Kategoria: natemat.pl

  • Tour de France zaskoczył nawet ekspertów

    Zaczęło się od tkwiącego na linii mety autobusu i wielkiej kraksy, skończyło na bezprecedensowym ataku na pozycję lidera wyścigu. Pierwszy tydzień wyścigu dookoła Francji to całkowite szaleństwo pełne skrajnych emocji. Dla polskich kibiców dodatkowym bodźcem była świetna jazda Michała Kwiatkowskiego.

    Cichy jubileusz
    Jak na wyjątkową rocznicę, tegoroczny Tour świętuje bardzo dyskretnie. Dekadę temu, gdy ?Wielka Pętla? obchodziła stulecie było to wydarzenie doniosłe i radosne. Z powodu dwóch wojen światowych nie rozegrano dziesięciu wyścigów, zatem po raz setny zawodnicy wyruszyli na trasę w tym roku. Owszem, wystartowali na słonecznej Korsyce, ale brak jest entuzjazmu radosnego święta, który towarzyszył Tourowi w 2003r. Za to zamiast festynu przygotowano bardzo wymagającą trasę, której zwieńczeniem będą trudności w ostatnim tygodniu zmagań.


    Autobus Orica Green Edge uwięziony na linii mety

    Pierwsze dni Touru są zawsze nerwowe. Kolarze w szczytowej formie, każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony. Górzysty teren Korsyki, wąskie drogi i wysokie tempo sprawiły, że zawodnicy co chwilę leżeli w kraksach. Tym razem odpadł tylko jeden z faworytów: Belg Jurgen Van Den Broeck wycofał się z kontuzją kolana. Sporo kłopotów mieli też organizatorzy. Już pierwszego dnia musieli poradzić sobie z autobusem ekipy Orica Green Edge, który utkwił w bramie na linii mety. Australijski zespół to jedni z największych wygranych pierwszego tygodnia: etap indywidualnie (Simon Gerrans), drużynowo (jazda na czas) oraz cztery dni w koszulce lidera (Gerrans i Daryl Impey, pierwszy kolarz z Afryki, który jechał w maillot jaune).

    Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji
    Bardzo wcześnie, bo już ósmego dnia peleton wjechał w wysokie góry. Na pierwszym pirenejskim etapie drużyna Sky zdemolowała rywali. Mordercze tempo na dwóch podjazdach zaowocowało dubletem na mecie: Chris Froome i Richie Porte przyjechali z wyraźna przewagą nad resztą stawki. Komentatorzy, kibice i eksperci jeszcze w czasie, gdy Froome pędził do mety zaczęli mieć poważne wątpliwości. Brytyjczyk pokonał finałowe wzniesienie niewiarygodnie szybko, wyrównując dokonanie Jana Ullricha sprzed dekady. Podejrzenia o doping pojawiły się błyskawicznie, przykre doświadczenia poprzedniej ery kolarstwa nauczyły wszystkich, że tego typu dominacja musi budzić wątpliwości. Ten sezon jest pierwszym po kilkuletniej przerwie, gdy kolarze znów jeżdżą wyraźnie szybciej: Fabian Canellara podczas Paryż-Roubaix oraz Vincezno Nibali na Giro d?Italia również wznieśli się na dawno nie widziany poziom.


    Peter Kennaugh wypada za trasę na dziewiątym etapie

    Gdy po budzącym kontrowersje pokazie siły Tour został uznany za rozstrzygnięty, już kolejnego dnia zobaczyliśmy rozgrywkę bez precedensu. Najeżony górskimi podjazdami drugi z pirenejskich etapów, przez który ekipa Sky miała przeprowadzić peleton równym, mocnym tempem dokonując selekcji w końcówce, zamienił się w pole bitwy. Rywale Chrisa Froome?a od startu ruszyli do ataku.

    Efekt: Riche Porte wypadł z pierwszej dziesiątki, stracił wiele czasu i jeszcze więcej sił, Peter Kannaugh wylądował w rowie i poobijany ledwo dojechał do mety a krańcowo zmęczony Wasil Kiryjenka nie zmieścił się w limicie czasu. Do tego ekipa Movistar kilkukrotnie sprawdzała dyspozycję Froome?a atakami Nairo Quintany, najlepszego młodzieżowca wyścigu.

    Krótko mówiąc, nikt: Chris Froome, jego dyrektor Dave Brailsford, a także komentatorzy i kibice nie spodziewali się hiszpańskiej inkwizycji. Alejandro Valverde i jego koledzy z Movistaru pokazali, że nie złożyli broni. Do formy dochodzi również Alberto Contador, nieźle wygląda Andy Schleck, dobrą dyspozycję zaprezentowali Holendrzy z drużyny Belkin. Wyścig jest wciąż otwarty i taki będzie nadal, nawet jeśli Froome powiększy przewagę podczas środowej czasówki. Gdyby nie dwuznaczości związane z przykrymi doświadczeniami dopingowej historii kolarstwa, pirenejski weekend byłby przykładem na piękno sportu, w którym szanse mają wszyscy, dopóki tylko próbują.

    Rewelacja z Polski
    Michał Kwiatkowski miał świetną wiosnę, brylował w wyścigach klasycznych oraz krótkich etapówkach. Choć nie wygrał żadnego z najważniejszych wyścigów, pokazał się jako kolarz najwyższych lotów. Na Tour de France przyjechał zbierać doświadczenie. Idzie mu więcej niż dobrze. Nie tylko pomaga supersprinterowi, Markowi Cavendishowi, ale gdy ten nie ma możliwości walki na finiszu, sam szuka swoich szans. Co więcej, kolarz, który jednego dnia walczy na ostatnich metrach płaskiego z Peterem Saganem by następnie przetrwać w Pirenejach i próbować swoich sił z Joaquimem Rodriguezem, najszybszym z „górali”, jest swoistym fenomenem. Najbliższy tydzień to dla niego ciężka praca w służbie Cavendishowi, ale Kwiatkowski indywidualnie dostarczy nam wielu dodatkowych emocji.


    Michał Kwiatkowski po dziewiątym etapie

    W kwestii walki o białą koszulkę najlepszego młodzieżowca sam zainteresowany wypowiada się raczej sceptycznie. Jesteśmy spragnieni sukcesów polskich sportowców i trzeba przyznać, że w wielu komentarzach entuzjazm wszystkich nas ponosi. Michał Kwiatkowski jest świetnym kolarzem, który ma rewelacyjny sezon. Brak kropki nad ?i? w postaci prestiżowego zwycięstwa to dobra okazja by docenić klasę sportowca nie tylko wtedy gdy wygrywa.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 09.07.2013

  • Pokonać maszynę

    Po raz setny kolarze ruszyli dookoła Francji. Oczy wszystkich skierowane są na drużynę Sky. Bez obrońcy tytułu, Sir Bradleya Wigginsa, za to z jego następcą, Chrisem Froomem, Brytyjczycy niczym perfekcyjnie działająca maszyna celują w kolejny sukces. Czy możliwe jest pokonanie ekipy, która działa niczym najbardziej sprawne korporacje? Jeśli tak, to kto i gdzie jest w stanie to zrobić? Przez najbliższe trzy tygodnie nawet ci, którzy na co dzień nie interesują się kolarstwem będą śledzili walkę o żółtą koszulkę. Magiczny Tour de France wystartował.

    Trasa Tour de France 2013
    Trasa Tour de France 2013 ? Wikimedia commons, autor: Nu?, CC BY SA 3.0

    Niezwykła przemiana
    Dwadzieścia lat temu brytyjskie kolarstwo było mniej więcej na tym poziomie rozwoju co polskie. Nieco historii, kilka przebłysków i nic poza tym. Szereg reform, długoterminowy plan rozwoju, solidne podstawy szkoleniowe i finansowe sprawiły, że obecnie poddani Jej Królewskiej Mości są dominującą siłą w zawodowym peletonie. Z najważniejszych imprez przywożą worki medali, liczą się niemal w każdej odmianie rowerowego sportu: od toru, przez szosę na mtb kończąc. Kulminacją wieloletniego procesu był lipiec 2012, gdy Bradley Wiggins wygrał Tour de France a następnie zdobył olimpijskie złoto.

    Ten były kolarz torowy przez kilka sezonów zmieniał specjalizację by po wielu wyrzeczeniach, drakońskiej diecie i katorżniczych treningach stać się specjalistą wyścigów etapowych. Swą siłę oparł na jeździe na czas oraz wsparciu drużyny. Ubiegłoroczna ?Wielka Pętla? wyglądała jak ułożona specjalnie dla niego. Stosunkowo mało gór, za to wiele kilometrów samotnej walki z czasem. Wiggins i jego przyboczni, niczym najwybitniejsi mistrzowie perfekcyjnie wykorzystali jedyną szansę, zdominowali wyścig i wygrali Tour de France. Nie obyło się bez kontrowersji. Za plecami Sir Wiggo wyrósł wybitny rywal z tego samego zespołu. Pochodzący z Afryki Chris Froome pokazał, że niemal równie dobrze jeździ na czas, a pod górę jest nawet mocniejszy niż jego lider. Po kilku sprzeczkach, Froome schował swoją dumę, zachował się jak profesjonalista i godnie czekał na swoją szansę. Właśnie ją dostał. Wiggins po nieudanym Giro di Italia nie startuje w tegorocznej ?Wielkiej Pętli?, za to Froome, mający rewelacyjny sezon jest głównym faworytem do zwycięstwa. Tym bardziej, że i tym razem trasa jest jakby uszyta dla grupy Sky.

    Brytyjskie roboty
    Pochodzący z Kenii zawodnik, zanim trafił pod skrzydła Dave?a Brailsforda był obiecującym kolarzem jeżdżącym w mniej znanych grupach. Podobno rozwój jego kariery utrudniała choroba pasożytnicza, schistosomatoza, której nawrót trapił go jeszcze w 2012 roku. Dopiero uporanie się z tą przypadłością pozwoliło mu w pełni rozwinąć skrzydła i wejść na najwyższy poziom. Dla sceptyków tempo, w jakim rozwijają się kolarze w Sky jest argumentem na stosowanie przez tę ekipę niedozwolonych praktyk dopingowych. Za plecami Wigginsa i Froome?a pojawia się bowiem kolejny ?super pomocnik?, Tasmańczyk Richie Porte, który w tym roku może odegrać podobną rolę, co Kenijczyk rok temu. Tak czy inaczej, ekipa Sky jest w wielu kwestiach wyjątkowa. Jej zawodnicy są jednymi z najszczuplejszych w peletonie, wychudzone sylwetki liderów drużyny budzą w równym stopniu podziw i przerażenie. To również drużyna, która najbardziej ze wszystkich szuka przewagi technologicznej. Stąd zapewne niechęć części kibiców do kolarzy w czarnych strojach. Sky odziera sport z resztek romantyzmu. Zawodnicy tego zespołu jadą niczym roboty, podporządkowani wskazaniom mierników mocy, wsłuchani w polecenia dyrektorów sportowych płynących przez radio z centrum dowodzenia. Wyścig taki jak Tour de France jest zresztą stworzony do szukania tego typu rozwiązań. Dużo bardziej nieprzewidywalne, włoskie Giro i hiszpańska Vuelta utrudniają kontrolę peletonu, zarówno z powodu pogody jak i ekstremalnych trudności spotykanych na trasie. I Froome i Wiggins przekonali się już o tym. We Francji, gdzie mało co może zaskoczyć, zaprogramowanie i zrealizowanie wyrafinowanej strategii jest bardziej możliwe.


