Kategoria: Doping

  • Licencje UCI – to już było (i się źle skończyło)

    Licencje UCI – to już było (i się źle skończyło)

    Grupy zawodowe chcące utrzymać się w gronie Pro Teams zaczynają polowanie na punkty. Niewątpliwie pomocny jest w tym Tour of Bejing, nowy wyścig w kalendarzu World Tour. Grupy bez sukcesów za to ze stabilnym budżetem szukają też swojej szansy na rynku transferowym. Podobny schemat był już przerabiany i zakończył się skandalem dopingowym.

    Mijający sezon kolarski można uznać za udany, jeśli weźmiemy pod uwagę walkę z dopingiem. Tour de France był wolniejszy, paszporty biologiczne działają, kontroli jest więcej, wpadek mniej. Sukces. Niestety, stan ten może trwać tylko chwilę, ze względu na system promowania zespołów. O miejscu wśród drużyn Pro Teams, zatem zapraszanych na najważniejsze wyścigi więc regularnie pokazywanych w telewizji, decyduje w dużej mierze miejsce w rankingu. OTo zależy od punktów, przyznawanych zawodnikom za miejsca w ścisłej czołówce.

    Cofnijmy się na chwilę o mniej więcej dekadę. Francuska ekipa Cofidis była zdecydowanie na fali wznoszącej. Mieli w składzie m.in. nową gwiazdę, Davida Millara, który zapowiadał się jako świetny a do tego bardzo popularny kolarz. Szefowie ekipy wymyślili, że wynagrodzenie kolarzy będzie zależało nie od pracy czy przydatności drużynie a od miejsca w rankingu UCI. Nie dość, że wprowadziło to niesnaski między zawodnikami (każdy próbował jechać na własne konto) to, może nie bezpośrednio, przyczyniło się do „Afery Cofidisu”, czyli ujawnienia na wpół zorganizowanych dopingowych praktyk w drużynie. Wspomniany już Millar wielokrotnie wspominał, że do sięgnięcia po EPO pchnęła go presja: własna, kibiców, mediów, ale też i drużny. Wszak punkty były najważniejsze i jakoś trzeba było je zdobywać.

    Przed końcem tegorocznego sezonu transferowego w trudnej sytuacji jest drużyna AG2R. Nie będąc w top15 ekip nie ma gwarancji, że pojedzie w przyszłym roku w gronie Pro Teams. Co z tego, że Gadret i Dupont świetnie jechali w generalce Giro d’Italia, podobnie jak Peraud w Tour de France a Roche nadal daje nadzieję na niezłą przyszłość. Punkty dla drużyny zbierali zawodnicy walczący o punkty w mniejszych imprezach. Nawet, jeśli AG2R w tym roku zdobyła sympatię kibiców dzięki naprawdę dobrej postawie w najważniejszych imprezach, musi walczyć o utrzymanie w elicie pozasportowymi metodami: kupić kogoś, kto w posagu przyniesie zdobyte w sezonie punkty.

    Rok temu do światowej elity weszła drużyna Vacansolei. Kolarze tego zespołu są waleczni, perspektywiczni i, tak jak zawodnicy AG2R spotkali się z bardzo przychylnym odbiorem mediów i kibiców. Nie byłoby ich jednak na wielu wyścigach, gdyby kierownictwo postanowiło trzymać się zasad etycznych. W imię awansu do grona Pro Teams zatrudniono umoczonych w doping Mosquerę i Ricco. Pierwszy z nich nie mógł startować przez cały sezon w związku z niejasną sprawą wspomagania przy pomocy HES, natomiast drugi dostał zapaści po nieudanej, nielegalnej transfuzji krwi. Poels, Marcato, Hoogerland czy nasz Michał Gołaś mogli podejmować liczne próby ataków i walki o zwycięstwa przez cały sezon m.in. dlatego, że drużyna zatrudniła punktodajnych doperów.

    Obecna sytuacja stawia pod znakiem zapytania także byt ekipy takiej jak Astana. Aleksander Winokurow postanowił nie kończyć kariery, ponieważ on i jego punkty są potrzebni by grupa utrzymała się w „najwyższej klasie rozgrywkowej”. By sprostać wymogom UCI, na papierze zakończono karierę mniej znanego zawodnika, Andreja Kirejewa (oficjalnie z powodu kontuzji).

    Gdy pojawiają się większe pieniądze, a przejście do grona Pro Teams wiąże się z dwu-trzykrotnym zwiększeniem budżetu oraz wpływów, kwestie etyczne lub zwykła przyzwoitość schodzą na drugi plan. UCI jest ciałem, które bardzo wolno reaguje na zmiany a wprowadzane, często nieżyciowe przepisy potrafi konserwować latami. Od drobnego wyszukiwania kruczków i lekkiego naginania zasad jest tylko krok, do pójścia na całość. Sukces w walce z dopingiem może więc być tylko tymczasowy, skoro pojawia się potrzeba bezkompromisowej walki o zwycięstwa. Nie wątpię, że w obliczu być albo nie być przynajmniej część zainteresowanych będzie chętna do uczestnictwa w kolejnym wyścigu farmaceutycznych zbrojeń. Wytłumaczenie będzie takie jak zawsze: „takie są realia i przecież wszyscy to robią”.

  • Jeannie Longo: Niesławna czy Nieśmiertelna?

    Jeannie Longo: Niesławna czy Nieśmiertelna?

    Kolejna legenda legnie w gruzach? Jeannie Longo, ikona kobiecego kolarstwa unika kontroli dopingowych a jej mąż i trener zamawia EPO przez internet. Zachłanność? Błąd? Plotka? Wizerunek wielkiej mistrzyni właśnie został solidnie podkopany.

    Zaczęło się od ujawnienia przez L’Equipe informacji, że Longo unikała kontrolerów. Źle podała swoje miejsce pobytu w systemie ADAMS i laboranci Francuskiej Agencji Antydopingowej (AFLD) trzykrotnie nie mogli pobrać jej próbek. Dla ścisłości, za takie samo wykroczenie, Michael Rasmussen został wykluczony z Tour de France, tym samym odebrano mu niemal pewne zwycięstwo w Wielkiej Pętli. Następnie odbył niemal (niemal, bo skróconą) dwuletnią karę dyskwalifikacji.

    Tymczasem w obronie Longo stają: selekcjoner reprezentacji, Laurent Jalabert oraz prezes francuskiej federacji (FFC), David Lappartient. Jalabert podpiera się znaną wymówka, że Longo jest jednym z najczęściej kontrolowanych sportowców w historii a w jej ponad trzydziestoletniej karierze nie miała problemów z dopingiem. Z kolei prezes FFC zwraca uwagę, że każdy ma prawo do błędu i zawodniczka mogła się przypadkowo pomylić gdy jechała z jednego hotelu do drugiego i podała zły adres.

