Kategoria: natemat.pl

  • Wyścig po odkupienie

    Wracający z banicji Hiszpanie: Alberto Contador i Alejandro Valverde scierają się na trasie swojego narodowego touru. Gra toczy się o wysoką stawkę. Nie tylko o sportową przyszłość, ale też o serca kibiców.

    To nie jest najbardziej oczekiwany pojedynek tegorocznej Vuelta a Espana. Rywalizacja ?Clenbuterol? – ?Piti? ma za to o wiele więcej podtekstów niż typowe kibicowanie faworytom: Rodriguezowi i Froome?owi. Zapomnę na chwilę o zawodniakach Sky i Katushy by skupić się na innej historii: dwóch hiszpańskich kolarzy w podobnym punkcie kariery.

    Gdy jeszcze mało kto słyszał o Alberto Contadorze, Alejandro Valverde był już ?cudownym dzieckiem? iberyjskiego sportu. Doświadczający pustki na pozycji faworyta wielkich tourów po odejściu Miguela Induraina Hiszpanie doczekali się kolarza kompletnego. Szybki, wytrzymały, skuteczny w górach, jako dwudziestotrzylatek brylował na trasie Vuelta a Espana 2003. Wygrywał etapy i zajął znakomite, trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. Rok później powtórzył swój sukces, do tego świetnie sprawował się w mniejszych, ale prestiżowych wyścigach. Gdy ekpia Kelme upadła, znalazł zatrudnienie u Euzebio Unzue, twórcy sukcesów wspomnianego Induraina i od razu, debiutując w Tour de France, wygrał górski etap, pokonując na finiszu Lance?a Armstronga. Był to dla niego rodzaj przekleństwa. Od tego momentu w każdym z wielkich tourów stawiany jest w roli murowanego faworyta. Po triumf sięgnął tylko raz. Mając 29 lat (2009r) triumfował w ?swojej? Vuelcie.

    Valverde, tak jak wielu innych kolarzy, odnoszących sukcesy w pierwszej dekadzie XXIw został naznaczony piętnem dopingu. Niewątpliwie utalentowany i błyskotliwy zawodnik stał się ofiarą połączenia talentu, sukcesu oraz systemu, w którym funkcjonował. Być może najlepsze lata kariery spędził na walce nie z rywalami na szosie a z władzami federacji kolarskiej oraz służbami dopingowymi. Jeżdżąc w ekipie Kelme, gdzie lekarzem był niesławny hematlog, Eufemiano Fuentes (z którego usług korzystali najwybitniejsi kolarze epoki) trafił w wir niedozwolonego wspomagania na najwyższym poziomie zaawansowania. Długo zaprzeczał, ale parol zagięli na niego Włosi, którzy na bazie próbek pobranych podczas wizyty peletonu Tour de France w ich kraju porównali DNA Valverde z próbkami znalezionymi w laboratorium Fuentesa. Po długiej batalii, wielu miesiącach z ograniczoną możliwością startów Valverde ostatecznie został odesłany na dwuletnie, przymusowe wakacje. W tym czasie uczciwie trenował, pod koniec zawieszenia, częściowo incognito, startował w wyścigach amatorskich, cały czas ciesząc się wsparciem ze strony swojego pracodawcy: drużyny Movistar. W sezon 2012 wszedł mocno, w swoim stylu walcząc na trasach tygodniowych etapówek by w lipcu triumfować na jednym z etapów Tour de France. Co jest istotne, Valverde, znany również jako ?Piti? (imię psa, pod którym figurował w notatkach Fuentesa) nie miał nigdy pozytywnego wyniku kontroli antydopingowej a ukarany został na podstawie zgromadzonych dowodów świadczących o jego uczestnictwie w takim procederze.

    Alberto Contador, Alejandro Valverde

    Alberto Contador, Alejandro Valverde ? Fot. VirtKitty Wikimedia Commons, CC BY SA 3.0, Ludovic Péron, Wikimedia Commons, CC BY SA 3.0

    Sprawa Contadora jest na tyle kontrowersyjna i głośna, że trafiła nawet do mainstreamowych mediów. W obliczu dyskwalifikacji i odebrania dwóch zwycięstw w wielkich tourach przeszłość ?El Pistolero? chowa się w cieniu. Trzeba jednak pamiętać, że tak jak Valverde, Contador również poznał Eufemiano Fuentesa. Ścigając sie w ekipie Liberty Seguros miał od hiszpańskiego ?doktora zło? przyjmować jedynie plany treningowe a nie transfuzje i EPO. Taką wersję przyjął sędzia Serrano prowadzący dochodzenie „Operation Puerto”, który sprawę skrzętnie zamiótł pod dywan i umożliwił wschodzącej gwieździe rodzimego kolarstwa na wygranie czterech wielkich tourów (2x Tour de France, po razie Giro d?Italia i Vuelta a Espana). W międzyczasie kolarstwo nieco się zmieniło a Contador wygrywał nadal. Trudno stwierdzić dlaczego, ale w precyzyjnym planie ktoś mimo wszystko popełnił błąd. Również na Contadora znaleziono stosowne dowody i musiał on na pewien czas odpokutować za swoje winy.


    Podczas dyskwalifikacji Alberto Contador trenował i budował swój wizerunek uczestnicząc w reklamach.

    W przeciwieństwie do Valverde, przerwę od ścigania miał krótszą, bo zaledwie półroczną. Ponieważ miał pozytywny wynik testu antydopingowego, anulowano rezultaty, które uzyskał od dnia feralnej kontroli. W ten sposób skrócono realny czas nieobecności w peletonie. Jego dyrektor sportowy obdarzył go zaufaniem, utrzymał na etacie i postawił jasny cel: kilka tygodni po powrocie z banicji Contador ma wygrać Vueltę. W ten sposób po raz pierwszy będzie mierzył się z Alejandro Valverde na niemal równych prawach.

    Choć teoretycznie ma pomagać ubiegłorocznemu triumfatorowi: Juanowi Jose Cobo, to właśnie Valverde jest naturalnym rywalem Contadora. Cały sezon ma dobry a od lipca i Wielkiej Pętli jego forma rośnie. Z kolei Alberto wydaje się nie odczuwać skutków dyskwalifikacji, z ochotą walczył w niesprzyjającym mu terenie podczas niderlandzkiego Eneco Tour.

    Nie tylko wynik sportowy zadecyduje o dalszych losach obu bohaterów. Styl, gesty, wypowiedzi, każdy element ich wizerunku będzie uważnie śledzony. W międzyczasie wiele się bowiem zmieniło. Peleton jeździ inaczej, kto inny w nim rządzi. Jeszcze niedawno zastanawiałbym się, jak bardzo Contador zdominuje wyścig i czy Valverde będzie w stanie uszczknąć dla siebie coś poza kilkoma zwycięstwami etapowymi. Tymczasem Joaquim Rodriguez i Chris Froome to zawodnicy, którzy w tym roku zajęli drugie miejsca w dwóch kolejnych wielkich tourach i to oni mogą powstrzymać byłych dopingowiczów. Tegoroczna Vuelta jest więc swoistym testem talentu Contadora i Valverde. Ich rywale są przedstawicielami innej generacji. Froome reprezentuje barwy stawiającej na ?czystość? drużyny Sky (choć ich dominacja zaczyna wzbudzać podejrzenia). Rodriguez nigdy nie miał wpadki a brak sukcesów w wielkich tourach mimo niewątpliwych predyspozycji wskazuje na to, że raczej stronił od nielegalnego wspomagania. Jeśli więc Alberto lub Alejandro w takich warunkach i pod wielką presją ze strony mediów i kibiców zdołają osiagnąć sukces, będzie to świadczyło, że faktycznie są wielcy. Grzechy z ?Epoki EPO? zostaną odkupione.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 22.08.2012

  • A w mtb nic się nie zmieniło

    Doceniam znakomite, siódme miejsce Aleksandry Dawidowicz. Podobnie jak ambitną postawę Marka Konwy. Nie do końca udany występ Pauli Goryckiej i Piotra Brzózki również nie jest tragedią. Reprezentanci kolarstwa górskiego, mimo przykrego zamieszania wokół kadry przed Igrzyskami zaprezentowali się dobrze. Zatem personalnych rozliczeń nie będzie.