    Chris Froome podczas przygotowujące do Tour de France wyścigu Criterium International. Niemal cały czas patrzy w urządzenie pokazujące generowaną przez niego moc.

    Szare kontra szare
    Wygląda na to, że wymiana lidera poszła w Sky bez problemu. Froome wygrywa w tym roku niemal wszędzie, gdzie startuje. Jego pomocnik, Porte bryluje tam, gdzie Froome ma wolne. Pozostali pomocnicy są w szczytowych momentach kariery. Wszystko wygląda niemal perfekcyjnie. Do tego trasa wyścigu powinna preferować lubiącego atakować w górach lidera brytyjskiej drużyny.

    Tour de France w całej swojej historii szukał wielkich pojedynków. W tym roku Froome?owi przeciwstawić ma się Alberto Contador. Wybitny kolarz, który mimo dopingowej przeszłości cieszy się sympatią kibiców i uznaniem w peletonie. Hiszpan mocno pracował na taką pozycję, wiele razy zachowując się jak prawdziwy mistrz. Po dyskwalifikacji, choć nie był najmocniejszym zawodnikiem, brawurą i taktyką wygrał Vuelta Espana i mimo, że w tym sezonie nie bryluje jak Froome, jest również wielkim faworytem do końcowej wygranej. W teorii zapowiada się najbardziej elektryzujący pojedynek ostatnich lat. Choć Froome i Contador to kolarze o podobnej specyfice: dynamiczni w górach i świetni na czas, prezentują dwa przeciwstawne obozy. Hiszpan ma wiele wspólnego ze ?starym?, skażonym dopingiem kolarstwem. Na trasie jest za to spontaniczny, lubi ryzykować, jeździ jak mistrz z dawnych czasów. Ekipa Sky to technologia, wyrachowanie a do tego wyrażane nie wprost podejrzenia, że coś jest z nią nie tak. Nadmierna dominacja po traumie związanej z historią Lance?a Armstronga jeszcze przez wiele lat będzie budzić podejrzenia. Nic nie jest już czarno białe, zatem pojedynek liderów, choć emocjonujący, pełny będzie niepewności nie tylko o jego zakończenie sportowe, ale i dyscyplinarne?

    Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Tym trzecim może być Alejandro Valverde. Również kolarz z dyskwalifikacją na koncie, również ze świetną drużyną i taki, któremu również bardzo pasuje trasa tegorocznego Touru. Prócz niego o podium walczyć będzie kolejny niezmiernie dynamiczny Hiszpan, który od kilku lat próbuje wygrać trzytygodniowy wyścig, póki co nieskutecznie. Dla Joaquima ?Purito? Rordrigueza to być może ostatnia taka szansa w karierze. O miano najstarszego zwycięzcy ?Wielkiej Pętli? walczyć będzie triumfator z 2011r, Australijczyk Cadel Evans, ale niewykluczone, że będzie on pilotował młodego Amerykanina, Tejaya van Garderena. Zastęp młodych talentów prezentują Francuzi: Pierre Rolland i Thibaut Pinot to pierwsi od piętnastu lat realni faworyci do dobrych miejsc reprezentujący drużyny gospodarzy. Nieco w cieniu, choć nie bez szans są również zawodnicy tacy jak Jurgen Van Den Broek, Ryder Hesjedal, Andrew Talansky czy Daniel Martin. Wreszcie Andy Schleck, powracający po kłopotach ze zdrowiem, wielka niewiadoma, kolarz, który może zarówno w ogóle nie zaistnieć jak i włączyć się do walki o zwycięstwo.

    Nie mogę zapomnieć o Polakach. Po rewelacyjnym Giro di Italia apetyty, zwłaszcza szukających sensacji dziennikarzy z redakcji sportowych są wielkie. Kibice wykazują więcej rozsądku i po prostu życzą ?naszym? powodzenia. Przemysław Niemiec, choć ma silną pozycję w swojej ekipie przede wszystkim musi zregenerować się po walce we Włoszech, Michał Kwiatkowski jedzie wspierać super-sprintera Marka Cavendisha i zbierać własne doświadczenia oraz? rywalizować z Maciejem Bodnarem, którego lider, Peter Sagan to jedno z głównych zagrożeń dla ?Cave?. Każdy dobry wynik na etapie czy w jednej z klasyfikacji będzie miłą miłą niespodzianką, choć na tle tegorocznych rezultatów, nie będzie zaskoczeniem.

    Jubileusz dla koneserów
    Wydawałoby się, że setny Tour de France powinien oferować szczególne fajerwerki. Te jednak ostatnio zapewniają widzom organizatorzy we Włoszech i Hiszpanii. Francuzi postawili na ciekawą, zrównoważoną trasę, stawiając na koncentrację sprawdzonych rozwiązań w miejsce ekstremalnych nowinkek. Pierwszy raz wyścig wystartuje z Korsyki. Peleton spędzi na wyspie trzy ciekawe dni. Od początku będą pagórki, wysokie tempo i walka o koszulkę lidera. Kolumna Tour de France dość wcześnie wjedzie w Pireneje, ale decydujące rozstrzygnięcia nastąpią w Alpach i w Prowansji. Nietypowym rozwiązaniem jest włączenie do programu dwóch najbardziej legendarnych podjazdów w jednym roku. Zawodnicy zmagać będą się zarówno z Mont Ventoux jak i z Alpe d?Huez! Całość wydaje się być wyważona, preferująca kolarzy kompletnych, dobrych i w górach i na czas, bez faworyzowania żadnej z tych specjalizacji. Uwagę zwraca, po raz kolejny, brak bonifikat na metach etapów, co może mieć wpływ na przebieg rywalizacji o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej jak i na powodzenie ucieczek.

    Moje typowanie faworytów, w tradycyjnej, pięciogwiazdkowej skali:

    *****
    Chris Froome (Sky)
    ****
    Alberto Contador (Saxo Tinkoff), Alejandro Valverde (Movistar)
    ***
    Cadel Evans, Tejay van Garderen (BMC), Andy Schleck (Radioshack), Bauke Mollema (Belkin), Joaquim Rodriguez (Kartusha), Richie Porte (Sky)
    **
    Jurgen van de Broeck (Lotto), Jakob Fuglsang (Astana), Daniel Martin, Andrew Talansky (Garmin), Pierre Rolland (Europcar)
    *
    Damiano Cunego, Przemysław Niemiec (Lampre), Thibaut Pinot (FDJ), Igor Anton, Mikel Nieve (Euskaltel), Rein Taaramae (Cofidis), Thomas de Gendt (Vacansolei)

    Etapy, który nie wolno przegapić:
    01.07, Nicea, jazda drużynowa na czas
    06.07, Ax 3 Domaines, pierwszy finisz pod górę, wjazd w Pireneje
    14.07, Mont Ventoux, góra-legenda
    17.07. Embrun-Chorges ? ostatnia jazda indywidualna na czas
    18.07. Alpe d?Huez. I to dwa razy!

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 29.06.2013

  • Klasa światowa

    Nie wiadomo czemu, nie wiadomo jak, ale mamy kolarza klasy światowej. Michał Kwiatkowski ograł mistrza świata i zajął czwarte miejsce w prestiżowym, rozgrywanym w Holandii wyścigu Amstel Gold.

    Nie ma jeszcze 23 lat a już teraz rywalizuje z najlepszymi profesjonalistami świata. Michał Kwiatkowski tej wiosny prezentuje się rewelacyjnie. W przedsezonowym sprawdzianie, Volta a Algarve był drugi (pokonał m.in Denisa Menchova czy Rigoberto Urana). Następnie w najlepiej obsadzonym od lat, ważnym wyścigu Tirreno – Adriatico był liderem, jak równy z równym rywalizował z Vincenzo Nibalim, Chrisem Froomem, Alberto Contadorem czy Joaquimem Rodriguezem by zakończyć tygodniową imprezę na czwartym miejscu (był najlepszym z młodzieżowców). Już wtedy zaimponował światowym ekspertom, ale jeszcze większą uwagę zwrócił dwa tygodnie temu. Na brukach Flandrii bardzo długo jechał w ucieczce a w końcówce jako jeden z nielicznych próbował dotrzymać tempa Fabianowi Cancellarze.

    Myślałem, że po tamtym występie Kwiatkowski będzie stawiany w roli ?czarnego konia? wiosennych klasyków przez najbliższe kilka sezonów, by gdzieś po drodze szukać swojej szansy. Tymczasem ?nasz zawodnik? potrzebował raptem dwóch tygodni by włączyć się do walki ze ścisłą czołówką w kolejnym wyścigu klasycznym. Owszem, na finiszu przegrał z utytułownymi: Valverde i Gerransem, ale ograł mistrza globu, Philippe?a Gilberta. Jest więc już teraz kolarzem klasy światowej, przedstawicielem prężnie wchodzącego do walki o najwyższe cele pokolenia początku lat dziewięćdziesiątych. Jeździ w drużynie z najwyższej półki, w której ma możliwość rozwoju (Omega Pharma – Quick Step, kierowana przez dyrektora-legendę, Patricka Lefevre?a). Podczas wyścigów otrzymuje należne wsparcie. O tym, że miał potencjał było wiadomo od dawna. Tej wiosny go potwierdził. Choć kolarstwo to sport, w którym trudno snuć długoterminowe prognozy (było wiele młodych talentów, które później gdzieś się pogubiły), można zasugerować, że stoi u progu wielkiej kariery.

    Michał Kwiatkowski to wychowanek TKK Pacific Toruń. Dobrze zapowiadał się już jako zawodnik młodszych kategorii wiekowych. Mając dwadzieścia lat wyjechał do Hiszpanii by szybko znaleźć angaż w drużynach World Tour. Rok temu zajął drugie miejsce w Tour de Pologne, ale wyniki, jakie osiąga tej wiosny są jeszcze bardziej wartościowe niż podium naszego wyścigu.