    Niestety dla Jalabera i Lappartinenta, L’Equipe ujawniła maile między Josephem Pappem, byłym kolarzem, doperem i dilerem.  Papp twierdzi, że w 2007r wysłał Patrice’owi Ciprelli, mężowi Jeannie, chińskie EPO na adres Yolandy Ciprelli. To bliska krewna męża i trenera oskrażonej mistrzyni, która mieszka nieopodal legendy francuskiego kolarstwa. Cała sprawa jest tym ciekawsza, że l’Equipe ujawnia materiały w momencie, w którym Longo nie może już stanąć przed sądem – trzyletni okres przedawnienia w tego typu sprawach niedawno minął, zatem przynajmniej w kwestiach prawnych zawodniczka może czuć się bezpiecznie. Zatem dziennik de facto kończy karierę legendy i odziera ją ze sławy, natomiast nie niszczy jej życia jako takiego uwalniając od przykrości skomplikowanego procesu.

    Tyle informacji, pogłosek, wypowiedzi. Historia prawdopodobnego dopingu Jeannie Longo pewnie potrwa jeszcze wiele miesięcy jeśli nie lat. Z jednej strony szkoda, że kolejna legenda upada. To z pewnością kolejny krok kończący pewien etap rozwoju kolarstwa. Z drugiej strony można też przyglądnąć się postaci francuskiej zawodniczki i zapytać, czy musiało tak być? Nie ma sensu wyliczać jej największych triumfów. Wystarczy spojrzeć na wiki i wszystko staje się jasne. Longo to przypadek bez precedensu w światowym sporcie. Kobiece kolarstwo, mimo rozlicznych starań to nadal dyscyplina niszowa. Bez wielkich pieniędzy, bez wielkiej sławy, bez transmisji w TV. Ale wciąż jedna z najbardziej wymagających fizycznie dyscyplin na świecie. Choć wyścigi dla pań nie są tak brutalne jak te dla mężczyzn: krótsze i omijające podjazdy-monstra pokroju Angliru to nadal są energochłonne jak niemal nic innego pod słońcem.

    Weteranka z Francji nie jest w związku z tym gwiazdą mediów, sportową celebrytką. Przez ponad trzydzieści lat wyczynowej kariery przeszła przez wiele etapów rozwoju kolarstwa i sportu jako takiego. Ścigała się – i wygrywała – za czasów hodowanych w NRD sportowych biomachin, nafaszerowanych EPO, hormonem wzrostu i testosteronem cudownych dzieci lat dziewięćdziesiątych a w tym roku, w erze paszportów biologicznych, sięgnęła po kolejny tytuł mistrzyni swojego kraju i przygotowywała się do startu w mistrzostwach świata. Nawet jeśli w ciągu swojej kariery, jak wszyscy dookoła, brała na potęgę, jest absolutnym fenomenem. W jednym z nielicznych wywiadów powiedziała, że obecnie ściga się po to, by dać trochę wiary w swoje możliwości ludziom po czterdziestce (sama będąc po pięćdziesiątce). Skoro jednak jej dokonania sportowe będą teraz wielokrotnie i często brutalnie podważane, może czas, by prócz wyników wniosła coś więcej. Z niecierpliwością czekam na wypowiedzi Jeannie Longo związane z rewelacjami L’Equipe. Sama zawodniczka stoi teraz przed szansą, by wnieść do świata sportu o wiele więcej niż swoje tysiące zwycięstw.

  • Juan Jose Cobo – lider znikąd?

    Juan Jose Cobo – lider znikąd?

    Genialny występ Juana Jose Cobo na Angliru właściwie dał mu zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Vuelty. Przed kolarzami ścigającymi się wokół Hiszpanii jeszcze jeden finisz na podjeździe i dwa nerwowe etapy w Kraju Basków. Cobo powinien sobie poradzić. Ale czy można mu ufać?

    Nieciekawa przeszłość

    Juan Jose Cobo ma 29 lat. Na koncie kilka sukcesów, które sugerują, że może być bardzo dobrym kolarzem etapowym. Wygrana w wyścigu Dookoła Kraju Basków (2007), 10. miejsce w hiszpańskiej Vuelcie (2009), kilka dobrych rezultatów w klasykach: 9. w Liege-Bastogne-Liege (2007) i Giro di Lombardia (2008). Wygrane etapy Tour de France (2008) i Vuelta Espana (2009). Wszystkie te wyniki osiągnął, jako zawodnik niesławnej ekipy Saunier Duval, której zawodnicy: Ricardo Ricco oraz Leonardo Piepoli w 2008r wpadli na EPO – CERA na skutek czego drużyna musiała wycofać się z Wielkiej Pętli a rok później straciła sponsorów. Cobo odszedł więc do Caisse d’Epargne, w którym zaliczył najgorszy sezon w życiu nie wchodząc w pierwszą trzydziestkę żadnego wyścigu, w którym startował.

    Z drugiej strony wtedy było wtedy a teraz jest teraz. Cobo, choć jeździł w nieciekawym towarzystwie sam nigdy pozytywnego wyniku testu antydopingowego nie miał. Fakt, że odrodził się po powrocie do grupy Maruo Gianettiego, która teraz reklamuje markę Geox (po Saunier Duval i Footon Servetto taki jest teraz główny sponsor) również nie jest argumentem przeciwko hiszpańskiemu kolarzowi. Wszak rezultaty uzyskiwane przez Denisa Menchova spadły po tym, gdy odszedł z Rabobanku do Geoxu właśnie (co zbiegło się „przypadkowo” z zakończeniem działalności wiedeńskiego laboratorium hematologicznego Humanplasma, ale to inna historia). Cobo być może tego sezonu nie ma rewelacyjnego, ale przed wyścigiem dookoła Hiszpanii sygnalizował niezłą formę, zajmując trzecie miejsce w Vuelta a Burgos.

    Minuta, która robi różnicę

    Nie ma na razie oficjalnych danych dotyczących czasu podjazdu Juana Jose Cobo na Angliru. Te nieoficjalne wskazują, że morderczy podjazd pokonał zaledwie 32 sekundy wolniej od Alberto Contadora w sezonie 2008, zatem uzyskał średnią prędkość podjeżdżania (VAM) około 1875. Można więc szacować, że daje to 6.25 Watt na kilogram masy ciała. Jest to nieco powyżej granicy 6.2 W/kg, która według specjalistów wyznacza granice ludzkich możliwości bez niedozwolonego wsparcia farmakologicznego. Dla porównania Ivan Basso na podobnie wymagającym podjeździe, czyli Monte Zoncolan podczas Giro d’Italia 2010 uzyskał VAM 1777 i stosunek W/kg 5.68. Contador wygrywając na Angliru pojechał niemal w sposób nadnaturalny (VAM 1930 i 6.4 W/kg). Minuta i dwadzieścia sekund różnicy, które Wiggins stracił do Cobo na najtrudniejszym odcinku wzniesienia powoduje, że VAM Brytyjczyka to 1734 i 5.78 W/kg, czyli „normalnie dla wybitnego kolarza w szczytowej formie”. Dodatkowo na niekorzyść Juana Jose Cobo działa fakt, że jest dość ciężkim i masywnie zbudowanym zawodnikiem (1,75m wzrostu i ok. 67-69kg wagi), zatem realnie musiał wygenerować więcej mocy by w tym tempie pokonać tak trudny podjazd.