    Histeria wokół powołań do Londynu sięgnęła apogeum przy okazji mistrzostw Polski rozgrywanych w Kielcach. Los bywa kapryśny i kontuzja Mai Włoszczowskiej umożliwiła wyjazd na Igrzyska Pauli Goryckiej, choć realnie nie była do niego do końca przygotowana. Nie tylko ze względu na fakt, że dowiedziała się o starcie na trzy tygodnie przed nim. Przede wszystkim brak jej doświadczenia w rywalizacji ze światową elitą.

    Aleksandra Dawidowicz była na wyjątkowo trudnej pozycji: tej zawodniczki, która w przedolimpijskich, medialnych starciach zabrała potencjalne miejsce Goryckiej. Z drugiej strony prezentowała przez cały sezon stabilną formę, co jak pisałem przed Igrzyskami dawało jej szansę na obronę dziesiątej lokaty z Pekinu. Pomimo kontuzji Włoszczowskiej, będąc nadal pod baczną obserwacją czyhających na podknięcia krytyków, Dawidowicz pojechała znakomicie. Siódme miejsce w międzynarodowym wyścigu elity najwyższej rangi to rodzaj jej rekordu życiowego. A gdzie, jeśli nie na Igrzyskach jest miejsce na poprawę własnych najlepszych osiągnięć?

    Paula Gorycka, mimo przedstartowych zapowiedzi trenera Piątka pojechała ?słabo?. A raczej, jak sądzę, na tyle, na ile było ją w zaistniałych okolicznościach stać. Abstrahując przy tym od szumnych zapowiedzi i wizerunkowych sporów chcę zwrócić uwagę na dwa fakty.

    Pierwszy to ten, że do Londynu wysłalismy młodzież. Aleksandra Dawidowicz ma dwadzieścia pięć lat, Piotr Brzózka dwadzieścia cztery (czyli są odpowiednio w trzecim i drugim roku kategorii seniorskich), Marek Konwa (który mimo defektu zajął niezłe, 16. miejsce) dwadzieścia dwa, podobnie jak Paula Gorycka. Cieszy sytuacja, w której tak młodzi kolarze są w stanie rywalizować z elitą. Owszem, nie są jeszcze na takim poziomie, by walczyć o najlepsze lokaty, ale to wciąż do nich może należeć przyszłość.

    Drugi jest nieco mniej napawający optymizmem. Złota medalistka Julie Bresset ma 23 lata a na koncie, poza złotem z Londynu, wygraną rok temu klasyfikację generalną Pucharu Świata! Jedno miejsce przed Dawidowicz zajęła (młodsza od niej o rok) Szwedka Aleksandra Engen, tuż za Polką uplasowała się Brytyjka Annie Last – zaledwie dwudziestojednoletnia. Wśród mężczyzn piąte miejsce do mety dowiózł Burry Stander: dwudziestopięciolatek z RPA, a srebro i złoto zajęli Czech Jaroslav Kulhavy (lat dwadzieścia siedem) i Szwajcar Nino Schurter (26 l.). Co ważne, zarówno Kulhavy, Stander jak i Schurter seniorskie sukcesy odnoszą już od kilku sezonów.

    Największe gwiazdy rozpoczynają więc kariery z dużo wyższego poziomu niż nasza zdolna młodzież. Nie przekreśla to oczywiście szans Goryckiej czy Konwy i nie uprawnia do deprecjonowania ich talentu. Wskazuje za to na coś zupełnie innego.

    Choć od dłuższego czasu w większości żyjemy w poczuciu, że kolarstwo górskie to dyscyplina, w której jesteśmy mocni, jest ono złudne. Nie mamy, tak jak Szwajcarzy czy Francuzi szerokiej kadry, w której zawodnicy mogą, jeśli nie zastępować się nawzajem, przynajmniej walczyć o miejsca w czołówce (po wycofaniu się Juliena Absalona najlepszy z Francuzów był 11., jadąca za Włoszczowską Gorycka 22.; Czesi w top15 zmieścili 3 zawodników, Hiszpanie dwóch w dziesiątce). Nie mamy również ciągłości szkolenia. Po kończącym karierę Marku Galińskim (38 lat) kolejny kolarz, który ma szansę na podobne wyniki to Marek Konwa. Wśród pań jest podobnie: Włoszczowska, Szafraniec i Sadłecka są koło trzydziestki, typowana na ich następczynię Gorycka nadal jest w kategorii młodzieżowej.

    Zatem fajnie i miło, że zdarzają nam się sukcesy, ale realnie rzecz ujmując, są one bezpodstawne (tym większe uznanie dla indywidualnego wysiłku zawodników, ale nie o to chodzi!). Co więcej, zmiana, która zaszła na stanowisku trenera kadry jest pozorna. Obecnie zawodniczkom lepiej pracuje się z Markiem Galińskim, natomiast trzeba przypomnieć, że dobrze pracowało im się również z Andrzejem Piątkiem (bez względu na rewelacje, które zapowiada Maja Włoszczowska, warto zapoznać się z archiwalnymi wywiadami). Nie mając rozwiązań systemowych wyobrażalna jest sytuacja, gdy dojdzie do kolejnych problemów, ponieważ co do zasady wszystko jest po staremu.

    O tym, że jest tak samo, albo nawet gorzej niech świadczy przykład kolarzy torowych. Jeśli wyznacznikiem poziomu dysycpliny są Igrzyska Olimpijskie, nasi torowcy mieli lepsze rezultaty zanim powstał Słynny Obiekt w Pruszkowie. Powoływani obecnie przy każdej okazji jako przykład Brytyjczycy na dublet w Tour de France i dwanaście medali olimpijskich pracowali szesnaście lat. Też mają tor, ich najlepsza grupa zawodowa również ma tego samego sponsora co kadra olimpijska. Co więcej, cały projekt nie zaczął się wiele wcześniej niż pojawiły się pierwsze znaczące sukcesy naszych kolarek górskich. Ba, główny animator ekipy Sky, rządzącej zawodowym peletonem, to ten sam człowiek, który tworzył projekt ?British Cycling?. Podobieństw jest więc sporo. Tyle, że sukces osiągnięto w zupełnie inny sposób: czymś więcej niż zmianami trenera za trenera czy prezesa za prezesa.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 14.08.2012

  • Stranieri pogodzili Włochów

    Faworyci gospodarzy nie dali rady. Ivan Basso i Michele Scarponi nie znaleźli się nawet na podium. Trzy pierwsze miejsca klasyfikacji generalnej Giro d?Italia zajęli: Kanadyjczyk, Hiszpan i Belg. Zwycięstwo Rydera Hesjedala to niespodzianka. Trzecie miejsce De Gendta to sensacja.

    Joaquim Rodriguez (Katusha) walczył dzielnie, ale po trzech tygodniach jazdy do zwycięstwa zabrakło mu około dwustu metrów. Jak na siebie pojechał świetną czasówkę, ale na Rydera Hesjedala (Garmin Barracuda) było to za mało. Kanadyjczyk jest niezłym czasowcem a co jeszcze ważniejsze, jego forma była równa przez niemal cały wyścig. Nie jest jednak cichym zwycięzcą, który po końcowy sukces sięgnął dzięki słabości rywali. Choć nie wygrał indywidualnie ani jednego etapu (wraz z kolegami z drużyny triumfował w jeździe zespołowej), w gronie faworytów był jednym z najbardziej aktywnie jadących kolarzy.

    Ryder Hesjedal jeszcze w cieniu Ivana Basso.

    Ryder Hesjedal jeszcze w cieniu Ivana Basso. ? Claudio Ghizzo, wikimedia commons, CC BY 2.0

    Wyścig układał się w ten sposób, że na górskich odcinkach przed liderami do mety często dojeżdżali uciekinierzy. W ciągu trzech tygodni walki, Hesjedal miał jeden słabszy dzień. Na etapie kończącym się na Pian di Resinelli (etap nr 15) stracił do atakującego Rodrigueza niespełna czterdzieści sekund. Aktywnie jadący Hiszpan odebrał mu wtedy koszulkę lidera. Całe szczęście, że na mecie w Mediolanie powszechnie znany jako ?Purito? zawodnik stracił do Kanadyjczyk więcej niż 8 sekund bonifkaty, które wtedy podarował wraz ze zwycięstwem etapowym uciekinierowi Rabottiniemu.

