Kategoria: Herosi

  • Piękny dzień dla Valverde, średni dzień dla kolarstwa.

    Piękny dzień dla Valverde, średni dzień dla kolarstwa.

    Po piętnastu sezonach od zdobycia pierwszego medalu szosowych mistrzostw świata Alejandro Valverde, w wieku 38 lat w końcu wygrał wyścig o tęczową koszulkę. Gdyby nie kilka detali byłaby to inspirująca historia o talencie, wytrwałości i sile woli. I jest. Ale nie tylko o tym.

    Raj dla dziennikarzy

    Ponad sto zawodowych zwycięstw, niezliczone rekordy, bezprecedensowa wytrzymałość połączona z niespotykaną we współczesnym sporcie uniwersalnością. Valverde to kolarz renesansu, niczym najwięksi herosi z przeszłości potrafiący świetnie jeździć w górach, finiszować a nawet okazjonalnie dobrze spisujący się w czasówkach.

    Był ?złotym dzieckiem? hiszpańskiego peletonu, odnoszącym sukcesy już w młodszych kategoriach wiekowych. W 2002r przeszedł na zawodowstwo podpisując kontrakt z grupą Vicente Beldy, Kelme-Costa Blanca. Już rok później wygrał dwa etapy Vuelta a Espana, zdobył swój pierwszy (srebrny) medal mistrzostw świata by w kolejnych sezonach stać się pogromcą ardeńskich klasyków, łowcą etapów i pretendentem do podium niemal każdego wyścigu etapowego, w którym brał udział.

    W międzyczasie zmienił barwy klubowe i związał się z Eusebio Unzue, którego zespół działa nieprzerwanie od lat ?80 XXw a obecnie jest sponsorowany przez Movistar. Po kilku próbach zwyciężył w Vuelta a Espana a gdy w końcu dopadła go sprawiedliwość za współpracę z dopingowym magikiem, Eufemiano Fuentesem zniknął na dwa lata dyskwalifikacji by powrócić w praktycznie niezmienionej dyspozycji.

    Od 2012r ściga się na nieprzerwanie wysokim poziomie, utrzymując świetną formę od wczesnej wiosny do pełni jesieni. Walczy w klasykach, etapówkach, wielkich tourach. Jeździ dla siebie, pomaga kolegom-rywalom z drużyny. Staje na wymarzonym podium Tour de France, wybacza Włochom, którzy wysłali go na dopingową banicję i zajmuje trzecie miejsce w Giro d?Italia. Seryjnie wygrywa Walońską Strzałę i dominuje w Liege-Bastogne-Liege.

    Gdy wydaje się, że paskudny upadek podczas otwierającej Tour de France 2017 czasówki skutkujący strzaskaną rzepką może zakończyć jego karierę, Valverde powraca w następnym sezonie.

    Wciąż jest skuteczny, wciąż jeździ w stylu, z którego słynie, ale kolejne starty sugerują, że kontuzja i wiek zrobiły swoje, bo w najważniejszych startach w końcu znajdują się mocniejsi od niego.

    Do mistrzostw świata w Innsbrucku kompletuje aż 13 zwycięstw, czyli drugi najlepszy wynik wśród zawodowców w sezonie 2018. Na Tour de France pomaga Quintanie i Landzie, na Vuelcie jest najszybszy podczas dwóch etapów i niemal do końca gra o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej. Pod koniec wyścigu jednak gaśnie i wyraźnie zmęczony spada z podium. Potrzebuje zaledwie dwóch tygodni, by odzyskać świeżość i przy wydatnym wsparciu drużyny zwyciężyć w mistrzostwach świata ze startu wspólnego. Marzenie staje się faktem i Alejandro Valverde będzie w kolejnym sezonie ścigał się w tęczowej koszulce.

    Siła umysłu?

    Zanim wytoczę najcięższe działa, muszę docenić hiszpańskiego kolarza. Czego by nie brał w przeszłości, i jak źle nie oceniałbym jego postawy trzeba mu przyznać jedno. Poza mocą, wytrzymałością i dynamiką Alejandro Valverde wykazuje się niebywałą odpornością psychiczną i niegasnącą wolą walki.

    Już sama umiejętność utrzymania koncentracji od lutego do października jest wyjątkowa. Owszem, by wygrywać w zawodowym peletonie trzeba być właściwie przygotowanym fizycznie, ale w grupie, gdzie, zależnie od wyścigu, od kilkunastu do ponad stu zawodników każdego dnia chce walczyć o zwycięstwo regularne sukcesy przez ? roku kalendarzowego są ewenementem.

    Jeśli mielibyśmy rozliczać sportowców tylko z tego, co prezentują w trakcie zawodów, Valverde niewątpliwie jest geniuszem. W jednym z wywiadów swoją skuteczność w ?podeszłym? jak na kolarza wyczynowego wieku tłumaczy brakiem presji. W swojej karierze wygrał już tyle, że nic już nie musi, tylko może.

    Zwraca też uwagę na silną i naturalną dla siebie chęć ciągłej rywalizacji oraz fakt, że ?jest w tym po prostu cholernie dobry?.

    I wygląda na to, że ma rację.

    Kiepski ambasador

    Mistrz świata to ambasador kolarstwa. Jest wyróżniony nie tylko tytułem i medalem, ale też specjalnym strojem, który prezentuje na wszystkich wyścigach przez kolejnych 12 miesięcy. Przez to każdy jego ruch zwraca szczególną uwagę a każde słowo nabiera wyjątkowego znaczenia.

    Gdy na ostatnich kilometrach wyścigu w Innsbrucku stało się jasne, że po tęczową koszulkę sięgnie ktoś z czwórki: Valverde, Bardet, Woods, Dumoulin, scenariusz inny niż zwycięstwo Hiszpana był trudny do przyjęcia. A równocześnie był on najgorszym z możliwych.

    Nie chodzi nawet o to, że Valverde znany jest nie tylko jako ?Bala? ale też jako ?Pitii?, który to pseudonim w swoich notatkach nadał mu Eufemiano Fuentes.

    Nie chodzi też o to, że Valverde przynajmniej przez pierwszych kilka lat swojej kariery, jak zdecydowana większość herosów z pierwszej dekady XXIw chcąc rywalizować o najważniejsze trofea musiał przejść na ciemną stronę mocy.

    Co więcej, nawet jeśli weźmiemy poprawkę na fakt, że stosowanie dopingu w latach, gdy kształtuje się ?silnik? sportowca wytrzymałościowego może mieć wieloletnie, pozytywne skutki nawet po odstawieniu ?koksu? wciąż nie jest to powód, by skreślać dokonania Hiszpana po powrocie z banicji.

    Trzeba jednak postawić sprawę dość jasno. Jego wiarygodność, podobnie jak wiarygodność drużyny Movistar oraz innych hiszpańskich kolarzy, rówieśników Valverde, jest niewielka.

    Sprawę ?operacji puerto? systemowo zamieciono pod dywan, chroniąc największe gwiazdy tamtejszego sportu przed przykrymi konsekwencjami: utratą kontraktów, niesławą i odebraniem osiągnięć sportowych.

    Gdy Valverde przyskrzynili Włosi ten toczył długotrwałą batalię proceduralną zanim ostatecznie został skazany na dwuletnią dyskwalifikację. Ta realnie była krótsza, ponieważ na jej część zaliczono czas, w którym jeszcze się ścigał, wygrywając m.in, Tour de Romandie czy zajmując drugie miejsca w Paryż-Nicea czy Dookoła Kraju Basków.

    Podczas okresu zawieszenia normalnie trenował (choć w ?prywatnym? stroju bez logotypów sponsora) a nawet dla utrzymania dyspozycji, poza klasyfikacją brał udział w wyścigach dla amatorów.

    Do zawodowego peletonu powrócił z przytupem, bez (przynajmniej publicznego) najmniejszego mrugnięcia okiem przez szefostwo ekipy Movistar. Szefostwa, które, nie bójmy się tego powiedzieć, musiało wiedzieć, co, dlaczego i z kim robił Valverde w latach przed przymusową przerwą.

    Mimo nowych realiów: paszportów biologicznych, systemu ADAMS, współpracy WADA z koncernami farmakologicznymi oraz nowych, coraz doskonalszych testów, Valverde nigdy (podobnie jak przed dyskwalifikacją) nie miał pozytywnego wyniku testu antydopingowego a wkrótce po wznowieniu startów zaczął jeździć jeszcze szybciej.