    Zanim jednak zaczniemy rzucać kamieniami w Cobo niezbędne jest kilka uwag. Po pierwsze, powyższe wyliczenia to tylko szacunek. Po drugie, chyba najważniejsze, bardzo strome podjazdy podnoszą wartość VAM co rzutuje również na oszacowanie stosunku mocy do masy.

    Dodatkowo Cobo niemal cały wyścig jechał na remis z Wigginsem. Jeśli były różnice, to sekundowe. Zarówno na czasówce drużynowej jak i podczas górzystych oraz górskich etapów. Hiszpan stracił do Brytyjczyka 1’40” podczas jazdy indywidualnej, co odrobił z nawiązką w górach Asturii: łącznie 1’41” plus bonifikaty za drugie i pierwsze miejsce. To właśnie głównie bonifikaty odpowiadają za przewagę, którą wypracował nad zawodnikami grupy Sky: Wigginsem i Froomem. Zatem wygląda na to, że Cobo Vueltę jechał ekonomicznie, skupiając się na dwóch etapach gdzie miał największe możliwości wypracowania przewagi nad rywalami. Co więcej pochodzi z pobliskiej Kantabrii, więc z pewnością zna większość tajemnic jazdy w takim terenie.

    Cień przeszłości

    Wniosek jest tak naprawdę przykry. Jose Juan Cobo właśnie jedzie wyścig życia. Może być niemal całkowicie „czysty” a na Angliru prawdopodobnie wywalczył zwycięstwo w wielkim tourze, czyli życiowy sukces mając swój „dzień konia”. Taki, który zdarza się raz na kilka lat. Niestety grzechy jego kolegów z drużyny, licznych poprzedników i rywali a także niejasne i często żenujące zachowanie hiszpańskiego związku kolarskiego oraz UCI (obie organizacje skutecznie zamiatają wiele spraw pod dywan lub latami przeciągają kontrowersje) spowodowały, że zamiast cieszyć się walką kolarzy zaczynamy ich podejrzewać. Tym samym Cobo nie będzie zwycięzcą Vuelty, tylko „zwycięzcą Vuelty, który kiedyś był w grupie z doperami a potem o minutę za szybko wjechał Angliru”.

  • Mit herosa? Zapomnij!

    Mit herosa? Zapomnij!

    Kolarze zwolnili. To już wiemy. Choć jeżdżą na najlepszych rowerach w historii, używają pomiaru mocy i są pod radiową kontrolą swoich dyrektorów sportowych. Dzięki charakterystyce dyscypliny ciągle dostarczają nam emocji, być może nawet większych niż za czasów, gdy EPO było w powszechnym użyciu.

    W kolarstwie de facto nie ma rekordów. Ważne jest to, kto wygra i co zrobi po drodze a niekoniecznie jak szybko to uczyni. Fakt, że kolarze wjechali na Alpe d’Huez trzy minuty wolniej nie spowodował, że było mniej emocji. Ciekawe, jak pojechaliby, gdyby wsadzić ich na rowery z 1989r… Tymczasem są dyscypliny, gdzie osiągnięty, wymierny rezultat decyduje o jakości sportowego spektaklu. To tam, na przemian, farmakologia ściga się z techniką.

    Dopiero co zakończyły się Mistrzostwa Świata w pływaniu. Dyscyplina ta przeżyła rewolucję. Postanowiono odrzucić całą technologię, która zmieniła jej oblicze w ostatnich latach. „Magiczne” stroje nie tylko umożliwiały szybsze poruszanie się w wodzie poprzez stawianie mniejszego oporu. Wpływały również na sylwetkę zawodników, ich trening i zmieniały znaczenie poszczególnych cech motorycznych zwiększając udział czystej, zwierzęcej niemal siły w osiąganym rezultacie. Ubrani z powrotem w tekstylne kostiumy zakrywające tylko części intymne i niewielkie fragmenty kończyn pływacy mieli znów zacząć poruszać się wolniej. „Uczciwiej”. A okazało się, że w Szanghaju padły dwa rekordy świata, z czego jeden z nich został pobity przez Chińczyka na najdłuższym z dystansów. Rekordowe rezultaty uzyskiwane przez Chińczyków podczas imprez rozgrywanych na ich terenie od lat budziły wątpliwości. Choć Sun Yang nie jest zawodnikiem przypadkowym, poprawienie dziesięcioletniego rekordu świata skłania do refleksji. FINA (federacja pływacka) dopiero podjęła decyzję o wprowadzeniu paszportów biologicznych. Obserwacja kariery Chińczyka może dać więc ciekawe rezultaty

    W ostatnich latach w pływaniu głośniej było o „dopingu technologicznym” niż farmakologicznym, to jednak warto zwrócić uwagę na pewien fakt. Jeśli trener jednej z największych gwiazd (Paweł Słomiński o Otylii Jędrzejczak) otwarcie i wprost wielokrotnie mówił, jak ważne są odpowiednie parametry krwi oraz jej natlenienie, niemal chwalił się tym, że zawodnicy nie rozstają się z laboratorium, które owe parametry kontroluje, to coś jest nie tak. Po takiej wypowiedzi kolarz miałby prawdopodobnie na głowie nie tylko kontrolerów dopingowych, ale też i agencję narkotykową lub nawet służby specjalne. Nie od dziś wiadomo, że największe gwiazdy nie mierzą poziomu hematokrytu po to, by uchronić się przed anemią a raczej po to, by skutecznie i bezpiecznie utrzymywać m.in ten właśnie parametr w dopuszczalnych normach. Kolarski program paszportów biologicznych ułatwia ściganie takich manipulacji, ale od trzech lat federacje bardziej prestiżowych dyscyplin najwyraźniej nie są nim zainteresowani.

    Technologia i farmakologia spotykają się również w lekkoatletyce. Coraz szybsze bieżnie są coraz bardziej kontuzjogenne. To, podobnie jak „magiczne” stroje pływaków wpływa na konieczność innych przygotowań. Rekordy nadal padają i trudno nie doceniać w tym wpływu właśnie technologii . Wszak w konkurencjach, gdzie liczą się nie minuty a setne części sekundy zysk rzędu 1% może decydować o zwycięstwie a nawet rekordzie. Królowa Sportu, podobnie jak kolarstwo również miała swoje chwile wstydu. Jak wiadomo możliwe było (lub nadal jest) takie podawanie niedozwolonych substancji, by oszukać kontrolerów. Amerykańscy atleci wpadli więc nie na pozytywnych wynikach kontroli (te ujawniły proceder post factum) a w wyniku prowadzonego śledztwa przeciwko firmie BALCO. Biegacze nadal nie są tak mocno kontrolowani jak kolarze i nie objęto ich systemem paszportów biologicznych. Mimo tego, w delikatnych warunkach „post-BALCO” rekordy nadal padają.

