszuje na granicy zasad. W grupie walczących o zwycięstwo zawodników znalazł się Nacer Bouhanni, który często jest karany za niebezpieczną i agresywną jazdę.

    Kolarski sprint to nie jest gra dla małych chłopców, ale równocześnie trzeba pamiętać o przestrzeganiu jakiś elementarnych prawideł.

    Dziś przesadzali wszyscy, najbardziej oberwało się Saganowi. To duża kontrowersja, duża strata dla wyścigu, ale też poważne osłabienie ekipy Bora – Hansgrohe i Rafała Majki. Sagan, choć jest niekwestionowaną gwiazdą, wielokrotnie pokazywał, że potrafi pomagać kolegom z zespołu, jego wykluczenie z jednej strony więc wyjaśnia sytuację Polaka (jest jedynym liderem ekipy), ale równocześnie ją komplikuje.

    Ponieważ w sprincie nie uczestniczył Marcel Kittel (stracił czas w poprzedniej kraksie), wykluczono Sagana a Demare wydaje się być w bardzo wysokiej formie, to właśnie Francuz z ekipy FDJ jest teraz faworytem do zdobycia zielonej koszulki najlepszego sprintera.

    Na swoją szóstą i wyrównanie rekordu Erika Zabela Sagan musi poczekać jeszcze rok.

  • Chiński kask rowerowy – tak czy nie?

    Chiński kask rowerowy – tak czy nie?

    Temat chińskich podróbek wraca jak bumerang. Czy to łamiące się kierownice, pękające obręcze, podejrzane ramy z naklejkami znanych marek czy wreszcie kaski. Pytanie dnia brzmi: ?a co, jeśli podobny sprzęt można legalnie kupić w sklepie?

    Podrabiane komponenty rowerowe budzą kontrowersje z kilku powodów.

    Najważniejszy to oczywiście bezpieczeństwo. W przypadku znanej marki wiemy może nie kto wyprodukował daną rzecz, ale przynajmniej podmiot, do którego możemy zgłosić się z ewentualnym roszczeniem jest znany. Gdy mowa o imporcie podróbek z chińskich serwisów aukcyjnych, kosztem niskiej ceny otrzymujemy brak gwarancji. Nie tylko tej ?prawnej?, ale również nikt swoją twarzą, nazwiskiem, nipem i regonem nie gwarantuje, że jego produkt jest bezpieczny.

    Drugi element to wątpliwości natury etycznej. Naruszanie dóbr intelektualnych, w tym wypadku unikatowego projektu to kiepska sprawa. Celowe kupowanie podrobionego produktu w sytuacji, gdy nie stoi za tym manifest światopoglądowo-polityczny jest słabe.

    Co więcej, choć w branży rowerowej o tym mówi się mało, azjatyccy podwykonawcy często nie tylko naruszają prawa autorskie, ale też prawa pracy czy prawa człowieka. Nie wiem, jaką wagę do tego problemu przykładają duże marki kolarskie, ale mogę przypuszczać, że ktoś, kto działa na granicy przyzwoitości, również w tej materii może naginać zasady.

    Trzeba jednak pamiętać, że w wielu przypadkach opłata, jaką ponosimy za gwarancję, markę, projekt, r&d jest duża, czasem bardzo duża, biorąc pod uwagę, że, mimo wszystko wiele (co ważne – nie wszystkie!) produktów ?Logo?, ?Fake Logo?, ale też i ?No Logo? powstaje w zbliżonych, jeśli nie tych samych warunkach.

    Nieoryginalne kaski to sprawa szczególna, ponieważ dotyczy naszego bezpieczeństwa i integralności naszych czaszek. Z tematem dość dosadnie rozliczył się Tomek Hoppe z mtb-xc.pl, na tapetę biorąc oryginały i podróbki kasków Specializeda. Wideo możecie obejrzeć poniżej.