    Atak Rodrigueza był jedynie wyrównaniem strat, jakie Hiszpan poniósł dzień wcześniej w Cervinii. To tam Hesjedal zaskoczył przedwyścigowych faworytów i odjechał im (w tym Rodriguezowi) na 26 sekund. Czy wtedy został zbagatelizowany, jako ktoś, kto nie wytrzyma z nimi w najwyższych górach? Nie wiadomo, ale można śmiało powiedzieć, że to tam Hesjedal wygrał Giro d?Italia. Siłę i klasę pokazał również na etapie dziewiętnastym, gdy na Alpe di Pampeago nie tylko obronił się przed siłą drużyny Liquigas, co jeszcze przejął inicjatywę i zyskał kolejne sekundy. Wtedy właśnie był najbliżej wygranej etapowej, gdy do końca ścigał uciekającego Romana Kreuzigera (Astana).

    Nie można również powiedzieć, że Hesjedal to zawodnik, który wygrał wyścig jadąc bez wyraźnej pomocy zespołu. Kolarze Garmin – Barracuda nie byli tak widoczni jak ekipa Liquigasu, ale Christian Vande Velde czy Peter Stetina towarzyszyli swojemu liderowi w kluczowych momentach. Kto wie, gdyby nie oni, być może zwycięzcą wyścigu zostałby po śmiałym ataku na Mortirtolo i ?poprawce? na Stelvio Thomas De Gendt (Vancansoleil). Nie wolno również zapominać, że Hesjedal wraz z kolegami wygrał jazdę drużynową. Choć tę próbę rozegrano we wczesnej fazie wyścigu, przy tak niewielkiej różnicy na mecie Giro, również te pięć sekund, które Garmin – Barracuda zyskał nad Katushą było istotną zaliczką. O tym, że, cytując klasyka ?liczy się każda sekunda? a w wielkim tourze nie ma momentów nieważnych, niech świadczy sytuacja ekipy Vancansoleil, która podczas zespołowej próby w Weronie do teamu Hesjedala straciła ponad minutę.

    Zanim jeszcze napiszę ostatnie słowa uznania dla zwycięskiego Kanadyjczka, zwrócę jeszcze uwagę na jego parametry fizyczne. Ryder Hesjedal wpisuje się w pewien zauważalny trend w ostatnich kilku sezonach. Jest zawodnikiem bardzo wysokim a przy tym bardzo szczupłym. Przy 188cm wzrostu waży ok 72kg. Jest mu więc wyraźniej bliżej do braci Schleck czy Bradleya Wigginsa niż muskularnych gladiatorów, którzy zwyciężali w wielkich tourach jeszcze kilka lat temu. To również pokazuje, jak bardzo zmienia się kolarstwo.

    Co do samego Giro: nikt nie spodziewał się takich rozstrzygnięć. Owszem. ?Purito? Rodriguez stawiany był jako faworyt, ale Hesjedal i De Gendt zaskoczyli wszystkich. Przebieg wyścigu to wielka niespodzianka a w trakcie pojawiały się głosy o rozczarowującym poziomie rywalizacji. Zabrakło Alberto Contadora, który w ostatnich sezonach kompletnie zmienia sytuację na trasie każdego wyścigu, w którym startuje. Ryder Hesjedal jest zasłużonym zwycięzcą, który gdy trzeba jechał odważnie a gdy trzeba mądrze. W obliczu słabości faworytów: Basso i Scarponiego, Kanadyjczyk i jego mniej znani koledzy potrafili zrobić dobre widowisko. To nieczęste, gdyż często dużo bardziej niż samą rywalizacją fascynujemy się pojedynkami gwiazd. Tym razem to nie nazwiska zagrały. Sportowe emocje dostarczyli żywi ludzie i zaskakujące rozstrzygnięcie ich konfrotnacji.

    Klasyfikacja generalna:
    1 Ryder Hesjedal (Can) Garmin – Barracuda 91:39:02
    2 Joaquim Rodriguez Oliver (Spa) Katusha Team 00:16
    3 Thomas De Gendt (Bel) Vacansoleil-DCM Pro Cycling Team 01:39
    4 Michele Scarponi (Ita) Lampre – ISD 02:05
    5 Ivan Basso (Ita) Liquigas-Cannondale 03:44
    6 Damiano Cunego (Ita) Lampre – ISD 04:40
    7 Rigoberto Uran Uran (Col) Sky Procycling 05:57
    8 Domenico Pozzovivo (Ita) Colnago – CSF Inox 06:28
    9 Sergio Luis Henao Montoya (Col) Sky Procycling 07:50
    10 Mikel Nieve Ituralde (Spa) Euskaltel – Euskadi 08:08

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 28.05.2012

  • Ktoś musi wygrać to Giro

    Kolarzom ścigającym się w wyścigu dookoła Włoch zostało jeszcze tylko pięć dni by wyłonić ze swojego grona zwycięzcę. Przez pierwsze dwa tygodnie oglądaliśmy defensywną jazdę i nieśmiałe ataki po niewielkie porcje sekund. Dziś wszystko się zmieni. Do pokonania są jeszcze cztery „etapy prawdy” i tysiące metrów do pokonania w pionie. Na każdym z nich można polec lub wygrać. Jedyny płaski odcinek we czwartek będzie ostatnią okazją na chwilę oddechu.

    Przekrój trasy dzisiejszego etapu
    Przekrój trasy dzisiejszego etapu ? Giro d’Italia

    Póki co pojawia się sporo skojarzeń z zeszłorocznym Tour de France. I jest to całkiem słuszne. W lipcu wielu kibiców narzekało na mało spektakularny przebieg wyścigu w pierwszych dwóch tygodniach. Ostatnie etapy wynagrodziły nam wszystko. Show, jaki zrobili kolarze na Galibier i l?Alpe d?Huez wynagrodził długie oczekiwanie. Czy tak samo będzie na tegorocznym Giro? Wierzę, że tak.

    Póki co o pozycję lidera walczą: Hiszpan Joaquim Rodriguez (Katusha) i, nieco niespodziewanie, Kanadyjczyk Ryder Hesjedal (Garmin Barracuda). Faworyzowani Włosi: Ivan Basso (Liquigas) i Michele Scarponi (Lampre) pilnują siebie nawzajem, nie próbują ataków i bazują na sile swoich drużyn. Basso przy pomocy m.in Sylwestra Szmyda kontroluje tempo peletonu na górskich odcinkach, Scarponi dla odmiany do taktycznych ucieczek wysyła Damiano Cunego. Efekt jest taki, że obaj tracą do prowadzącego ?Purito? Rodrigueza ponad minutę. W nadchodzących dniach różnice na metach muszą być znacznie większe.

    Dzisiejszy i sobotni etap są szczególne dla Ivana Basso. Znajdują się na nich miejsca, które na dobre zapadły Włochowi w pamięć w 2005r. Wtedy, w kompletnie innej rzeczywistości, jako lider ekipy CSC, imponował niezwykłą mocą w górach i podczas jazdy na czas. Nikt nie wierzył, że rywale będą w stanie mu zagrozić. Jednak na Passo Duran, pierwszym z trzech podjazdów budujących morderczą końcówkę dzisiejszego etapu we znaki dał mu się Paolo Savoldelli. Choć Basso na mecie w Zoldo Alto (kolarze przejadą tamtędy i dziś) objął pozycję lidera, Savoldelli zaimponował na zjazdach zyskując 20sek przewagi. Tym razem po Duran i Zoldo Alto na kolarzy czeka jeszcze legendarna przełęcz Giau, z której zjazd jest równie wymagający. To może być największe kolarskie wyzwanie w karierze Ivana Basso, który znany jest z tego, że gdy droga prowadzi w dół zaczyna mieć poważne problemy.

    Psychicznie włoski kolarz będzie musiał zmierzyć się z największą traumą swojej kariery w sobotę. We wspomnianym 2005r kompletnie poległ na przełęczy Stelvio. Oficjalnym powodem gigantycznej straty, jaką wówczas poniósł były problemy żołądkowe. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, czy Basso nie wytrzymał wtedy presji, realnie się zatruł (oznaki kryzysu miał już dzień wcześniej) czy może… popełnił błąd w misternym planie dawkowania pewnych substancji (co trzeba jasno zaznaczyć, oficjalnie podczas tamtego Giro był ?czysty?, zatem to tylko hipoteza). Tak czy inaczej, podjazd pod drugą najwyżej położoną, przejezdną przełęcz Europy jest stawiany jako decydujący punkt tegorocznego wyścigu.