    Jeśli rozważyć sytuację zapaści Polskiego Związku Kolarskiego, w której Michał Kwiatkowski zaczynał karierę, tej klasy zawodnik w ogóle nie powinien istnieć. Jednak wbrew okolicznościom, w ciągu kilku lat doczekaliśmy się grona zdolnych profesjonalistów, którzy przebili się w światowej elicie. Szczerze im kibicuję, choć wiem, że wobec warunków, w jakich kształtowały się ich talenty trudno napisać o nich ?nasi?. Są ?swoi?, prywatni, kariery zawdzięczają własnej pracy i wysiłkowi oraz wyrzeczeniom niewielkiej grupy pasjonatów, którzy nadal pracują z młodzieżą.


    Finisz Amstel Gold Race, Michał Kwiatkowski kończy wyścig na czwartym miejscu!

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 15.04.2013

  • Rozliczenie z idolem

    Rozliczenie z idolem

    Tyler Hamilton podobno jest miłym gościem. Drugi kolarz Giro d?Italia, czwarty Tour de France, złoty medalista olimpijski. Giermek, przyjaciel a później rywal Lance?a Armstronga. Lubiany przez kolegów. Wrażliwy i sympatyczny. Równolegle, pierwszy w historii zawodnik odarty z zaszczytów po pozytywnym teście na transfuzję krwi. Wraz z Danielem Coylem, wybitnym dziennikarzem, spisał i wydał swoje wspomnienia w formie książki ?Wyścig Tajemnic?. Czy mimo odrażającego procederu, który uprawiał jestem nadal w stanie patrzeć na Tylera Hamiltona z sympatią?

    Okładka książki "Wyścig Tajemnic".
    Okładka książki „Wyścig Tajemnic”. ? fot. własne

    Gdyby nie całokształt postaci, na usta cisnęłoby się jedno stwierdzenie. Hamilton napisał książkę i publicznie się ?wyspowiadał? z dwóch powodów: z zemsty i dla pieniędzy. Bez tej książki oraz bez współpracy z Amerykańską Agencją Antydipingową (WADA) Lance Armstrong prawdopodobnie nadal byłby siedmiokrotnym zwycięzcą Tour de France. Spora część wspomnień zawartych w ?Wyścigu Tajemnic? dotyczy właśnie Armstronga. Hamilton nie pisze o nim jednak wyłącznie jak o sportowym oszuście. Przedstawiona historia relacji między przyjaciółmi, wspólnikami, wreszcie rywalami i wrogami rzuca szersze światło na jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci w dziejach nowożytnego sportu. Mam wrażenie, że nawet we własnych wspomnieniach Hamilton pozostaje w cieniu ?Bossa?. To chyba najbardziej przykry element całej tej historii.

    Abstrahując od powodów, dlaczego Armstrong zdecydydował się zbudować swoją quasi-przestępczą organizację, można przyjrzeć się metodom, jak to osiągnął i w jaki sposób był tak bardzo skuteczny przez siedem lat pod rząd. Czy Lance to psychopata (a chcąc być zgodnym z terminologią, osoba o osobowości dysscocjalnej)? Być może. Jeśli wyjątkowa charyzma, umiejętność wpływu na innych granicząca z rodzajem uwodzenia w połączeniu z nieliczeniem się z kosztami, utylitarnym traktowaniem współpracowników, partnerów i przyjaciół oraz stosowaniem przemocy wystarczają, by to udowodnić, to tak. Tyler Hamilton z Danielem Coylem nie stawiają takiej tezy, ale czytając o relacji Armstronga – mistrza z Hamiltonem – uczniem do takich wniosków można dojść. Co więcej, gdy któryś z podwładnych, tak jak autor ?Wyścigu Tajemnic? zaczynał, mimo nierównych szans (Armstrong pewne substancje czy metody pozostawiał wyłącznie dla siebie) zbliżać się poziomem do Lance?a, stawał się persona non grata, odchodził (często będąc do tego zmuszonym) a następnie w nie do końca jasnych okolicznościach wpadał na dopingu.

    Cały schemat, jeśli prześledzić kariery Armstronga oraz jego pomocników, z perspektywy czasu jest widoczny i bez książki Hamiltona. Wiele przesłanek o takim właśnie przebiegu wydarzeń pojawiało się w trakcie czynnej kariery byłego, siedmiokrotnego triumfatora Tour de France. Do znanych lub możliwych do wydedukowania faktów z dziejów ekipy US Postal, Tyler Hamilton dodaje jednak coś więcej. Opowida o współpracy i relacjach z dwojgiem specjalistów, którzy wprowadzili na szczyt wielu profesjonalnych sportowców: Eufemiano Fuentesem i Luigi Cecchinim. Obaj bezkompromisowi, obaj niezwykle skuteczni. Ten pierwszy to ?wcielone zło?, cyniczny i bezczelny gwiazdor świata dopingu. Ten drugi to tylko i aż trener, który prowadził wybitnych atletów, jednak zachował czyste ręce. To nie on podawał, ordynował i dostarczał zabronione środki. Owszem, znał ich działanie na wylot, jednak skupiał się na układaniu morderczych planów ćwiczeń dla swoich podopiecznych.


    Tyler Hamilton ze złamanym obojczykiem walczy na trasie Tour de France

    Duet Fuentes-Cecchini doprowadził Hamiltona do punktu, w którym ten stał się idolem wielu kibiców. Poturbowany, ze złamanym obojczykiem, amerykański kolarz rywalizował z najlepszymi. Dodatkowo, choć z Armstrongiem nie było mu już po drodze, grał wobec niego fair. Przynajmniej w części dotyczącej zachowania na szosie. Nie umniejaszając jego heroizmowi, przed kluczowymi etapami oraz by lepiej znosić jazdę z kontuzją, Hamilton robił bowiem to, co wszyscy. Przetaczał krew. Sytuacja powtórzyła się rok później, gdzie oprócz złamanych kości kolarz zmagał się z chorobą ukochanego psa. Dysonans jest spory, ponieważ ten, twardy jak skała z jednej i niezmiernie wrażliwy z drugiej strony człowiek podjął wiele lat wcześniej wybór. Chciał dojść na szczyt, wygrać Tour de France i by to zrobić musiał się dopingować. Czy gdyby nie Armstrong i jego otoczenie, zrezygnowałby z tego?

    Niewątpliwie Tyler Hamilton był talentem sporego formatu i bez niedozwolonego wspomagania. Świadczą o tym rezulataty osiągane ?na czysto?, przed i po okresie gdy współpracował z Michele Ferrarim a następnie z Eufemiano Fuentesem. Nie był również człowiekiem pazernym na zaszczyty i pieniądze. Mimo licznych problemów osobistych (doping i związane z nim nielegalne procedury przysłużyły się jego tendencjom do depresji), nie popadł nigdy w tarapaty finansowe, również jego życie prywatne i sposób, w jaki o nim opowiada sugerują, że jest raczej przyzwoitym człowiekiem.

    Pytanie więc, gdzie popełnił błąd? Dlaczego w pewnym momencie nie powiedział ?stop?, jak Christophe Bassons czy Jonathan Vaughters? Przerost ambicji? A może jego autodestrukcyjne zapędy? Z pewnością można powiedzieć tylko jedno. Tyler Hamilton to zarówno dziecko jak i ofiara panujących na przełomie wieków zwyczajów panujących w sporcie wyczynowym. Warunków, w których doping, przez niewydolne procedury był niemal niewykrywalny a przez panującą wśród zawodników kulturę akceptowany, tolerowany a nawet propagowany. Specyficznego wyścigu biochemicznych zbrojeń, w którym przewodzili Lance Armstrong i Johann Bruyneel. ?Wyścigu Tajemnic?, w którym wszyscy przegrali.

    Książkę autorstwa Daniela Coyle?a i Tylera Hamiltona przeczytałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Sine Qua Non

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 06.04.2013

  • Czy można polemizować z sukcesem?

    Tour de Pologne Czesława Langa to czysty sukces. Bezprecedensowy w historii polskiego sportu. Do tego wyścig rozumiany jako firma może być stawiany na równi z przedsięwzięciami czołowych polskich biznesmenów. Siedemdziesiąty, jubileuszowy Tour de Pologne zostanie uhonorowany w szczególny sposób: rozpocznie się we Włoszech. Czy z takimi dokonaniami można w ogóle polemizować?

    Start etapu Tour de Pologne, Zakopane 2011
    Start etapu Tour de Pologne, Zakopane 2011 ? fot. M. Tyniec, CC BY SA 3.0

    Fakty – niezbędne
    W 1993r Czesław Lang został dyrektorem wyścigu, który wówczas, poza długą historią nie miał zbyt wiele do zaoferowania. Po trzech latach z amatorskiej imprezy wprowadził go do międzynarodowego kalendarza Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI). Po kolejnych czterech impreza miała już kategorię 2.2. Tę samą, co prestiżowe imprezy takie jak 3 dni de Panne czy Giro del Trentino. Warto spojrzeć na to z obecnej perspektywy, jak cenne wydają nam się obecne osiągnięcia polskich kolarzy w tych imprezach: trzecie miejsce Macieja Bodnara w de Panne czy Szmyda w Trentino rok temu. W roku 2005 Czesław Lang wraz ze swoją ekipą awansował jeszcze wyżej. Kolarstwo wówczas przechodziło małą rewolucję, wprowadzono cykl Pro Tour (przemianowany później na World Tour) składający się z najważniejszych imprez kolarskich w sezonie. Dzięki temu Tour de Pologne stał się, przynajmniej w rankingach, tak samo ważny jak legendy: Tour de Suisse, Dauphine Libere czy Paryż – Nicea.

    Mimo zawirowań, jakie przeżywała UCI w kolejnych latach, nasz wyścig utrzymał najwyższą możliwą do uzyskania kategorię. O tym, jak duży jest to sukces, niech świadczy przykład Deutchland Tour. Zawodów, które przy pomocy dużych pieniędzy wdarły się błyskawicznie do czołówki imprez kolarskich by równie spektakularnie zniknąć – po problemach finansowych przestała być organizowana! To pokazuje, że, przynajmniej na tym etapie, powinniśmy wybaczyć krytykowaną komercjalizację, tysiące balonów, bannerów oraz traktowane z przymrużeniem oka nieśmiertelne rundy w miastach.

    Dyskusyjny, choć moim zdaniem nie do przecenienia jest też wkład Tour de Pologne w wyciąganie polskiego kolarstwa z dołka, w którym się przez wiele lat znajdowało. Dzięki możliwości udziały reprezentacji narodowej i licznym, heroicznym ucieczkom, nasi zawodnicy pokazują, że są tak samo dobrzy, jak ich rywale z Niemiec, Francji czy Włoch. Polska kolonia w drużynach Pro Teams i Pro Continental jest już całkiem spora, rodzima drużyna CCC Polsat powróciła na zaplecze elity. Kontakt z najlepszymi oraz promocja, jaką można było dostać podczas Tour de Pologne wyraźnie się zwracają.