    W skrócie prezentacja polega na połamaniu podrabianego kasku w rękach oraz rzucaniu skorupami o betonowy słupek. Choć nieoczywistą, ale mimo wszystko przewagę mają oryginały, czemu mimo wszystko trudno się dziwić. Morał jest jednak taki, że lepiej jeździć w kasku jakimkolwiek niż w ogóle bez, bo jaki by nie był ten styropian, który ubieramy na głowę, i tak trochę ochrony nam zapewni.

    I teraz na scenę wchodzą dyskonty. Markety. Ale też marki rowerowe, niekoniecznie specjalizujące się w produkcji kasków.
    Mniej więcej równo z publikacją wideo, Biedronka wprowadziła do oferty kaski za ok. 60zł. Konstrukcyjnie jest im bardzo blisko do pierwszego z testowanych podróbek Speca. Ba, nawet system mocowania i zintegrowana lampka są właściwie identyczne. Podobny sprzęt mają w swojej ofercie Lidl, sieci hipermarketów czy marketów sportowych, korzystając albo z autorskich wzorów albo po prostu z projektu fabryki.

    Takie, sprzedawane na unijnym rynku kaski mają atesty, są dopuszczony do obrotu i można się spodziewać, że spełniają swoją funkcję ochronną.

    Ba, można oczekiwać, że działają tak samo jak 4-5 razy droższe modele np. z logo producentów rowerów, którzy w poszukiwaniu zysków oferują bowiem już nie tylko kompletne rowery i ramy solo, ale też całe kolekcje odzieży i akcesoriów.

    Wiele z nich nie robi nic innego jak Biedronka czy Lidl, czyli po prostu wybiera z chińskiego katalogu model, zamawia kolor i naklejkę, pakuje do swoich pudełek i sprzedaje klientom.

    Kontakt organoleptyczny wskazuje na podobne pochodzenie. Paski, zapięcia, detale laminowania skorupy, siatki, wkładki, daszki i ich mocowania są takie same w kaskach marki A, B, Dyskontu i? ?chińskiej podróbce?.

    Co więcej, cechą wspólną większości tych kasków jest stosunkowo niska masa: zaprezentowany na wideo brak szkieletu to jedno, ale drugim, charakterystycznym elementem jest ?rzadsza? struktura tworzywa, z którego wykonany jest kask. W połączeniu z mniejszą ilością zewnętrznej skorupy daje to niższą masę niż topowe modele marek stricte specjalizujących się w ochronie głowy.

    Mogę się założyć, że każdy z nich, jak na filmach, można zarówno połamać w rękach jak i, przy uderzeniu w twardą przeszkodę, ochroni naszą głowę.

    Dokładnie tak samo wygląda to z rynkiem wsporników, kierownic czy odzieży, gdzie kolejne marki wyrastają jak grzyby po deszczu, nie wspominając już o wyposażeniu kompletnych rowerów w sygnowane własnym logo komponenty. Wszystkie one mają atest, domyślnie są bezpieczne i bezstresowo można ich używać, co najwyżej odczuwając pewne różnice w ergonomii czy komforcie.

    Czy to zatem znaczy, że w zasadzie sprawa jest pozbawiona znaczenia i jeśli nie mamy wątpliwości natury etycznej, można kupować co się chce?

    Cóż, być może tak, ale nie do końca. Mimo wszystko, tak jak wspomniałem na wstępie, za logo marki – czy to rowerowej, marketu czy nawet dyskontu – stoi, wcześniej czy później, określona osoba, procedura, regulamin i prawo.

    Pęknięty mostek czy urwany pasek kasku może doprowadzić do kalectwa lub śmierci. Bąbel powietrza w laminacie obręczy, widelca lub ramy może zakończyć się katastrofą na szybkim zjeździe. Co więcej, takie błędy zdarzają się zarówno firmom ?krzak? jak i globalnym markom. Różnica jest taka, że jakkolwiek nie lubilibyście globalnych marek, można od nich dochodzić swoich praw. Od producenta podróbek – nie.