    Sprawę współpracy z Fuentesem całkowicie pomija, jak gdyby 1,5 roku zawieszenia spędził w sanatorium a nie pokutując za dopingowe grzechy. Gdy David Millar, Jorg Jaksche czy Tyler Hamilton opowiadali o mechanizmach związanych z niedozwolonym wspomaganiem w ?erze epo?, Valverde milczał i po prostu się ścigał bijąc kolejne rekordy zwycięstw.

    Można więc postawić tezę, że albo faktycznie jest jednym z najbardziej utalentowanych kolarzy w historii tego sportu i ?koks? nie był mu do niczego potrzebny i jedynie wyrównywał szanse w mrocznych czasach, albo stworzył dopingowy kamień filozoficzny dający mu nieograniczoną moc i wieczną młodość dzięki któremu może rywalizować z zawodnikami młodszego pokolenia.

    Najgorsze jest więc to, że tego po prostu nie wiemy. Valverde bronią wyniki, postawa na szosie i w peletonie, w którym cieszy się estymą i poważaniem. Obciąża natomiast milczenie i brak deklaracji co do przeszłości i teraźniejszości.

    Jako kolarz zrobił w swojej karierze wiele, by kibice go uwielbiali i hołubli. Nie jest jednak juniorem, by skupiać się jedynie na tym, co pokazuje na szosie, bez poprawki na historyczny i kulturowy kontekst.

    A ów kontekst nie jest w tym wypadku szczególnie ciekawy.

    Doping: farmakologiczny, mechaniczny czy ?etyczny? w postaci np. naginania zasad związanych z procedurą TUE wciąż istnieje w kolarstwie zawodowym. Został w sporym stopniu ograniczony, m.in. dzięki nowej generacji atletów, która otwarcie deklaruje, że nie stosuje nielegalnego wspomagania, od początku do końca gra fair, jest transparentna i przestrzega obowiązujących reguł.

    Alejandro Valverde nie jest jej częścią, jest za to jeżdżącą skamieliną, symbolem zmowy milczenia i hipokryzji, które niemal zniszczyły ten sport. Jednym z ostatnich, wciąż aktywnych rywali Armstronga i klientów Fuentesa, który ze łzami wzruszenia założył tęczową koszulkę i będzie reprezentował całe kolarstwo przez najbliższych 12 miesięcy.

    Cóż, każdy ma mistrza, na jakiego sobie zasłużył.

  • Monte Zoncolan – peleton kontra monstrum

    Monte Zoncolan – peleton kontra monstrum

    Współczesne kolarstwo sięga po ekstrema, wciąż podnosząc poziom trudności i rzucając zawodnikom nowe wyzwania. Monte Zoncolan, podjazd we wschodnich Alpach to jeden z symboli wielkich tourów w XXIw.

    Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto rozpoczął ten wyścig górskich zbrojeń. Niewątpliwie ważnym momentem było pojawienie się na trasie Giro d?Italia przełęczy Mortirolo w 1990r, wciąż uznawanej za jeden z najcięższych, szosowych podjazdów na świecie. Najczęściej kolarze pokonują go z miejscowości Mazzo di Valtellina, drogą o długości 12,4km, średniej stromiźnie 10,5% i maksymalnej 18% (przewyższenie 1300m).

    Dziewięć lat później piłeczkę odbili Hiszpanie, zapraszając w 1999r peleton Vuelta a Espana na Alto de l?Angliru w Asturii. Różnica wzniesień to 1226m, 12,5km długości, średnia stromizna 10,1%, za to podjazd jest o wiele bardziej nieregularny, w najtrudniejszych miejscach atakując nogi kolarzy wartościami sięgającymi 24%.

    Giro d?Italia nie pozostało dłużne, oferując od 2003r w swoim menu właśnie Zoncolan. Za pierwszym razem, nieco nieśmiało, szosą z Sutrio, by od 2007r na dobre zadomowić się na wariancie prowadzącym z Ovaro. Zoncolan w tej wersji, która może rozstrzygnąć o losach ?Corsa Rosa? także w 2018r to 10,1km, 1210m w pionie aż 11,9% średniej i 22% maksymalnej stromizny. Nic dziwnego, że u podnóża kolarzy wita zainscenizowana ?brama do piekła?.

    Embed from Getty Images

    O tym, czy trudniejsze jest Angliru czy Zoncolan mogą wypowiedzieć się jedynie ci, którzy oba monstra pokonali w wyścigowym tempie. Ekspertami mógliby być np. Alberto Contador lub Gilberto Simoni. Hiszpan dwa razy był najszybszy na Angliru a na Zoncolanie był drugi. Z kolei Włoch dwukrotnie triumfował na Zoncolanie i raz na Angliru.

    Jak ekstremalne są to wyzwania niech świadczy fakt, że na etapy kończące się tego typu podjazdami nawet zawodowcy zakładają lżejsze przełożenia. W przeszłości eksperymentowali z korbami o trzech zębatkach, następnie z ?kompaktem? czyli korbą ?dla amatorów? a obecnie chętnie sięgają po kasety o rozpiętości, która jeszcze niedawno była dostępna jedynie w rowerach górskich.

    Profile zoncolan.svg
    By VomerOwn work, Public Domain, Link

    Tak brutalne stromizny powodują, że wyścig sprowadza się do bardzo wymiernego testu mocy generowanej przez zawodnika do połączonej masy ciała i używanego sprzętu. Niewielka prędkość niweluje znaczenie jazdy na kole, obecność partnerów z drużyny ma więc znaczenie głównie psychiczne i taktyczne. O ile oczywiście jacyś pomocnicy zdołają utrzymać się przy swoim liderze.

    Sukces na mecie osiągają często nie ci najbardziej błyskotliwi lecz ci, którzy nie ?spalą się?, wytrzymają obciążenie na najbardziej stromych fragmentach a następnie utrzymają tempo tam, gdzie szosa nieco ?odpuszcza?, czyli wraca do wartości, na których na innych podjazdach następuje selekcja.

    Embed from Getty Images

    Jeśli bowiem pomyślimy o Alpe d?Huez, ?kultowym? miejscu Tour de France, tamtejsza średnia 7,9% i maksymalna 13% w porównaniu z Zoncolanem, gdzie ze średnią stromizną 13% kolarze zmagają się przez przynajmniej pięć kilometrów, to francuski podjazd jest niczym piaskownica względem Sahary.

    Co ciekawe, Monte Zoncolan nie zawsze miał wpływ na losy różowej koszulki. Podczas inauguracji (2003) Gilberto Simoni faktycznie zbudował tam wyraźną przewagę nad rywalami w marszu po swoje drugie zwycięstwo w Giro d?Italia. Jednak już jego kolejny triumf, w 2007r nie zagroził pozycji ani Danilo di Luca?i ani wicelidera, Andy?ego Schlecka.

    W 2010r Ivan Basso dojeżdżając na pierwszej pozycji wyraźnie odrobił straty do kolarzy, którzy nad wyraz długo znajdowali się w czołówce ?generalki? po skutecznej ucieczce w pierwszej fazie wyścigu (młodego wówczas Richiego Porte oraz Davida Arroyo).

    Z kolei w 2011 Alberto Contador wszedł w koalicję z kolarzami Euskaltel Euskadi, którzy triumfowali na Zoncolanie (Igor Anton) oraz dzień później w Gardeccia?i (Michel Nieve) a sam ?Pistolero? skupił się na budowaniu prowadzenia w klasyfikacji generalnej.

    Ostatnia wizyta Giro na tym podjeździe to rok 2014 i nieco niespodziewane zwycięstwo Michaela Rogersa, który skorzystał na tym, że liderzy pojechali de facto na remis, nie stawiając zwycięzcy wyścigu, Nairo Quintany, pod żadną, szczególną presją.

    Istotna informacja to ta, że we wspomnianym 2014 na Zoncolan peleton wspinał się przedostatniego dnia Giro d?Italia, stąd też zapewne i taktyka kolarzy z podium i najwolniejszy w historii czas czołówki: 41?30?. Wcześniej, gdy tak jak w tym roku morderczy podjazd znajdował się mniej więcej w połowie rywalizacji, Basso i Anton wspinali się nieco poniżej 41? a w 2007r duet Simoni – Leonardo Piepoli uzyskali rezultat 39?.

    Biorąc pod uwagę rosnące tempo zawodowców oraz dotychczasowy przebieg Giro 2018 należy spodziewać się czasu w granicach 40?30?.

    Będzie to ciekawa konfrontacja prezentującego życiową formę Simona Yatesa z nad wyraz solidnym Tomem Dumoulinem. Teoretycznie cięższy Holender, będący głównie specjalistą jazdy na czas powinien stracić do młodego Brytyjczyka, typowego ?górala? kilkanaście a może i kilkadziesiąt sekund.

