Autor: Marek Tyniec

  • Niechciany bonus na pocieszenie

    Niechciany bonus na pocieszenie

    Vuelta Espana to trzeci z wielkich tourów. Najmłodszy, najmniej prestiżowy, ale czy najmniej ciekawy? Od wielu lat szuka własnej tożsamości. Póki co częściej się zdarza, że traktowany jest jako rekompensata po wcześniejszych porażkach niż cel numer jeden.

    Znaleźć swój udział w ugruntowanym i konserwatywnym rynku jest trudno. Obserwujemy to na własnym podwórku przy okazji Tour de Pologne, który awansował do najwyższej kategorii tygodniowych etapówek, ale wciąć mu czegoś brakuje, by traktować go na równi z pozostałymi.  Z Vueltą jest podobnie. Młodsza, początkowo rywalizująca z włoskim Giro została przeniesiona na późne lato. Jest jedynym z Tourów, który nie jest traktowany jako cel sam w sobie. Dla wielu zawodników najważniejszym punktem ostatniej części sezonu są Mistrzostwa Świata i do nich przygotowują się startując w Hiszpanii.

    Jeśli potraktować sezon w kategoriach kulinarnych, mamy przystawki (Paryż Nicea plus wiosenne klasyki), pierwsze danie (Giro, w sam raz pasuje, gdy jako primo piatto podamy makaron), danie główne (Tour de France) i deser w postaci klasycznej jesieni zbudowanej wokół Mistrzostw Świata i Giro di Lombardia). Tymczasem tuż po obfitym daniu głównym kelner przynosi nam, w prezencie od szefa kuchni, kolejne. Na pierwszy rzut oka wygląda intrygująco, pachnie nieco egzotycznie i kusi nowatorskim wyglądem, ale tak naprawdę jemy je z grzeczności. Czasem pozytywnie zaskoczy, czasem przyprawi o niestrawność, najczęściej jednak popadnie w zapomnienie.

    Taki ekstra dodatek ma jednak pewne zalety. Dla wielu zawodników to pierwsze zetknięcie z trzytygodniowym wyścigiem. Test wytrzymałości i pierwsze szlify zdobywane przy pokonywaniu takiego wyzwania. Dla faworytów, którzy chcą wygrać a także dla ich kluczowych pomocników to nadal ciężka praca do wykonania. Tym bardziej, że Hiszpanie w poszukiwaniu emocji lubują się w wyszukiwaniu nowych trudności niemal co roku. Można więc coś poznać, można zdobyć doświadczenie, można wreszcie, sięgnąć po cenny sukces. Co więcej, w tej ostatniej kwestii Vuelta daje szanse zawodnikom, którzy prawdopodobnie nigdy nie zwyciężą w Giro czy Tourze. Zależnie od wersji trasy mogą być to wybitni górale, fizjologicznie niezdolni do dobrej jazdy na czas (np. Roberto Heras), świetni czasowcy tracący zbyt wiele w górach (Olano, Jalabert, Zulle) czy wreszcie ci, którym najwyższy stopień podium dwóch, bardziej tradycyjnych trzytygodniówek zajął ktoś inny.

    Vueltę wygrał Jan Ullrich, nie mogąc zmóc Pantaniego i Armstronga w Tour de France. Wygrywał Tony Romminger, który przegrywał we Francji z Indurainem a w Hiszpanii mógł pobić rekord zwycięstw.  Wygrywając Vueltę jedyne zwycięstwo w wielkim tourze zaliczył wreszcie na swoje konto Raymond Pouilidor, symbol zawodnika, który zawsze trafia na silniejszych od siebie rywali.

    W tym roku w ramach poszukiwania emocji i innowacji organizatorzy Vuelty oferują słynny z gargantuicznego nastromienia podjazd Angliru, powrót do Kraju Basków oraz nietypowy układ trasy, który większość trudności gromadzi w pierwszych dwóch tygodniach  ścigania. Przed dniem odpoczynku mamy: dwie czasówki (krótką drużynową i długą jak na obecne standardy ? 47km ? indywidualną) oraz ciężkie finałowe podjazdy na Sierra Nevada i La Covatilla. Kolejne pięć etapów po dniu przerwy to ciągła szarpanina na stromych podjazdach Asturii ze zwieńczeniem na wspomnianym Angliru. Ostatni tydzień, choć pozornie prostszy może być nerwowy. Spodziewane są oczywiście liczne ucieczki, z niecierpliwością wyglądać będziemy aktywności Polaków, których aż czterech startuje w Hiszpanii (Niemiec, Majka, Marycz, Gołaś). Szczegóły trasy znajdują się tutaj.

    Obsada wyścigu potwierdza przedstawioną wyżej teorię. Mamy więc dwóch Włochów, którzy nie dali rady Contadorowi w na swoim terenie. Vicenzo Nibali rok temu na Vuelcie był ?młodym obiecującym?, tym razem jedzie jako obrońca tytułu, ale też i przegrany z Giro. Z kolei Michele Scarponi celuje w największy sukces kariery, która ponownie nabiera rozpędu po przerwie związanej z Operation Puerto. (Związki tego zawodnika z Hiszpanią są spore, na liście dopingowej Eufemiano Fuentesa występował pod kryptonimem ?Zapatero?). Na starcie staje też grupa rozbitków z Tour de France: Wiggins, Van Den Broeck, Kloeden i Brajkovic a także dwóch znakomitych kolarzy, których ekipa na Wielką Pętlę nie została zaproszona: Carlos Sastre i Denis Menchov. Do Hiszpanii jadą ratować sezon. Joaquin Rodriguez, kolarz raczej klasyczny niż etapowy podejmie kolejną próbę walki w wielkim Tourze a Igor Anton będzie chciał w końcu potwierdzić podobno drzemiąc w nim wielki potencjał. Z kolei Mark Cavendish czy Fabian Cancellara startują by trenować przed mistrzostwami świata i szukać etapowych zwycięstw.

    Czy będę śledził wydarzenia na Vuelcie? Tak. Liczę przede wszystkim na weryfikację obserwacji z Tour de France. Ciekawie zapowiada się również start kilku młodych, obiecujących zawodników, o których mam nadzieję, będzie jeszcze czas wspomnieć gdy dadzą przebłysk swoich możliwości. Z pewnością w międzyczasie pojawi się też przynajmniej kilka tematów, które znajdą szerszy kontekst. Zapraszam zatem do wspólnych poszukiwań :)

    Jose Maria Jimenez wygrał premierowy podjazd na Alto de L’Angliru w 1999r. W tym roku kolarze podjadą tam po raz piąty.

  • Bart Brentjens – kilka pytań

    Bart Brentjens – kilka pytań

    Pierwszy mistrz olimpijski w cross country startował niedawno w Polsce w etapówce MTB Challenge. Poza tym, że zajął drugie miejsce, jego obecność przeszła nieco niezauważona. Zadałem mu więc kilka pytań.