    Dla mnie kolarstwo jest emocjonujące samo w sobie i nie szukam dodatkowych emocji grając w rosyjską ruletkę przy pomocy części, co do których jakości mam wątpliwość. Ale każdy robi to, co lubi.

  • Drogowy terroryzm

    Drogowy terroryzm

    Michele Scarponi nie jest pierwszym kolarzem, który zginął na treningu potrącony przez samochód. Był znany, był ceniony, ale to nie ustrzegło go przed strasznym losem.

    Scarponi to mistrz kolarstwa szosowego. Owszem, jak wielu swoich rówieśników (rocznik 1979) miał w przeszłości kontakt z dopingiem. Owszem, zwycięstwo w Giro d’Italia dostał w spadku po zdyskwalifikowanym Contadorze. Ale i tak należał do elity. Był jednym z tych, nielicznych ludzi na ziemi, którzy są w stanie walczyć o wygranie trzytygodniowego wyścigu, zarówno dla siebie, jak i w służbie lidera drużyny.

    Z wypowiedzi jego przyjaciół, wstrząśniętych wiadomością o śmierci, można wywnioskować, że był też, po prostu, dobrym człowiekiem. A przy tym zabawnym, który potrafił wprowadzić uśmiech w serca całego, kolarskiego świata.

    I nie ma go już wśród nas.

    Zginął uderzony przez samochód, na treningu, nieopodal swojego domu. Kierowca nie zauważył go wjeżdżając na skrzyżowanie.

    Tak jak przynajmniej jeden ze znajomych każdego z nas. Bo (niemal, a może nawet bez „niemal”) każdy z nas stracił w takich okolicznościach bliską osobę, kolegę, koleżankę lub przynajmniej kogoś, komu serdecznie mówił „cześć”.

    Niemal każdy z nas doznał w przeszłości urazu spowodowanego przez kierowcę samochodu i każdy, absolutnie każdy z nas, kolarzy i rowerzystów, doświadcza ze strony prowadzących pojazdy spalinowe zagrożenia oraz przemocy podczas każdej wycieczki, treningu lub nawet jazdy do pracy.

    Kierowcy samochodów każdego dnia wybijają nas, jednego po drugim, od mistrzów zawodowego peletonu, przez cykloturystów, listonoszy, pracowników biurowych, dzieci zmierzające do szkół po przysłowiowe „baby na wigry 3” jadące do wiejskiego sklepu, i robią to z większą skutecznością niż amerykańskie drony bombardują terrorystów w górach Afganistanu.

    A przecież my nigdy nie podłożyliśmy żadnej bomby, o zniszczeniu żadnego WTC nie wspominając.

    Bez wypowiedzenia wojny, bez powodu i często bez konsekwencji, jesteśmy rozjeżdżani, łamani, ranieni, turbowani i zabijani.

    To nie my siejemy terror.

    Nie dajmy się oszukać. Wraz z nadejściem wiosny, kolejni rzecznicy komend ruchu drogowego, specjaliści bezpieczeństwa komunikacyjnego będą rozpraszali odpowiedzialność czy nawet cedowali ją na nas i na naszych współbraci w krzywdzie – pieszych – wraz z wtórującymi im z poważną miną prezenterami telewizyjnych wiadomości.

    To bzdura.

    Nawet niefrasobliwie jadący rowerzysta nie jest tak niebezpieczny jak samochód wymuszający pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Ba, nawet pijany pieszy nie powoduje takiego zagrożenia jak kierowca wybierający jazdę 100km/h w terenie zabudowanym, wyprzedzający na pasach, omijający „na gazetę” i nie sygnalizujący swoich manewrów.

    Bo to w pierwszej kolejności na nim – kierowcy spoczywa odpowiedzialność. Bo to on trzyma odbezpieczony pistolet przy głowie bezbronnej osoby. W bryczce. Jadącej po bruku. Bo tym samym jest nieodpowiedzialne prowadzenie 1,5t rozpędzonego metalu.