    Abstrahując od farmakologii można popatrzeć na konkurencję, która najbardziej porusza wyobraźnię. Bieg na 100m w wykonaniu super talentu, czyli Usaina Bolta. Jamajczyk, choć nie wprost, podejrzewany jest o niewykrywalne dotychczas metody dopingu z terapią genetyczną włącznie. Uzyskiwane przez niego czasy są bowiem niezwykłe i dotychczas niespotykane. Choć Bolt ma przewagę nad rywalami, która czasami jest bardzo wyraźna, oni sami nie biegają wiele wolniej. Co więcej, Obecny rekordzista świata jest szybszy o niespełna 4% niż Jim Hines który jako pierwszy pobiegł 9.95 na tartanowej bieżni na Igrzyskach w Meksyku (1968!) i 6% niż Jessie Owens, który pobiegł 10.2 na ziemnym torze w skórzanych butach w roku… 1936. Być może nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale kolejne magiczne granice w sporcie mogą padać nie dlatego, że nagle wyhodujemy nadczłowieka a dlatego, że utalentowanemu zawodnikowi damy lepsze warunki. Wszak na każdych kolejnych mistrzostwach czy Igrzyskach słyszymy, że bieżnia, tor, lodowisko jest jeszcze szybsze.

    W tym kontekście debata o protezach Oscara Pistoriusa jest nieco wtórna. Biegacz z RPA w ciągu ostatnich trzech lat przyspieszył na dystansie 400m o 1,18 sekundy. Czyli o 3%. Dla zawodnika, który raczej ściga najlepszych niż sam śrubuje najbardziej wartościowe rezultaty to nie jest różnica, która w „normalnych” okolicznościach budziłaby zastrzeżenia. Pytanie więc nie czy protezy dają mu przewagę nad w pełni sprawnymi sportowcami, ale czy możliwości tych protez zmieniają się szybciej w stosunku do innych czynników technologicznych, które są dostępne dla wszystkich.

    Wracając zatem do pływania. Jeśli nadal chcemy rekordów a zabraliśmy zawodnikom technologię, to furtką, jaka pozostaje otwarta jest przyspieszenie wyścigu farmakologicznego. Możliwości ludzkiego organizmu są, mimo wszystko ograniczone. Natomiast poruszające nas wszystkich rezultaty nadal można poprawiać. Jeśli znów, mimo braku nowinek technicznych któraś z dyscyplin bazujących na ludzkiej wydolności przywita wysyp nieznanych zawodników, którzy nagle zaczną śrubować wyniki, będzie wiadomo gdzie szukać przyczyn. Pytanie tylko w jaki sposób i do którego momentu będzie to akceptowane. I gdzie w tym wszystkim jest człowiek jako taki.

  • Kolarstwo jakiego nie znałem

    Kolarstwo jakiego nie znałem

    Pierwsze wspomnienia sięgają Wyścigu Pokoju i Igrzysk Olimpijskich w Seulu. Wkrótce potem zaczął się szaleńczy wyścig chemicznych zbrojeń. Teraz zastanawiam się, czy kolarstwo, które mnie wówczas zafascynowało, istniało naprawdę.

    Na początku mały disclaimer. Z euforią trzeba poczekać do mniej więcej połowy października. Wtedy wszystko będzie jasne. Czy, kto, co i ile. Wziął. Tego nauczyła nas najświeższa historia, w której zwycięstwa wielkich tourów wygrywa i przegrywa się w laboratorium lub sądzie. Skoro jednak kolarze z tempem jazdy wrócili do czasów Fignona i Lemonda, czyli do ostatniego momentu przed gwałtownym przyspieszeniem, trzeba inaczej spojrzeć na sponiewieraną skandalami dyscyplinę.

    Pierwsze zdziwienie przyszło na Luz Ardiden. Przecierałem oczy ze zdumienia nie dlatego, że Andy Schleck ze swymi super-przybocznymi nie zniszczył rywali. Wraz z herosami, którzy w ostatnich latach kreowali oblicze wyścigów etapowych wjechali Thomas Voeckler, Pierre Roland i Jelle Vanendert. Kto? Jakim prawem? Co oni tam robili? Później było jeszcze ciekawiej. Voeckler do ostatniego górskiego etapu bronił żółtej koszulki a Rolland uciekł Contadorowi na Alpe d?Huez. Nie, nie został puszczony w prezencie przez sześciokrotnego zwycięzcę wielkich tourów. Po prostu mu odjechał, bo ten był najzwyczajniej w świecie śmiertelnie ujechany. Tak samo jak Andy i Frank Schleck, Samuel Sanchez oraz Cadel Evans, którzy przez kilka dni toczyli zacięty bój na alpejskich przełęczach.

    Indurain, Ullrich czy Armstrong byli górami mięśni pędzącymi po tych samych szosach bez większego wysiłku, na mecie co najwyżej lekko spoceni. Pantani w koszmarnych warunkach wykonał cudowny rajd przez góry by pognębić rywali ustawiając całą klasyfikację. W tym roku Andy Schleck i Alberto Contador spróbowali tego samego. Wycieniowani do granic możliwości ? wysoki Luksemburczyk ma sylwetkę ?klasycznego górala? choć powoli zbliża się bardziej do skoczka narciarskiego, niż wzorca z Sevres ostatnich 20 lat, szczupłego, ale atletycznego Pantaniego. Na cudownym, wręcz magicznym sprzęcie ? rower ?Pirata? sprzed 13 sezonów zapewne znalazłby się w ogonie współczesnych szosówek ze średniej półki jako nienadający się do jazdy. Obstawieni zdobyczami współczesnej nauki i elektroniki optymalizującej trening, pozycję, dietę, regenerację. Na metach alpejskich etapów po ponad dwóch tygodniach ścigania wyglądali jak zwłoki. I nie zyskali zbyt wiele czasu nad rywalami, mimo heroicznych wysiłków i spektakularnych (choć w opinii niektórych komentatorów ciągle zbyt rachitycznych) ataków i rozbicia peletonu w strzępy.

    Czasy, gdy pretendent do wygrania Paryż ? Roubaix radośnie hasa na najcięższych wzniesieniach kasując ucieczki teoretycznie świetnych wspinaczy minęły. Na l?Alpe d?Huez Contador, Evans i Schleck wjeżdżali w tempie Lemonda i Fignona z 1989r oraz? rekordzisty wśród amatorów z 2005r. Wspomniany pretendent, George Hincapie był na mecie 17 minut później. Zmęczony gregario, którego praca tym razem nie przyniosła efektów. Takie ściganie jest kompletnie inne niż to, które można było oglądać przez ostatnie 20 lat. Nie jest wcale mniej fascynujące. Jestem absolutnie na tak, ponieważ jest prawdziwsze.