    Embed from Getty Images

    Popisy Chrisa Froome?a i Bradleya Wigginsa na hiszpańskim Angliru pokazują jednak, że na tego typu wzniesieniach najważniejsze to nie tracić nerwów i kontrolować wysiłek, co może przełożyć się na dobry wynik na mecie.

    Póki co to Yates szuka przewagi, wykorzystuje kolejne okazje do ataków i stara się budować przewagę przed jazdą indywidualną na czas, którą z pewnością z Dumoulinem przegra. Oznacza to tyle, że odważna jazda Yatesa może zakończyć się kryzysem, jeśli nie jego samego, to przynajmniej któregoś z próbującym za nim nadążyć rywali.

    Na koniec wreszcie muszę wspomnieć o Chrisie Froomie, który jeśli nie zbierze sił i poniesie kolejne straty, po Zoncolanie będzie mógł pożegnać się z dobrym wynikiem w tegorocznym Giro a co za tym idzie marzeniami z ?dubletem? Giro-Tour. I prawdę mówiąc nic nie wskazuje na to, by miało stać się inaczej.

    Ostatni element układanki to kumulacja zmęczenia z soboty z niedzielnym, wymagającym i najeżonym premiami górskimi etapem do Sapady. To czynnik, który może zniechęcać do szarży na Zoncolanie i skłonić bardziej zachowawczej jazdy z uwzględnieniem trudności, które czekają na kolarzy w całym ostatnim tygodniu tegorocznej ?corsa rosa?.

    Zdjęcie okładkowe: Marco Alpozzi / lapresse/ materiały prasowe RCS. A do tego Godzilla

  • Milczenie jest złotem

    Milczenie jest złotem

    Czy można być wielką gwiazdą i ulubieńcem kibiców mimo dopingowej przeszłości? Co ma większe znaczenie: osobowość czy wyniki osiągane na szosie? Alejandro Valverde brał, nic nie powiedział a mimo nadchodzącej „czterdziestki” wciąż jest na topie.

    ?Ardeńskie klasyki? to terytorium Valverde, specjalisty Walońskiej Strzały oraz Liege-Bastogne-Liege. Szczwany lis, stary wyjadacz, weteran zawodowego peletonu. Kolarz uniwersalny, charakteryzujący się skuteczną jazdą w górach, dobrym finiszem a także ponadprzeciętną wytrzymałością. Ulubieniec wielu kibiców, nie tylko hiszpańskich, imponujący również tym, że wysoką dyspozycję utrzymuje przez wiele miesięcy i jest zdolny do zwycięstw w de facto w każdym wyścigu, w którym startuje.

    Ten sam Valverde jest pogrobowcem ?Ery EPO?. Latimerią, która jakimś cudem przetrwała wyginięcie dinozaurów, epokę lodowcową i nadal sobie świetnie radzi mimo globalnego ocieplenia.

    Oficjalnie ?nigdy nie miał pozytywnego testu kontroli antydopingowej?, natomiast, co udowodnili Włosi, był klientem Eufemiano Fuentesa. Worki z jego krwią przechowywał niesławny konsultant specjalizujący się w nielegalnym wspomaganiu sportowców.

    ?Operacion Puerto?, akcja hiszpańskiej Guardia Civil, która złamała lub na jakiś czas przerwała kariery Jana Ullricha, Ivana Basso i wielu, wielu innych kolarzy to rok 2006. Valverde miał wtedy zaledwie 26 lat. Długa batalia na polu dyscyplinarnym zakończyła się w maju 2010r (do tego czasu hiszpański kolarz startował w najważniejszych wyścigach), skutkując niespełna dwuletnią dyskwalifikacją.

    Embed from Getty Images

    Będąc ?złotym dzieckiem? hiszpańskiego kolarstwa oraz perłą w koronie grupy Movistar, Valverde w czasie banicji spokojnie trenował oraz ścigał się nieoficjalnie w tamtejszych imprezach dla amatorów, by wrócić do zawodowego peletonu w sezonie 2012.

    Po chwili potrzebnej na złapanie rytmu, ?Bala? (pseudonim, jaki nadali mu kibice) znany również jako ?Piti? (kryptonim na liście klientów Fuentesa) przeżywa drugą młodość. Dokończył kompletowanie zwycięstw etapowych oraz miejsc na podium klasyfikacji generalnej wszystkich wielkich tourów, zdominował rywalizację w Walońskiej Strzale i Liege-Bastogne-Liege a niemal każdy jego sukces można prezentować jako modelowy przykład kolarskiej dojrzałości i taktyki.

    Krótko mówiąc Valverde to kolarski profesor.

    Embed from Getty Images

    Profesor, którego de facto nikt, nigdy o nic nie pytał, który był wyraźnie chroniony zarówno przez swój klub, związek kolarski, media i sądy.

    Patrząc na jego historię zatrudnienia można śmiało powiedzieć, że jest nie tylko pupilem hiszpańskiego kolarstwa, ale też dzieckiem ery dopingu, które pozostało w grze, pomimo zmiany reguł, wprowadzenia paszportów biologicznych i pogoni za ?marginal gains?.

    Ogólnie rzecz ujmując, nie tylko kolarze, ale szerzej, wyczynowi sportowcy, nie mają do opowiedzenia zbyt wielu fascynujących historii. Ich opowieść pisana jest na szosie a później wymyślana na nowo i redagowana przez dziennikarzy. To w jaki sposób i co wygrają liczy się o wiele bardziej niż to, co powiedzą.

    Charyzmatycznych, intrygujących czy niebanalnych postaci z ciekawym wizerunkiem jest niewiele. Jeśli pięknie pedałujesz, wykonasz gest fair play, wygrasz ?monument? lub ważny tour, wchodzisz do panteonu mistrzów kolarstwa. Tak jak strzelając bramkę w finale piłkarskiego mundialu zostajesz ikoną futbolu. Nie musisz do tego za wiele mówić.

    Sportowców rozliczamy ze sportu i może to dobrze, choć ci, którzy reprezentują coś więcej przebrawszy się w strój cywila zyskują dodatkowe punkty. Cadel Evans był zwolennikiem wolnego Tybetu, Mario Cipollini kolarskim celebrytą, Christophe Bassons ?tym czystym?, Michael Rasmussen tym obsesyjnie chudym, ?Purito? Rodriguez miał ze swoim pseudonimem związaną zabawną historyjkę a Peter Sagan jest, cóż, Peterem Saganem.

    Tymczasem hiszpańscy mistrzowie, poczynając od Induraina idąc przez Contadora a na Valverde kończąc prywatnie nie istnieją. By nie szukać daleko, Contador niemal bez słowa wybrnął nawet z tak trudnej sytuacji jak podział ról w jednej ekipie z Lancem Armstrongiem.

    Valverde natomiast nie tylko nie puścił pary z ust o współpracy z Fuentesem, zamkniętą kartą jest także jego młodość pod skrzydłami Vicente Beldy w ekipie Kelme, która, to wiemy, bez ceregieli dopingowała swoich kolarzy.

    Stosunek ?Pitiego? aka ?Bali? do dopingu, zarówno tego z przeszłości jak i rzeczywistości panującej w peletonie drugiej dekady XXIw jest w zasadzie nieznany.

    Embed from Getty Images

    A trzeba tu zaznaczyć, że temat długoterminowych skutków stosowania dopingu jest stosunkowo mało zbadany i nie pojawia się w szerszym dyskursie. I nie chodzi tu o drakońskie kary czy dożywocie po pierwszej wpadce, ale wątpliwość, jaka pojawia się w przypadku postaci takich jak Valverde.

    Czy zawodnik, którego organizm w młodości przez przynajmniej kilka lat poddawany był obciążeniom niedostępnym sportowcom ?czystym? w przyszłości będzie z tego czerpał profitów? Czy jego aparat ruchu, układ krwionośny czy oddechowy nie zaadaptuje się do wykonywania pracy przekraczającej ludzkie możliwości, dzięki czemu nawet po odstawieniu nielegalnego wspomagania i odbyciu prawomocnej dyskwalifikacji nie będzie nadal korzystał z kilku sezonów ?na koksie??

    A co z edukacją kolejnych generacji? Wskazaniem konsekwencji takich a nie innych wyborów, ich motywacji, zagrożeń, szans, bilansem zysków i strat? Postaci w rodzaju Jonathana Vaughtersa czy Davida Millara mogą być solą w oku części środowiska, ale mówiąc otwarcie o dopingowej przeszłości dają szansę na zmianę funkcjonujących schematów.