    To nieprawda, że kolarze, rowerzyści i piesi giną w wypadkach. Jesteśmy zwyczajnie mordowani.

    A może wystarczyłoby, gdyby takie samo zachowanie prowadzący samochody prezentowali nie względem rowerzystów i pieszych, a względem wiozących gruz, rozpędzonych Kamazów?

    Wtedy w kolejnych procesach kierowców nie zapadałyby wyroki w zawieszeniu, bo wydawane byłyby,  nie jak teraz, przez przedstawicieli systemu jednoznacznie preferującego silniejszą ze stron, a przez jedynego we wszechświecie sędziego obiektywnego i sprawiedliwego – śmierć.

    Zdjęcie okładkowe: Fabio Mo 83, wikimedia commons, CC BY 2.0

  • Livall – kask rowerowy z plusem

    Livall – kask rowerowy z plusem

    Pomyśl o dowolnej czynności lub rzeczy. A teraz włącz telefon i przekonaj się, że do każdej z nich jest odpowiednia aplikacja. Jak się okazuje, do kasku rowerowego również. O ile jest to kask ?smart?.

    Livall powstał dzięki skutecznej kampanii crowdfundingowej na portalu Indiegogo. Bardzo skutecznej, co warto podkreślić, ponieważ pomysłodawcy zebrali dwukrotność potrzebnej kwoty, w sumie ponad $100.000.

    Kask ze zintergowanym oświetleniem, zestawem głośnomówiącym, powiadomieniem o wypadku i łącznością z zewnętrznymi czujnikami przemówił do wyobraźni inwestorów jako przykład ?smart? sprzętu outdoorowego.

    Livall szybko trafił na rynek i znalazł polskiego importera. Co ciekawe, związanego z branżą elektroniczną a nie rowerową.

    Jeśli popatrzymy nie tylko na kolarstwo, ale szerzej pojęty outdoor, elektronika i ?smart? przedmioty śmiało wkraczają w naszą rzeczywistość. Współczesna, topowa szosówka w zasadzie bez niej nie istnieje. Od sterowania przerzutkami przez czujniki dosłownie wszystkiego? dramatem rowerzysty XXIw jest sytuacja, gdy przy awarii serwerów niemożliwe staje się wgranie danych z przejażdżki na Stravę zaraz po wciśnięciu przycisku ?stop?.

    Tak czy inaczej, to jest nasza codzienność i, jeśli się zastanowić, poza ?czczym gadżeciarstwem? znajdziemy w niej sporo wartości dodanej.

    W tym miejscu na scenę wchodzi Livall, ze swoim ?smart? kaskiem. Początkowo byłem nieco sceptycznie nastawiony do niego, bo choć cenię innowacje, sam dokonuję raczej konserwatywnych wyborów, jeśli chodzi o używany przeze mnie sprzęt.

    Livalla kojarzyłem właśnie ze względu na crowdfunding, nawet wrzuciłem go jako ciekawostkę w jednym z porannych wydań ?loverove?. Pomysł, żeby sprawdzić działanie ?kasku z internetu? wydał się więc intrygujący, nawet, jeśli sądziłem, że to raczej propozycja raczej do użytku miejskiego czy rekreacyjnego. Ale skoro i tak codziennie dojeżdżam rowerem do pracy, to czemu nie…

    Kask Livall - waga
    Kask Livall na wadze. Srebrny element to głośnik.

    Livall - pilot bluettoth
    Pilot bluetooth sterujący funkcjami kasku livalla

    Okazało się, że po pierwsze, kask wygląda jak normalny kask ?sportowy?, co więcej, mimo zamontowanej w nim elektroniki waży całkiem przyzwoicie: 286g dla rozmiaru ?M? to bardzo dobry wynik.