    Można pytać, dlaczego ?stracone pokolenie?, od Induraina po Landisa robiło to, co robiło? Wulgarnie cytując współczesnego pop-klasyka (Gregory House): ?A dlaczego pies sam liże się po genitaliach? Bo może!?. Zaawansowany koks stał się bardziej dostępny. Testów nie było lub były nieskuteczne. Pojawiały się nowe, coraz bardziej efektywne substancje i metody. Zestaw: EPO, Hormon Wzrostu i Testosteron był świętą trójcą zawodowców, tyle, że z każdym sezonem w coraz nowocześniejszym wydaniu. Dodatkowo, po upadku żelaznej kurtyny kolarze z NRD i ZSRR do zawodowego kolarstwa, które kulturowo posiada ciągoty do wspomagania wprowadzili swoje metody, oparte na planowym, systemowym i nielegalnym poprawianiu możliwości ludzkiego organizmu. Niektórzy szli na całość, inni, w trosce o zdrowie i życie kolarzy organizowali instytucjonalny doping by nie wypaść z gry. Ci, którzy byli poza układem nie mieli szans ani na wynik ani na pieniądze ani nawet na możliwość spokojnej jazdy na własną rękę.

    Takiego kolarstwa jak w tegorocznym Tourze trzeba się będzie uczyć od nowa. Uczyć sytuacji, gdzie zawodnik jest bardziej człowiekiem i nawet, gdy ma słuchawkę w uchu a dyrektor sportowy mówi mu ?jedź? on nie jedzie, bo zwyczajnie nie ma siły. Takiego, gdzie niepokonany dominator może mieć słabszy dzień. Wreszcie takiego, gdzie szanse są bardziej wyrównane a dobrze zapowiadający się zawodnik by wygrać musi mieć wybitny talent a nagły wyskok formy zależy od zbiegu wielu czynników a nie nawiązaniu współpracy z dobrym hematologiem. Teraz nikt nie fruwa, wszyscy atakują wszystkich i męczą się jak ludzie. Żegnajcie Pantani, Riisie, Armstrongu. Jesteście częścią historii. Znakiem czasów, które, miejmy nadzieję, odchodzą.

  • Koniec Touru Dwóch Prędkości?

    Koniec Touru Dwóch Prędkości?

    Thomas Voeckler przejechał Pireneje w żółtej koszulce. Lider Tour de France puszczony wcześniej w ucieczce na kilka minut utrzymuje przewagę nad faworytami. Co więcej, „dzielny Francuz” nie tylko ostatkiem sił przeczołgał się przez góry. Z wyzywającym wyrazem twarzy i jednoznaczną gestykulacją dał do zrozumienia, że on również jest w grze. Kolarze jadą wolniej, więc większa grupa zawodników ma szansę na zwycięstwo.

    Voeckler był już w podobnej sytuacji. W 2004r po ucieczce w pierwszej fazie wyścigu zdobył pozycję lidera i dzielnie bronił jej do 15. etapu. Wtedy też Wielka Pętla zaczynała przejazd przez góry od Pirenejów i dopiero pierwszego dnia w Alpach oddał maillot jeaune Armstrongowi. Wielce prawdopodobne jest, że przy takiej jeździe, jaką prezentuje w tym momencie, Voeckler utrzyma ją przynajmniej do czwartku i finiszu na legendarnej przełęczy Galibier. Etapy do Gap i Pinerolo, znany z waleczności Francuz byłby w stanie przejechać w pierwszej grupie nawet w latach powszechnego stosowania EPO i dopingu krwi.

    Docieram bowiem do kluczowego momentu. Dlaczego Voeckler z pomocą młodego Pierre’a Rolanda jest w stanie jechać razem ze Schleckiem, Basso, Evansem czy Contadorem. Sprawa dotyczy także, choć nie w tak widoczny sposób Damiano Cunego. Odpowiedź na to pytanie, choć oczywiście tylko w sferze przypuszczeń daje nieoceniony w takich sytuacjach blog The Science of Sport. Otóż od wprowadzenia na przełomie 2007 i 2008 paszportów biologicznych, w zawodowym peletonie drastycznie spadła ilość wyników badań wskazujących na nieprawidłowości sugerujące manipulację krwią. Według pokazanej w tabeli historii owych nieprawidłowości, patrząc na ilość „młodych” krwinek (retikulocytów) można przypuszczać, jaki rodzaj dopingu jest popularny w peletonie.

    I tak do 2003, gdy zaczęto stosować skuteczny test na EPO, nadmierna ilość retikulocytów w testach była powszechna, co sugerowało dostarczenie do organizmu erytropoetyny z zewnątrz. Wraz z wprowadzeniem testów zawodnicy mieli przerzucić się na doping krwi np. w postaci przetaczania tejże, na co wskazuje wyraźnie niedobór nowych krwinek a nadmiar „starych”. Pamiętacie Tour 2003 i fenomenalną jazdę Ullricha? Pamiętacie kto był wtedy jego wyłącznym opiekunem? Rudy Pavenage, który to opiekun i mentor nie tylko wpierał Jana psychicznie, ale też przede wszystkim skontaktował z Eufemiano Fuentesem, antybohaterem „Operacji Puerto”. Rewelacyjnie jadący wtedy Tyler Hamilton a także Alexander Vinokourow w niedługim czasie również wpadli na przetaczaniu krwi.

    Drastyczny spadek nienormalnych wyników nastąpił dopiero w 2008r, gdy wprowadzono paszporty biologiczne. Tamten wyścig, wygrany przez Carlosa Sastre również był dziwny. Komentatorzy prześcigali się wtedy w sugestiach wobec Cadela Evansa, że ten nie jest dość waleczny a jego ataki są niemrawe. Cóż… słyszymy to i w tym roku względem Andy’ego i Franka Schlecków w sytuacji, gdy Evans ma szansę na zwycięstwo. W 2008r Sastre wygrał nie dlatego, że w porywający sposób odjechał rywalom a dlatego, że mająca trzech liderów ekipa Bjarne Riisa zdominowała wyścig i Sastre, jako „Joker” został puszczony przez pozostałych pretendentów na Alpe d’Huez. Owszem, zawodnicy w międzyczasie testowali różne inne substancje, kierując swoją uwagę w stronę zmniejszenia częstotliwości oraz dawek. Stąd Dynepo („EPO II generacji”), według niepotwierdzonych i nieautoryzowanych testów miał je stosować Rasmussen oraz CERA („EPO III generacji”) a także, być może również GW 1516 i AICAR, substancje będące rodzajem dopingu genetycznego.