    Embed from Getty Images

    Trzydziestoośmioletni Valverde jest niewątpliwym beneficjentem maksymy głoszącej, że milczenie jest złotem. Zgrzeszył i to dość poważnie a gdy sprawiedliwość w końcu go dopadła odsiedział co jego i powrócił do world touru ze statusem gwiazdy. To ciekawe o tyle, że Davide Rebellin, starszy o dziewięć lat, miał mniej szczęścia, choć obrał podobną taktykę. Po zakończeniu dyskwalifikacji został poddany swoistemu ostracyzmowi, zatrudnienie znajdując co najwyżej w drugoligowych ekipach.

    Tymczasem Valverde pozostaje idolem kibiców, ba część z nich nawet nie pamięta, że gdzieś, kiedyś miał coś wspólnego z dopingiem. Choć nie opowiada ani o swoich wyczynach z przeszłości ani nie odkrywa zbyt wielu poglądów na sprawy obecne, kibice i dziennikarze cenią go za to, co robi na szosie.

    Koniec końców, to wyścigi na rowerach i liczy się to, jak ktoś na tymże rowerze jeździ.

    Co nie zmienia faktu, że szerszy kontekst ma znaczenie.

     

    Zdjęcie okładkowe: Laurie Beylier, flickr, CC BY ND 2.0

  • Premia za odwagę

    Premia za odwagę

    Wiosenne klasyki w sezonie 2018 wygrywają w większości kolarze szukający swojej szansy w śmiałych atakach inicjowanych wiele kilometrów przed metą. To spełnienie snów kibiców marzących o powrocie do czasów znanych z archiwów i biografii mistrzów z przeszłości. ?Ścigania w stylu vinatge? mamy tyle, że zaczyna zwyczajnie powszednieć!

    Bardet z Van Aertem oraz kontrujący Benoot na Strade Bianche uciekają faworytom przez niemal 50km w wyścigu, w którym praktycznie od początku peleton dzieli się i rwie.

    Specjalista wielkich tourów, Vincenzo Nibali po ataku na Poggio gubi sprinterów i zwycięża w Mediolan-Sanremo.

    Niki Terpstra powtarza rajd Philippe?a Gilberta sprzed roku i po solowej, liczącej ok. 30km akcji zwycięża w swoim drugim w karierze monumencie. Gdyby nie fakt, że podczas E3 Harelbeke kilka dni wcześniej wraz z klubowym kolegą Yvesem Lampaertem uciekał przez kilometrów 65 można by się poczuć zaskoczonym.

    Z kolei na Paryż-Roubaix odwagą wykazuje się Peter Sagan, przyspieszając między odcinkami bruku, gubi rywali, dogania ucieczkę i wygrywa wyścig pokonując na finiszu Sylvana Dilliera, który w ?ucieczce dnia? jechał od samego początku tegorocznego ?piekła północy?.

    Niemal podczas każdego z klasyków (nie licząc Mediolan-Sanremo, który ma swoją, unikatową specyfikę i narrację) próby poważniejszych akcji przeprowadzanych przez największe gwiazdy rozpoczynają się nawet 100km przed metą.

    Owszem, przy wyrównanej stawce efekty są różne, czasem, jak podczas Strade Bianche Valverde, Kwiatkowski i Sagan tak bardzo oglądają się na siebie, że korzysta na tym ktoś inny. Nawet, jeśli do mety, jak w Gandawa-Wevelgem dojeżdża większa grupa, po drodze obserwujemy sporo akcji. Są emocje, jest suspens i świetnie się to ogląda.

    A jeśli dołożymy do tego ?pogodową masakrę? jak na Strade Bianche czy Dwars Door Vlaanderen dostajemy pełen pakiet kolarstwa heroicznego.

    Kontrargumentem może być niewątpliwa przewaga, jaką w tym roku nad resztą peletonu posiadali kolarze Quick Step. Gwiazdom belgijskiej ekipy prowadzonej przez ?geniusza bruków?, Patricka Lefevere?a udało się pogodzić interesy i zagrać do jednej bramki. Niewątpliwie pomocne było w tym przejście na sportową emeryturę Toma Boonena, dzięki czemu Terpstra, Lampaert, ale też Gilbert i Stybar mogli pokazać nie tylko moc i przewagę liczebną, ale przede wszystkim odwagę.

    Bo można mówić co się chce, ale zakładając, że szanse poszczególnych zespołów są mniej więcej wyrównane i za żadnym z tegorocznych ?zwycięstw w stylu vintage? nie kryje się ponury sekret, by zwyciężyć w najważniejszym klasyku po solowej akcji rozpoczętej kilkadziesiąt kilometrów przed metą albo rzucić wyzwanie rozpędzającemu się peletonowi na Poggio zwyczajnie trzeba mieć jaja.

    Ileż to razy w niedalekiej przeszłości obserwowaliśmy Paryż-Roubaix w którym faworyci tak długo ?grali w szachy? zamiast jechać, że o zwycięstwie decydował finisz z peletonu. A w Mediolan-Sanremo wydawało się, że przy obecnym poziomie czołowych grup zawodowych niemożliwe będzie przełamanie hegemonii sprinterów. Tymczasem drugi rok z rzędu zwycięzca zdobywa przewagę po ataku na Poggio.

    Czy sukces Sagana, Terpstry czy Benoota można przypisywać pasywności oglądających się na siebie rywali? Cóż, po pierwsze mogli się nie oglądać a po drugie w grupie zawsze jest więcej interesów niż tylko te Van Avermaerta, Valverde, Kwiatkowskiego czy Sagana.

    Wygranie monumentu czy też ważnego klasyku po kilkudziesięciu kilometrach ucieczki to wielka rzecz i trudno mówić w takim wypadku o szczęściu. Jeśli już, to tylko w kwestii uniknięcia defektu, co tym razem udało się Saganowi, trapionemu w przeszłości przez liczne perypetie na trasie z Paryża do Roubaix. Ale poza szczęściem, trzeba być piekielnie mocnym, zagryźć zęby, cisnąć, cisnąć i jeszcze raz cisnąć. I wierzyć, że tych z tyłu boli tak samo. Albo i bardziej.

    Być może jedną z przyczyn zwiększonej skuteczności uciekinierów jest fakt, że od tego roku o jedną osobę okrojono składy startujące w najważniejszych wyścigach. Siedmiu w miejsce ośmiu kolarzy to mniej par nóg do pracy, zarówno w skali jednej drużyny jak i całego peletonu. To także mniej pomocników w stosunku do liderów, na których barkach spoczywa większa odpowiedzialność. Może być też tak, że zawodowcy wkrótce rozgryzą system i sytuacja wróci do stanu sprzed redukcji stanu osobowego, ale póki co wygląda na to, że nieco łatwiej jest zakończyć sukcesem ambitną akcję.

    Jeśli okaże się, że w najbardziej zablokowanych w ostatnich latach klasykach w Ardenach, Walońskiej Strzale i Liege-Bastogne-Liege również coś się zmieni i zobaczymy bardziej otwartą rywalizację, będę pod dużym wrażeniem. Póki co po prostu cieszę się, że oglądałem dobre ściganie, zaskakujące, pełne zwrotów akcji i emocji.

    Zdjęcie okładkowe: LaPresse – Fabio Ferrari , materiały prasowe RCS

  • Wielkim kolarzem jest

    Wielkim kolarzem jest

    Mówi, że cieszy się jazdą na rowerze. Że trzeci z rzędu tytuł mistrza świata zdobył bez planu, bez zapoznania z trasą i niemal mimochodem, bo w końcówce pojawiła się taka okazja. A tymczasem Peter Sagan budzi w nas zachwyt i miłość. Bo robi rzeczy wielkie.

    Mistrz wszechwag

    Czy Peter Sagan mógł nie zostać mistrzem świata? Oczywiście, że tak. Czy był najlepszym sprinterem z grupy, która wspólnie jechała w stronę linii mety w Bergen? Oczywiście, że nie! Ba, Słowak mógł w ogóle nie liczyć się w rozgrywce o tęczową koszulkę, ale górę wziął jego zmysł taktyczny, zimna krew, skłonność do ryzyka a może po prostu szczęście.

    Sagan po raz kolejny w karierze wymknął się wszelkim próbom przypisania go do określonej kategorii kolarza. Teoretycznie był faworytem wyścigu i nawet przeziębienie na kilka dni przed mistrzostwami nie zmniejszało jego szans na obronę tytułu.