    @Marek Tyniec: Jesteś już tak długo w ?bike biznesie? … Gdy zdobywałeś złoty medal olimpijski twój rower był po prostu ekstremalnie sztywny i to najlepiej opisywało jego właściwości. Teraz używasz sprzętu, który korzysta z zaawansowanych technologii. Jest tyle zmian w kolarstwie górskim, w sprzęcie ale i w charakterze samej dyscypliny. Które zmiany według Ciebie są najbardziej istotne?
    @Bart Brentjens: Od tamego czasu faktycznie bardzo wiele się zmieniło. Choćby trasy zawodów: są coraz bardziej techniczne ale też i krótsze. Dawniej startowaliśmy w wyścigach xco, które trwały trzy godziny a jedno okrążenie jechało się 40 minut. W 1996 roku mój rower ważył 12 kilogramów. Teraz waży 8. Wszystko jest inne: szersze opony, oczywiście bezdętkowe, koła 29 cali, pełna amortyzacja, hydraulika (tu chyba Brentjensa zawiodła nieco pamięć, ponieważ olimpijskie złoto zdobywał na rowerze z hamulcami Magury, przyp. mt), systemy blokad? Naprawdę wiele się zmieniło.

    W zeszły weekend startowałeś w wyścigu Leadville 100, zająłeś szóste miejsce. Całkiem nieźle jak na czterdziestotrzylatka. Ale startował tam też Tinker Juarez, ukończył piętnasty a ma teraz równo 50 lat. Razem ścigaliście się w latach dziewięćdziesiątych, teraz razem bierzecie udział w zawodach wytrzymałościowych. Idziesz tą samą drogą co on?
    Nie wiem, czy tą samą. Tinker jest nadal bardzo mocny, właściwie to jestem zaskoczony w jak dobrej dyspozycji ciągle jest ten, już starszy, mężczyzna. Osobiście czuję, że z roku na rok coraz trudniej jest mi utrzymywać ten sam poziom. Nadal bardzo lubię się ścigać, ale w tym momencie mam jeszcze inne rzeczy do zrobienia.

    Właśnie, opowiedz w takim razie o swoim projekcie i roli jaką w nim pełnisz…
    Jestem właścicielem zespołu Milka-Trek. Mamy prosty cel: aby dwóch naszych zawodników wystartowało na Igrzyskach Olimpijskich w 2012 roku. Założyłem tę drużynę, ponieważ chciałbym oddać coś dyscyplinie, z której przez lata czerpałem korzyści, która wzbogaciła moje życie. Dobrze czuję się w roli organizatora, zwłaszcza jeśli to, co robię dobrze wygląda i przynosi dobre rezultaty. Sponsor taki jak Milka dodatkowo sprawia, że projekt automatycznie jest lepiej widoczny.

    W towarzystwie swoich młodszych kolegów-podopiecznych wystartowaliście w polskim wyścigu etapowym Sudety MTB Challenge. Byłem nieco zaskoczony widząc was na liście startowej. Dla zawodnika, który tyle wygrywał w karierze, start w ciekawej imprezie ale znajdującej się poza kalendarzem UCI to dość egzotyczny wybór…
    Całe szczęście kolarstwo górskie to nie tylko Puchar Świata i punkty zdobywane do rankingu UCI. Oczywiście wyścig na Igrzyskach Olimpijskich jest najważniejszą sprawą, ale oprócz tego jest bardzo wiele imprez stanowiących prestiżowe wyzwanie. Tak jest na przykład z Leadville w USA, który nie ma kategorii UCI, ale jest dobrze promowany a dla samych zawodników udział w nim stanowi świetne doświadczenie. Podobnie jest z MTB Challenge. To ciągle mały wyścig, ale ma spory potencjał by stać się prestiżową etapówką. Przyszła do nas ciekawa oferta ze strony organizatora i zdecydowaliśmy się wystartować. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było warto.

    Ostatecznie ukończyłeś wyścig na drugim miejscu za klubowym kolegą, Lemerem Pietersmą. Dobry wynik uzyskał też Tim Wynants. Ścigaliście się między sobą, czy raczej byłeś dla nich wsparciem?
    Tim jechał jako wsparcie dla Jelmera i dla mnie, ponieważ byliśmy najwyżej sklasyfikowanymi zawodnikami. Jelmer był bardzo mocny, dzięki temu mogliśmy rozegrać sprawę tak jak to się powinno robić.

    Jeszcze jedno pytanie dotyczące tej imprezy. Co ją odróżnia od innych, większych i bardziej znanych wyścigów tego typu, w których miałeś okazję startować.
    Właściwie nie ma zbyt wielu różnic. Trasy są bardzo ładne i wymagające. Różnicą jest obecność w kalendarzu UCI (a jednak, przyp. mt). Przez to nie ma zbyt wielu zawodowców na starcie. Ważną sprawą jest też obecność kibiców i mediów, zwłaszcza dla zespołu takiego jak mój. Czekamy niecierpliwie na video z zawodów.

    Wyścigi etapowe, tak jak inne imprezy wytrzymałościowe są dość specyficzne. Zawodowcy ścigają się ze sobą, ale oprócz nich startują amatorzy. Czasami różnice między obiema grupami są dość płynne. Jak znajdujesz się w takiej sytuacji?
    To jest właśnie największy urok mtb. Między innymi dlatego właśnie kolarstwo górskie w wersji wyczynowej ma silne wsparcie ze strony producentów sprzętu. Amatorzy doświadczają tego samego co zawodowcy, chcą jeździć tak jak oni i żyć tak jak oni.

    W Twoim zespole ściga się Polak, Marek Konwa. Jak widzisz rozwój jego dalszej kariery? Proszę, powiedz coś więcej niż ?To młody, perspektywiczny zawodnik? ;-). Jak znalazł się w twojej drużynie i jakie nadzieje w nim pokładasz?
    Marek to obecnie jeden z najlepszych na świecie zawodników w swojej kategorii. Dla naszego sponsora, Milka, Polska to ważny rynek, dlatego też szukałem zawodnika z waszego kraju. Marek idealnie się do tego nadaje. Jestem bardzo zadowolony z jego obecności w naszej drużynie, zwłaszcza, że UCI wprowadziła osobne zawody dla młodzieżowców a on regularnie staje na podium w Pucharze Świata. Marek sam dobrze wie, co chce osiągnąć, lubi się uczyć i czerpać z mojego doświadczenia.

    Obecnie w Polsce mamy nieco zamieszania wokół zmiany na stanowisku trenera kadry narodowej. Jestem ciekaw, jak  takie sprawy wyglądają w Holandii. Jaka jest rola tamtejszego związku kolarskiego, za co i komu płaci i jaka jest w tym wszystkim rola prywatnych zespołów. Jako właściciel jednego z nich jesteś z pewnością dobrze zorientowany…
    Szczerze mówiąc nie jestem zadowolony z polityki, jaką prowadzi Holenderski Związek Kolarski. Ale myślę, że w każdym kraju jest podobnie. Związek nie współpracuje z grupami zawodowymi. Kadra narodowa liczy kilka (cztery) osób, które mają pełne finansowanie: zgrupowań, trenerów, badań i startów w wyścigach. Tyle tylko, że tych czterech zawodników to nie są najlepsi kolarze w Holandii. Dobry zawodnik nie potrzebuje wsparcia związku, jeśli chce znaleźć swoją drogę, chociaż pomoc federacji może być jemu lub jej bardzo pomocna.