    Mity – niepotrzebne
    Niestety wokół naszego wyścigu obudowano wiele niepotrzebnych mitów. Po pierwsze, nie ma czegoś takiego jak ?Kolarska Liga Mistrzów?, hasło przewodnie towarzyszące Tour de Pologne od czasu awansu do Pro Touru. Najbardziej prestiżowe wyścigi są niezmienne od lat. To wielkie toury (trzytygodniowe imprezy we Francji, Włoszech i Hiszpanii), klasyczne ?Monumenty? (jednodniowe zawody rozgrywane wiosną i jesienią we Włoszech, Francji, Belgii z około stuletnią tradycją, podczas których najwybitniejsi kolarze przechodzili do historii sportu, najbardziej znanym ?Monumentem? jest brukowany Paryż-Roubaix), do tego można doliczyć kilka mniejszych etapówek: otwierający sezon Paryż-Nicea, poprzedzające wielkie toury Dauphine Libere, Tour de Suisse oraz Tour de Romandie. I tyle. Jeśli mimo krótszej obecności w zawodowym peletonie zrównamy Tour de Pologne z imprezą taką jak Wyścig Dookoła Kraju Basków, będzie to wystarczająca nobilitacja.

    Drugi mit to trasa. Niestety, w Polsce mamy do dyspozycji co najwyżej wzgórza a nie góry. Od kiedy na nasz wyścig zaczęły przyjeżdżać czołowe grupy zawodowe, nawet najcięższe propozycje serwowane przez organizatorów nie dokonały znaczącej selekcji w peletonie. Górzyste etapy często kończą się finiszem z większej grupy. Sęk w tym, że nie ma w tym nic złego. Nie każdy wyścig musi być dla górali, nie wszędzie trzeba zyskiwać przewagę atakując na podjazdach. Kolarstwo to sport różnorodny, z wieloma specjalizacjami, w każdej znajdzie się wielu wybitnych atletów, którzy stworzą świetne widowisko.


    Prezentacja polskich etapów 70. Tour de Pologne – uwaga, 16 minut (!)

    Trzeci mit to zawodnicy. Owszem, przyjeżdża do nas elita. Zawodnicy z kontraktami w ekipach Pro Teams zasłużyli na to talentem, profesjonalizmem i pracowitością. Posiadający najlepsze zaplecze techniczne, medyczne i logistyczne. Trzymając się nie do końca adekwatnych porównań to ?Formuła 1 na rowerach?. Tyle, że ścigają się u nas nie ?Alonso, Hamilton i Vettel? a ?Kubica i Massa?. Też dobrze, prawda? Dzięki temu, że nie jest to najbardziej prestiżowa etapówka w sezonie, za to oferuje dużo punktów do zdobycia, najlepsze drużyny sprawdzają u nas zawodników, w których pokładają wielkie nadzieje. Stąd sukcesy Martina, Sagana, van Summerena czy Mosera. To naprawdę zacne i warte podkreślania. Owszem, na starcie pojawiają się mistrzowie świata czy zwycięzcy wielkich tourów, ale nie oszukujmy się, nie traktują Tour de Pologne priorytetowo.

    Co zamiast fajerwerków?
    Czesław Lang ?jest Włochem?. W Italii przecierał szlaki dla polskich zawodowców jako sportowiec a jako biznesmen wprowadził tamtejszych kolarzy na polskie szosy. Związki z tym krajem ma również bardziej osobiste – zięciem jest właśnie Włoch. Nic dziwnego, że skoro wypracowana współpraca z regionem Trentino zaczęła kwitnąć, zdecydował się na rozegranie dwóch pierwszych etapów Tour de Pologne w Dolomitach. Jeśli osobiste sentymenty można połączyć z dobrym interesem a przy tym zrobić rzecz bez precedensu, czemu nie spróbować. Zaprezentowana trasa jubileuszowego, 70. wyścigu dookoła Polski jest, wbrew obawom wielu kibiców dość zrównoważona. Do ciężkich, wysokogórskich etapów we Włoszech dołożone są płaskie i – z tej perspektywy – pagórkowate odcinki w Polsce. Całość wieńczy długa jazda indywidualna na czas. Na tyle długa, by wyrównać różnice powstałe w Dolomitach. Tym razem jedno jest pewne. Wyścigu nie wygra wytrzymały sprinter pokroju Petera Sagana. Raczej szczupły góral pokroju Sylwestra Szmyda (jaka byłaby to piękna historia!) lub muskularny czasowiec taki jak Tony Martin będzie świętował sukces na krakowskich Błoniach.


    Klip promujący wyścig Strade Bianche – już w najbliższą sobotę.

    Jubileuszowe fajerwerki to nie wszystko. Na fali promocji, jaką w tym roku dostanie Tour de Pologne można zbudować coś więcej. Zafascynowany Włochami Czesław Lang powinien pogłębić inspirację. Jego wyścig ma już niemal wszystko poza jednym: legendą. Z punktu widzenia kibica, Tour de Pologne to wyścig nieistotny. Interesujemy się nim, ponieważ jest ?nasz?. Widz zagraniczny nie dostaje argumentów by przełączyć kanał lub włączyć streaming z Polski. Tymczasem Włosi uwagę przyciągają po mistrzowsku. Zmieniają formułę swoich wyścigów tak, by naturalne stały się dyskusje wokół nich. 70. Tour de Pologne, ?z ziemi włoskiej do Polski? podąża śladami Jana Pawła II to chwytliwe hasło dla TVP. Dla czytelnika cyclingnews, największego na świecie kolarskiego portalu informacyjnego – niekoniecznie. Włoski wyścig ?Strade Bianche? jest młodszy niż obecność Tour de Pologne w Pro Tour. Ma stosunkowo niską kategorię: 1.1, ale w siedmioletniej historii dwa razy wygrał go Fabian Cancellara i raz Philippe Gilbert – giganci zawodowego peletonu. Strade Bianche daje widzom to, co Anglosasi określają przymiotnikiem ?epic?. Emocje, legendę, poczucie uczestnictwa w czymś ważnym. A to wszystko dzięki temu, że organizator zmusza kolarzy, by na rowerach szosowych jeździli po charakterystycznych, szutrowych drogach w okolicach Sieny. Tak jak ich poprzednicy dwa pokolenia wcześniej. Idąc za ciosem organizatorzy wskrzeszają kolejną jednodniówkę ?Giro del Lazio?, tym razem pod nazwą ?Roma Maxima?, kierując zawodników na historyczną, brukowaną jeszcze przez Rzymian, via Appia.

    Idąc tym torem, spójrzmy szerzej. Media i kibice są żądni wrażeń. Suchy profesjonalizm nas nudzi a na PR się uodparniamy. Skoro i tak etapy Tour de Pologne kończą się na rundach, a ostatni odcinek finiszuje w Krakowie, czemu więc na Błoniach (lubianej przez autochtonów, ale jednak łące) a nie pod Sukiennicami (zatłoczonym przez turystów, ale jednak Rynku, jednym z symboli turystycznych całego kraju)? Sam przejazd nie wystarczy. Finisz po kostce? Cóż z tego? A może ?pójść po całości? i wjechać na wawelski dziedziniec?
    Wieloletnim partnerem jest Wieliczka (solne trofea, które otrzymują zawodnicy są wyjątkową pamiątką wśród standardowych kryształów), czemu nie zorganizować krótkiego, indywidualnego prologu pod ziemią?
    Skoro nasze góry wypadają blado na tle Alp czy Pirenejów a podjazd w Gliczarowie nie robi większej selekcji niż holenderski Cauberg, poprowadźmy kolarzy po mazurskich brukach i szutrach. Jeśli któryś z niestandardowych pomysłów ?złapie? trzymajmy się go i pielęgnujmy. By stworzyć legendę, potrzeba nie tylko profesjonalizmu, ale i odrobiny szaleństwa. Panie Czesławie, przecież ?jest Pan Włochem?!

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 28.02.2012

  • Po co Bjoergen astma?

    Marit Bjoergen wygrała pierwszą eliminację Pucharu Świata dominując nad rywalkami. Ta sama Marit Bjoergen, która kilka lat temu za nimi nie nadążała. Potem zachorowała na astmę i wszystko się zmieniło. Medialne polowanie na astmatyków czas zacząć.

    W dyscyplinach wytrzymałościowych żadna dominacja nie jest jednoznaczna.Sprawa Lance?a Armstronga i ujawnione przy tej okazji dokumenty pokazują , jak głęboko niedozwolone wspomaganie wpisało się w kulturę gałęzi biznesu, jaką jest sport wyczynowy.

    Fot. Oskar Karlin, flickr, CC BY-SA 2.0

    Biegi narciarskie zasadniczo nie różnią się w tej kwestii. Trzy lata po tym, gdykolarze zmagali się z ?aferą festiny?, na stacji benzynowej w okolicach fińskiego Lahti ktoś znalazł torbę z logotypem fińskiej federacji narciarskiej. Okazało się, że w środku jest cały arsenał środków dopingujących. Incydent ten zakończył się największym skandalem w historii fińskiego sportu. Genialna generacja biegaczy, która okazała się być produktem medycyny, upadła. Dekadę później, zniszczony przez alkohol i depresję ex-bohater narodowy, Mika Mylylla w swoim domu popełnił samobójstwo. Z perspektywy czasu można wysnuć wniosek, że fiński biegacz, tak jak kolarze: Lance Armstrong, Jan Ullrich czy Marco Pantani był ikoną pewnej epoki, w której doping był niemal akceptowany. Fakt, że media, kibice, działacze i historia rozprawiły się z nim w okrutny sposób (podobnie jak z Pantanim, który konsekwencje uczestnictwa w podobnym systemie wytrzymał jeszcze krócej) pokazuje, jak poważna jest to sprawa, jak nie należy jej bagatelizować i wreszcie, należy ją przypomnieć zwolennikom legalizacji niedozwolonego wspomagania.

    Trzeba przy tym jasno powiedzieć, że prócz niedozwolonych środków, z których stosowaniem walczy WADA (Międzynarodowa Agencja Antydopingowa) oraz ? mniej lub bardziej ? poszczególne federacje sportowe, istnieje wiele specyfików, które zawodnicy mogą przyjmować. Od końskich dawek witamin i minerałów, przez ekstrakty ziołowe, środki homeopatyczne by skończyć na substancjach chemicznych, które powstają w laboratoriach, ale w przeciwieństwie do zabronionego ?koksu? są dostępne w normalnej dystrybucji. Większość tych preparatów atleci przyjmują po to by? przeżyć. Wytrzymać katorżniczy trening i uzupełnić niedobory. W dalszej kolejności jest wspomożenie regeneracji czy poprawa pewnych parametrów, w dozwolony przez władze sposób.