    Jest na tyle szybki, wytrzymały i dynamiczny, że poza nielicznymi wyjątkami (krótkie, pozbawione najmniejszych pagórków etapy z płaską prostą do ?kreski?) zawsze liczy się w sprincie z peletonu. Równocześnie potrafi nie tylko skutecznie przetrwać nawet średniej wielkości podjazdy, co nawet na nich zaatakować i zdobyć przewagę nad rywalami. Nie bez powodu wygrywa klasyki rozgrywane w trudnych warunkach i pofałdowanym terenie czy też, często jako jedyny z zainteresowanych wytrzymuje selekcję na górzystych odcinkach wielkich tourów i w ten sposób zbiera punkty w walce o miejsce w klasyfikacji sprinterskiej.

    To kolarz właściwie kompletny, o wielu talentach, z ?darem od boga?. To ograna fraza, ale ktoś taki faktycznie pojawia się raz na pokolenie.

    Ryzykant

    Mimo tego trudno uwierzyć w trzeci z rzędu tytuł mistrza świata dla zawodnika, który w wyścigu, gdzie tak bardzo liczy się taktyka i siła drużyny, jedzie w ekipie zapewniającej mu minimalne wsparcie.

    Owszem, nie wolno podważać pracy, jaką dla Petera wykonują jego brat Juraj, Michael Kolar czy Erik Baska, ale na tle większości reprezentacji, Słowacka kadra prezentuje się mizernie.

    Sagan jest więc skazany na swój instynkt, uważne śledzenie tego, co dzieje się w peletonie i wykorzystywanie pracy innych zespołów.

    W Bergen część tęczowej koszulki i złotego medalu nowy-stary mistrz zawdzięcza Polakom i Francuzom. Gdy sam jechał schowany w peletonie, to ?biało-czerwoni? i ?trójkolorowi? kasowali ucieczkę Tima Wellensa. A gdy, w pogoni za Julianem Alaphilippem grupa popękała i Sagan został nieco z tyłu, Słowak nie rzucił się w pogoń tylko wyczekał aż na zjazdach i płaskim dojeździe do mety w naturalny dla takich sytuacjach sposób wszystko znów się połączy i dotrwa do finiszu.

    Trzeba mieć stalowe nerwy i wiele wyczucia, by w takiej sytuacji nie ?spalić się? i nie dać ponieść emocjom. Sagan właściwą pozycję, na kole Alexandra Kristoffa zajął zaledwie kilkaset metrów przed metą a gdy Norweg rozpoczął sprint, wyszedł mu z koła, wyrzucając rower na linię mety i zdobywając trzecią z rzędu tęczową koszulkę.

    Karma?

    Przez cały sezon, ba przez kilkadziesiąt ostatnich miesięcy rywale Słowaka patrzyli na niego, pilnowali, często kolegialnie jeździli przeciwko niemu. Choć i tak przed Bergen triumfował 11 razy (w tym sezonie więcej zwycięstw ma tylko Marcel Kittel), to bywało, że będąc najmocniejszym kolarzem wyścigu musiał uznawać wyższość konkurentów.

    Tym razem oni wszyscy: Van Avermaet, Gilbert, Kristoff, Matthews, Kwiatkowski rozegrali zawody tak, jakby zapomnieli o umiejętnościach Sagana. Trudno oczekiwać, że po, jakby na to nie patrzeć, długim i ciężkim wyścigu na finiszu z kilkunastoosobowej grupy nie włączył się on do walki o zwycięstwo. Jedyne, poważniejsze poszukiwania innego rozwiązania podejmowali de facto tylko Tom Dumoulin i Julian Alaphilippe, ale przy braku chętnych do współpracy przegrali z rozpędzonym peletonem, w którym ukryty Sagan dojechał do ostatniego kilometra przed metą.

    A tam zrobił to, co umie najlepiej, przy okazji przechodząc do historii kolarstwa.

    Co dalej?

    Czwartego tytułu z rzędu raczej nie będzie. Za rok, w Innsbrucku trasa jest zaprojektowana z myślą o ?góralach?. A to oznacza, że Peter Sagan będzie mógł zmienić akcenty w czasie sezonu, inaczej się przygotować i powalczyć o nowe cele.

    Niewątpliwie wciąż ma wiele do udowodnienia w wiosennych klasykach. Zwycięstwa w Mediolan-San Remo i Paryż-Roubaix wciąż wymykają mu się z rąk. Słowak nie ma również ani jednego wygranego etapu w Giro d?Italia, więc kto wie, jeśli już na chwilę nasycił się tęczowymi koszulkami, może pomyśleć o starcie we Włoszech.

    W lipcu czeka na niego Tour de France i zielona koszulka klasyfikacji punktowej. W sezonie 2017 nie mógł o nią walczyć z powodu wykluczenia z wyścigu po dyskwalifikacji za (wciąż nieudowodniony) faul podczas jednego z finiszy. By zostać samotnym rekordzistą w tej kategorii i pobić Erika Zabela musi być skuteczny w zbieraniu punktów jeszcze podczas dwóch ?Wielkich Pętli?.

    A potem? Cóż, Sagan w styczniu będzie miał zaledwie 28 lat. Trasy mistrzostw świata w latach 2019 i 2020 w Harrogate i Vicenzie powinny mu pasować. Do tej pory nikt, nawet Eddy Merckx nie zdobył ?tęczy? czterokrotnie, zatem można przypuszczać, że obecny, trzykrotny zwycięzca po chwili przerwy rozpocznie polowanie na kolejny tytuł.

  • Bergen 2017: Kto zostanie mistrzem świata?

    Bergen 2017: Kto zostanie mistrzem świata?

    Sagan? ?Kwiato?? Dumoulin? A może któryś ze sprinterów? Tu nie chodzi tylko o typowanie. Wiadomo, wygra najlepszy, ale przy okazji może powstać ciekawa historia.

    Czy prawie 270km w lekko pofałdowanym terenie może w mistrzowskim peletonie pełnym sprzecznych interesów wprowadzić wystarczającą selekcję, by o tęczowej koszulce nie rozstrzygnął finisz z dużej grupy? Czy ?Łososiowe wzgórze?, którego parametry nie wyglądają imponująco: zaledwie 1,5km o średniej stromiźnie 6,7%, do tego ze szczytem przed połową właściwego, pokonywanego 11 razy okrążenia to dogodne miejsce do ataku?

    Cóż, wiele wskazuje na to, że będziemy oglądali wyścig, gdzie będzie liczyła się siła drużyn oraz taktyka. W związku z tym, choć kilku kolarzy należy traktować jako poważnych pretendentów, możliwa jest także niespodziewana wygrana kogoś z ?drugiego szeregu?.

    Tak czy inaczej faworytem jest Peter Sagan, który potrafi zarówno zaatakować na podjeździe, znaleźć się w odpowiedniej akcji jak również skutecznie zafiniszować z peletonu, o ile nie ma w nim jakiegoś super-sprintera. A do tego jest bardzo wytrzymały, więc dystans wyścigu o mistrzostwo świata raczej nie zrobi na nim wrażenia.

    Choć Słowak w ostatnich dniach zmagał się z przeziębieniem, stoi przed szansą zdobycia trzeciego tytułu z rzędu. Do tej pory nikomu taka sztuka się nie udała. Sagan jest jednym z zaledwie sześciu kolarzy, którzy byli w stanie obronić tęczową koszulkę. Ale ani Paolo Bettini, ani Gianni Bugno, Rik Van Looy, Rik van Steenbergen ani Georges Ronsse nie byli w stanie sięgnąć po złoto trzykrotnie, rok po roku.

    Portfolio Sagana już teraz jest imponujące i z pewnością ma on swoje miejsce w historii sportu rowerowego, ale jeśli wygra w Bergen, faktycznie stanie się legendą.

    Przed ciekawym wyzwaniem stoi Michał Kwiatkowski. Polak ma w tym sezonie dobrą zaliczkę w postaci zwycięstwa w ?wiosennych mistrzostwach świata?, czyli klasyku-monumencie, Mediolan-San Remo. Wygranie zarówno ?Primavery? jak i tęczowej koszulki w jednym sezonie to rzadka sztuka, której ostatnio dokonał w 2004r Oscar Freire.

    ?Kwiato? to fenomen: potrafi ograć w sprincie Sagana a w górach gubić najlepszych górali. Do tego znakomicie odnajduje się w skomplikowanych rozgrywkach taktycznych i często zabiera do decydujących o zwycięstwie akcji.