    W tym roku obserwujemy wzmocnioną powtórkę z 2008r. Faworyci wjeżdżają kluczowe podjazdy o kilka minut wolniej (Luz Ardiden 1,5′ a Plateu de Beille nawet 3′) niż kilka lat temu. Ivan Basso, szczuplejszy i bardziej aktywny niż w latach ubiegłych w swoim stylu nadaje mocne tempo, gdy szosa robi się bardziej stroma. Gdy wygrywał Giro, nie tacy kolarze jak Voeckler odpadali od niego jeden za drugim. Frank Schleck i inni faworyci ruszając w końcówkach do ataku pożerali uciekinierów. Tymczasem Sanchez czy Vanendert zyskawszy niewielką przewagę, jadą do mety zbliżonym tempem co potencjalni liderzy. Na Plateau de Beille to Voeckler, który owszem, poprawił jazdę w górach, ale etapy wygrywał raczej dzięki swej waleczności a nie wybitnym umiejętnościom w tej specjalności kontrował ataki, nadawał tempo i żywo gestykulował. Jakby chciał powiedzieć „Ha, patrzcie, nareszcie przyszedł ten czas. Już nie ma równych i równiejszych”.

    Po aferach Festiny i Cofidisu francuskie kolarstwo może nie popadło w zapaść, ale reprezentanci tego kraju mogli co najwyżej marzyć o wejściu do pierwszej piątki klasyfikacji generalnej. Bardzo restrykcyjne przepisy uniemożliwiały zawodnikom „rozwój”, na jaki mogli pozwolić sobie choćby Hiszpanie. W ich zasięgu znajdowała się ewentualnie koszulka najlepszego górala, myślenie o top5 traktowano w kategorii mrzonki. Jeśli peleton będzie jechał pod górę w tym tempie, Voeckler może zostać pierwszym kolarzem od czasów Virenque’a który w Paryżu stanie na podium. Dla przypomnienia, Virenque największe sukcesy odnosił wówczas, gdy wszyscy także byli równi. To znaczy równo nakoksowani.

    Częściowe (wszak nikt obecnie chyba już nie wierzy, że peleton jest 100% czysty a obecne przepisy po prostu utrudniają i ograniczają możliwość radosnego poprawiania swoich parametrów bez konsekwencji dyscyplinarnych) zrównanie sił może też tłumaczyć nerwowość i kraksy w pierwszym tygodniu touru. Skoro większa liczba zawodników miała szansę na dobry wynik, postanowili z niej skorzystać. Co za tym idzie tłok był większy i zdarzało się więcej wypadków.

    Cała hipoteza może jednak łatwo wziąć w łeb. Alberto Contador wraca do sił. Kolano przestaje go boleć a na akcje rywali zaczyna reagować dynamicznie dochodząc do grupy i bacznie przyglądając się co robią. Choć Pireneje były ciężkie, wyścig rozegra się w Alpach. Podmęczonych rywali i ich drużyny łatwiej będzie rozbić. Contador dobrze czuje się w sytuacji, gdy każdy jedzie na siebie, pokazał to w tegorocznym Giro. Tam wykorzystywał selekcję, którą swoimi atakami robił Joaquim Rodriguez. Kto więc pomoże mu teraz? A jeśli znajdzie się śmiałek, czy Alberto zniszczy rywali dynamitem w nogach (co sugerowałoby najgorsze) czy sprytem i taktyką?

  • Wybór?

    Wybór?

    05.07.2011 zmarł kolejny zawodnik z ?pokolenia EPO?. Po kolarzach: Marco Pantanim, Jose Marii Jimenezie i Franku Vandenbroucke?u w niewyjaśnionych do końca okolicznościach odszedł biegacz narciarski, mistrz olimpijski i czterokrotny mistrz świata, Mika Myllylä.

    Mistrzostwa Świata w fińskim Lahti (luty 2001) polscy kibice przeżywali głównie z perspektywy rywalizacji Adama Małysza z Martinem Schmittem. Polak, którego gwiazda właśnie rozbłysła najjaśniejszym blaskiem zdobył dwa medale (w tym jeden złoty) wzbudzając euforię wśród rodzimych kibiców. Byliśmy wtedy spragnieni sukcesów i pozytywnej energii, którą wąsacz z Wisły wniósł do naszej rzeczywistości.

    Tymczasem nieco w tle rozgrywała się jedna z najpoważniejszych afer dopingowych, porównywalna z kolarską ?aferą Festiny?.

    Wszystko rozpoczęło się niewinnie. Ktoś zostawił na stacji benzynowej torbę z logotypem fińskiej federacji narciarskiej. Uczciwy znalazca oddał ją na policję a tam, w celu poszukania śladów ewentualnego właściciela otworzono bagaż. W środku znaleziono strzykawki, torebki do kroplówek oraz recepty na HES. Środek zwiększający objętość osocza krwi, służący do maskowania użycia EPO (ten sam, który wykryto u drugiego kolarza Vuelta a Espana 2010, Ezequiela Mosquery).

    Mistrzostwa, które miały być wielkim sukcesem fińskiego sportu, gdzie, po latach upokorzeń i porażek doznawanych ze strony norweskich biegaczy, gospodarze mieli sięgnąć szczytu, przerodziły się w mistrzostwa wstydu.

    Największe gwiazdy: Mika Myllylä, Jarri Isometsä, Harri Kirvesniemi, Virpi Kuitunen a także Milla Jauho i Janne Immonen zostały namierzone, poddane kontrolom i uzyskały pozytywny wynik badania na obecność HES. Fińske, męskie narciarstwo biegowe na poziomie wyczynowym praktycznie przestało istnieć. Zawieszono zawodników, zwolniono trenerów i lekarzy. Dokonano czystki. Do tej pory szybsi są tamtejsi zawodnicy kombinacji norweskiej niż regularni biegacze. Kobiety, które w owym czasie nie miały tak eksponowanej pozycji i statusu celebrytek podniosły się szybciej a nawet jedna z niesławnej ?Szóstki z Lahti?, Virpi Kuitunen, po powrocie z dyskwalifikacji udanie kontynuowała karierę.

    Najlepszy z reprezentantów Finlandii, Mika Myllylä również próbował wrócić, lecz tak naprawdę jego świat skończył się w dniu, gdy pechowa torba znalazła się na stacji benzynowej. Popadł w alkoholizm, pojawiła się depresja i próby samobójcze. W 2007r rozwiódł się z żoną.  Ciągany po sądach, na początku 2011 roku przyznał się oficjalnie do stosowania EPO. Piątego lipca został znaleziony martwy w swoim domu. Policja wstępnie wykluczyła uczestnictwo osób trzecich w śmierci zawodnika.