    A co, gdy zawodnik w jakiś sposób odbiega od normy? Cierpi na jakieś schorzenie, wrodzone lub nabyte? Czy miejscem dla niego są wyłącznie igrzyska paraolimpijskie, czy też może startować z w pełni sprawnymi konkurentami? Czy może przyjąć odpowiedni lek, który ? gdyby nie był licencjonowanym profesjonalistą ? brałby wychodząc na jogging przed pracą, czy też musi zrezygnować ze sportowej kariery? Lub, co jest pewnym ekstremum i znakomicnie obrazuje sprawę, zastosować protezę jak biegacz Oscar Pistorius. Skoro i tak przepisy antydopingowe są dalekie od idei ?zera tolerancji? (wiele norm pozostawia zawodnikom pole manewru przy manipulacjach, jest również dalekich od naturalnych parametrów organizmu), to dlaczego nie pozwolić na przyjmowanie ściśle określonych ilości określonych środków leczniczych bez sankcji dyskwalifikacji?

    Tak jest właśnie z lekami na astmę. Co ważne, przyjmowanymi wyłącznie we wziewie, czyli z inhalatora. Do niedawna potrzebne było zaświadczenie (tzw.TUE, ?wyjątek dla użycia terapeutycznego?), obecnie np. salbutamol można wdychać niemal do woli. Wystarczy zadeklarować przy kontroli, że stosuje się taki środek. Mógłby to więc robić każdy, także Justyna Kowalczyk, która odważnie i jawnie, wraz ze swoim trenerem krytykuje zawodniczki, które przyjmują leki na astmę. W tym miejscu wkraczam na bardzo grząski grunt. Po pierwsze nie jest udowodnione, czy przyjmowane przez zdrowego sportowca kortykosterydy poprawiają wydolność. Po drugie, o czym przy okazji afery Armstronga wielokrotnie wspominał Johnatan Vaughters, jeden z ?nawróconych? doperów, obecnie będący na czele ruchu chcącego oczyścić kolarstwo, doping lepiej działa na organizmy mniej utalentowane. Po trzecie wreszcie, nasza mistrzyni sama ma na swoim koncie przykrą przygodę z TUE (jest to niestety częsty przypadek, gdy nawet najlepsi nie orientują się w gąszczu przepisów i składów leków; to mało profesjonalne, ale to fakt), zatem eksperymenty z medykamentami mogłyby mieć dla niej drastyczne konsekwencje z koniecznością zakończenia kariery włącznie.

    W zeszłym sezonie Aleksander Wierietielny postawił śmiałą tezę, w myśl której Bjoergen bierze legalne kortykosterydy, by lepiej natlenić mięśnie. Śledząc jej karierę można faktycznie zauważyć tę prawidłowość. W przypadku wielu sportowców ewolucja sylwetki wiązała się ze zmianą przygotowań, zmianą diety czy wreszcie, zmianą lub wprowadzeniem wspomagania. Kolejne wieloznaczności pojawiają się, gdy spojrzymy na ostatnie trzy dekady historii norweskich sportów wytrzymałościowych. Niemal cały czas na topie, wiele gwiazd, które dominowały przez lata (Bj?rn D?hlie, Johann Olav Koss, Ole Ejnar Bjoerndalen, Marit Bjoergen), federacje solidnie wspierane finansowo przez państwo. Do tego niemal zero wpadek. To sugerowałoby zorganizowany system. W opozycji należy postawić bardzo istotny fakt, jakim są porażki Norwegów w latach, gdy ich główni rywale wprost sięgali po doping. Twórcami złotej generacji włoskich biegaczy: Stefanii Belmondo, rodzeństwa di Centów czy Silvio Faunera byli ci sami lekarze, którzy wprowadzili EPO do kolarstwa. Finowie na przełomie XX/XXIw. zdobyli wyraźną przewagę dzięki zorganizowanemu systemowi wspomagania. Podczas Igrzysk w Salt Lake City z Norwegami i Norweżkami wygrywali Johan Muehleg i Rosjanki by szybko wpaść na stosowaniu dopingu krwi. Cztery lata później, w Turynie, austriaccy biathloniści, którzy mieli zdetronizować Ole Einara Bjoerndalena musieli uciekać przez okno przed kontrolerami, ponieważ byli klientami znanego m.in. Bernhardowi Kohlowi laboratorium Humanplasma.

    Te wszystkie historie to m.in. efekt niedostatecznych kontroli, braku systemu paszportów biologicznych. Na ich tle kortykosterydy Marit Bjoergen wyglądają niewinnie. Tym bardziej, że astma wysiłkowa, zwłaszcza po kilkunastu przetrenowanych sezonach, gdy organizm narażony jest na zimno, wiatr, zanieczyszczenia czy drażniące chemikalia (sprawa dotyczy więc większości sportowców, którzy godzinami szlifują formę na szosach, bieżniach i w basenach) jest realną zmorą zarówno profesjonalistów jak i amatorów. Zmagał się z nią m.in. Robert Korzeniowski. Bjoergen po symbicort w sprayu sięgnęła będąc już ukształtowaną zawodniczką, mając na koncie wiele sezonów wdychania zmrożonego powietrza. Patrząc na regularnie przekroczone normy pyłu zawieszonego w małopolsce pozostaje czekać, kiedy podobna przypadłość dopadnie i naszą mistrzynię…

    W całej sprawie przykre jest to, że piękna rywalizacja dwóch wielkich indywidualności: Kowalczyk i Bjoergen chowa się w cieniu podejrzeń i oskarżeń. Winna nie jest Bjoergen, która prawdopodobnie naprawdę ma astmę. Winni nie są Kowalczyk i Wierietielny, którzy mają prawo czuć się sfrustrowani: mimo wszystko nie rywalizują z norweską kadrą na tych samych warunkach. Trzydzieści lat zaniedbań, gdy doping był de facto niewykrywany, gdy sportowcy regularnie nadużywali procedury TUE, by maskować wspomaganie, gdy nikt nie mówił, że coś jest nie w porządku, patrząc na coraz bardziej wynaturzonych atletów. To wszystko odbija się na współcześnie startujących zawodnikach.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 27.11.2012

  • Od Festiny do Sky

    Szokujące, przyjmowane z niedowierzaniem, zaskakujące, odrażające, ohydne. To standardowy zestaw komentarzy dotyczących praktyk dopingowych Lance?a Armstronga i jego przybocznych. Skala procederu była znaczna, ale co do zasady to wszystko już było. Dokładnie te same schematy opisane zostały ponad dekadę temu przy okazji afery Festiny, która wstrząsnęła kolarstwem czternaście lat temu.

    Pierwszy szok

    W 1998 roku telewizja rządziła światem i to właśnie telewizja pokazała samochód ekipy Festina, zatrzymany w przededniu osiemdziesiątego piątego Tour de France. Samochód prowadzony przez Willy?ego Voeta, masażystę jednej z najlepszych wówczas drużyn w peletonie. Samochód, w którego bagażniku znajdowała się turystyczna lodówka zawierająca tabletki i ampułki epo, testosteronu oraz hormonu wzrostu. Do tego całkiem sporo nielegalnych stymulantów, także takich, których składu nie znał sam Voet, podający je zawodnikom. Sprawa zakończyła się skandalem, ale nie złamała ani karier zawodników ani dyrektorów sportowych. Fakt, kolarstwo weszło w niewielki dołek finansowy w kolejnych latach, ale co do zasady nic się nie zmieniło. Kilka miesięcy po zakończeniu procesów kierownictwa i zawodników drużyny Voet napisał książkę ?Przerwany łańcuch?, w którym opisał historię zinstytucjonalizowanego dopingu w drużynie, dla której pracował. Pośrednio zasugerował również, że w ekipach niemieckiego Telekomu, hiszpańskim ONCE oraz kilku zespołach włoskich robi się to samo.

    Belgijski masażysta nie podał w swoich wspomnieniach wszystkich nazwisk, ale zaprezentował działanie systemu. Kto, w jaki sposób, kiedy i po co przyjmował określone środki. Opisał sytuację, w której kolarze nie stosujący dopingu odsuwani są od startów w najważniejszych imprezach i poddawani są rodzajowi ostracyzmu. Przedstawił, jak wejście w romans z niedozwolonym wspomaganiem uzależnia i wikła zawodnika na długie lata i zmienia jego życie. Według dokładnie takiego schematu działali wówczas wszyscy lub prawie wszyscy. Kto, jak Armstrong doprowadzał proceder do perfekcji, osiągał sukces.

    Korporacja ?Lance Armstrong?

    Lance Armstrong wrócił do kolarstwa po przebytej chorobie nowotworowej właśnie w 1998 roku. Drużyna US Postal dopiero zaczynała swoją działalność. Młody dyrektor sportowy, Belg Johann Bruynell dokładnie wiedział, że bez systemu dopingowego nic nie osiągnie. Wszak przed zakończeniem kariery był kolarzem ONCE, gdzie Manolo Saiz dbał, by jego zawodnicy byli szybcy, silni i wytrzymali przynajmniej w takim samym stopniu co inni. Jeśli dobrze poszukać, już wtedy można natknąć się na ślady postaci, którą można połączyć z osobą Eufemiano Fuentesa, jednego z kilku lekarzy-fizjologów-hematologów-magików, opracowujących dopingowe plany dla wyczynowych sportowców.

    Lance Amrstrong i Johann Bruynell zaufali prawdopodobnie najlepszemu z nich. Włoch Michele Ferrari nie tylko miał talent i wiedzę. Był również na bieżąco ze zmianami w prawie antydopingowym, dzięki czemu zmieniał metody wspomagania na takie, które będą niewykrywalne. Wraz z Armstrongiem, Bruynellem i Hiszpanami: del Moralem i Celayą stworzył perfekcyjnie działającą organizację, która wygrała wiele prestiżowych wyścigów, w tym siedem razy Tour de France. Całość została dodatkowo zabezpieczona niejasnymi kontaktami samego Armstronga i Bruynella z kolarskimi władzami.

    Dzięki pieniądzom od sponsorów (w tym znanej ze wspierania ?brudnych? gwiazd sportu firmy Nike) błędy systemu były tuszowane. Realnie takie sytuacje zdarzały się wyjątkowo rzadko. Dawkowanie środków zostało doprowadzone do perfekcji. Sposoby oszukiwania kontroli działały niemal niezawodnie. Kolarze nielegalnie podnosili możliwości swoich organizmów i nie mieli pozytywnych wyników testów. To była sztandarowa broń Armstronga w walce z mediami. Warto zauważyć, że nigdy nie mówił ?jestem czysty?. Zawsze mówił (w trzeciej osobie) ?Lance Armstrong nigdy nie miał pozytywnego wyniku?.

    Taka działalność wymagała wyjątkowo dużych nakładów, zarówno finansowych, jak i zwykłej, codziennej pracy. Nic dziwnego, że niemal każdy, kto odchodził z ?Korporacji Lance Armstrong? wcześniej czy później popełniał błąd i wpadał na dopingu. Nie bez znaczenia jest też fakt, że działalność Armstronga i Bruynella zbudowana była na misternej sieci personalno-zawodowych zależności podszytych finansowym i co najważniejsze, emocjonalnym, szantażem względem podwładnych. Oczywiście, każdy z uczestników był dorosły i świadomy tego, co robi, ale wyrwanie się z tego typu sieci jest niezmiernie trudne. Na myśl przychodzą porównania choćby z filmem ?Firma? o młodym prawniku, który wyrywa się kancelarii piorącej pieniądze mafii.