    Rywalizację w Bergen można by więc łatwo sprowadzić do rywalizacji słowacko-polskiej, ale na tęczową koszulkę czyhają też Belgowie, z których niemal każdy ma potencjał, by po nią sięgnąć.

    Tak jak Kwiatkowski może połączyć MŚ z Mediolan-San Remo, tak Greg Van Avermaet z Paryż-Roubaix a Philippe Gilbert z Ronde Van Vlaanderen, co również świadczyłoby o mistrzostwie najwyższej próby. Belgowie mogą jednak paść ofiarą klęski urodzaju. Stuyven. Benoot, Keukeleire, Teuns, Naesen, Vermote czy Wellens również mogą po wcześniejszym ataku pokusić się o złoto. Jeśli przy takim składzie Belgowie wygrają ten wyścig, będzie to równie ważne co sam fakt zwycięstwa.

    Trudno powiedzieć, jak w Bergen poradzą sobie Włosi. Teoretycznie skuteczniejszy w wyścigu klasycznym powinien być Sonny Colbrelli, ale lepszym sprinterem jest Elia Viviani. Jeśli dojdzie do finiszu z większej grupy, mistrz olimpijski w torowym omnium może zostać szosowym mistrzem świata.

    Dla fanów toru i potwierdzeniem, że jazda po drewnianym owalu ma przełożenie na wyniki w zawodowym peletonie dobrym typem jest też Fernando Gaviria, który był już mistrzem świata w wieloboju, czyli omnium. Co ważne, może on zostać pierwszym medalistą z Kolumbii i jeśli tak się stanie, będzie to swoiste kuriozum, ponieważ kraj ten słynie głównie z ?górali? a nie ze sprinterów. Ich równorzędnym liderem jest Rigoberto Uran, dobrze radzący sobie zarówno w wielkich tourach, klasykach i imprezach mistrzowskich, by przypomnieć jego srebro z Igrzysk w Londynie.

    Możliwość faktycznego przejścia do historii kolarstwa ma Tom Dumoulin. Już sam fakt zwycięstwa w wielkim tourze i zdobycia tęczowej koszulki w jeździe na czas jest rzadko zdobywanym trofeum, ale nikomu jeszcze nie udało się zgromadzić dwóch tytułów: w czasówce i ze startu wspólnego w jednym roku. Jeśli dołączymy do tego triumf w Giro, robi się z tego kumulacja godna antycznego herosa.

    Czy Dumoulin jako specjalista jazdy na czas i równocześnie dobry ?góral? jest w Bergen bez szans? Niekoniecznie! Gdy jest w formie, potrafi dobrze pojechać w wyścigu jednodniowym, o czym świadczy czwarte miejsce w Classica San Sebastian czy piąte w Strade Bianche. Biorąc pod uwagę jego charakterystykę, można sobie wyobrazić śmiały atak Dumoulina na kilometr lub dwa przed metą i samotną jazdę ?w trupa? przed rozpędzającym się peletonem w stylu, jaki w latach swojej świetności prezentował Fabian Cancellara.

    Na samą myśl o takim rozstrzygnięciu przechodzi dreszcz emocji, podobnie jak w przypadku potrójnej korony Sagana.

    Biorąc pod uwagę nie tylko samą tęczową koszulkę, ale i liczne konteksty, może zatem tak być, że do głosu dojdą kolarze z drugiego szeregu. Edvald Boasson Hagen, świetny zawodnik choć bez wielkich zwycięstw na koncie może sięgnąć po największy sukces w karierze. Alexander Kristoff wygrywając w Bergen powróci do gry o najważniejsze trofea po kilkunastu miesiącach posuchy. Michael Matthews wejdzie do ekstraklasy gwiazd zawodowego peletonu a kariery Juliana Alaphilippe?a czy Zdenka Stybara nabiorą dodatkowego rozpędu.

    Krótko mówiąc, do wygrania jest nie tylko tytuł, medal i koszulka, ale o wiele więcej. O tym, kto przejdzie do historii kolarstwa dowiemy się już w niedzielę, ok. 17.30.

  • Ranking mistrzów świata XXIw, edycja 2017

    Ranking mistrzów świata XXIw, edycja 2017

    Jedenaście zwycięstw i trzeci, najlepszy sezon kolarza w tęczowej koszulce uzyskany w XXIw. Taki jest dorobek obrońcy tytułu, Petera Sagana, który w norweskim Bergen będzie walczył o trzeci z rzędu złoty medal mistrzostw świata.

    Na pomysł, by porównywać osiągnięcia kolarskich mistrzów świata wpadłem, gdy polscy kibice oraz dziennikarze zaczęli kolegialnie narzekać na nieudany sezon Michała Kwiatkowskiego po tym, gdy nasz zawodnik zdobył tytuł w Ponferradzie w 2014r.

    Okazało się wówczas, że ?Kwiato? wcale nie zawodził a ?klątwa tęczowej koszulki? to raczej klasyczny mit, nie mający potwierdzenia w rzeczywistości.

    Punktem odniesienia była druga skrajność, czyli niezmiernie udany sezon 2006 Toma Boonena, który po zdobytym tytule w Madrycie triumfował 21 razy, w tym w Ronde van Vlaanderen, E3 Prijs, etapach Paryż-Nicea i Tour de Suisse oraz w wielu, innych imprezach.

    Dało mu to w sumie prawie 2500 punktów rankingu ?CQ Ranking?, w którym liczone są osiągnięcia ze wszystkich imprez zawodowych bez podziału na World Tour i wyścigi kontynentalne, i który jest punktem wyjścia do obiektywnej oceny postawy kolejnych mistrzów świata. Pod uwagę biorę czas od 1. stycznia w sezonie następującym po zdobyciu tęczowej koszulki do dnia przed startem kolejnego czempionatu.

    Kolarzem, który poprawił osiągnięcie Boonena był w 2016r Peter Sagan. Słowak triumfował 13 razy, tak jak Boonen w Ronde van Vlaanderen, ale też w Gandawa-Wevelgem, na trzech etapach Tour de France oraz w klasyku w Quebecu.

    Teoretycznie obrona tytułu na płaskiej trasie w Katarze nie była mu pisana: mieli tam walczyć klasyczni sprinterzy wspomagani przez liczne drużyny a Sagan, choć potrafi finiszować z peletonu dobrze się czuje, gdy po drodze ?na kreskę? są jakieś górki a do tego Słowaków na starcie stanęło tylko trzech. Mimo to ograł Marka Cavendisha i Toma Boonena i przez kolejny rok jeździł w tęczowej koszulce mistrza świata.

    W nowej drużynie, Bora-Hansgrohe nie wszystko układało się po myśli Sagana, często w decydujących momentach rywale znajdowali na niego sposób, jak np. Michał Kwiatkowski na trasie Mediolan-Sanremo. Momentami wydawało się, że cały świat sprzysięga się przeciwko Słowakowi by zrównoważyć jego moc i fizyczną przewagę nad rywalami. Podczas Tour de France został wyrzucony z wyścigu po nie do końca pewnym faulu w trakcie sprintu a na trasie Ronde Van Vlaanderen zahaczył o kurtkę kibica gdy zaczynał ścigać Philippe’a Gilberta.

    Mimo to Peter Sagan potrafił wygrać etapy w Szwajcarii, Kalifornii, Tirreno-Adriatico, w Tour de Pologne i na Tour de France. Z wiosennych klasyków najszybszy był tylko w Kuurne-Bruksela-Kuurne a pod koniec sezonu, budując formę przed obroną tytułu po raz drugi w karierze odniósł sukces w Grand prix de Quebec.

    W Bergen znów wszyscy będą się na niego oglądać, pilnować go i śledzić każdą próbę ataku. Słowacy przystąpią do rywalizacji w szóstkę, tak samo jak Polacy z jednym z głównych rywali Sagana, Michałem Kwiatkowskim.

    Bez względu na to, kto tym razem wygra tęczową koszulkę, sezon 2016 był jednym z najlepszych, jakie zanotował obrońca tytułu mistrza świata w XXIw, o czym świadczy poniższa tabela:

  • Kolarscy uciekinierzy

    Kolarscy uciekinierzy

    Nie walczą o wygraną w całym wyścigu, ale ich wysiłek jest nie mniejszy. Szukają swoich szans, dostarczają emocji, pracują na swoje nazwisko i wizerunek grupy. Uciekinierzy. Harcownicy. Dzielni śmiałkowie.

    W trakcie wyścigu etapowego najchętniej widzielibyśmy ciągłą rywalizację faworytów klasyfikacji generalnej. Wiecie, te ?legendarne? rajdy na wiele kilometrów przed metą, permanentna ofensywa, śmiałe zagrania taktyczne, o których później czytamy w książkach i reportażach.