    Dlaczego nie wspominam o innych faworytach? Przecież równie dobrze wielką wolą walki może wykazać się Scarponi, atakować wcześnie, przy pomocy Cunego wymęczyć rywali by na koniec samotnie rozbić ich w pył. ?Purito? wcale nie musi ?strzelić? jak wszyscy się tego spodziewają, na stromych ścianach Alpe di Pampeago odjechać Włochom i potwierdzić dominację w tegorocznym wyścigu. Wreszcie Ryder Hesjedal i Roman Kreuziger są w stanie zminimalizować straty na tyle, by w niedzielę to któryś z nich podczas czasówki zdobył maglia rosa.

    Sporo zamieszania mogą przecież zrobić też młodzi Kolumbijczycy z ekipy Sky: Uran i Henao, Astana prócz Kreuzigera ma w czołówce również Tiralongo, nieco z tyłu w klasyfikacji znajdują się nieco nieobliczalni Nieve (Euskaltel) i Gadret (Ag2r).

    Kolarze teamu Sky zwiedzają przełęcz Giau

    Choć wielu znawców zauważa, że póki co kolarze jadą tak, jakby żaden nie chciał wygrać a ten kto zwycięży osiągnie to, ponieważ ostatecznie ktoś wygrać musi, dziś kończy się taka jazda. Trasa wyścigu ułożona jest w ten sposób, że nie pozostawia miejsca na żadne błędy i chwile słabości. Pamiętać trzeba również o pogodzie, do tej pory w Alpach kolarze ścigali się w deszczu i zimnie, wiele wskazuje na to, że tak będzie nadal. Ivan Basso, o którym tyle słów napisałem wcześniej jest póki co najspokojniejszy, ma również największe doświadczenie w takich sytuacjach. Nie wiem, czy wygra, choć w teorii to właśnie on ma w tej chwili najwięcej atutów po swojej stronie. Wiem natomiast, że jego sukces byłby w kontekście całej jego przeszłości najciekawszą z historii i najpiękniejszym ze scenariuszy.

    Opis trasy kluczowych czterech etapów na stronie Eurosportu

    Pierwsza dwudziestka klasyfikacji generalnej przed finałem Giro d’Italia:
    1 Joaquim Rodriguez Oliver (Spa) Katusha Team 69:22:04
    2 Ryder Hesjedal (Can) Garmin – Barracuda 0:00:30
    3 Ivan Basso (Ita) Liquigas-Cannondale 0:01:22
    4 Paolo Tiralongo (Ita) Astana Pro Team 0:01:26
    5 Roman Kreuziger (Cze) Astana Pro Team 0:01:27
    6 Michele Scarponi (Ita) Lampre – ISD 0:01:36
    7 Benat Intxausti Elorriaga (Spa) Movistar Team 0:01:42
    8 Sergio Luis Henao Montoya (Col) Sky Procycling 0:01:55
    9 Dario Cataldo (Ita) Omega Pharma-Quickstep 0:02:12
    10 Sandy Casar (Fra) FDJ-Big Mat 0:02:13
    11 Rigoberto Uran Uran (Col) Sky Procycling 0:02:56
    12 Thomas De Gendt (Bel) Vacansoleil-DCM Pro Cycling Team 0:03:16
    13 Domenico Pozzovivo (Ita) Colnago – CSF Inox 0:03:17
    14 Johann Tschopp (Swi) BMC Racing Team 0:03:24
    15 John Gadret (Fra) AG2R La Mondiale
    16 Daniel Moreno Fernandez (Spa) Katusha Team 0:03:33
    17 Damiano Cunego (Ita) Lampre – ISD 0:03:45
    18 Mikel Nieve Ituralde (Spa) Euskaltel – Euskadi 0:04:20
    19 Gianluca Brambilla (Ita) Colnago – CSF Inox 0:04:45
    20 Sergio Pardilla Bellon (Spa) Movistar Team 0:05:31

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 23.05.2012

  • Jest się z czego cieszyć

    Michał Gołaś przynajmniej przez najbliższe dwa dni będzie liderem klasyfikacji górskiej Giro d?Italia. Zapowiada walkę o końcowy sukces i choć droga przed nim długa, już sam fakt zdobycia koszulki to spory sukces!

    Dwunasty etap był drugim w tegorocznym wyścigu dookoła Włoch, na którym Gołaś zabrał się do ucieczki i drugim, gdy dojechał do mety przed peletonem. Poprzednio na mecie był trzeci, wczoraj – dziewiąty. Przy obu okazjach uzbierał na tyle punktów, by objąć pewne prowadzenie w klasyfikacji górskiej. Fakt, kolarze nie jechali jeszcze przez największe wzniesienia, ale wczoraj pokonali cztery premie, w tym jedną całkiem poważną: drugiej kategorii. Główne trudności w walce o koszulkę zawodnika, który najlepiej pokonuje podjazdy dopiero przed zawodnikami. Gołaś, by po nią sięgnąć, będzie musiał zostawić we Włoszech jeszcze wiele zdrowia. Choć nie jest klasycznym ?góralem? scenariusz z jego zwycięstwem nie jest wykluczony. Kilka lat temu podobny sukces osiągnął Niemiec Fabian Wegmann, konsekwentnie zabierający się w kolejne ucieczki i regularnie zbierający punkty na premiach.

    Pierwszy etap Giro d'Italia. Michał Gołaś na trasie jazdy na czas w Herning

    Pierwszy etap Giro d’Italia. Michał Gołaś na trasie jazdy na czas w Herning ? fot. Otto Kristensen, flickr, CC BY 2.0

    Czy drugie miejsce Huzarskiego, prowadzenie Gołasia w jednej z klasyfikacji, dobra jazda Szmyda, Bodnara i Kwiatkowskiego (Tomasz Marczyński niestety nie jedzie już w wyścigu) to powód do szczególnego entuzjazmu? Przecież nie wygrywają a ?prawdziwe ściganie? zacznie się tak naprawdę dopiero w sobotę, gdy peleton wjedzie w Alpy. A może rację ma Ryszard Szurkowski dewaluującosiągnięcia Polaków mówiąc, że to nic nieznaczące, ?darowane przez mistrzów? osiągnięcia?

    Przede wszystkim to nowa jakość. ?Nasi Kolarze? dostarczają kibicom emocji w wielkim tourze. To zupełnie zmienia optykę, nie muszę już fascynować się świetną jazdą – mimo wszystko anonimowych – zawodników z innych krajów. Co więcej, odpada element frustracji, że o zwycięstwa etapowe walczą Czesi, Białorusini czy Chorwaci a ?naszych? nawet nie ma na starcie. Już teraz co przeżyłem, to moje. Zatem: dzięki chłopaki!

    Czy są to realnie duże sukcesy? Indywidualnie dla Huzarskiego i Gołasia tak. To najważniejsze dni w ich karierach. Czy obiektywnie są istotne? W całej masie wyników z całego sezonu nieco zginą w tłumie. Gdy o zwycięstwo w wyścigu będzie walczył Basso z Rodriguezem mało kto będzie pamiętał o zawodniku, który przez kilka dni, tydzień wcześniej, wiózł niebieską koszulkę najlepszego górala. Ale trzeba pamiętać o jednym. Choć są to niewielkie sukcesy, wywalczone zostały w gronie absolutnej elity. Jeśli Polacy awansują z grupy podczas Euro 2012, będzie euforia. A przecież nic wielkiego nie ugrają, bo do podniesienia Pucharu droga daleka. Co nie zmienia faktu, że solidnie zaznaczą swoją obecność wśród najlepszych drużyn kontynentu. To właśnie robią ?Huzar? i ?Goły?: sięgają po swoje niewielkie, ale bardzo cenne sukcesy. I oby tak dalej!

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 18.05.2012

  • Tylko i aż drugi!

    Mogę sobie wyobrazić taką sytuację. Wrzesień, Vuelta a Espana, jeden z tych etapów gdy peleton jedzie przez spalony słońcem krajobraz. Dzielni uciekinierzy walczą o to, by dotrzeć do mety przed grupą zasadniczą i sięgnąć po cenne zwycięstwo w wielkim Tourze. Około 15.30 witają się ze mną komentatorzy Eurosportu i z ekranu telewizorka przedstawiają dających z siebie wszystko sportowców:

    ?To dobry kolarz, ale nie ma na swoim koncie zbyt wielu sukcesów. Choć jest doświadczonym zawodnikiem, ma prawie 32 lata, to dopiero jego trzeci wielki tour. Wygrywał etapy na górzystych wyścigach niższej kategorii, często swojej szansy szuka w ucieczkach. Potrafi też nieźle jeździć po górach, czego wyrazem jest zwycięstwo w klasyfikacji na najlepszego wspinacza w jednej z imprez rangi Pro Tour. Tej wiosny sięgnął po życiowy sukces, gdy na etapie Giro d?Itaia zajął drugie miejsce. Jego drużyna startuje tu z dziką kartą, w sumie nie wiemy do końca dlaczego, zapewne mają tu znaczenie jakieś powiązania sponsorskie.?