    Doktor zło i koledzy

    Wspomniany Ferrari był jednym z kilku ludzi, którzy układali plany treningowo-dopingowe kolarzom (co ważne, nie tylko im) w Europie. Oprócz niego warto wymienić Eufemiano Fuentesa, bohatera afery ?Operation Puerto?. Prawdopodobnie drugiego w kolejności po Ferrarim najlepszego ?magika?, z którego usług korzystali m.in. Jan Ullrich, Ivan Basso czy Roberto Heras, czyli ci, którzy byli zaraz za Armstrongiem na górskich przełęczach.

    We Włoszech oprócz Ferrariego działał Carlo Santuccione, główna postać afery ?Oil for Drugs?, dotyczącej głównie lokalnych gwiazd: Ricardo Ricco, Eddy Mazzoleni czy Danilo di Luca mieli korzystać z jego usług. Santuccione, tak jak Ferrari oraz Luigi Cecchini (opiekował się m.in. Bjarne Riisem, Tylerem Hamiltonem, Michele Bartolim) to wychowankowie Francesco Conconiego, profesora, który wprowadził epo w poczet środków poprawiających wydolność sportowców, ?twórcy? sukcesów Francesco Mosera w latach osiemdziesiątych.

    W Wiedniu działało laboratorium ?Human Plasma?, wokół którego śledztwo zostało mocno wyciszone, ale z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że z jego usług korzystali kolarze m.in. Rabobanku i Gerolsteiner, w tym Bernhard Kohl i ? być może ? Levi Leipheimer. Co ważne, Leipheimer, który zeznawał w sprawie Armstronga i przyznał się do stosowania epo oraz regularnych transfuzji nigdy nie miał pozytywnych wyników testów antydopingowych. Podobna instytucja prowadzona była jako podziemny fakultet na uniwersytecie we Fryburgu, gdzie lekarze Lothar Heinrich i Andreas Schmid obsługiwali m.in. zawodników T-Mobile.

    Epo, hormonu wzrostu, testosteronu i innych substancji używały dziesiątki, jeśli nie setki kolarzy i tysiące innych sportowców w Europie. Wpadali nieliczni, co pokazuje, że doping był de facto dozwolony. Co więcej, na nielegalne wspomaganie pośrednio zezwalały, i nadal zezwalają, władze światowego sportu. Do momentu wprowadzenia paszportów biologicznych, które bardzo utrudniają manipulowanie parametrami organizmu przyjmowano, że jeśli nie ma pozytywnego wyniku testu (a jak pokazują akta sprawy US Postal jest to może nie łatwe, ale możliwe do osiągnięcia), to dopingu nie ma, nawet, jeśli pewne wskaźniki są absurdalnie wysokie. Przyjęta granica dla hematokrytu na poziomie 50 jest w przypadku większości wyczynowych sportowców, obciążonych do granic możliwości, niemożliwa do osiągnięcia i utrzymania w dłuższym czasie w legalny sposób.

    Tymczasem przez mniej więcej dwie dekady setki sportowców przez długie miesiące każdego sezonu utrzymywało w magiczny sposób ten parametr na tak wysokim poziomie, podając sobie epo, kolejne jego generacje, w większych lub w tzw. mikrodawkach albo przetaczając krew, a ewentualne zaburzenia regulując porcjami soli fizjologicznej. Podobnie ma się sprawa z poziomem testosteronu do epitestosteronu ustalonym na 4:1 (na złamaniu tej granicy wpadł Floyd Landis, a nie na pozytywnym teście na testosteron jako taki – krótko mówiąc amerykański kolarz przedobrzył z dopingiem i dlatego został złapany, a nie dlatego, że w ogóle coś wziął).

    Co więcej, wiele metod było na tyle skutecznych i możliwych do ukrycia, że ich udowodnienie umożliwiały nie testy medyczne, a policyjne śledztwo. Afera Balco, związana z amerykańskimi lekkoatletami wyszła na jaw nie dzięki laboratorium antydopingowemu, a dzięki donosowi Trevora Grahama. Gdyby nie ten fakt, Marion Jones prawdopodobnie do końca kariery używała by ?The Clear? i być może pobiła rekord świata słynnej Flo-Jo nie podejrzewana o nic. Na marginesie warto zaznaczyć, że działaczem USADA, który prowadził sprawę był ten sam Travis Tygart, który doprowadził sprawę Armstronga do końca.

    Ja brałem, ty brałeś, wygrał lepszy?

    Jak więc widać, brali niemal wszyscy. Za każdym wielkim triumfem ostatnich 20 jeśli nie 30 lat stoi, oprócz zawodnika także fizjolog-magik. Lekarz, który nie tylko opracowuje metody treningowe (np. Cecchini był prekursorem treningu z pomiarem mocy, obecnie uznawanego za najbardziej skuteczną metodę planowania i monitorowania obciążeń), ale też dobiera do nich odpowiednie wspomaganie. Zeznania świadków w sprawie dopingu w US Postal rzucają zupełnie nowe światło na przebieg wyścigów, które śledziliśmy w ostatnich latach. Ataki, kryzysy, taktyka zespołów i poszczególnych zawodników zależne były od strategii przyjmowanych środków. Choćby od tego, czy kierownictwo drużyny zdecydowało się zorganizować system na przygotowania i konkretną imprezę, czy też kolarze musieli radzić sobie we własnym zakresie. Opcja pierwsza dawała większe szanse sukcesu i minimalizowała szansę wpadki. Opcja druga była bardziej ryzykowna i niekoniecznie tak skuteczna.

    Popularne twierdzenie, że skoro i tak sportowcy ?biorą?, to należy zalegalizować doping jest jednak błędne. Po pierwsze, niekontrolowane i puszczone luzem wspomaganie niezbadanymi do końca substancjami zwyczajnie prowadzi do śmierci lub kalectwa sporej grupy sportowców. Po drugie, na co zwraca uwagę Jonathan Vaughters, jeden ze skruszonych i ?nawróconych? doperów a co poparte jest badaniami naukowymi, doping powoduje, że nie wygrywa zawodnik, który jest najbardziej utalentowany, wykonał najcięższą pracę, miał najlepszą drużynę i trochę szczęścia. Wygrywa ten, który lepiej adaptuje się do działania zabronionych środków. Dochodzi do paradoksu, że organizmy o wyjściowo niższych parametrach (które w warunkach równej rywalizacji wypadałyby gorzej), po zastosowaniu kuracji i dojściu do parametrów jednostek wybitnie utalentowanych realnie zyskują nad nimi przewagę!

    Co więcej, ponieważ obrót lekami, które często są jeszcze np. w fazie badań klinicznych (jak nowsze generacje epo: ?Dynepo? i ?Mircera?) jest ograniczony lub nielegalny. Zatem wygrywa ten, który lepiej radzi sobie z omijaniem prawa, lepiej przekupuje celników, przemyca, lepiej zdobywa ?koks? na czarnym rynku. Idąc dalej można stwierdzić, że niektóre ćwiczenia czy metody treningowe planowane są (lub były) układane nie pod optymalny rozwój organizmu, a w kontekście jak najlepszego wykorzystania działania środków dopingujących.

    Na koniec wreszcie zawodnicy, którzy nie biorą udziału w procederze są dyskryminowani, nie mają szansy na rozwój kariery i doświadczają wielu osobistych dramatów. Poważne konsekwencje natury psychicznej (życie w ciągłym stresie, ukrywanie faktów, groźba konfliktu z prawem itd.) wpływają również na wyniki zawodników uczestniczących w dopingowym systemie, co dodatkowo zaburza wyniki rywalizacji, być może nawet bardziej niż pojawiające się czasem niekontrolowane efekty wspomagania lub skutki uboczne. Czy to nadal jest sport? I czy można mówić, że rywalizacja dwóch ?doperów? jest równą rywalizacją? I czy w tym kontekście można mówić, że Lance Armstrong był najlepszy sportowcem swojej generacji, skoro ? tylko i aż ? stworzył organizację, która najlepiej funkcjonowała w realiach pozwalających na nielegalne działania?

    Nowe pomysły i nowa filozofia

    O tym, jak wielki wpływ na kolarstwo miała machina, jaką stworzyli Armstrong i Bruynell niech świadczy to, co stało się po zakończeniu kariery przez Teksańczyka. Zbiegło się to z intensyfikacją działań antydopingowych: ulepszonymi testami na transfuzję, efektami śledztwa ?Operation Puerto? oraz pracami nad paszportem biologicznym. Tour de France 2006 był wyścigiem ? kuriozum, gdzie główni faworyci zachowywali się kompletnie nielogicznie, unikali rywalizacji, dopuszczali do walki o żółtą koszulkę zawodników, którzy dostawali czas niemal w prezencie od peletonu (Oscar Pereiro i Cyril Dessel).

    Warto też zwrócić uwagę, że od tej daty zaczyna rozwijać się na dobre kariera Cadela Evansa. Zawodnika, który uchodzi za jednego z tych, którzy byli po ?jasnej stronie mocy?. Evans to przykład kolarza o niezwykle rozwiniętych parametrach fizjologicznych: z naturalnym VO2Max na poziomie 87ml/kg/min oraz wysoką tolerancją zakwaszenia. Przez większość kariery współpracował z innym znanym trenerem-fizjologiem, Aldo Sassim, który nie uznawał stosowania dopingu.

    Australijski kolarz po przejściu do niemieckiej ekipy T-Mobile spotkał się z rodzajem ostracyzmu, nie był włączany do składu na Tour de France. Po przejściu do belgijskiego Lotto nie był z kolei w stanie realnie walczyć o czołowe lokaty w wielkiej pętli. Dopiero, gdy peleton zaczął zwalniać, po odejściu Armstronga i aferze Puerto, Evans zaczął dobijać się do podium, czego efektem było zwycięstwo w Tourze 2011. Wyścigu, podczas którego kolarze pokonywali główne wzniesienia najwolniej od 20 lat!

    Innym przykładem jest Tom Danielson, kolarz, który uczestniczył w dopingowym systemie US Postal a który nigdy nie zrealizował pokładanych w nim nadziei. Zawodnik również wybitnie utalentowany, przez co gorzej reagujący na doping, a do tego fatalnie znoszący tę sytuację psychicznie. W efekcie nigdy nie stanął na podium wielkiego touru, co w realiach uczciwej rywalizacji byłoby wielce prawdopodobne.