    Ci, którzy walczą o koszulkę, czy to lidera czy najlepszego sprintera są niewątpliwie na świeczniku. Ich wysiłek jest najbardziej doceniany, zdobywanie kolejnych sekund i kolekcjonowanie punktów wyzwala najwięcej emocji.

    Jadących przez wiele kilometrów przed peletonem śmiałków często traktuje się z pewnym pobłażaniem. Ba, ukuty przez komentatorów naszego Eurosportu termin ?Dzielnych Francuzów? w czasach, gdy jedyne, na co było stać gospodarzy Tour de France to wielokilometrowe ucieczki często zakończone niepowodzeniem przyjął się na dobre. „Dzielni Francuzi” to ci, którzy zapełniali czas transmisji do momentu, gdy do gry wchodziły grube ryby. Ci, którzy podejmowali beznadziejne próby, których głównym celem była obecność na antenie TV, bo to wszystko, co byli w stanie osiągnąć.

    Na szczęście: i dla kibiców i dla zawodników i dla samego kolarstwa, sytuacja nieco się zmieniła. Choć tempo wyścigów rośnie, nie obserwujemy już sytuacji, w którym peleton na kilkadziesiąt kilometrów przed metą włącza dodatkowy EPO-bieg i radośnie odrabia minutę na dziesięć kilometrów w terenie płaskim a szarżujący Lance Armstrong nie dogania śmiałków na podjazdach w tempie minuty na kilometr.

    Pytanie ?dojadą czy nie dojadą? coraz częściej jest zasadne i trzyma nas w napięciu do ostatnich kilometrów. Rzadziej obserwujemy sytuację, w której peleton całkowicie ?odpuszcza? ucieczkę, za to trzyma ją w zasięgu kilku minut, możliwych do zredukowania przy wytężonej pracy kilku goniących ekip.

    Równocześnie, gdy układ klasyfikacji generalnej ustabilizuje się, w odjazdy zabierają się coraz większe grupy kolarzy. W tegorocznym Tour de France zdarzało się, że nawet ? peletonu tworzyła ucieczkę, z której następnie po selekcji wyłaniany był zwycięzca etapu.

    Często jest tak, że gdy zawodnik jest bardzo zdeterminowany, swojej szansy nieustająco szuka dzień po dniu, spędzając, jak np. Thomas de Gendt sporą część czasu w kolejnych akcjach.

    Belg z grupy Lotto Soudal na Wielkiej Pętli 2017 uciekał, czy to w większych czy w mniejszych grupach przez sporo ponad 1000km. Ostatecznie nie udało mu się wygrać etapu, nie zdobył też koszulki ?najlepszego górala? a czerwony numer dla najbardziej aktywnego zawodnika przyznano Warrenowi Barguilowi. 10 miejsce w ?generalce?, koszulka w grochy, liczne ucieczki a także francuska narodowość sprawiły, że to on zyskał przychylność jury.

    Mimo to de Gendt był jednym z bohaterów Tour de France, tak jak jednym z bohaterów hiszpańskiej Vuelty będzie Paweł Poljański, który w pierwszych 12 dniach zmagań na tamtejszych szosach aż czterokrotnie szukał kolejnych szans.

    Te z kolei wykorzystał Tomasz Marczyński, który dwukrotnie był najszybszy na metach etapów: 6. i 12. Najpierw pokonał właśnie Poljańskiego w sprincie z niewielkiej grupki by za drugim podejściem popisać się solowym atakiem na końcowych kilometrach górzystego odcinka.

    Dwa zwycięstwa podczas wielkiego touru to nie byle co. Choć Marczyński w klasyfikacji generalnej zajmie miejsce w szóstej lub siódmej dziesiątce, jego wysiłek i wola walki zostały nagrodzone pięknymi wynikami.

    Nawet jeden etap to jedno z najważniejszych trofeów, po jakie można sięgnąć w zawodowym kolarstwie. Dla wielu to najcenniejszy skalp w całej karierze. A jeśli zdobędzie się takich więcej, zostaje się prawdziwym herosem.

    Dla nas wygrane Marczyńskiego to wyjątkowe wydarzenie. Polscy zawodowcy wciąż nie mają zbyt wielu sukcesów w World Tourze, każdy kolejny to święto. Dla widzów w innych krajach ?Maniek? był do niedawna dość anonimową postacią, podobnie jak dla nas mniej znani Włosi, Francuzi czy Hiszpanie zabierający się do ucieczek każdego dnia Giro, Touru czy Vuelty.

    A przecież takie akcje, zakończone powodzeniem lub porażką, to przecież świetna okazja, by przyjrzeć się bliżej postaciom śmiałków, podejmujących wyzwanie zmierzenia się z siłą peletonu. Właśnie wtedy można podziwiać wysiłek i klasę kolarzy, należących do elity elit, choć zazwyczaj skrytych w cieniu największych gwiazd.

    By znaleźć się na liście startowej wielkiego touru trzeba reprezentować niezwykle wysoki poziom sportowy. Mieć moc i psychikę, jakie dostępne są wyłącznie niewielkiej grupie wyselekcjonowanych jednostek z całego świata. Oczywiście, są na niej i słabsi i silniejsi, którzy wciąż ci „słabsi” to śmietanka światowego kolarstwa.

    I przychodzi taki dzień, gdy na kilka godzin bohaterem staje się nie Froome, Contador czy mocarny sprinter w typie Kittela lub Sagana a śmiały uciekinier. Zatem doceniajmy ich wszystkich.

  • Mam problem z Contadorem

    Mam problem z Contadorem

    Alberto Contador w dobrym stylu żegna się z hiszpańską Vueltą i z zawodowym peletonem. Pokazując przebłyski formy sprzed kilku sezonów zmienia wyścig w swoje ostatnie tournee jako ulubieniec kibiców. Historia hiszpańskiego kolarza jest jednak skomplikowana i trudna do jednoznacznej oceny.

    Najlepszy z pokolenia

    Po pierwsze wyniki. Alberto Contador wygrał siedem wielkich tourów: po dwa razy Tour de France i Giro d?Italia oraz trzykrotnie Vuelta a Espana. To daje mu czwarte miejsce na liście wszech czasów, ex aequo z Miguelem Indurainem oraz Fausto Coppim. Dodatkowo był najszybszy na trasie jeszcze jednego Touru i Giro, tyle, że zwycięstwo w Wielkiej Pętli 2010 zostało mu odebrane po tym, gdy jedna z pobranych w czasie wyścigu próbek dała pozytywny wynik podczas kontroli antydopingowej a tytuł z Giro 2011 stracił, gdy po długiej batalii sądowej stwierdzono, że w ogóle nie powinien w nim jechać z powodu wcześniejszej wpadki i związanej z nią dyskwalifikacji. Jeśli dodamy to właśnie Giro, Contador awansuje na trzecie miejsce, z ośmioma wygranymi wielkimi tourami i zrównuje się z Jacquesem Anquetliem.

    Co więcej, Contador jest ostatnim, póki co zawodnikiem, który wygrał dwa wielkie wielkie toury w jednym sezonie (2008r, Giro i Vuelta).

    Jeśli dodamy do wielkich tourów wygrane w wyścigach tygodniowych: dwa w Paryż-Nicea, cztery w Dookoła Kraju Basków (rekord) i jedno w Tirreno-Adriatico a także szereg triumfów w mniejszych imprezach, otrzymujemy obraz najskuteczniejszego zawodnika etapowego w XXIw a tak naprawdę nawet więcej, bo od czasów Bernarda Hinault, czyli od lat ?80 XXw.

    Odwaga, strategia, styl i odrobina szaleństwa

    Wielkich zwycięzców było w historii sportu wielu, ale prawdziwych mistrzów można policzyć na palcach jednej ręki. Alberto Contador zaskarbił sobie serca kibiców nie tylko osiąganymi przez siebie wynikami, ale przede wszystkim stylem, w jakim po nie sięgał. W 2009r zdobył żółtą koszulkę Tour de France jadąc właściwie samotnie nie tylko przeciwko braciom Schleck czy Bradleyowi Wigginsowi, ale też zmagając się z opozycją we własnej ekipie Astana, która była podporządkowana interesom Lance?a Armstronga.

    W 2008r, choć bez zwycięstwa etapowego, różową koszulkę Giro d?Italia wygrał zupełnie niespodziewanie, gdy jego drużyna a co za tym idzie sam zawodnik, nie byli pewni udziału w wyścigu niemal do dnia startu a podczas Vuelty w tym samym roku musiał się dzielić pozycją lidera w grupie z Levim Leipheimerem.