    Po drugie dobrze leży na głowie, ilość i usytuowanie otworów sugeruje właściwą wentylację, regulacja i dopasowanie są przemyślane. Jeździłem więc w nim zarówno po szosie oraz w terenie i w obu zastosowaniach spisał się dobrze. Na tyle, że nie brałem go pod uwagę jako sprzęt do miasta, tylko zamiennik swoich kasków na trening.

    Pytanie, co z ?funkcjami smart?? Cóż, jest ich multum. Livall ma wbudowane oświetlenie: zarówno czerwone: stałe i pulsujące jak również ?kierunkowskazy?. Do tego wbudowane głośniki i mikrofon, dzięki czemu można zarówno słuchać muzyki jak i prowadzić rozmowy telefoniczne oraz wywołać migawkę aparatu fotograficznego. Do tego, po sparowaniu z telefonem, w przypadku poważnej kraksy wysyła na wskazany numer wiadomość alarmową. Z wiadomych względów tej funkcji nie testowałem, testować nie zamierzam i mam nadzieję, że wy też nie będziecie musieli. Ale brzmi dobrze i na tym poprzestańmy.

    Pilot Livall na kierownicy
    Pilot Livall na kierownicy

    Kaskiem można sterować za pomocą smartfona albo pilotem mocowanym na kierownicy oraz przyciskami umieszczonymi z przodu kasku. Telefon, pilota i kask łączymy przez bluetooth, sprzęt ładuje się przez standardowy kabel USB.

    I teraz pytanie, czy to wszystko jest potrzebne?

    Cóż, w czasie jazdy nie słucham muzyki, więc dla mnie ta funkcja odpada. Ale, jeśli wy słuchacie, to w przypadku Livalla ma to sens. Wbudowane głośniki zaskakująco dają radę, dźwięk dociera do uszu a przy tym nie odcina od bodźców z zewnątrz jak klasyczne słuchawki.

    Screenshot z aplikacji LivallRiding
    Screenshot z aplikacji LivallRiding

    Na pewno spory sens ma możliwość prowadzenia rozmów. Mikrofon fajnie zbiera głos, głośniki, jak w przypadku muzyki, sprawdzają się.

    ?Kierunkowskazy? w teorii są typowym gadżetem – zgodnie z Prawem o Ruchu Drogowym nie zastępują sygnalizowania skrętu ręką, ale mają jedną, istotną zaletę. Póki taki kask nie stanie się powszechny, zwraca na siebie uwagę, a co za tym idzie na tego, kto ma go na głowie. A to duży krok w stronę poprawy bezpieczeństwa.

    https://www.instagram.com/p/BRdy3yAjXDt/?taken-by=xouted

    Z kolei wbudowane, czerwone ledy, które w ciągu dnia są niewidoczne, po zmroku okalają sporą część tyłu głowy. Jest ich na tyle dużo i świecą pod różnymi kątami (w tym lekko z boku), że zarówno w mieście i na szosie robią dobrą robotę.

    Ponieważ często jeżdżę o wschodzie słońca i zdarza mi się rozmawiać przez telefon w czasie jazdy, właśnie te dwie funkcje: poprawa widoczności i zestaw głośnomówiący są dla mnie najważniejsze.

    https://www.instagram.com/p/BRQb7QSDjRR/

    Aplikacja, która nagrywa dane z jazdy będzie raczej pomocna użytkownikom, dla których Livall będzie wejściem w świat sportowych aplikacji. Raczej nie przekona fanów Stravy czy nawet Endomondo do ich porzucenia, będzie więcej służyła do komunikacji z kaskiem i pilotem.

    Tak czy inaczej, Livall w ciekawy sposób wyznacza kierunek, w którym może iść sprzęt rowerowy w erze wszechobecnej elektroniki. Nie tracąc nic z właściwych sobie funkcji (czyli bycia fajnym kaskiem rowerowym) dodaje kolejne funkcje, zarówno związane z bezpieczeństwem jak i rozrywką. I to wszystko razem wzięte jest bardzo ok!