    Historia nader podobna do tych z udziałem Pantaniego (odarty z godności, z ?ukradzionym? zwycięstwem w Giro, po latach przedawkował kokainę w pokoju hotelowym), Franka Vandenbrucke?a (?cudowne dziecko? belgijskiego kolarstwa, po spektakularnych wyczynach w czasach radosnego stosowania dopingu nie mógł się odnaleźć w nowej rzeczywistości, zmarł z powodu zatoru płucnego w hotelu w Senegalu podczas wieczoru spędzonego z prostytutkami) czy Jose Marii Jimeneza (w górach odjeżdżał najwybitniejszym kolarzom przełomu XX/XXIw, zmarł na atak serca w szpitalu psychiatrycznym).

    Wszyscy oni największe triumfy święcili pod koniec lat ’90, gdy działania antydopingowe były tak naprawdę w powijakach a testy na nielegalne wspomaganie krwi dopiero powstawały. Byli gladiatorami, którzy przynosili swoim rodakom emocje i radość, pokonując największych herosów. Pantani zwyciężył niemiecką maszynę, Jana Ullricha i stawiał opór produktowi amerykańskiego snu ? Armstrongowi. Jimenez przywracał pamięć wybitnych górali,  bezkompromisowo frunąc pod każde wzniesienie. ?VDB? dawał nadzieję Belgom na powrót do czasów znanych ze zwycięstw dawnych mistrzów. Myllylä pokonał ?niepokonanych? Norwegów.

    Gdy wpadli, stali się wrogami publicznymi. Fiński minister kultury powiedział wręcz, że ?Wszyscy, którym zwycięstwa naszego zespołu przynosiły radość, czują się teraz zdradzeni?.

    Francuzi po aferze Festiny i Tourze Wstydu w 1998 wybaczyli swoim idolom. Pozwolili wrócić w nowej roli. Virenque, który do końca próbował wszystkim wmówić, że jest niewinny, ostatecznie zrobił kolejny cyrk w swojej karierze, rozpłakał się przed kamerami, ale znalazł dla siebie miejsce i wszyscy znów go pokochali. Ivan Basso czy Michele Scarponi zwyczajnie odczekali czas karencji, dostali drugą szansę i z niej skorzystali.

    Tymczasem Myllylä po kompromitacji jedyne czego szukał, to spokoju ducha. Nie znalazł. Przecież zdradził i oszukał.

  • Just Dope It!

    Just Dope It!

    Czego można się spodziewać po marce, która została skrytykowana przez sporą część działaczy na rzecz praw człowieka, która była jednym z głównych celów namierzonych w ?No Logo? i która wpiera lub wspierała tak wspaniałe postaci jak Marion Jones, Tim Montgomery czy Lance Armstrong?

    Swoosh został kompletnie ?rozjechany? przez Naomi Klein jako symbol wszelkiego zła, które towarzyszy globalizacji. Nike wykorzystuje dzieci na Dalekim Wschodzie po to, by prać mózgi dzieciom Bogatego Zachodu i wychowywać sobie klientów na długie lata. Mimo różnego rodzaju perturbacji nadal jest to marka numer jeden przemysłu odzieżowego na świecie (przed H&M i Zarą, cztery razy więcej wartą niż konkurencyjny Adidas) i 59. marka w ogóle (tuż za Pepsi a przed np. Dellem, Porsche czy Samsungiem).

    Jak większość złowrogich korporacji, Nike robi wszystko by się bogacić. A w imię starego przysłowia, że bogatemu wolno wszystko, w tym roku przynajmniej pozbyła się odrobiny hipokryzji. Trudno stwierdzić, czy marketingowcy chcą w ten sposób poprawić wizerunek, czy też zrobić jeszcze więcej zamieszania przy pomocy kolejnej kontrowersji. Tak czy inaczej już teraz możemy kupić sobie koszulkę z radosnym logo ?Dope? stylizowanym czcionką znaną z logo Nike oraz rozsypaną garścią niebieskich tabletek.

    Cóż, czego można się spodziewać po marce, która etykę sportu ma w głębokim poważaniu i która promuje zwycięstwo jako ideę najwyższą. ?Nie wygrywasz srebra ? przegrywasz złoto?, w imię tej maksymy z olimpijskiego startu na 110m przez płotki w Pekinie wycofał się faworyzowany Liu Xiang, choć sprawa nie jest do końca jasna (kontuzja, której miał doznać wykluczyła go na dłuższą część sezonu, choć podobno zajęcie innego miejsca niż pierwsze mogło spowodować uszczerbek na wizerunku jego sponsora).

    W latach 2003 ? 2006 tylko dwie gwiazdy lekkoatletyki zawieszone przez USADA (amerykańską agencję antydopingową) nie były sponsorowane przez Nike (biegacze John Capel i Jerome Young, sponsorowani przez Adidasa). Jones, Montgomery, Justin Gatlin (ten wpadł już dwa razy i odbywa karę zawieszenia na 8 lat)… to tylko niektórzy. Co ciekawe, gdy Jones była już mocno zamieszana w aferę BALCO, Nike nadal płaciło jej 3 miliony dolarów kontraktu w sytuacji, gdy roczny budżet działu research w USADA wynosił 2 miliony. Polityka nad wyraz ciekawa w sytuacji, gdy wielu światowych gigantów ucieka z dyscyplin o wysokim ryzyku dopingowym (jak choćby niemiecki T-Mobile, który zakończył wieloletnią współpracę z kolarstwem po wybuchu Operation Puerto).

    Mój prywatny ?idol?, Lance Armstrong, nawet, jeśli nie zostanie skazany za przeznaczanie publicznych pieniędzy na prywatny program dopingowy swojej ekipy i tym samym pozostanie czysty i nieskazitelny, zrobił dość by obrzydzić kolarstwo wielu wiernym fanom tej dyscypliny. Fakt, że każdy ma swoją cenę jest znany a Armstrong udowodnił, że jest tak rzeczywiście kupując wielu groźnych rywali lub ich pomocników nie dając w zamian nic poza pieniędzmi (a i to nie zawsze).  Tratując ludzi nad wyraz przedmiotowo stał się w zamian obiektem nienawiści większości swoich byłych współpracowników poza raptem kilkoma najwierniejszymi giermkami. W tym kontekście nie dziwi wieloletnia współpraca obu marek (bo trudno nie traktować L.A. jako marki właśnie). Przekonania i ich realizacja są niemal wspólne. Efektem końcowym jest klient, który z miłą chęcią kupuje kolejną parę butów zrobionych przez małe chińskie lub indyjskie rączki w hangarze strzeżonym przez uzbrojonych strażników. Ów klient na ręce ma żółtą opaskę Livestrong, która redukuje mu dysonans poznawczy (wszak wsparł szlachetną fundację). Jeśli oczywiście można mówić, że jest jeszcze klientem. Bo przecież Swoosh to coś więcej niż tylko logo.