    Jeśli tym zawodnikiem byłby dowolny Hiszpan z grupy Caja Rural lub Włoch z Aqua & Sapone, standardowy widz nie zwróciłby na takiego kolarza uwagi. Kariery zawodowców, którzy nie odgrywają kluczowych ról w najważniejszych wyścigach śledzą tylko najbardziej zaangażowani fani. Proponuję spojrzeć na sportowca takiego jak Bartosz Huzarski z nieco innej perspektywy.

    Jego kariera rozpoczęła się na dobre od pięknej, zakończonej wygraniem etapu ucieczki na Wyścigu Pokoju. Przez kolejnych pięć lat startował jednak w polskich grupach Piotra Kosmali by w 2009r podpisać kontrakt z włoską ekipą drugiej dywizji ISD. Choć bywało, że również w kraju drużyna ?Huzara? miała analogiczną licencję, to dopiero wyjazd do Włoch był prawdziwym awansem sportowym. Regularna szansa ścigania się w prestiżowych, choć niekoniecznie najwyżej notowanych wyścigach sprawiła, że Polak stał się cenionym pracownikiem. Na tyle, że po transferze do niemieckiej grupy NetApp (również ?drugoligowej?, choć z większymi ambicjami i szansami na rozwój) stał się w niej jednym z kluczowych zawodników. Nieco niespodziewanie ekipa ta dostała zaproszenie do startu w Giro d?Italia. Huzarski jedzie we Włoszech z założeniem walki o jak najlepsze miejsce w klasyfikacji generalnej. Przy sprzyjających wiatrach w jego zasięgu jest lokata w pierwszej piętnastce. Dobrze spisuje się w początkowej części wyścigu, był już ósmy na jednym z etapów, ale zaskoczył wszystkich wczoraj w Asyżu.

    Meta dziesiątego etapu usytuowana była na stromym wzniesieniu, gdzie wspinała się kręta, wąska szosa. To finisz idealny dla Hiszpana z grupy Katusha, Joaquima Rodrigueza. Właśnie on miał w Asyżu wygrać i sięgnąć po koszulkę lidera. Niewielu jest na świecie specjalistów, którzy byliby mu w stanie dorównać w takim terenie. Huzarski całą końcówkę pojechał znakomicie, pilnując właśnie głównego faworyta. Choć nie był w stanie ?wyjść mu z koła?, druga lokata na tak ciężkim finiszu to jego największy sukces w karierze, o czym sam wspomina w wywiadzie. Jego obecność w czołówce zaskoczyła komentatorów na całym świecie. Spodziewano się tam raczej np. Damiano Cunego a nie Polaka z jadącej z dziką kartą niemieckiej grupy. Po tym etapie jest już 16. w klasyfikacji generalnej i ma nadzieję na utrzymanie wysokiej formy w drugiej, wyraźnie trudniejszej części wyścigu.

    Co w tym takiego niezwykłego? Przecież takich kolarzy jak on jest przynajmniej kilkudziesięciu. Niemal każdy z zawodowców w ciągu trwającej kilkanaście lat kariery w końcu ma swoją, większą lub mniejszą, chwilę chwały. Czy w świecie, gdzie liczą się tylko zwycięzcy jest miejsce dla zawodnika, który jest drugi? Czy drugie miejsce to w ogóle sukces? Czy gdyby ?Huzar? nie był Polakiem zwrócilibyśmy uwagę na kolarza, który w Asyżu przegrał z Rodriguezem? Na każde z tych pytań można odpowiedzień jednoznacznym ?nie?, ale z drugiej strony liczy się kontekst.

    Czym innym jest druga lokata, którą zajmuje seryjny zwycięzca. Doświadczał tego Adam Małysz, doświadcza Justyna Kowalczyk czy Maja Włoszczowska. Dla zawodnika, który cały czas pnie się w górę i stopniowo zalicza kolejne etapy mistrzowskiej heirarchii to sukces. W tym wypadku Huzarskiemu należy się też dodatkowe wyróżnienie za wytrwałość. Choć od kilku sezonów ściga się ?na zachodzie?, to spora część jego kariery związana jest z Polską. Krajem, gdzie wyczynowy sportowiec poza trudami treningu zmuszany jest do ciągłych zmagań z materią i walki o byt. Wielu rezygnuje lub przestaje się rozwijać. ?Huzar? systematycznie robi kolejne kroki do przodu. Po wielu latach ciężkiej pracy, na kilka miesięcy przed swoimi trzydziestymi drugimi urodzinami potwierdził, że jest kolarzem zaliczanym do ścisłej elity. Świadczy o tym choćby to, że po drugą lokatę sięgnął nie po całodziennej ucieczce a walcząc na ciężkimi finiszu, jak równy z równym z najlepszymi kolarzami świata.
    Jego historia pokazuje, że aby zająć „tylko” drugie miejsce na etapie wielkiego touru trzeba przebyć naprawdę długą drogę.

    Bartosz Huzarski finiszuje po drugie miejsce na etapie Giro d’Italia

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 16.05.2012

  • Kolarstwo w stylu ?Vintage?

    Od kilku sezonów organizatorzy wyścigów starają się uczynić kolarstwo bardziej widowiskowym. Trudno się dziwić – wstrząsana aferami dopingowymi dyscyplina szuka sposobów, by przyciągnąć do siebie kibiców. Kolarze prowadzeni są więc w coraz trudniejszy i bardziej wymagający teren, na mapach wynajdowane są nowe, ekstremalnie trudne podjazdy. To jednak wciąż za mało, tym bardziej, że nadludzki wysiłek można kwestionować i uzasadniać niedozwolonym wspomaganiem.

    Aby wprowadzić dodatkowe emocje dla kibiców i wymusić selekcję, kolarzy szosowych… zdejmuje się z szosy i na pięknych, carbonowych, ultranowoczesnych rowerach przenosi w warunki, w jakich rywalizowali ich poprzednicy kilkadziesiąt lat temu. Nim cała Europa została pokryta asfaltem, ścigano się po bitych, szutrowych i brukowanych drogach. W północnej Francji i w Belgii pozostałości po nich traktowane są z czcią i nabożeństwiem, stanowią rodzaj żywego zabytku używanego właśnie przez kolarzy podczas wiosennych klasyków. Element losowości, jaki dodaje jazda po kasseien, zwłaszcza w połączeniu z trudnymi warunkami atmosferycznymi powoduje, że Paryż – Roubaix i Flandria są tak fascynujące.

    Montepaschi Strade Bianche

    Na podobny pomysł wpadli też Włosi, wykorzystując słynne z charakterystycznego, białego koloru, szutrowe drogi w okolicach Sieny. Najpierw zaczęli organizować „wyścig retro”, dla kolarzy na zabytkowych rowerach w strojach z epoki. Następnie powołali do życia, pretendujący do miana klasyku, „Strade Bianche” dla zawodowców, którego kluczowymi elementami są prowadzące po wzgórzach polne dukty. Impreza cieszy się sporym zainteresowaniem kibiców a także spotkała się z uznaniem gwiazd peletonu: wygrywali tam Fabian Cancellara czy Philippe Gilbert.

    Podobny, choć nieco mniej znany jest francuski „Tro bro Léon”, rozgrywany w Bretanii. Tam z kolei szosowcy ścigają się w lasach, na trasie, która swoją charakterystyką przypomina popularne, płaskie maratony mtb w centralnej Polsce. Bardzo entuzjastycznie o tej imprezie wypowiadał się rok temu Bartosz Huzarski: „To jeden z tych wyścigów które trzeba w życiu zaliczyć. Po mecie byłem umorusany jak małe dziecko puszczone na cały dzień do piaskownicy i tak samo szczęśliwy”.