     Wracając na koniec do Ciebie… planujesz się ścigać tak długo jak Tinker?
    Prawdopodobnie nie, ale ciągle jest jeszcze kilka wyścigów na świecie, w których udział jest dla mnie sporą motywacją.

    Bart Brentjens wygrywa Igrzyska Olimpijskie w Atlancie:

    Bart Brentjens urodził się w 1968 w położonym w Limburgii Haelen. Jest mistrzem olimpijskim i mistrzem świata w cross country, wielokrotnym mistrzem Holandii w xc i maratonie, wygrywał również etapowe wyścigi mtb: górską wersję Tour de France oraz Cape Epic. Nadal jest czynnym zawodnikiem, ale oprócz tego prowadzi drużynę zawodową: Milka-Trek a także firmuje swoim nazwiskiem maraton Bart Brentjens Challenge oraz wyścig dwudziestoczterogodzinny.

  • Jesteśmy ciency

    Jesteśmy ciency

    O organizacji Pucharu Świata mtb w Polsce słyszę od kiedy interesuję się tą dyscypliną. Czyli od 1993r. Miało być XC, miał być 4X, tymczasem taplamy się w swoim bagienku a zawody tej rangi w międzyczasie zorganizowali Czesi. Nie tylko zorganizowali, bo ich reprezentant wygrał w wyścigu elity!

    Ze wszystkich relacji, zarówno tych oficjalnych jak i z wrażeń osób obecnych na imprezie wynika jedno. Puchar Świata w Novym Mescie był świetny. Trasę i organizację chwalili zawodnicy, dopisali kibice licznie i żywo dopingując kolarzy. Całość została godnie zrelacjonowana w mediach (m.in. 120 minut w publicznej telewizji, choć nie live, to jednak wymiar imponujący!). Sukces czeskiej odsłony Pucharu Świata okrasił Jaroslav Kulhavy – dwudziestosześcioletnia gwiazda światowego teamu Specialized, zawodnik, który jest o krok od zwycięstwa w klasyfikacji generalnej.

    Najlepszym z Polaków w Novym Mescie był Marek Konwa. Młodzieżowiec z ekipy Milka Trek zajął w swojej kategorii wiekowej bardzo dobre, trzecie miejsce. Co ciekawe, mimo, że na Morawy jest stosunkowo blisko, Polacy nie zjawili się zbyt licznie. Tymczasem gospodarze w każdej z kategorii mieli po kilku zawodników, co nie jest dziwne o tyle, że nasi południowi sąsiedzi regularnie wysyłają na najważniejsze imprezy sporą grupę reprezentantów. Aby nie skupiać się na elicie, która rządzi się swoimi prawami, warto zwrócić uwagę na młodsze kategorie. Po dwie ukończone, kontynentalne rundy PŚ w tym sezonie (Offenburg i Nove Mesto) ma ośmiu czeskich juniorów i pięciu młodzieżowców. Tymczasem w Grand Prix MTB, w tym roku pod względem ilości eliminacji będącego karykaturą swojej dawnej świetności, regularnie (dwa starty) rywalizowało 15 juniorów i 9 „orlików” z Polski. Dla porównania Polska liczy ok. 38 a Czechy ok. 10,5 miliona mieszkańców. Polska podobno jest również dwudziestą gospodarką świata i szóstą gospodarką Unii Europejskiej.

    Co więcej, mamy porównywalną kolarską tradycję – wszak razem z Czechami współorganizowaliśmy „za komuny” Wyścig Pokoju a będąc już przy temacie polityki oba kraje znajdowały się pod wpływem tego samego, radzieckiego, zamordyzmu. Od rozpoczęcia przemian ustrojowych minęło mniej więcej tyle samo czasu, i my i oni mamy swoje ikony, swoich reformatorów, liberałów i populistów.

    Wracając ściśle do sportu a jeszcze ściślej do kolarstwa, powinniśmy dysponować wyraźną przewagą. Nasze barwy reprezentuje bowiem super gwiazda. Maja Włoszczowska od 2000r regularnie zdobywająca medale mistrzostw świata. Maja jest aktualną wicemistrzynią olimpijską i mistrzynią świata. Sednem sprawy jest to, że jej sukcesy, a także sukcesy naszych pozostałych reprezentantek (Szafraniec, Sadłecka, Dawidowicz, Gorycka) oraz reprezentantów (Galiński, Brzózka, Konwa) nie zostały w żaden sposób wykorzystane. Znamienny jest fakt, że po medalu w Pekinie ze sponsoringu grupy zawodowej naszej medalistki wycofał się sponsor tytularny (marka Halls w Polsce należąca do Wedla) a po mistrzostwie świata Włoszczowska wystąpiła co prawda w telewizyjnej reklamie swojego mecenasa (CCC), ale spot, choć ładny był emitowany dość krótko. Teraz Maja reklamuje swojego globalnego sponsora – Scotta a w mediach jest o niej głośno z powodu zwolnienia trenera Andrzeja Piątka. Sukcesy Włoszczowskiej nie zostały praktycznie w ogóle zdyskontowane: przez Polski Związek Kolarski, Sponsorów oraz Środowisko. Tymczasem Czesi w drodze do zwycięstwa Kulhavego w domowej eliminacji Pucharu Świata, owszem, mieli epizody (Tereza Hurikova), ale raczej dyskretnie budowali zaplecze niż występowali w pierwszym szeregu elity. Sądząc po frekwencji juniorów na najważniejszych imprezach, robią tak nadal.

    Przechodząc do meritum. Mistrzostwa Europy MTB w Wałbrzychu w 2004r były niezłe, ale zakończyły się stratami finansowymi. Mistrzostwa  Świata na torze pogrążyły PZKol do reszty. Po awansie Tour de Pologne do światowej elity cały czas czekamy na choćby etapowe zwycięstwo. Grand Prix MTB, które było kluczową serią cross country w tej części Europy praktycznie przestało istnieć. Najlepszy, aktywny polski kolarz szosowy, choć jest świetnym gregario, wciąż jest tylko gregario. Z prestiżowym, ale jednym zwycięstwem na koncie. W najpopularniejszej masowej konkurencji (maraton) Puchar Kraju ogłaszany jest potajemnie na kilka dni przed jego rozpoczęciem i rozgrywany na trasach, które są atrapą mtb. Na rok przed Igrzyskami Olimpijskimi zwalnia się trenera kadry, który w ciągu swojej kariery jako szkoleniowiec wywiązywał się z założonego planu niemal w 100%. Sukcesy pasjonatów są ignorowane, podobnie jak przyjazd do Polski gwiazd światowego formatu. Głównie z tego powodu, że zabrakło stopek sponsorskich czy papierowych umów o patronat.