    Dramatyczny wybór, przed którym stawali zawodnicy: będę zawodowcem lub nie będę stosował dopingu w dużej mierze odchodzi w przeszłość. Kolarze przestają mówić ?mam negatywne wyniki testów?, za to wprost deklarują ?jestem czysty?. W poszukiwaniu przewagi nad rywalami szuka się najmniejszych możliwych różnic. Dopracowuje i rozwija sprzęt czy ubiór do najdrobniejszych szczegółów, obsesyjnie dba o masę ciała, poszukuje nowych metod treningowych, w ramach istniejących przepisów. Wprowadza wszystkie elementy, które można wiązać z profesjonalizmem. Grupa Jonathana Vaughtersa i Davida Millara (obecnie sponsorowana przez Garmin) powstała nie po to, by wygrywać a po to, by dać młodym zawodnikom szansę gry wedle nowych reguł.

    Jest różnica między milczeniem lub omijaniem tematu a programowym i ogłaszanym publicznie hasłem ?jeździmy bez dopingu?. W tym przypadku ślad zorganizowanego systemu wewnątrz zespołu zakończy się spektakularną katastrofą. Można więc śmiało powiedzieć, że Ryder Hesjedal jest prawdziwym zwycięzcą Giro d?Italia. Czy można to samo powiedzieć o Bradleyu Wigginsie i Christopherze Froomie, parze kolarzy Sky, którzy zdominowali tegoroczny Tour de France? Nie wiem. W całej sytuacji odnowy kolarstwa przykre jest to, że można zaufać jedynie nielicznym.

    Brytyjski Sky to ekipa perfekcyjnie zorganizowana, działająca wedle stricte naukowych metod, w teorii doprowadzająca filozofię ?marginal gains? (poszukiwania zysków w najdrobniejszych szczegółach) do perfekcji. Jeśli tak jest ? to dobrze. Gorzej, jeśli poza wspomnianymi ?marginal gains? przewaga budowana jest w inny sposób. Tym bardziej, że dla Wigginsa kolarstwo to coś więcej niż tylko sposób realizacji własnych ambicji i zarabiania pieniędzy. W wywiadach podkreśla, że pozytywny wynik testu byłby końcem nie tylko jego, ale i całej, pracującej wokół kolarstwa rodziny.

    Oprócz dowodów pośrednio wskazujących na, jeśli nie zaprzestanie, to przynajmniej mocne ograniczenie praktyk dopingowych, takich jak mniejsze średnie prędkości czy niższe moce generowane przez zawodników na, co ważne, łatwiejszych trasach dochodzi więc kolejny argument. Kolarze zaczynają być dumni z metod, jakimi osiągają sukces a nie skupiają się na tym, by metody te ukryć. Być może to jest największa zmiana i największe przeciwieństwo systemu, jaki był udziałem wielu, a który Armstrong, Bruynell i Ferrari perfekcyjnie wykorzystali do realizacji swoich celów.

    Tekst pierwotnie opublikowany 21.10.2012 w portalu natemat.pl. Do tej pory zdobył 191 kliknięć w przycisk „lubię to”.

  • Dream teamy nie działają

    Budowane, kupowane, łączone super grupy zawiodły. Koncepcja, która w innych dyscyplinach sportu często się nie sprawdza, również w przypadku kolarstwa szosowego okazała się trudna w realizacji.

    ?Galacticos?, LA Lakers czy Team McLaren z Lewisem Hamiltonem i Fernando Alonso. Fantastyczne zespoły-projekty, które miały podbić sportowe areny a w zamian ponosiły wiele dotkliwych porażek. Mimo licznych doświadczeń zawsze znajdzie się zamożny wizjoner, który przy pomocy niemal nieograniczonego budżetu postanowi zdominować swoją dyscypliny sportu. W mijającym sezonie kilku takim historiom mogli bliżej przyglądnąć się kibice kolarstwa.

    Ekipa BMC cieszy się po wygraniu Tour de France 2011. Przed sezonem 2012 kupiono największe gwiazdy peletonu, ale wyniki nie są już takie dobre.

    Ekipa BMC cieszy się po wygraniu Tour de France 2011. Przed sezonem 2012 kupiono największe gwiazdy peletonu, ale wyniki nie są już takie dobre. ? Glory Cycles/ flickr CC BY 2.0

    Mniej więcej rok temu media śledzące wydarzenia w zawodowym peletonie były poruszone. Andy Rhis, bogaty ekscentryk, postanowił zbudować drużynę marzeń. Trzech mistrzów świata, zwycięzca Tour de France i najlepszy kolarz sezonu mieli zdominować rywalizację od klasyków po ?wielką pętlę?. Tymczasem Philippe Gilbert przebłyski dobrej dyspozycji zaczął przejawiać dopiero w drugiej połowie lipca. Thor Hushovd, który nie dał rady sprostać wymogom, jakie stawiają bruki we Flandrii od połowy roku jest na L4 a Cadel Evans nie trafił z formą we Francji. Gdyby nie zdolna młodzież: Tejay van Garderen (świetna postawa podczas TdF) i Taylor Phinney a także równa forma Grega van Avermaeta i odbudowana pozycja Alessandro Ballana można by mówić o kompletnej porażce. Rhis w swym zakupowym szaleństwie zachował mimo wszystko umiar i zbudował zrównoważony skład, w którym młodzi zbierają doświadczenia u boku wielkich mistrzów. Mimo wszystko liczony wprost zwrot z zakupu gwiazd póki co się nie istnieje. Nazwa ?BMC Racing Team? pojawiała się w materiałach głównie obok słów takich jak ?porażka? czy ?zawiódł po raz kolejny?. Oczekiwana klęska urodzaju i potencjalne problemy z pogodzeniem interesów liderów nie doszły do skutku. Gdy ci nie byli w stanie walczyć o założone cele, problem sam się rozwiązał.

    Drugi spektakularny projekt, przejęcie przez Johana Bruynella braci Schleck i Fabiana Cancellary wraz z większością teamu Leopard również spalił na panewce. To miał być murowany sukces. Najbardziej obiecujący kolarz etapowy i najlepszy czasowiec/specjalista klasyków pod skrzydłami dyrektora sportowego, który doprowadził do sukcesów Armstronga, Contadora, Savoldellego, Herasa. Porażka BMC przy sytuacji Radioshack Nissan Trek to drobiazg. Drużyna Bruynella w sezonie 2012 boryka sie z wszystkimi możliwymi problemami, jakie można sobie wyobrazić. Zaczęło się od pecha Fabiana Cancellary. Podczas Mediolan – Sanremo na finiszu ograł go Simon Gerrans. Kampanię na brukach (był podobno w świetnej formie) przerwała kraksa zakończona złamaniem obojczyka w czasie Ronde van Vlaanderen. Gdy powrócił do ścigania latem, upadł po raz kolejny walcząc o medal ze startu wspólnego w Londynie. W efekcie nie był w stanie odegrać znaczącej roli w swojej koronnej konkurencji, jazdy na czas.
    W międzyczasie Johan Bruynell postanowił przeciąć pępowinę łączącą braci Schleck. Wymyślił, że wyśle Franka na Giro d?Italia. Ten jednak niezadowolony a do tego nieco poobijany wycofał się po piętnastym etapie. Równolegle Andy bezskutecznie szukał formy z ubiegłych lat a na domiar złego wywrócił się podczas Criterium du Dauphine i złamał miednicę. Zmuszony do startu w Tour de France jako zastępca brata Frank po raz kolejny nie sprostał roli lidera drużyny – głupio wpadł na dopingu za znalezienie w jego organizmie substancji maskującej Ksypamid. Co więcej, cała ekipa zmagała się równocześnie z problemami wizerunkowymi. Planujący odejście z grupy Jakob Fuglsang oskarżył kierownictwo o zaleganie z wypłatami. Wspomniane szefostwo z Bruynellem na czele wpadło jednak w jeszcze większe kłopoty. Pętla zaciskająca się na szyi Lance?a Arsmtronga to sprawa także jego byłego dyrektora sportowego, który wkrótce może zostać dożywotnio wykluczony z kolarstwa za organizowanie dopingowego procederu w grupie US Postal. Zatem kolejny zespół, który miał rządzić i dzielić nie spełnił oczekiwań, choć, podobnie jak BMC przed całkowitą porażką ratują go kolarze z drugiego szeregu.

    W gronie super ekip – porażek postanowiłem również umieścić Team Sky. Może się to wydać zaskakujące. Dublet w Tour de France i Igrzyskach Olimpijskich dla Wigginsa i Froome?a oraz dominacja w wielu innych wyścigach wskazuje na udany sezon. Sky miał być jednak brytyjską grupą marzeń, w której pierwszy w dziejach poddany królowej wygra Wielką Pętlę a mistrz świata, Mark Cavendish będzie hurtowo wygrywał sprinty. Z taką myślą ten zespół powstawał i początkowo wydawało się, że wszystko układa się po myśli Dave?a Brailsforda. Być może projekt zakończyłby się spektakularnym sukcesem, nie tylko sportowym, ale i wizerunkowym, gdyby nie dodatkowy element układanki, czyli Chris Froome. Zamiast być wiernym gregario wykorzystał swoją formę i stał się niemal równorzędnym liderem z Wigginsem. W ten sposób dla Cavendisha brakło pomocników i choć wygrał trzy etapy Touru, nie był w stanie samotnie walczyć z Peterem Saganem o zieloną koszulkę. Wizja dominowania w wielkich tourach jest dla kierownictwa na tyle kusząca, że ?Cav? nie widząc w takim układzie dla siebie miejsca szuka nowej ekipy. Brytyjski dream team, choć odniósł sportowy sukces de facto przestaje istnieć, a na horyzoncie już widać konflikt między Froomem a ?Wiggo? o to kto ma walczyć o żółtą koszulkę w lipcu przyszłego roku.

    Ponieważ Mark Cavendish łączony jest – nie bez powodu – z ekipą Omega Pharma Quick Step muszę wspomnieć na koniec również i o tym zespole. W tym roku Patrick Lefevre znalazł idealny balans pomiędzy możliwościami, ambicjami i rzeczywistą formą swoich kolarzy. Tom Boonen przechodzi na naszych oczach do historii jako jeden z najbardziej utytułowanych specjalistów jazdy po bruku. Tony Martin, choć zawodzi w etapówkach, dziś ugruntował swoją pozycję wybitnego czasowca, broniąc tytułu mistrza świata. Cavendish chętnie do tego grona dołączy, choćby ze względu na sprzęt (Specialized, który dostarcza drużynie rowery z otwartymi ramionami powita Brytyjczyka w swoich barwach). Pojawia się jednak pytanie o współpracę z Boonenem. Mediolan – Sanremo oraz etapy i zielona koszulka Tour de France to punkty zapalne potencjalnego konfliktu. Nawet tak konserwatywnie budowana i mająca jednoznaczny charakter drużyna może mieć problem. Sytuacja, w której mocarstwowe plany legną w gruzach jest łatwa do przewidzenia. Jak będzie wyglądała sytuacja Cavendisha, jeśli Tom Boonen w niedzielę zostanie mistrzem świata? A może Lefevre i jego sponsorzy oprą się pokusie zyskania łatwego, choć kosztownego rozgłosu? Kto jeszcze wpadnie na pomysł zbudowania ?kolarskiego dream teamu? i jak bardzo na tym przegra? Bo że jest to misja niemal niemożliwa, przekonaliśmy się w mijającym sezonie.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 19.09.2012

  • Alberto, który robi różnicę

    Tak się pisze historię sportu. Tak się pozyskuje uwielbienie fanów. Wreszcie w ten sposób trafia się na nagłówki gazet całego świata. Alberto Contador nie tylko wygrał etap, został nowym liderem Vuelta a Espana i kompletnie zniszczył plan Joaquima Rodrigueza, który był już o krok od zwycięstwa w klasyfikacji generalnej. Zrobił to wszystko w stylu wielkiego mistrza.