    PS Do kasku dostępne są również dodatkowe akcesoria, w tym interesująco zapowiadający się czujnik kadencji montowany w osi suportu.

    Więcej informacji znajdziecie na stronie http://livall.pl/.

    Materiał powstał we współpracy z importerem kasków Livall, firmą Horn Distribution S.A.

  • Top 10 kolarskich wydarzeń 2016: (nie)bezpieczeństwo

    Top 10 kolarskich wydarzeń 2016: (nie)bezpieczeństwo

    Coraz szybsze tempo rozgrywania wyścigów. Coraz większa presja wyniku, poszukiwanie zysków gdzie tylko się da. Efekt? Dramatyczne kraksy, których skutki wniosły słowo ?bezpieczeństwo? do codzienności relacji z imprez kolarskich.

    Pisałem już o ?Protokole Ekstremalnych Warunków Pogodowych?, który niewątpliwie jest krokiem w dobrą stronę. Mimo to, kolarze częściej niż z powodu niebezpiecznej aury, cierpieli w wypadkach albo bezpośrednio w peletonie albo przez nierozważnie poprowadzoną trasę albo w kontakcie z pojazdami kolumny wyścigu.

    Choć wydaje się, że kumulację poważnych kraks mieliśmy w sezonie 2015, to jednak w 2016r po wypadku na trasie Gandawa-Wevelgem zmarł Belg Antoine Demoitié a po kraksie w trakcie Tour of Belgium Stig Broeckx wybudził się ze śpiączki dopiero po pół roku.

    Mimo wciąż podnoszących kwestii bezpieczeństwa, w końcówkach, nawet poważnych wyścigów, znajdowały się niezabezpieczone słupki czy znaki drogowe, motocykle wjeżdżały w peleton lub cudem unikały trafienia w grupę kolarzy a podczas jednej z najbardziej eksponowanych imprez sezonu, Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro jeden ze zjazdów był wyjątkowo śliski i niebezpieczny, co zakończyło się poważnymi upadkami Richiego Porte, Vincenzo Nibalego i Annemiek van Vleuten.

    Ba, nawet na Tour de France zdarzały się wpadki. Na Mont Ventoux zabrakło barierek, co przy skróconej trasie (zgodnie z „Protokołem Pogodowym”) spowodowało, że nie udało się okiełznać kibiców (w tym jednego z naszych rodaków) a w Pirenejach tuż przed metą na kolarzy spadła pozbawiona zasilania pneumatyczna brama.

    Pomysłów na wyjście z tej, trudnej, przykrej i często mającej poważne konsekwencje sytuacji jest wiele. Zaczęto wprowadzać objazdy dla motocykli, by choć część kolumny wyścigu poruszała się po innej trasie niż kolarze. Na niektórych imprezach ograniczono liczbę pojazdów towarzyszących peletonowi, UCI postanowiła certyfikować umiejętności kierowców a organizatorzy wielkich tourów i najważniejszych klasyków wyszli z propozycją zmniejszenia drużyn o jednego kolarza, co w sumie ma zmniejszyć liczbę znajdujących się na trasie zawodników o 20 lub więcej.

    Czy działania te sprawią, że na wyścigach będzie bezpieczniej? Zobaczymy. Oczywiście szkoda, że do dyskusji na ten temat dochodzi właściwie tylko po jakiś dramatycznych wydarzeniach, ale temat poprawy warunków pracy kolarzy pojawia się coraz częściej. Dobrze byłoby, gdyby wszyscy zainteresowani: UCI, organizatorzy wyścigów, właściciele drużyn i co najważniejsze, sami sportowcy, szybciej dochodzili do porozumienia, ale ważne, że kwestia bezpieczeństwa nie jest zamiatana pod dywan.

    Pytanie tylko, czy gdy już zostaną wdrożone odpowiednie procedury i przepisy, presja lepszego wyniku, lepszego ujęcia, wcześniej podanej informacji, sprawniej podanego bidonu nie sprawi, że zwolniona przestrzeń nie zostanie szybko zapełniona i wrócimy do obecnej sytuacji.