    Podobno kiedyś w Szczawnie Zdroju miał być zorganizowany Puchar Świata. Myślano o XC, później wraz z prężnie rozwijającą się sekcją o 4X. Podobno o Puchar Świata ma się starać Jelenia Góra i wyścig Maja Race. Podobno kategorię UCI ma dostać etapówka Sudety MTB Challenge. I podobno jesteśmy gotowi by zorganizować mistrzostwa świata na szosie. Podobno w Krakowie.

    Tymczasem Czesi – nie podobno a realnie – zorganizowali mistrzostwa świata w Przełajach, mają czempiona (Stybar) w tej dyscyplinie i szerokie zaplecze w światowej czołówce. Na szosie reprezentuje ich regularny faworyt wielkich tourów (Kreuziger). W MTB zorganizowali Puchar Świata a ich reprezentant go wygrał. Na dostępne imprezy (w kontynentalnej Europie) wysyłają spore grono młodzieży, która zdobywa szlify walcząc z najlepszymi na wymagających trasach. Nam zdarzają się wybitne jednostki i nic z tym nie robimy. Krótko mówiąc, w porównaniu z nimi jesteśmy w dupie. Za to lubimy pośmiać się z ich języka.

    P.S. Zdjęciem okładkowym jest fragment instalacji Davida Cernego, światowej sławy czeskiego rzeźbiarza, prowokatora i performera. Cerny podstępnie zamieścił ją w 2009r w Parlamencie Europejskim, prezentując stereotypy na temat poszczególnych krajów UE skłonił do dyskusji. Polaków widzi jako homofobicznych katoli tkwiących w gównie błocie.

  • Tatrzańscy czasojebcy – bieganie w TPN

    Tatrzańscy czasojebcy – bieganie w TPN

    W ramach odpoczynku od pracy a także czując nieco znużenia komentarzami wokół Tour de Pologne wybrałem się na wycieczkę w Tatry. Wycieczkę biegową oczywiście. Po drodze na Czerwone Wierchy spotkałem jeszcze trzy osoby, które, podobnie jak ja, odłożyły na bok estymę dla sugerowanych czasów PTTK i użyły Gór jako prywatnego boiska.

    O tym, że od pewnego czasu hobbystycznie biegam w górach pisałem już wcześniej. W międzyczasie potrenowałem na tyle wystarczająco, by nie umrzeć podczas wycieczki w Tatry. Korzystając z sezonowych wyprzedaży kupiłem w końcu plecak Salomona XA 10+3 z dwulitrowym bukłakiem Source. W sam raz, by spakować wszystko co trzeba na kilkugodzinną przebieżkę przy zmiennej pogodzie. Kupując bilet wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego (4PLN) w Dolinie Strążyskiej włączyłem pulsometr by po nieco ponad czterech i pół godziny wyłączyć go przy wyjściu z Doliny Kościeliskiej. Po drodze zaliczając zachodnią część Czerwonych Wierchów: Małołączniak, Krzesanicę i Ciemniak.

    Biegnąc grzbietem przez trzy kolejne szczyty zaliczyłem więc kilka chwil dyscypliny nazywanej „Sky Running”, czyli joggingu na wysokości powyżej 2000m. Za sprawą rosnącej popularności biegów górskich jako takich (w Polsce powoli dorównują frekwencją maratonom mtb) biegacz w Tatrach przestaje być już egzotycznym widokiem, w porównaniu to tego, co można było zaobserwować jeszcze kilka lat temu. Mimo wszystko wciąż wzbudza mieszane komentarze a sam fakt, specyficznego jakby nie było, wykorzystywania Majestatu Gór w tak hedonistyczny sposób może być uznany wątpliwy moralnie.

    Dlaczego hedonistyczny? Cóż, przeglądając górskie fora można natrafić na różne opinie. Faktem jest, że podczas biegu trudno o kontemplowanie wspomnianego Majestatu lub choćby podziwianie pejzaży. Trzeba patrzeć, gdzie stawiać stopy, balansować ciałem i pamiętać by jeść i pić, aby nie zrobić sobie krzywdy. W porównaniu z Prawdziwymi Turystami? biegacz w trailowych butach łamie pewną konwencję. Inna sprawa, że Prawdziwi Turyści? zaczynając swoją zabawę jakieś 150 lat temu również pokonali pierwsze bariery. Skoro już człowiek zdecydował się szukać w górach wrażeń, może mieć prawo do szukania tych, które najbardziej mu odpowiadają o ile mieszczą się w stosownych regulaminach, czyż nie?

    Problematyczne jest jedynie zetknięcie obu światów ze sobą, podobnie jak, zazwyczaj rozpoczynające i kończące górski trening przemknięcie przez miejscówki takie jak Kuźnice, Droga Oswalda Balzera, popularne doliny czy okolice schronisk. Dysonans, jaki wprowadza postać wyjęta z nieco innego wymiaru przypomina ten, którego doświadczał kolarz mtb 15 lat temu w Beskidach.

    Tymczasem biegając można doświadczyć gór na nowo. Nie tylko, podobnie jak w przypadku jazdy mtb, dotrzeć w miejsca trudniej dostępne w tradycyjny sposób, ale przede wszystkim mocniej odbierać otoczenie. Połączenie chemii organizmu poddanego wysiłkowi na wysokości w połączeniu z wysoką koncentracją daje inną percepcję zapachu powietrza, faktury podłoża czy kolorów pejzażu. Fakt, że wrażenia te są jeszcze bardziej ulotne niż w przypadku tradycyjnej wycieczki dodatkowo je pogłębia.

    Co jeszcze? Odpowiednio planując trasę można zrobić naprawdę świetny trening. Nie tylko popracować nad wydolnością, ale też ćwiczyć balans ciała, zadbać o zwinność czy gibkość. A raczej nie zadbać a zweryfikować swoje możliwości w praktyce. Trudno jest mi sobie wyobrazić, by wbiegać i zbiegać po szlakach pełnych uskoków i luźnych kamieni bez, przynajmniej dobrego ogólnego przygotowania kondycyjnego. Z drugiej strony, jeśli nie szarpać się jak na zawodach, bieganie w wyższych partiach gór to kolejny rodzaj aktywności dla znudzonego mieszczucha, który jest dostępny przy niewielkim nakładzie pracy. W zamian daje wysoką stopę zwrotu w postaci różnorakich doznań. I zajawkę, by zmierzyć się ze specjalistami dyscypliny w jednym ze zorganizowanch eventów. Konfrontacja często okazuje się bolesna. Czołówka jest mocna i bywa, że nawet 60% szybsze pokonywanie tatrzańskich szlaków w wersji wycieczkowej to za mało by myśleć o dobrym miejscu. Czas rekordzisty podbiegu na Kasprowy Wierch to 51 minut, „oficjalny” czas dla piechura to na tej samej trasie ok. 3h15′. Powodzenia :)

  • Kto płaci za kolarstwo?