    Siedemnasty etap Vuelty miał być dla typowych uciekinierów. Średniej trudności podjazdy po katuszach, jakie przeżywali kolarze w ciągu ostatnich kilku dni, miały dać szansę faworytom na złapanie oddechu przed wielkim finałem, w sobotę na Bola del Mundo. Tymczasem lider, Joaquim ?Purito? Rodriguez poczuł się minimalnie gorzej. Contador to zauważył, momentalnie wysłał swoich pomocników do przodu a na 50km przed metą sam przystąpił do ataku. Zero kompromisów, maksimum ryzyka i czysta intuicja. Tym kierował się Hiszpan zmierzając po etapowe zwycięstwo.

    Kompletnie zaskoczonego Rodrigueza i jego drużynę dodatkowo pogrążył Alejandro Valverde, który wkrótce ruszył z kontrą i na mecie niemal dogonił Contadora. Niemałą rolę w tych wydarzeniach odegrali gregario. Zmęczeni kontrolowaniem wyścigu od kilkunastu dni i zaskoczeni atakami kolarze Katushy nie dali rady zawodnikom Saxo Banku i Movistaru. Pomocą Contadorowi służył również Paolo Tiralongo z Astany, były kolega z drużyny, odwdzięczający się za podarowane zwycięstwo etapowe na zeszłorocznym Giro d?Italia.

    Komentatorzy rozpływają się nad maestrią Contadora. Przywoływane są duchy wielkich mistrzów i ich heroiczne ataki po których decydowały się losy wielkich tourów. Ostatni z nich, Marco Pantani rozstrzygnął na swoją korzyść Tour de France 1998, gdy rzucił się do szaleńczej ucieczki gdy, tak jak wczoraj Contador, wyczuł, że jego najgroźniejszy rywal (Jan Ullrich) może mu nie sprostać. To tamtą akcją żyli kibice przez ostatnie 14 lat, to do niej porównywano kolejne dokonania kolejnych mistrzów. Wreszcie to ona wyznaczała oczekiwania względem tego, czy dany wyścig przejdzie do historii.

    Fani uwielbiają takie rozstrzygnięcia. Dlatego, mimo dopingowej wpadki, szacunkiem i wsparciem cieszył się Aleksander Winokurow. Ukoronowaniem stylu, w jakim jeździł Kazach było jego ostatnie w karierze zwycięstwo w Londynie, gdzie złoto wywalczył właśnie bezkompromisowym, ryzykanckim atakiem. Contador, który właśnie wrócił z przymusowych, ?dopingowych wakacji? przez całą Vueltę atakował. Non stop, dzień w dzień próbował zmęczyć Rodrigueza i odrobić niewielką stratę. Ilość szarpnięć, skoków, akcji zaczepnych, które przeprowadził na najbardziej stromych zboczach gór w Asturii jest niemożliwa do policzenia. Swój cel osiągnął na etapie, gdzie teoretycznie nic nie mogło się wydarzyć. Być może nie byłoby to możliwe, gdyby wcześniej nie zmęczył rywala do granic możliwości.

    Jeśli zastanawiać się nad tym, co powoduje, że wyścig jest ciekawy, odpowiedź jest jasna. Charakter faworytów. Wiosenne Giro d?Italia cenię bardzo wysoko, triumf ?czystego? Hesjedala to coś wyjątkowego. Akcja de Gendta w walce o trzecie miejsce była piękna i widowiskowa. Z kolei na Tourze Sky pokazał maksymalną determinację i bolesną dla rywali konsekwencję. Jednak dopiero Contador na Vuelcie dał kibicom to, czego pragną. Emocje.

    Za kilka lat będziemy pamiętać właśnie 17. etap tegorocznej Vuelty. Ilość kontekstów, podtekstów i styl tego zwycięstwa mówią same za siebie. Tyle, że Contador w ten sposób jeździł już od pewnego czasu. Zeszłoroczne (anulowane wstecznym wyrokiem o dyskwalifikacji) Giro i Tour rozgrywał w tym samym stylu. Podczas prawdopodobnie najtrudniejszego wyścigu dekady, Giro 2011, izolował rywali od ich pomocników na długo przed metą. Później sam rozdawał karty, by w końcówce zadać decydujący cios, co zaowocowało monstrualną przewagą nad większością stawki. Podczas zeszłorocznego Touru, gdy zmagał się ze zmęczeniem, kontuzją i wreszcie stresem wiszącym nad nim w związku ze sprawą klenbuterolu, mając stratę do liderów również postawił wszystko na jedną kartę. Zaatakował od startu, przez cały etap jechał przed peletonem, ale wtedy poległ, ponieważ wyprzedził go Pierre Rolland a zysk nad konkurentami w klasyfikacji generalnej był niewielki. Mimo tego doświadczenia, na tegorocznej Vuelcie spróbował po raz kolejny. Znów był blisko porażki – konratakujący dzięki pomocy swojej drużyny Alejandro Valverde na mecie był tuż za nim. Ale ?Purito? Rodriguez pękł, stracił dwie i pół minuty i to Alberto jest teraz głównym faworytem do końcowego triumfu.

    Jeśli Vuelta jest wyścigiem o serca fanów, zarówno Contador jak i Valverde wygrali. Wyścig jest tak nieprzewidywalny, że możliwych jest jeszcze kilka scenariuszy, choć Joaquim Rodriguez, przynajmniej w poetpaowych wywiadach już złożył broń. Przed kolarzami jeszcze sobotnie, brutalne wzniesienie Bola del Mundo. Tak czy inaczej, Contador i Valverde wczoraj znów nie byli ?klenbuterolem? i ?Pitim?. Byli po prostu wspaniali.


    Alberto Contador jedzie po historyczne zwycięstwo na 17. etapie Vuelty. Uwaga – deycdujący atak przeprowadził na tyle wcześnie, że nie znalazł się on w relacji TV!

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 06.09.2012

  • Wyniki z gwiazdką

    Z pewnością to nie koniec sagi, ale pewien etap w historii kolarstwa właśnie się zakończył. Lance Armstrong oświadczył, że nie będzie składał wyjaśnień przed Amerykańską Agencją Antydopingową (USADA). W ten sposób, pośrednio, przyjął, że stawiane mu zarzuty są prawdziwe.

    Nie wiadomo, czy w ten sposób Armstrong chce uniknąć przykrego i kompromitującego odkrycia dowodów świadczących o tym, że w latach 1999-2010 nie tylko stosował niedozwolone środki wspomagające, ale też współorganizował zinstytucjonalizowany proceder w grupach US Postal, Discovery, Astana i RadioShack. Nie wiadomo też, jakie będą losy jego wieloletnich współpracowników, w tym Johana Bruynella, dyrektora sportowego wspomnianych ekip. Dość powiedzieć, że np. Pepe Marti (lekarz Alberto Contadora) oraz Michele Ferrari (słynny ?doktor zło?, który w latach ?90 polecał kolarzom EPO i opiekował się Armstrongiem) dożywotnio stracili prawo wykonywania zawodu!

    Lance Armstrong jedzie po zwycięstwo na Alpe d'Huez podczas Tour de France 2001

    Lance Armstrong jedzie po zwycięstwo na Alpe d’Huez podczas Tour de France 2001 ? Wikimedia commons, domena publiczna

    Niepewna i niejasna jest również przyszłość historycznych tabel zawierających zwycięzców Tour de France. Precedensowa sprawa Bjarne Riisa, który przyznał się do stosowania wspomagania EPO przy wygrywaniu ?Wielkiej Pętli? w 1996r a równocześnie zachował zwycięstwo sugeruje, że tak może pozostać. Właściwie wystarczyłoby oznaczyć wyniki z lat 1991-2006 gwiazdką z adnotacją, że w tym okresie kolarze powszechnie i intensywnie się dopingowali. Argumentem jest lista rekordów słynnego podjazdu Alpe d?Huez, gdzie 19 z pierwszych 20 rezultatów pochodzi właśnie z tego okresu. Obecnie, po wdrożeniu nowoczesnych testów oraz systemu „paszportów biologicznych” na kluczowe wzniesienia kolarze wspinają się w tempie porównywalnym z tym, w jakim robili to ich poprzednicy w latach osiemdziesiątych.


    Apogeum kariery Lance’a Armstronga i „epoki EPO”. Słynny atak na Alpe d’Huez (1:49). Każdy z zawodników czołówki stosuje doping.

    Prywatnie odczuwam sporą satysfakcję z deklaracji, jaką złożył Armstrong. Choć sam zawodnik czuje się pokrzywdzony, odmową złożenia wyjaśnień zamyka pewną epokę. Jeszcze zimą, gdy Jeff Novitzky nie był w stanie udowodnić amerykańskiemu kolarzowi wykorzystywania publicznych pieniędzy do zorganizowania systemu dopingowego w grupie US Postal byłem rozczarowany. Wydawało się, że, wbrew wielu przesłankom, Armstrong zostanie uznany na zawsze jedynym sprawiedliwym wśród grona rywali-oszustów. Do ostatecznej decyzji sportowych organów dyscyplinarnych pozostało jeszcze sporo czasu i sporo może się wydarzyć. Wiedząc jednak, że USADA chce uznać go za winnego a sam Lance się na to godzi, Teksańczyk przestaje być ikonicznym herosem, ale mając na swoim koncie siedem triumfów w Tour de France pozostaje primus inter pares.

    Paradoksalnie to właśnie po odebraniu mu zwycięstw, uznaniu przynależności do pewnego pokolenia, można w pełni docenić jego osiągnięcia. W tym momencie nie ma wątpliwości: skoro w grze o znanych regułach był najlepszy, to znaczy, że po prostu był najlepszy. Aczkolwiek wzoru sportowego idola proponuję szukać wśród innych postaci.

    Chronologię okołodopingowych perypetii Armstronga w skrócie przedstawia szosa.rowery.org, podobnie jak listy wyników z adnotacjami dotyczącymi dopinguz lat 1999-2005.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 24.08.2012