    Tro bro Léon 2012:

    Nieco inaczej sprawa wygląda, gdy tego typu odcinki włączane są do trasy wielkich tourów. Zawodnicy przyzwyczaili się, że klasyfikacja generalna rozstrzyga się podczas jazdy na czas oraz górskich etapów. Bardzo duże znaczenie ma również praca drużyny, zarówno na płaskich, wietrznych odcinkach jak i na alpejskich przełęczach. Tymczasem jazda po szutrze, w warunkach, które jeszcze szybciej oddzielają faworytów prawdziwych od „papierowych”, gdzie liczy się nie tylko moc, ale też technika, szczęście i zamiłowanie do ryzyka wprowadza sporo zamieszania. Odcinki brukowane podczas Tour de France i „Białe Drogi” na Giro d?Italia kilkukrotnie zrobiły już niezłą „rzeźnię” w peletonie a wielu potencjalnych liderów właśnie tam a nie w górach traciło szansę na podium klasyfikacji generalnej.

    Białe Drogi w deszczu podczas Giro d?Italia 2010

    Tego typu innowacje spotykają się ze sporą krytyką ze strony wielu zawodowców. Często słuszną – były dyrektor Giro d?Italia, Angelo Zomegnan w zeszłym roku próbował przeforsować kamienisty zjazd niczym z trasy maratonu mtb. W obliczu tragicznego wypadku Woutera Weylandta kolarze wygrali i odcinek ten usunięto. Wydaje się jednak, że w rozsądnej porcji takie elementy to dobry pomysł. Skoro 50 lat temu kolarze byli w stanie na stalowych rowerach, w niewygodnych strojach pokonywać często całe etapy w takim terenie, dlaczego dziś, mając o wiele bardziej komfortowe warunki pracy i mnogość dostępnych technologii (sprzęt, łączność radiowa, niemal pełen monitoring pracy itd) nie mogą być poddawania selekcji na „odcinkach w stylu vintage”? Gdyby chcieć rozgrywać zawody tylko na podstawie tego, kto jest mocniejszy, możnaby nie wychodzić z laboratorium fizjologa. Tymczasem magia sportu m.in pochodzi z jego nieprzwidywalności i nuty szaleństwa. Jazda po „Białych Drogach” to właśnie jeden z tych elementów, który przywraca radość z kibicowania kolarzom.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 11.05.2012

  • Wyjątkowo nie chcę Pięknego Giro

    Giro d?Italia, jak sama nazwa wskazuje w tym roku zaczyna się w Danii. Na starcie zabraknie ubiegłorocznego zwycięzcy, któremu odebrano tytuł, do tego trudno wskazać faworyta numer jeden oraz potencjalnego ?głównego rywala?. Trasa wyścigu składa hołd legendarnej przełęczy Stelvio i choć na papierze zapowiada się ekscytująco, wyjątkowo nie mam ochoty go oglądać.

    Trasa 95. Giro di Italia
    Trasa 95. Giro di Italia ? http://www.gazzetta.it/Speciali/Giroditalia/2012/it/

    Ubiegłoroczny włoski tour z rocznej perspektywy to pomieszanie entuzjazmu, tragedii i skandalu. Uznany za najtrudniejsza trzytygodniowa etapówka nowożytnej epoki, z odcinkami o monstrualnych przewyższeniach, ekstremalnymi wyzwaniami na trasie (szutrowy zjazd z Monte Crostis ostatecznie anulowano po protestach kolarzy) był popisem Alberto Contadora. Tego, który przejechał wyścig ?na czysto?, ale po wyroku Trybunału Arbitrażowego został z niego zdyskwalifikowany za dopingowe przewinienie podczas wcześniejszego Tour de France. Zwycięzcą został więc Michele Scarponi, ale czy byłby nim, gdyby bezpośrednim rywalem był Nibali a Joaquim Rodriguez nie odsiewałby rywali Contadora tylko sam jechał dla siebie, tego już nigdy się nie dowiemy. 94. Giro stało również pod znakiem żałoby – śmierć na jednym z początkowych etapów poniósł belgijski zawodnik Wouter Weylandt. Znany m.in. z tras Tour de Pologne kolarz upadł w miejscu, któremu daleko było do najgroźniejszych i w teorii najbardziej niebezpiecznych na trasie.

    W tym sezonie Giro jest inne. Nowe kierownictwo nie szuka w Alpach wynalazków, nie każe zawodowcom ścigać się w warunkach, do których nie przywykli. Stawiając na klasyczne wzniesienia i tak zmusi ich do nadludzkiego wysiłku, szczególnie w ostatnim, najeżonym trudnościami tygodniu zmagań. Po raz kolejny Włosi udowadniają, że to oni mają najtrudniejszy Wielki Tour sezonu, wysoka forma z pierwszego tygodnia może nie wystarczyć do wytrzymania wyzwań, jakie stawiają organizatorzy w końcówce. Teoretycznie przewagę nad kolarzami jeżdżącymi na czas (w sumie 72km, z czego niespełna 40 indywidualnie) mają typowi górale, ale wygra zawodnik nie tyle najbardziej błyskotliwy, co najbardziej odporny na zniszczenie.

    Stąd też, choć dwukrotny triumfator, Ivan Basso nie prezentuje póki co najwyższej dyspozycji, ale jego doświadczenie i spokój mogą być jego największymi atutami. Michele Scarponi, Frank Schleck czy Roman Kreuziger mogą zapłacić zbyt dużą cenę za ataki klasycznych górali takich jak Jose Rujano czy Domenico Pozzovivo. Całkowita niewiadomą jest również forma Damiano Cunego, który teoretycznie odbudował się podczas zeszłorocznego Tour de France, ale liderem ekipy Lampre jest Michele Scarponi, jadący z numerem jeden na plecach. Z kolei wspomniany Frank Schleck startuje nieco niespodziewanie, nie wiadomo czy z własnej woli czy pod przymusem Johana Bruynella. Zapewne od tego zależy, jak podejdzie do startu w Giro, co może mieć niebagatelne znaczenie dla dalszego rozwoju kariery sportowo – medialnego duetu o nazwie ?Bracia Schleck?. Tak czy inaczej, w obliczu bardzo selektywnej trasy, oraz szerokiego grona faworytów o bardzo różnorodnych umiejętnościach, wyścig jest otwarty co może być zarówno zaletą (wyrównana walka) jak i wadą (defensywna jazda większości pretendentów). Jedno jest pewne: na podjazdach Giau, Duran, Alpe di Pampeago, Mortirolo czy Stelvio trudno będzie o zachowawczą jazdę. Będzie tak ciężko, że słabsi zwyczajnie odpadną.

    Na koniec słów kilka o Polakach. Kibice liczą przede wszystkim na Sylwestra Szmyda. Fantazja fanów podpowiada scenariusz, w którym Basso jest słaby, Szmyd zastępuje go na pozycji lidera Liquigasu, wygrywa etap i kończy wyścig w pierwszej dziesiątce. Jeszcze rok temu powiedziałbym, że to niemożliwe, bo znając lojalność naszego najlepszego kolarza względem jego pracodawców taka sytuacja się nie wydarzy. Tym razem nie będę nic pisał, tylko kibicował: i Basso i Szmydowi. Rolę czołowego pomocnika włoskich mistrzów prawdopodobnie przejmie Przemysław Niemiec. Rok temu zadebiutował w Giro (i jak się okazało, był to debiut zwycięski, wszak jego lider: Scarponi, został uznany za triumfatora wyścigu), tym razem będzie mocniejszy o doświadczenie, ale i słabszy o drugiego mocnego kolarza w ekipie, któremu być może trzeba będzie pomagać (Cunego). Tak czy inaczej zespół Lampre podczas wyścigu dookoła Włoch to główna siła napędowa w peletonie, dobrze, że znajduje się w niej Polak. Podczas jazdy na czas czujnie obserwować będę dokonania Macieja Bodnara (towarzysz Szmyda w Liquigasie) i Michała Kwiatkowskiego (Omega Pharma Quick Step). Michał Gołaś (również Omega), Tomasz Marczyński (Vacansoleil) oraz przede wszystkim Bartosz Huzarski (NetApp) to realna nadzieja na zwycięstwo etapowe polaka w wielkim tourze – zdarzenie niewidziane od 1993r!