    Kto płaci za kolarstwo?

    Gdy grupa zawodowa z największą ilością zwycięstw traci sponsora, nasuwa się pytanie o przyczyny. Wszak dla światowego giganta, jakim jest HTC kilkanaście milionów Euro nie byłoby dużym wydatkiem a potencjalny zwrot wart jest o wiele, wiele więcej. Okazuje się jednak, że struktura finansowania wielu, szczególnie nowo powstałych ekip nie jest tak oczywista, jak może się nam wydawać.

    Z jednej strony mamy klasyczny układ klub-sponsor, znany szczególnie w tradycyjnych krajach kolarskich. Dyrektor sportowy prowadzi grupę zawodników i co jakiś czas szuka hojnego mecenasa, którego markę będzie promował swoją działalnością. Nazwa grupy=nazwa sponsora, co ciekawe, bywa, że w ciągu kilku sezonów ta sama nazwa dotyczy de facto innego klubu. Niektóre firmy z branży metalowej czy budowlanej od lat wspierają kolarstwo, co jakiś czas finansując działalność innego dyrektora sportowego. Włoskie Lampre czy Panaria to dobry przykład takiego podejścia. Bywa też, że dany sponsor przez lata finansuje działania konkretnej drużyny, włączając kolarstwo w swoją długoterminową strategię marketingową. Holenderski Rabobank, hiszpańskie Kelme czy niemiecki Telekom są lub były zaangażowane w kolarstwo i wspierały jedną ekipę, często o silnej identyfikacji narodowej.Gdy mecenas odchodzi, grupa ma poważny problem. W przypadku Kelme zakończyło się to rozwiązaniem drużyny, która przez pewien czas była jeszcze wspierana przez samorząd Walencji a gdy ten się wycofał, zespół ostatecznie upadł.

    Od pewnego czasu, wraz z ekspansją świata anglojęzycznego w zawodowym kolarstwie obserwujemy nową tendencję. Powoli przestaje się mówić o grupach a zaczyna o „projektach”. Ekipa Highroad była właśnie jednym z nich. Powstała na zgliszczach „Telekomu” była finansowana przez pomniejszych lub chwilowych sponsorów, trzymając koszty na możliwie niskim poziomie. Fabryka talentów nie musiała wypłacać kosztownych pensji, ponieważ skupiała się na promocji młodzieży. Wylansowani młodzi-zdolni odchodzili tam, gdzie czekały ich odpowiednie zarobki. Nazwa zespołu, czyli Highroad to działalność Boba Stapletona, który wzbogacił się sprzedając spółkę VoiceStream niemieckiemu T-Mobile. Zafascynowany kolarstwem biznesmen w międzyczasie stał się właścicielem drużyny, którą przejął od swojego inwestora. Mimo uzyskiwanych sukcesów, nie był w stanie zapewnić stałego finansowania. Umowy z producentami odzieży (Columbia) czy telefonów (HTC) były krótkoterminowe a sam najwidoczniej nie miał ochoty uszczuplać swojego konta bankowego i postanowił zwinąć interes.

    Do kolejnej drużyny de facto bez sponsora w tym roku dokłada Flavio Becca. Luksemburski mecenas postanowił stworzyć lokalną ekipę dla lokalnych zawodników (bracia Schleck), która podbije światowe kolarstwo. W tym roku, tak jak Highroad atleci wożą na koszulkach wirtualną markę sponsora. Chyba, że Leopard to rodzaj kampanii teaserowej, czego jeszcze w sporcie nie widzieliśmy. Tak czy inaczej grupa Schlecków to póki co inwestycja hojnego fana sportu, któremu niekoniecznie zależy na promocji własnego produktu.

    W tym miejscu warto zauważyć, że zdarzało się w przeszłości, gdy utożsamienie marki z kolarstwem było tak duże, że powodowało to pomyłki u potencjalnych klientów. Tak było z Mapei, które nie było w stanie już nic zyskać na wspieraniu zawodowego sportu a wizerunkowo traciło na skandalach wokół dyscypliny. Firma nadal jest zaangażowana w sport, ale poziom niżej, u podstaw, kładąc nacisk na szkolenie młodzieży. W „Akademii Mapei” pracował m.in niedawno zmarły trener Aldo Sassi, twórca sukcesu Cadela Evansa.
    Podobna sytuacja dotyczyła fundacji niewidomych ONCE, która dzięki sukcesom kolarzy zyskała 100% rozpoznawalność, ale w pewnym momencie finansowanie grupy zawodowej zaczęło pochłaniać zbyt wiele środków, które fundacja ostatecznie powinna przeznaczać na cele statutowe.

    Wracając do świata anglojęzycznego, „Team Slipstream”, czyli obecnie Garmin-Cervelo to także efekt pasji bogatego inwestora. Doug Ellis, jeden z potentantów informatycznych ufundował drużynę Johnatanowi Vaughersowi. Zanim pojawili się sponsorzy Ellis finansował ekipę z własnej kieszeni i nadal to robi, wspierając m.in ekipę młodzieżowców. O ile bowiem Garmin jako światowa marka jest w stanie udźwignąć koszta sponsorowania ekipy, o tyle dla młodej marki rowerowej, jaką jest Cervelo to trochę ponad siły.

    Podobną marką do Cervelo jest BMC. Zaawansowane technologicznie, butikowe rowery tworzone z myślą o rynku amerykańskim. Do tego testowane w boju przez najlepszych kolarzy. W tej historii nakładają się na siebie niemal wszystkie przytoczone wcześniej. Drużyna w której jeździ zwycięzca Tour de France, Cadel Evans promuje markę BMC. W porządku, tak? Tyle, że sama firma BMC jest przedsiębiorstwem stworzonym przez pasjonata jako projekt dodatkowy. Andy Rihs dorobił się na produkcji znakomitych aparatów słuchowych. Gdy stał się bogaty, wymyślił sobie, że będzie produkował najlepsze na świecie rowery. Aby te rowery promować, powołał do życia kolejny byt, zawodową drużynę. Zatem do tegorocznego triumfu Evansa doprowadziła fanaberia jednego, starszego mężczyzny.

    Na koniec sprawa najbardziej bieżąca. Green Edge, kolejna potencjalnie bardzo mocna ekipa bez realnego sponsora. Zatem projekt a nie klub. Gerry Ryan, biznesmen, który promuje swoją markę Jayco (przyczepy kempingowe) finansując wyścig w Australii (Jayco Bay Classic) daje 15 milionów dolarów, by Shayne Bannan, dyrektor sportowy mógł przez dwa lata zbudować mocną ekipę i znaleźć tytularnego sponsora. Bob Stapleton nie chce dłużej do kolarstwa dokładać, więc pewnie część z jego wychowanków znajdzie zatrudnienie u innego pasjonata – Ryana właśnie. Ciekawe, bo wydawałoby się, że sport zawodowy zbudowany jest na komercyjnych zasadach zysku i zwrotu z zainwestowanej reklamy. Tymczasem okazuje się, że niekoniecznie.