  • A może by tak zmniejszyć peleton?

    A może by tak zmniejszyć peleton?

    Jak poprawić bezpieczeństwo kolarzy? Czy ?Protokół Ekstremalnych Warunków Pogodowych? to dobry pomysł i jak często należy go stosować? Ilu zawodników powinno startować w wyścigach World Touru? Po deszczowym Tour de Pologne pojawiło się kilka ciekawych propozycji.

    Tuż po zakończeniu naszego wyścigu podczas którego peleton został przetrzebiony przez paskudną aurę a jeden z etapów odwołano miałem okazję spotkać się z kolarzami ekipy Trek Segafredo.

    Była to część ?road showu? organizowanego przez sponsora zespołu, włoskiego producenta kawy, markę Segafredo. Poza tym, że wypiłem osiem espresso i sam nauczyłem się przyrządzać kawę zgodnie ze wszystkimi zasadami sztuki, w czasie spotkania padło wiele intrygujących stwierdzeń. O wiele więcej niż można by się spodziewać po ?evencie reklamowym?.

    Trek-Segafredo-Tour-de-Pologne-1
    Zanim spotkaliśmy się z kolarzami wypiłem chyba z osiem espresso ;)

    Poza kawą, głównym tematem była oczywiście pogoda i bezpieczeństwo zawodników. Odwołany etap Tour de Pologne w Bukowinie Tatrzańskiej to z jednej strony pewne rozczarowanie, z drugiej wyraz nowego podejścia w organizowaniu wyścigów kolarskich.

    Niełatwą decyzję podjęto kolektywnie, w porozumieniu organizatora zawodów, komisji sędziowskiej i najbardziej zainteresowanych, czyli kolarzy.

    Jeśli słyszeliście, że tradycyjne obyczaje w zawodowym peletonie upadają, wygląda na to, że były to plotki. Tak jak niegdyś, kolarzy nadal reprezentują najbardziej utytułowani zawodnicy cieszący się szacunkiem kolegów.

    Powolna jazda peletonu na pierwszej i, jak się później okazało, jedynej rundzie wokół Bukowiny, była spowodowana nie tylko zimnem i ograniczoną widocznością, ale też faktem, że po szosie zlewało się tak dużo wody, że trudno było dojrzeć jakiekolwiek nierówności a to powodowało spore zagrożenie dla bezpieczeństwa ścigających się kolarzy.

    Trek-Segafredo-Tour-de-Pologne-2
    Fabio Felline opowiada o swoim powrocie do peletonu

    Zawodnikom Trek-Segafredo neutralizacja rywalizacji i odwołanie etapu dało chwilę oddechu. Z ośmioosobowego składu zostało ich w peletonie Tour de Pologne tylko trzech, a do tego doświadczony Fumiyuki Beppu był mocno poobijany. W takich warunkach we trójkę byłoby im trudno obronić dobrą pozycję, jaką Fabio Felline zajmował po etapie do Zakopanego.

    https://www.youtube.com/watch?v=rhRxzwiok78

    Jeśli nazwisko Włocha nic Wam nie mówi, to może przypomnicie sobie zawodnika, który podczas Amstel Gold Race pechowo upadł na twarz na jednym z podjazdów. Doznane kontuzje twarzy i kręgosłupa spowodowały, że Fabio wrócił na rower zaledwie kilka tygodni przed TdP, był to jego pierwszy od wiosny start w World Tourze. Mimo to dobrze odnalazł się na chaotycznym etapie do Zakopanego, po którym zajmował czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej a dzięki skutecznej czasówce na ulicach Krakowa zdołał awansować na drugą lokatę, co jest jego najlepszym wynikiem w karierze.