    Wyścig zapowiada się więc pięknie. Dodatkowych emocji powinny dostarczyć bonifikaty na metach etapów, dzięki którym rywalizacja powinna być jeszcze ciekawsza. Trasa jest ciężka, faworytów liczne grono a do tego będzie można kibicować ?naszym?. Co więcej, dotychczasowy przebieg sezonu pokazuje, że można spodziewać się wielu ciekawych rozstrzygnięć, niekoniecznie z największymi gwiazdami w rolach głównych. Dlaczego więc podchodzę do sprawy sceptycznie? Cóż, nad tegorocznym Giro ciąży dyskwalifikacja i nieobecność Alberto Contadora. Fakt, że coraz więcej wyścigów rozstrzyganych jest kilka lub kilkanaście miesięcy po ich zakończeniu nie przez zawodników a przezprawników w Lozannie powoduje, że nawet najwierniejszemu kibicowi odechciewa się poświęcać energię i czas przed TV. Najzwyczajniej w świecie jest to bardzo niepewna inwestycja, a własne emocje warto lokować tam, gdzie są bezpieczne.

    Trasa 95. Giro d?Italia:
    etap 1 – 5 maja: Herning, Dania (8,7 km, jazda indywidualna na czas)
    etap 2 – 6 maja: Herning – Herning (206 km)
    etap 3 – 7 maja: Horsens – Horsens (190 km)
    8 maja: dzień wolny, przelot do Włoch
    etap 4 – 9 maja: Werona – Werona (33,2 km, jazda drużynowa na czas)
    etap 5 – 10 maja: Modena – Fano (209 km)
    etap 6 – 11 maja: Urbino – Porto Sant?Elpidio (210 km)
    etap 7 – 12 maja: Recanati – Rocca di Cambio (205 km, finisz na podjeździe)
    etap 8 – 13 maja: Sulmona – Lago Laceno (229 km, finisz na podjeździe)
    etap 9 – 14 maja: San Giorgio nel Sannio – Frosinone (166 km)
    etap 10 – 15 maja: Civitavecchia – Assisi (186 km)
    etap 11 – 16 maja: Assisi – Montecatini Terme (255 km)
    etap 12 – 17 maja: Seravezza – Sestri Levante (155 km)
    etap 13 – 18 maja: Savona – Cervere (121 km)
    etap 14 – 19 maja: Cherasco – Cervinia (206 km, finisz na podjeździe)
    etap 15 – 20 maja: Busto Arsizio – Lecco/Pian dei Resinelli (169 km, finisz na podjeździe)
    21 maja: dzień wolny
    etap 16 – 22 maja: Limone sul Garda – Falzes/Pfalzen (173 km)
    etap 17 – 23 maja: Falzes/Pfalzen – Cortina d?Ampezzo (186 km, bardzo ciężki etap w Dolomitach)
    etap 18 – 24 maja: San Vito di Cadore – Vedelago (149 km)
    etap 19 – 25 maja: Treviso – Alpe di Pampeago (198 km, finisz na podjeździe)
    etap 20 – 26 maja: Caldes/Val di Sole – Passo dello Stelvio (219 km, królewski etap, meta na podjeździe)
    etap 21 – 27 maja: Mediolan (30,1 km, jazda indywidualna na czas)

    Faworyci:
    *****
    ****Ivan Basso, Michele Scarponi, Roman Kreuziger
    ***Damiano Cunego, Domenico Pozzovivo, Frank Schleck
    ** Jose Rujano, Joaquin Rodriguez, John Gadret
    *Sylwester Szmyd, Mikel Nieve

    Polacy:
    Sylwester Szmyd, Maciej Bodnar (obaj Liquigas), Tomasz Marczyński (Vacansoleil), Michał Kwiatkowski, Michał Gołaś (obaj Omega Pharma-Quick Step), Przemysław Niemiec (Lampre), Bartosz Huzarski (NetApp)

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 04.05.2012

  • Dlaczego fani nie lubią Tour de Pologne?

    Po oficjalnej prezentacji trasy wyścig dookoła Polski nie milkną komentarze. Oficjalne komunikaty PR imprezy znacznie rozmijają się z opiniami fanów kolarstwa. Jak to jest, że regularnie nagradzany i doceniany Czesław Lang nie trafia w gusta najwierniejszych kibiców?

    Z Tour de Pologne jest ten problem, że wyścig zyskał sobie pozycję dobra narodowego. Od lat jest to jedno z najważniejszych i najbardziej prestiżowych sportowych wydarzeń rozgrywanych cyklicznie w kraju. Awans do grona wyścigów Pro Tour (obecnie World Tour) sprawił, że, choć może nieco na wyrost, TdP zaliczany jest do światowej elity imprez kolarskich. Co roku dostaje najwyższe oceny za organizację od międzynarodowych władz dyscypliny, w kraju regularnie nagradzany jest przez Przegląd Sportowy oraz podczas rozdania Nagród Biznesu Sportowego DEMES. Wyścig pokazywany jest w TVP, czasem również w Eurosporcie. Skoro specjaliści doceniają imprezę Langa to marudzący kibice muszą się mylić. Przecież ?to takie polskie?: gdy ktoś osiągnął sukces, trzeba go publicznie poniewierać i nienawidzić, choćby dla zasady. Niestety wiąże się z tym coś innego: nawet, gdy argumenty są merytoryczne, można je wszystkie wrzucić do jednego worka z napisem ?bezsensowny hejt? i zignorować.

    fot. własne

    Owszem, kibice chcieliby, aby wyścig przejeżdżał jak najbliżej ich miejsc zamieszkania. Gdy startował na północy i zmierzał w stronę Karkonoszy, domagano się by zawitał w Tatry czy Bieszczady. Gdy trasa prowadziła ?ścianą wschodnią?, chciano powrotu ?Orlinka?. Gdy zaczyna się na wspomnianym ?Orlinku? i kończy w Tatrach, tęsknimy za Trójmiastem. Pytanie, czy to zwykłe chciejstwo zblazowanych fanów, czy może coś więcej? Od czasu, gdy Tour de Pologne zmienił termin z poprzedzającego mistrzostwa świata, impreza wyraźnie poszukuje swojej tożsamości. Zmienna trasa, bez punktów charakterystycznych, bez elementów wprowadzających realną selekcję, bez miejsc, w których mogłaby powstać choćby namiastka legendy nie ułatwia sprawy. ?Orlinek? czy Bukowina to podjazdy ciężkie dla amatorów. Obecnie poziom zawodowców jest tak wysoki, że na królewskich etapach do mety dojeżdża większa grupa zawodników. Brak jazdy na czas powoduje, że wyścig są w stanie między sobą rozstrzygnąć sprinterzy lub kolarze z wyścigów jednodniowych. Powiedzmy sobie szczerze, poza kilkoma imprezami klasycznymi w sezonie, takie zawody mało kogo obchodzą. Podobnym przykładem jest niderlandzki Eneco Tour, impreza, której obecność w kalendarzu można uzasadnić podobnie co w przypadku Tour de Pologne.

    Prezentacja trasy 69. Tour de Pologne

    Nasz wyścig jest bowiem do bólu komercyjny. Poza nazwą całości, sprzedano sponsorom chyba wszystko, co było do sprzedania. Mam przed oczami pewien obrazek z zeszłego roku, gdy obok kolarzy przemieszczali się jeźdźcy na koniach. Malowniczy i dość charakterystyczny kadr, znany z Tour de France czy Giro d?Italia. Tyle, że w przeciwieństwie do wielkich tourów, obok których jednym tchem Maciej Kurzajweski na antenie TVP wymienia Tour de Pologne, u nas ich obecność nie jest spontaniczna a zainscenizowana. A dokładniej – opłacona, ponieważ ścigając kolarzy, jeźdźcy powiewają flagami z logotypami sponsora.

    Fakt, że miasta – gospodarze etapów słono płacą za obecność na trasie wyścigu to praktyka powszechna na całym świecie. Tyle, że u nas doprowadza to do takich sytuacji, że ?promujący Polskę? wyścig reklamuje i wspiera architektoniczny koszmar zabijający panoramę Karkonoszy, starówki miast zakryte są setkami balonów i innych pneumatycznych reklam a kolarze, zamiast finiszować w eksponowanych i prestiżowych miejscach kręcą rundy między blokowiskami. Dzięki temu niezmiernie trudno odróżnić od siebie kolejne etapy, co w połączeniu z charakterystyką trasy powoduje, że wyścig traci kolejny element, który mógłby zainteresować potencjalnych widzów. Niemal w każdej rodzinie amatora – pasjonata kolarstwa żona, matka, siostra czy wuj ogląda relacje w Eurosporcie nie ze względu na rywalizujących zawodników a na piękne widoki poparte zabawnym komentarzem duetu Jaroński-Wyrzykowski. W TdP tego nie ma, bo, owszem, operator z helikoptera pokaże na mecie jeden z zabytków, ale cała reszta, z perspektywy motocykla, wygląda tak, jak wszyscy wiemy, tyle, że w lukrze z balonów reklamowych. Nie zmienia to wrażenia, że w połączeniu ze średnio interesującą rywalizacją sportową otrzymujemy produkt, który nie jest w pełni satysfakcjonujący.