  • Mit herosa? Zapomnij!

    Mit herosa? Zapomnij!

    Kolarze zwolnili. To już wiemy. Choć jeżdżą na najlepszych rowerach w historii, używają pomiaru mocy i są pod radiową kontrolą swoich dyrektorów sportowych. Dzięki charakterystyce dyscypliny ciągle dostarczają nam emocji, być może nawet większych niż za czasów, gdy EPO było w powszechnym użyciu.

    W kolarstwie de facto nie ma rekordów. Ważne jest to, kto wygra i co zrobi po drodze a niekoniecznie jak szybko to uczyni. Fakt, że kolarze wjechali na Alpe d’Huez trzy minuty wolniej nie spowodował, że było mniej emocji. Ciekawe, jak pojechaliby, gdyby wsadzić ich na rowery z 1989r… Tymczasem są dyscypliny, gdzie osiągnięty, wymierny rezultat decyduje o jakości sportowego spektaklu. To tam, na przemian, farmakologia ściga się z techniką.

    Dopiero co zakończyły się Mistrzostwa Świata w pływaniu. Dyscyplina ta przeżyła rewolucję. Postanowiono odrzucić całą technologię, która zmieniła jej oblicze w ostatnich latach. „Magiczne” stroje nie tylko umożliwiały szybsze poruszanie się w wodzie poprzez stawianie mniejszego oporu. Wpływały również na sylwetkę zawodników, ich trening i zmieniały znaczenie poszczególnych cech motorycznych zwiększając udział czystej, zwierzęcej niemal siły w osiąganym rezultacie. Ubrani z powrotem w tekstylne kostiumy zakrywające tylko części intymne i niewielkie fragmenty kończyn pływacy mieli znów zacząć poruszać się wolniej. „Uczciwiej”. A okazało się, że w Szanghaju padły dwa rekordy świata, z czego jeden z nich został pobity przez Chińczyka na najdłuższym z dystansów. Rekordowe rezultaty uzyskiwane przez Chińczyków podczas imprez rozgrywanych na ich terenie od lat budziły wątpliwości. Choć Sun Yang nie jest zawodnikiem przypadkowym, poprawienie dziesięcioletniego rekordu świata skłania do refleksji. FINA (federacja pływacka) dopiero podjęła decyzję o wprowadzeniu paszportów biologicznych. Obserwacja kariery Chińczyka może dać więc ciekawe rezultaty

    W ostatnich latach w pływaniu głośniej było o „dopingu technologicznym” niż farmakologicznym, to jednak warto zwrócić uwagę na pewien fakt. Jeśli trener jednej z największych gwiazd (Paweł Słomiński o Otylii Jędrzejczak) otwarcie i wprost wielokrotnie mówił, jak ważne są odpowiednie parametry krwi oraz jej natlenienie, niemal chwalił się tym, że zawodnicy nie rozstają się z laboratorium, które owe parametry kontroluje, to coś jest nie tak. Po takiej wypowiedzi kolarz miałby prawdopodobnie na głowie nie tylko kontrolerów dopingowych, ale też i agencję narkotykową lub nawet służby specjalne. Nie od dziś wiadomo, że największe gwiazdy nie mierzą poziomu hematokrytu po to, by uchronić się przed anemią a raczej po to, by skutecznie i bezpiecznie utrzymywać m.in ten właśnie parametr w dopuszczalnych normach. Kolarski program paszportów biologicznych ułatwia ściganie takich manipulacji, ale od trzech lat federacje bardziej prestiżowych dyscyplin najwyraźniej nie są nim zainteresowani.

    Technologia i farmakologia spotykają się również w lekkoatletyce. Coraz szybsze bieżnie są coraz bardziej kontuzjogenne. To, podobnie jak „magiczne” stroje pływaków wpływa na konieczność innych przygotowań. Rekordy nadal padają i trudno nie doceniać w tym wpływu właśnie technologii . Wszak w konkurencjach, gdzie liczą się nie minuty a setne części sekundy zysk rzędu 1% może decydować o zwycięstwie a nawet rekordzie. Królowa Sportu, podobnie jak kolarstwo również miała swoje chwile wstydu. Jak wiadomo możliwe było (lub nadal jest) takie podawanie niedozwolonych substancji, by oszukać kontrolerów. Amerykańscy atleci wpadli więc nie na pozytywnych wynikach kontroli (te ujawniły proceder post factum) a w wyniku prowadzonego śledztwa przeciwko firmie BALCO. Biegacze nadal nie są tak mocno kontrolowani jak kolarze i nie objęto ich systemem paszportów biologicznych. Mimo tego, w delikatnych warunkach „post-BALCO” rekordy nadal padają.

    Abstrahując od farmakologii można popatrzeć na konkurencję, która najbardziej porusza wyobraźnię. Bieg na 100m w wykonaniu super talentu, czyli Usaina Bolta. Jamajczyk, choć nie wprost, podejrzewany jest o niewykrywalne dotychczas metody dopingu z terapią genetyczną włącznie. Uzyskiwane przez niego czasy są bowiem niezwykłe i dotychczas niespotykane. Choć Bolt ma przewagę nad rywalami, która czasami jest bardzo wyraźna, oni sami nie biegają wiele wolniej. Co więcej, Obecny rekordzista świata jest szybszy o niespełna 4% niż Jim Hines który jako pierwszy pobiegł 9.95 na tartanowej bieżni na Igrzyskach w Meksyku (1968!) i 6% niż Jessie Owens, który pobiegł 10.2 na ziemnym torze w skórzanych butach w roku… 1936. Być może nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale kolejne magiczne granice w sporcie mogą padać nie dlatego, że nagle wyhodujemy nadczłowieka a dlatego, że utalentowanemu zawodnikowi damy lepsze warunki. Wszak na każdych kolejnych mistrzostwach czy Igrzyskach słyszymy, że bieżnia, tor, lodowisko jest jeszcze szybsze.

    W tym kontekście debata o protezach Oscara Pistoriusa jest nieco wtórna. Biegacz z RPA w ciągu ostatnich trzech lat przyspieszył na dystansie 400m o 1,18 sekundy. Czyli o 3%. Dla zawodnika, który raczej ściga najlepszych niż sam śrubuje najbardziej wartościowe rezultaty to nie jest różnica, która w „normalnych” okolicznościach budziłaby zastrzeżenia. Pytanie więc nie czy protezy dają mu przewagę nad w pełni sprawnymi sportowcami, ale czy możliwości tych protez zmieniają się szybciej w stosunku do innych czynników technologicznych, które są dostępne dla wszystkich.