  • Pasożyt

    Pasożyt

    Il parasito. Pasożyt. Zdumiewał swoimi atakami w górach. Miał przed sobą niezwykłą karierę. Teraz wszyscy zastanawiają się, czy nie jest szalony. Jego historia przypomina historię innego cudownego dziecka zawodowego kolarstwa – Franka Vandenbroucke. Ricardo Ricco. Przy jego historii bledną dokonania najsławniejszych dopingowiczów ostatnich lat.

    Zeznania tych, z którymi Ricco ścigał się za młodu przynoszą informacje, że Włoch „brał” już jako junior. Gdy zaczynał zawodową karierę – pierwszy kontrakt podpisał gdy miał 23 lata – uzyskał od UCI zaświadczenie o naturalnie podwyższonym poziomie hematokrytu. Wystawiono je na podstawie wieloletniej historii badań krwi, znając jego zwyczaje można przypuszczać, że mogły być sfabrykowane. Dzięki glejtowi z Agile, Ricco przez kolejne lata mógł bez większego stresu utrzymywać swoje krwinki w pełnej gotowości do walki.

    Lata 2007 – 2008 należały do niego. W coraz pasywniej jeżdżącym peletonie jadowite ataki „Cobry” (jak sam siebie ochrzcił) zjednywały mu respekt kibiców i budziły szczerą nienawiść rywali. Ricco bowiem, nie tylko cieszył się z wygranych, ale i publicznie szydził z pokonanych. Podczas prezentacji Tour de France 2008, mając w żyłach hit sezonu, EPO trzeciej generacji (kto wątpi, że zostało sprawdzone kilka tygodni wcześniej podczas Giro d’Italia, na którym stawiał czoła Contadorowi?) jego poza mówiła wszystkim wprost: „Jestem najlepszy, nic mi nie zrobicie. Mam was zwyczajnie w dupie”. Jakże musiał być zdziwiony, gdy po szóstym etapie wyleciał z wyścigu a jego ekipa wkrótce potem się rozpadła. Czar prysł. Niepokonany, niezwyciężony i – w swoim mniemaniu – uwielbiany Ricardo Ricco stoczył się w otchłań. W rewanżu za aroganckie traktowanie, na włoskiego kolarza posypały się gromy ze strony rywali z peletonu. Mark Cavendish wprost nazwał go „Pasożytem”.

    W międzyczasie jego dziewczyna i matka dziecka, Vania Rossi (ścigająca się w przełajach) również wpadała na CERA, na co nasz uroczy bohater stwierdził, że nie może tolerować takiego zachowania i w imię swojego nowego wizerunku zostawił. Trudno stwierdzić kogo wsypał, ale jego dyskwalifikacja została skrócona o cztery miesiące i powrócił w barwach ekipy Ceramica Flaminia. Następnie kontrakt szybko rozwiązał by przenieść się do Vacansolei, jako nowa broń holenderskiej ekipy. Pech chciał, że razem z nich do grupy dołączył Ezequiel Mosquera, który za zasługi we Vuelta Espana został zawieszony do wyjaśnienia sprawy użycia przez niego HES, środka maskującego przyjęcie EPO z zewnątrz, więc Włoch został jedynym potencjalnym liderem na etapówki. Po kilku niezłych wynikach w sezonie 2010 Ricco rozpoczął przygotowania do tegorocznego Giro d’Italia. Wybitnie górska trasa miała mu pasować, w związku z czym podwoił wysiłki i wkrótce potem trafił do szpitala z ostrą niewydolnością nerek. Wstrząsany konwulsjami przyznał się lekarzom, że zapaść nastąpiła na skutek transfuzji krwi, którą radośnie przechowywał w lodówce, zapewne między słoikami pesto a natką pietruszki.

    Gdyby tego było mało, wykpił się ze sprawy twierdząc, że mamrotał bez sensu w gorączce i nie można jego słów brać na poważnie. Znalazł kolejną drużynę (choć dla kolarza, który chciał podbijać wielkie toury jazda w trzeciodywizyjnej ekipie z Chorwacji to niczym zesłanie na Syberię) a gdy ze względów zdrowotnych federacja zawiesiła jego licencję, dołączył się do wyścigu dla amatorów by rozprowadzić adeptów kolarstwa na finiszu.

    Częstotliwość, z jaką zmienia wizerunek, podejmuje decyzje dotyczące życia osobistego i zawodowego, ekstremalna arogancja nawet w sytuacji otarcia się o śmierć. Trudno się dziwić, że Ricco powoli zaczyna być brany nie za chama a za szaleńca. Niewyjaśnione motywy jego działań przywodzą na myśl Vandnbroucke’a, który po spektakularnych sukcesach za młodu większą część kariery poniewierał się po drugoligowych drużynach a jego hobby stało się rozwiązywanie kontraktów i doprowadzanie dyrektorów sportowych do rozpaczy. Po drodze miał za sobą ośrodku odwykowe, depresję, próbę samobójczą i oskarżenie o zastraszanie żony bronią palną. Nie mogąc legalnie startować również brał udział w wyścigach dla amatorów, a swoją obecność zaznaczył z jeszcze większym przytupem niż „Il Parastio”, startując z podrabianą licencją na nazwisko „Francesco del Ponte” (tłumaczenie jego nazwiska na włoski) i wklejonym zdjęciem Toma Boonena.

    Ricardo Ricco jest ciągle młody. Jeśli nie wpadnie po raz kolejny, może się jeszcze trochę pościgać. Gdyby był ułożony i cierpliwy jak choćby Danilo di Luca, mógłby za rok – dwa wrócić do dobrej drużyny, zarobić niezłe pieniądze a kto wie, nawet coś wygrać. Chyba nikt nie wierzy, że tak się jednak stanie. Choć deklarował, że chce być barmanem, wygląda na to, że nie może żyć bez kolarstwa, które jest dla niego równie napędzające siły życiowe co destrukcyjne. Czego pozostaje mu więc życzyć? Tylko tego, żeby przetrwał.

    Tradycyjne już post scriptum. W zeszłą sobotę dystans Mini na amatorskiej szosowej imprezie „Maraton Liczyrzepa” w Jeleniej Górze wygrał Kacper Szczepaniak. Przełajowy wicemistrz świata orlików z Taboru stara się utrzymywać dyspozycję w trakcie czteroletniej dyskwalifikacji, której termin mija w pierwszej połowie 2014 roku. Trudno odbierać mu prawo do kolejnej szansy, zwłaszcza, że kara, którą odbywa jest zgodna z przepisami. Po czasie pokuty może równie dobrze przyjść pora na mocne postanowienie poprawy i odkupienie win. Pytanie tylko, jak sprawę widzi po pierwsze organizator – raczej nie wpływa to pozytywnie na jego PR a także pokonani przez samego zainteresowanego amatorzy. Wszak dystans Mini na imprezie dla zawodników bez licencji dedykowany jest dla początkujących lub mocno odstających od kolarskiego wieku produkcyjnego.