    W tym miejscu trzeba się jednak zatrzymać i porównać Tour de Pologne z wyścigami w Hiszpanii. Tam organizatorzy nie mają problemu z tym, by upchnąć całe miasteczko sportowe na niebotycznym wzniesieniu w sercu gór i wpisać się w poczet legendarnych miejsc kolarskiej Europy. Ten często podnoszony przez Lang Team argument (nie można zrobić mety na Gubałówce czy Przełęczy Karkonoskiej, ponieważ brakuje miejsca) jest nieprawdziwy. Dużo większe wyścigi wjeżdżały już w miejsca o wiele bardziej niedostępne i wszystko działało jak trzeba. Do czasu. Vuelta a Espana, Volta a Cataluna czy Wyścig Dookoła Kraju Basków od dłuższego czasu borykają się z trudnościami finansowymi. Kosztowna (i słabo dofinansowywana) trasa oraz liczne eksperymenty spowodowały, że narodowy tour Hiszpanów przejęli Francuzi z ASO a Katalończycy i Baskowie cudem utrzymują swoje imprezy na granicy bankructwa. Tymczasem Tour de Pologne, ze startem u Gołębiewskiego, rundami ulicami Katowic i z metą na dziurawej Alei Focha w Krakowie ma się całkiem nieźle.

    Jaka jest zatem konkluzja? Dość prosta. W świecie, gdzie jesteśmy zewsząd atakowani reklamą, uodparniamy się na przekaz marketingowy. I co najważniejsze – nie jesteśmy głupi. Tak, wiem, nie mamy w Polsce Alp. I co z tego. W alpejskiej Romandii wcale nie ścigają się po wielkich górach a wyścig i tak jest ciekawy! Wiem również, że kolarze nie ścigają się w Lidze Mistrzów a jeśli już do naszego kraju przyjeżdżają Mistrzowie, to po to, by trenować a nie walczyć o najwyższe laury. Ci, którzy u nas zostawiają najwięcej zdrowia to albo przyszłe albo byłe gwiazdy kolarstwa. Co nie jest wcale ujmą na honorze ani powodem do wstydu, pod warunkiem, że zrobią dobry show. Ten wyścig ma na tyle duży potencjał, że może spokojnie obejść się bez PRowych bzdur. Trzeba ?tylko? wymyślić mu jakąś tożsamość.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 01.05.2012

  • Wiosna Nasza – zupełnie bezpodstawnie!

    Sukcesy polskich kolarzy na szosie, torze i w terenie cieszą. Cóż z tego, skoro gratulacje możemy składać tylko samym zawodnikom. Prywatnie, bo ich droga do mistrzostwa jest jak najbardziej prywatna.

    Entuzjazm wyraziłem ostatnio. Szczery, bo i jest się z czego cieszyć. Co więcej, dobrą passę kontynuują Szmyd oraz Maciej Paterski, którzy zaimponowali skutecznym finiszem na jednym z etapów Tour de Romandie. Patrząc na anonsowane składy drużyn rozpoczynającego się wkrótce Giro d?Italia będziemy mieli komu kbicować. W planach jest start siódemki (Szmyd, Bodnar, Paterski, Huzarski, Marczyński, Kwiatkowski, Niemiec), szanse na wygraną etapową rosną!

    W połączeniu ze świetnymi wynikami naszych zawodniczek poza szosą: Włoszczowskiej w mtb oraz Pawłowskiej na torze wygląda na to, że jesteśmy kompletną, kolarską siłą, taką jak Czesi czy Brytyjczycy. Nic bardziej mylnego.

    W każdym sporcie do sukcesów trzeba dochodzić bardzo ciężką pracą i latami wyrzeczeń. To truizm, ale nasi kolarze dobitnie go potwiedzają. Ciągle więcej jest przypadków, gdy kładzie im się kłody pod nogi czy też wsadza kij w szprychy niż świadczy realną pomoc. Garstka szalonych pasjonatów, która finansuje i szkoli poczynania kolarzy w kraju lub niezwykła determinacja w poszukiwaniu swoich szans za granicą doprowadziły kilka indywidualności do grona profesjonalistów a nawet do mistrzostwa.

    Znakomity, bardzo doświadczony zawodnik mtb, czołowy maratończyk Robert Banach podsumowując swoje wiosenne starty zwraca uwagę na coraz większą grupę kolarzy, którzy ścigają się na dobrym poziomie. I równocześnie potwierdza, że jest to ruch całkowicie oddolny. W większości robią to za pieniądze swoje, rodziców lub partnerów. Zaledwie garstka dostaje od sponsorów wsparcie, które można nazwać jakkolwiek godnym.

    Nie lubię mieszać sportu i polityki, ale to znakomicie wpisuje się w pewien obraz, jaki oglądam idąc do pracy, spotykając się ze znajomymi, czytając gazety. Codziennie mijam tysiące ludzi, którzy ciężko pracują po to, by mieć ciągle mniej, niż wyśmiewani za ?lenistwo?, będący w oku kryzysowego cyklonu Grecy. Jesteśmy zdolni i utalentowani, tyramy niemal najwięcej w Europie, za to za kasę mniejszą niż zasiłek w Hiszpanii. Tymczasem nasza zielona wyspa jest zielona tylko dlatego, że pracujemy ponad stan.

    Wracając do kolarstwa. To wstyd, że reprezentanci grup zawodowych nie mają kompletu sprzętu i częściowo kombinują go sami, często w systemie ?logo za rabat?. To wstyd, że ścisła czołówka, zamiast ścigać się z najlepszymi, wybiera wyścigi według klucza ?gdzie taniej można dojechać?. To wstyd, że w ?dwudziestej gospodarce świata i szóstej Europy?, kraju gdzie mieszka te około 38 milionów ludzi, jeden z najbardziej utalentowanych zawodników swojego pokolenia, który nie może ścigać się za granicą jeździ w grupie, która jest w ?trzeciej lidze?, bo inwestycja w sportowy awans jest nieopłacalna.

    Idąc dalej i wymieniając elementy, które są postawione na głowie trzeba wspomnieć, że absurdem jest sytuacja, gdy po to, by pozyskać sponsorów na rozwój zawodników trzeba zakładać grupę zawodową (jakby nie mógł to być klub, adewkatna instytucja gdy kolarze są zbyt młodzi by należeć do kategorii ?Elita?). Wspomniane nieco wyżej zaplecze czołówki zapleczem będzie tylko przez chwilę. Nie da się podnosić poziomu nie mając kontaktku z szerszym gronem rywali. Tymczasem amatorskie ściganie wyczynowe albo nie wychodzi poza poziom regionalny, albo, na poziomie krajowym, opiera się o układy towarzysko – sponsorskie, w związku z czym wśród 4000 maratończyków na każdej z imprez Kolarzy jest raptem po kilku.

    Na koniec słów kilka o organizacji, której w tym wszystkim brakuje. Polski Związek Kolarski, który na skutek wieloletnich zaniedbań jest de facto bankrutem. Tor, który miał być fundamentem odbudowy kolarskiej potęgi nie tylko pociągnął Związek na dno, ale też nie przynosi wymiernych efektów.Federacja straciła bowiem finansownie z ministerstwa sportu a wyniki…? Nie dajmy się zwieść tęczowej koszulce Pawłowskiej czy zwycięstwom Włoszczowskiej. Jakkolwiek pro feministycznie bym nie był nastawiony, kobiece kolarstwo to nisza, w której wyniki świadczą tylko o indywidualnym talencie i determinacji konkretnej osoby. Na mistrzostwach świata w Melbourne kwalifikacji nie uzyskała cała kadra mężczyzn – iluzoryczny system szkolenia zawiódł.

    Jest to na swój sposób fascynujące, że tak dużej grupie ludzi chce się wykonywać tak niewdzięczny zawód i realizować tak wymagającą pasję, jaką jest kolarstwo. Tym większy szancunek dla tych, którzy robią to dobrze i profesjonalnie. Szacunek całkowicie prywatny i indywidualny. Bo czegoś takiego jak ?Polskie Kolarstwo? zwyczajnie nie ma.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 27.04.2012