    Wracając zatem do pływania. Jeśli nadal chcemy rekordów a zabraliśmy zawodnikom technologię, to furtką, jaka pozostaje otwarta jest przyspieszenie wyścigu farmakologicznego. Możliwości ludzkiego organizmu są, mimo wszystko ograniczone. Natomiast poruszające nas wszystkich rezultaty nadal można poprawiać. Jeśli znów, mimo braku nowinek technicznych któraś z dyscyplin bazujących na ludzkiej wydolności przywita wysyp nieznanych zawodników, którzy nagle zaczną śrubować wyniki, będzie wiadomo gdzie szukać przyczyn. Pytanie tylko w jaki sposób i do którego momentu będzie to akceptowane. I gdzie w tym wszystkim jest człowiek jako taki.

  • Aerodynamika i Elektryka – rowery z Tour de Pologne

    Aerodynamika i Elektryka – rowery z Tour de Pologne

    Po feerii nowości, prezentacji i customowych rozwiązań, sprzęt, który zawodowe ekipy przywiozły na Tour de Pologne nie rzucił na kolana. Z drugiej strony zawsze warto zobaczyć, na czym ścigają się najlepsi profesjonaliści i jakie rozwiązania stosują, by swoją pracę uczynić jak najbardziej efektywną.

    Uwagę zwraca powszechność stosowania elektrycznej grupy Dura Ace Di2 wśród ekip sponsorowanych przez Shimano. Nieliczni zawodnicy używali wersji klasycznej. Z kolei drużyna Movistar testuje elektryczne Campagnolo, które nareszcie wygląda jak wersja produkcyjna. Na linki stawia nadal SRAM. Co ciekawe, grupy, które korzystają z osprzętu tego producenta zazwyczaj jeżdżą na mechanizmach korbowych od innego dostawcy (np. Rotor z eliptycznymi zębatkami). Dla porównania, jeśli ktoś ma Dura Ace, to korby (nawet jeśli z systemem SRM), również pochodzą od Shimano.

    Powszechne jest zakładanie usprawnień mających na celu zapobiegnięcie spadaniu łańcucha. Trudno powiedzieć, czy zawodowcy obawiali się polskich dziur czy też może współczesny napęd jest tak wrażliwy, w każdym razie metalowy pręt (Campagnolo) lub bardziej wyrafinowany, wycięty z CNC podobny element był niemal standardem. Nie zauważyłem natomiast popularnego kilka lat temu „Dog Fang” firmy Deda.

    Co jeszcze? Heinrich Haussler, który miał obronić Daniela Martina przed Peterem Saganem na ostatni etap założył aerodynamiczne koła z obręczą 80mm. Na premii lotnej musiał się rozpychać, by pokonać Słowaka, na mecie już mu na to nie starczyło sił. Znaczy, że nie samą techniką człowiek żyje.

    Warto zwrócić też uwagę na drobiazgi: mocowania numerów startowych, podpisy na ramach, customowe malowanie czy prowadzenie linek lub przewodów elektrycznych. Zapraszam do przeglądnięcia kilku zdjęć wykonanych przed etapami V (wokół Zakopanego) i VII (w Krakowie)

    [nggallery id=4]

  • 68. Tour de Pologne? Było nieźle!

    68. Tour de Pologne? Było nieźle!

    Tour jest tylko jeden. To Tour de France. Nasz Tour de Pologne nigdy go ani nie dogoni ani nie zastąpi. Patrząc na zakończony właśnie Wyścig, wygląda na to, że powoli zadamawia się w światowej elicie. Jestem ciekaw, czy Wasze spostrzeżenia po tegorocznym TdP pokrywają się z moimi.

    Polacy

    Oczekiwania były większe. Jak na ostatnie lata spory urodzaj rodzimych zawodników: zawodowcy z ProTouru (Lampre, Liquigas, Saxo Bank, Vacansolei), start polskiej ekipy (CCC Polsat) a do tego kadra narodowa. Efekty? Liczne ucieczki, koszulka najaktywniejszego (Kurek), koszulka najlepszego górala (Gołaś) i dwóch zawodników w top10. Do tego obiecujący talent (Paweł Cieślik) na horyzoncie. Nieźle, naprawdę nieźle. Na plus zaliczyć trzeba też postawę Bartosza Huzarskiego, który jak przystało na kapitana Kadry został najwyżej sklasyfikowanym Polakiem (7. Lokata) a gdy było trzeba dawał szansę młodym.

    Na minus, mimo rozlicznych prób, postawę grupy CCC. Można mówić, że próbowali, że byli aktywni i że są grupą Pro Continental, więc słabszą niż elita światowego kolarstwa. Marek Rutkiewicz po raz kolejny próbował wygrać wyścig i po raz kolejny w taki sam sposób ? brawurowym atakiem na mokrym zjeździe. Po raz kolejny taka taktyka nie przyniosła rezultatu. Tomasz Marczyński  próbował wygrać etap i gdyby nie to, że cały czas był utrzymywany jako backup dla Rutkiewicza w kwestii walki o ?generalkę? być może miałby na to szansę. Tym samym CCC zakończyło wyścig ze sporym zwrotem z obecności w mediach, ale bez realnego sukcesu sportowego.

    Czy aby na pewno? Być może problemem jest postrzeganie Tour de Pologne jako czegoś gorszego a tymczasem to wyścig klasy World Tour. Punktowany tak samo jak inne tygodniowe etapówki. Jeszcze do niedawna 9. miejsce Sylwestra Szmyda w Tour de Romandie traktowaliśmy jako sukces. Zatem siódme miejsce Huzarskiego i 10. Rutkiewicza to niezłe wpisy do ich własnego portfolio. Co nie zmienia faktu, że nadal czekamy na zwycięstwa ważniejsze niż poboczne klasyfikacje. Jeśli nie generalka to choćby etap. Stać nas na to, tylko może trzeba nieco zmienić priorytety.

    Zagraniczne gwiazdy

    Peter Sagan to wschodząca gwiazda światowego kolarstwa. Podobno podczas testów w Liquigasie zaprezentował potencjał fizjologiczny, jakiego dawno nie widziano u zawodowego kolarza. Jest mocny, jest szybki i ma instynkt zwycięzcy. Jest bardzo młody (rocznik 1990) a już może rywalizować ze światową elitą. Niektórzy widzą w nim następcę Gilberta, ale ponieważ wywodzi się z MTB, kto wie, może będzie następcą Evansa? Z niecierpliwością czekam, co pokaże podczas hiszpańskiej Vuelty, choć tam będzie głównie wspierał Nibalego w walce o obronę tytułu. Fakt, że Nibali zostawił sporo zdrowia na podhalańskich szosach pilotując Słowaka w walce o zwycięstwo pokazuje, że wierzy w niego i kierownictwo ekipy i jego koledzy z ekipy.

    Kolejny plus to Daniel Martin. Ubiegłoroczny zwycięzca na poważnie wziął sobie do serca fakt, że wystartował z numerem jeden na koszulce. Nie udało mu się, ale walczył do końca pokazując, że wysoko ceni sobie wynik na Tour de Pologne.