    Ponieważ z Tour de Pologne wycofało się wielu kolarzy, część z powodu hipotermii, ale część z powodu upadków, ciekawą propozycję przedstawił dyrektor sportowy ekipy Trek Segafredo, Dirk Demol.

    Na pytanie, skąd biorą się coraz częstsze i coraz poważniejsze wypadki w peletonie zasugerował, że być może nie tylko należałoby ograniczyć liczbę pojazdów (motocykli, samochodów) w kolumnie wyścigu, ale też? wyraźnie zmniejszyć sam peleton. Jego pomysł to start 20 drużyn po siedmiu kolarzy każda. To daje 140 osób zamiast obecnie często spotykanych 200 (25 ekip po 8 zawodników). W ten sposób nawet na wąskich szosach i przy wysokim tempie łatwiej o zachowanie bezpieczeństwa.

    Dirk Demol sugeruje ograniczenie wielkości peletonu do 140 kolarzy
    Dirk Demol sugeruje ograniczenie wielkości peletonu do 140 kolarzy

    Biorąc pod uwagę, że Demol w swojej karierze kolarza wygrał ?Piekło Północy?, czyli Paryż-Roubaix (w 1998r), jego zdanie na temat bezpieczeństwa na trasach wyścigów należy uznać za istotne.

    Kolejną sprawą jest respektowanie prawa zawodników do bardziej godnych warunków pracy. ?Protokół Ekstremalnych Warunków Pogodowych? zastosowany podczas Tour de Pologne to wyraz zmian, jakie zachodzą w kolarstwie. Do pogodzenia jest oczywiście wiele interesów: organizatora wyścigu, jego sponsorów, gmin, które inwestują w promocję wspierając wyścig na swoim terenie, sponsorów drużyn a także kibiców np. planujących swoje urlopy i przejeżdżających wiele kilometrów, by przez kilka chwil, stojąc przy trasie dopingować kolarzy.

    Mimo to fakt, że raz na jakiś czas istnieje możliwość, w porozumieniu z peletonem, odwołania, skrócenia lub zmiany trasy zawodów jest cenną nowością docenianą przez zawodników.

    Z resztą, na co sami zawodnicy Trek Segafredo zwrócili uwagę, są zawodowcami i są przygotowani i przyzwyczajeni do rywalizacji w trudnych warunkach, jak również do codziennego podejmowania ryzyka, ale mimo wszystko granice zdrowego rozsądku powinny być zachowywane.

    Bo widowisko widowiskiem, bycie twardzielem, czyli chleb codzienny kolarza zawodowego swoją drogą, ale by wyścigi nie stały się tylko pustym show a nadal niosły za sobą pewne, niezmienne wartości, to właśnie rozsądek jest jednym z najbardziej pożądanych elementów całej układanki.

    Lubisz dobrą kawę? Sprawdź, jak zostać prawdziwym, kawowym koneserem :)

  • Loverove 21.10.2015

    Loverove 21.10.2015

    Loverove na środę, specjalnie dla Was:

    1. Jak się czuje mijany „na gazetę” rowerzysta?

    To wideo bardzo obrazowo prezentuje znany nam wszystkim problem. Udostępniajcie, może dotrze do głów z mniejszą wyobraźnią:

    2. Wielka, żółta pętla, czyli trasa Tour de France 2016

    Dwie indywidualne czasówki (w tym jedna górska), cztery finisze na podjeździe, Mont Ventoux w Dniu Bastylii, kilka nowych szos prowadzących pod górę. Do tego ciekawe, mimo że w większości płaskie, pierwsze dni w Normandii. Całość wygląda na dobrą trasę preferującą uniwersalnych, mocnych kolarzy.

    tdf2016

    I całość w wersji wideo:

    3. Rower vs. McLaren 675LT na ulicach Nowego Jorku

    Kto jest szybszy?

    Jedno pytanie: dlaczego redakcja zajmującego się nowymi technologiami magazynu Mashable przeczepiła do głowy kolarza tak wielką kamerę?