    Z kolei w sezonie 2011, gdy podjął próbę zdobycia ?dubletu? Giro-Tour Contador zaprezentował się nie tylko jako skuteczny dominator na trasie włoskiego wyścigu, ale też jako dojrzały taktyk i prawdziwy mistrz. Oddając zwycięstwa etapowe zyskał sobie wsparcie podczas kolejnych sezonów ze strony kolarzy innych ekip, którzy dzięki hojności Hiszpana mogli doświadczyć swoich chwil sławy.

    Wróciło to do niego kilkukrotnie: podczas pojedynków z rywalami na trasie zdominowanego w późniejszych latach przez ekipę Sky Tour de France, a także podczas Vuelty 2014 i Giro 2015, gdzie Contador nie był już w stanie gubić rywali jak kilka lat wcześniej i musiał polegać na odważnych atakach wiele kilometrów przed metą.

    Również jego zmagania z kontuzjami: spektakularny powrót na Vueltę po złamaniu kości piszczelowej na Tourze 2014 czy jazda z kontuzjowanym barkiem na Giro rok później sprawiły, że kibice patrzyli na niego z większą sympatią.

    Tej przysporzyła mu również niemożność pokonania Chrisa Froome?a na trasie Tour de France. Gdy Hiszpanowi brakowało mocy, atakował na płaskich, wietrznych etapach. Gdy to było za mało, swojej szansy szukał na zjazdach. I choć ostatecznie i tak przegrywał, swoją postawą dawał nadzieję na bardziej otwartą rywalizację i dłuższe utrzymanie suspensu w ?zabetonowanej? przez Brytyjczyków ?Wielkiej Pętli?.

    Co właściwie o nim wiemy?

    Alberto Contador = kolarstwo. Jego jazda, jego styl, jego pozycja na rowerze i charakterystyczny ?taniec? gdy na podjazdach wstaje z pedałów. Jego moc, jego niemoc, jego wpadka dopingowa. Wreszcie jego fundacja, która wspiera młodych kolarzy, i która będzie oficjalnym zapleczem teamu Trek-Segafredo. Co jeszcze? Gest strzału z pistoletu, od którego wziął się przydomek ?Pistolero?. I właściwie tyle.

    Interesami Alberto zajmuje się jego brat, Fran a zawodnikiem, który jak cień podąża za nim z grupy do grupy jest niespektakularny, ale niezmiernie pomocy Jesus Hernandez. Hiszpan przejechał w karierze 14 wielkich tourów, wiele w nich w służbie Contadora, samemu przez te wszystkie lata nie zwyciężając ani razu.

    Informacji o życiu prywatnym naszego bohatera praktycznie nie ma. Alberto Contador, niczym znany ze skrytości Miguel Indurain nie mówi za wiele o sobie, zarówno w kontekście kolarstwa jak i w kwestiach pozasportowych.

    A mimo to jest idolem wielu z nas.

    Plama na honorze? A może wielki, czarny cień?

    To ciekawe o tyle, że przy postaci hiszpańskiego mistrza i przy jego dokonaniach powinniśmy postawić o wiele więcej znaków zapytania.

    Zacząć trzeba od feralnego dla Contadora ?steku?, który rzekomo miał zjeść podczas dnia odpoczynku w trakcie Tour de France 2010 w Pau. Mięso z baskijskiej krowy miało być skażone klenbuterolem, który następnie w minimalnej (ze sportowego punktu widzenia pomijalnej) ilości 50 pikogramów został wykryty w pobranej do badania antydopingowego próbce. Po długiej batalii sądowo-dyscyplinarnej zatwierdzono dyskwalifikację zawodnika, odebranie mu nie tylko tytułu z Francji z 2010r i przekazanie go drugiemu na mecie Andy?emu Schleckowi (z którym stoczył ciężką i będącą na granicy fair play batalię podczas której atakował w momencie, gdy Luksemburczykowi spadł łańcuch), ale i w Giro d?Italia niemal rok później. Ostatecznie uznano go winnym ?przypadkowego przyjęcia substancji dopingowej? i ukarano aż dwuletnim zawieszeniem.

    Biorąc pod uwagę błahość przewinienia, kara była iście drakońska i trudno się dziwić, że Alberto uznaje sam siebie przynajmniej za trzykrotnego zwycięzcę Giro (które zgodnie z wynikami testów przejechał ?na czysto?), a może i trzykrotnego zwycięzcę Tour de France.

    Tyle tylko, że w feralnej próbce poza klenbuterolem znaleziono coś jeszcze. ?Plastyfikatory?, które mogą wskazywać na fakt transfuzji krwi przez jakiś czas przechowywanej w przeznaczonej do tego torebce. To również tłumaczy, skąd w organizmie Contadora mógł wziąć się klenbuterol. Zawodnik dokonując w czasie wyścigu transfuzji niewielkiej porcji krwi wprowadził do organizmu tkankę zanieczyszczoną środkiem, który przyjmował w czasie przygotowań do wyścigu.

    W teorii więc, surowa kara za ?błąd? była karą za poważny doping i ostrzeżeniem dla kolarza, by zszedł z drogi, na którą musiał wstąpić u progu swojej kariery.

    Alarm zadziałał skutecznie. Po powrocie z banicji Contador był w stanie wygrywać, ale nie tak przekonująco, jak za swoich najlepszych lat, czyli właśnie 2007-2011. By sięgać po zwycięstwa w wielkich tourach musiał zmienić styl jazdy i nie polegać wyłącznie na dynamicznych atakach, z których słynął wcześniej.

    Z nimi wiąże się prawdopodobnie największa kontrowersja w karierze Hiszpana, czyli Tour de France 2009 i podjazd do Verbier, gdzie podczas 20? wysiłku osiągnął VAM (średnią prędkość podjeżdżania) przekraczającą 1900m/h. Przypomnijmy, że obecnie podczas hiszpańskiej Vuelty specjaliści przecierają oczy ze zdziwienia, gdy kolarze wspinają się o 100m/h wolniej na podjazdach o połowę krótszych, uznając to za wynik mocno podejrzany.

    Wiele wskazuje na to, że podjazd do Verbier był najszybszym w historii Tour de France, gdzie kolarze wspinali się żwawiej niż najbardziej niesławni herosi ?ery EPO?.

    Co więcej, warto też w tym miejscu wspomnieć o wygranym przez Contadora Tourze 2007. Dostał on go de facto w prezencie od ekipy Rabobank, której lider, Michael Rasmussen prowadził z wyraźną przewagą, a która po wyjściu na jaw unikania przez niego kontrolerów antydopingowych w czasie przygotowań do imprezy wycofała Duńczyka z Wielkiej Pętli, oddając żółtą koszulkę walkowerem.

    Ze ?spowiedzi? samego Rasmussena jak i innych (anty)bohaterów tamtych czasów wiemy, że przed wprowadzeniem paszportów biologicznych, mimo powoli zacieśniającej się pętli kontroli andydopingowych, czołówka zawodowego peletonu skutecznie oszukiwała system. Biorąc pod uwagę, kiedy i pod czyimi skrzydłami kariera Alberto Contadora nabrała rozpędu, z perspektywy czasu trudno szukać innych źródeł sukcesu niż uczestnictwo w zorganizowanym procesie niedozowolonego wspomagania. Tym bardziej, że kolejnymi dyrektorami sportowymi Hiszpana byli Manolo Saiz, Johann Bruynell i Bjarne Riis a trenerem Pepe Marti.

    Z drugiej strony Contador potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie doping, nawet jeśli wciąż funkcjonuje, jest o wiele trudniejszy do zastosowania a zwycięstwa zawodników jednoznacznie odżegnujących się od niedozwolonego wspomagania pokazują, że można ścigać się na innych warunkach.

    Kolejne wielkie toury: Vuelta 2012, 2014 i Giro 2015 były rywalom wydarte często wbrew rozsądkowi, przewidywaniom ekspertów czy bukmacherów. A tempo i styl zdecydowanie bliższe były osiągnięciom kolarzy o dekadę młodszych, prowadzących swoje kariery już wedle innego etosu.

    Zatem, tak czy inaczej, pożegnalne tournee na kole Chrisa Froome?a, w dobrym stylu, ku uciesze własnej i nas wszystkich Contadorowi się należy. Co nie zmienia faktu, że choć to postać fascynująca, jej barwa jest zdecydowanie bardziej szara niż żółć, róż, złoto i czerwień wygranych w kolejnych tourach koszulek.