    O finiszach Marcela Kittela powiedziano już niemal wszystko, teraz czas, by znakomitą dyspozycję pokazaną w Polsce potwierdził kolejny level wyżej ? w starciu z elitą światowego sprintu.

    Szczególnie zmotywowana była ekipa Vacansolei, miejsca 3 (Marcato) i 4 (Poels) w klasyfikacji końcowej, Michał Gołaś najlepszy góralem i aktywne uczestnictwo w każdym finiszu. Choć była to ekipa bez wielkich nazwisk w składzie, zdecydowanie uczestniczyła w kreowaniu losów wyścigu. Może to dobry wzór dla naszego CCC?

    Kto zawiódł? Lampre (ale podobno Scarponi i Niemiec trenowali tu przed Vueltą) i naszpikowana gwiazdami (di Luca, Paolini, Pozzato) Katusha. Więcej można się też było spodziewać po Astanie.

    Trasa

    Wielkich gór w Polsce nie mamy, ale z dostępnego materiału wyciśnięto całkiem sporo. Inna sprawa, co ze swoją areną zrobili sami zawodnicy. Peter Sagan nieźle jeździ po górach, więc czekając do ostatnich kilometrów trudno myśleć o tym, że można go zgubić. Przy wyrównanym poziomie współczesnej czołówki, trzeba podejmować więcej prób, być może mniej schematycznych by myśleć o zmęczeniu lub zaskoczeniu rywali. Rundy w miastach? Cóż, w Warszawie czy Krakowie uzasadnione, zwłaszcza, że dookoła sporo elementów charakterystycznych. Etapy w Zagłębiu i Katowicach były do siebie tak podobne, że trudno znaleźć dla nich wytłumaczenie inne niż tylko komercyjne. W telewizji najładniej zaprezentował się Cieszyn. Okrążenia z brukowanym podjazdem, do tego piękna architektura w tle to dobre połączenie. Przy coraz lepszej jakości polskich dróg (plus robione w ostatniej chwili poprawki i remonty) i zmianie koncepcji dwóch środkowych etapów dostajemy trasę może nie porywającą, ale godną klasy imprezy.

    Ewentualne propozycje? (Zaznaczmy, że realne i odłóżmy marzenia o przełęczy karkonoskiej na kolejne dziesięciolecie). Zmiana warszawskiego etapu na nośną medialnie drużynową czasówkę oraz korekta na pierwszym etapie tatrzańskim. Zamiast ciężkiego sprintu pod Krokwią finałowy podjazd na Gubałówkę. Bardziej selektywny a i lepiej rozpoznawalny. Co o tym sądzicie?

    TVP

    Na koniec słówko o poziomie relacji w mediach. Telewizja Publiczna zrobiła spory krok na przód. Komentatorski duet Piotr Sobczyński ? Wacław Skarul sprawdził się nieźle nie irytując kibiców i dając dość informacji laikom. Gdyby tylko wyciąć to, co poza samą relacją, byłoby zupełnie w porządku. Do tego Cieszyn, Kraków, Warszawa, Będzin, Dąbrowa Górnicza wyglądały godnie a podhalańskie pejzaże ujmująco. Popracować trzeba nad infografikami i światłem. Późno popołudniowe słońce wyraźne sprawiało realizatorom sporo problemów, ani TVP ani Eurosport nie radziły sobie z ustawieniem kontrastu, choć prezentowały sygnał nieco odmiennie.

  • Adam Hansen ? z mtb na szosę

    Adam Hansen ? z mtb na szosę

    Z australijskim kolarzem chciałem porozmawiać już kilka lat temu. Dla mnie jest przede wszystkim dwukrotnym zwycięzcą Crocodile Trophy, jednej z najcięższych etapówek mtb. Od 2007r jeździ w topowych drużynach szosowych i jest pomocnikiem swoich liderów.

    Z Adamem Hansenem rozmawiałem przed startem piątego etapu 68. Tour de Pologne, Zakopane-Zakopane. Mając w pamięci komentarze wokół roli, jaką pełni m.in. Sylwester Szmyd w grupie Liquigas zapytałem mojego rozmówcę o jego stosunek do pracy dla innych kolarzy. A także o to, co sądzi o nieśmiertelnych ?Rundach Langa?, którymi kończą się wszystkie etapy naszego wyścigu.

    Marek Tyniec: Kiedy ostatni raz jeździłeś na rowerze górskim?
    Adam Hansen: (śmiech) Och, dość dawno temu. Chociaż nie, byłem dwa tygodnie temu na treningu mtb. Czasami trenuję na rowerze górskim, ale się nie ścigam. Właściwie ostatnim moim wyścigiem było Crocodile Trophy (2005, przyp. mt), później jeszcze startowałem w Alpen Tour, ale wycofałem się po pierwszym etapie na skutek upadku.

    Zawsze chciałem z tobą porozmawiać właśnie o Crocodile Trophy. Ale teraz jesteś zawodowym szosowcem i jeździsz jako pomocnik liderów swojej drużyny. Właściwie to jest dobre nawiązanie, ponieważ przyjechałeś do Polski a polscy kibice mają spory problem z tym, że nasz najlepszy kolarz, Sylwester Szmyd jest właśnie pomocnikiem. Jak ty się czujesz w takiej roli?
    Cóż, to trudne pytanie. Z punktu widzenia sportowca to całkiem dobry układ. Jeździsz w profesjonalnej drużynie, co powoduje, że twoja praca jest o wiele prostsza. To zespół zajmuje się znajdowaniem sponsorów i organizacją drużyny. W mtb masz zazwyczaj indywidualny sponsoring i wiele rzeczy jest na twojej głowie. Kolarstwo szosowe jest oczywiście w ogóle bardziej zorganizowane, zatem każdy ma swoje zadania do wykonania.

    No dobrze, ale co z twoimi prywatnymi ambicjami?
    Z tym jest zawsze problem. Zwłaszcza, że jestem Australijczykiem i nie jeżdżę w australijskiej drużynie, tylko w belgijskiej. Więc muszę się liczyć z tym, że zawsze zawodnicy z Belgii będą stawiani przede mną. Oczywiście czasami dostaję swoją szansę, ale dzieje się tak bardzo rzadko. W sumie bycie pomocnikiem lidera to nie jest taka zła rzecz. Jadąc na wyścig wiesz, co masz robić. Jeśli się dobrze wywiążesz ze swojego zadania, zespół jest z ciebie zadowolony. Jeśli zespół jest zadowolony, proponuje ci kontrakt na kolejny rok i tak dalej.

    W takim razie jakie są twoje zadania tutaj, na Tour de Pologne?
    Na płaskich etapach pomagam Adamowi Blythe, naszemu sprinterowi. Jak na młodego, rozwijającego się zawodnika idzie mu całkiem nieźle. Na drugim etapie przyjechał w pierwszej dziesiątce. Oprócz tego naszym liderem jest Jan Bakelands, zawodnik z Belgii, w miarę swoich możliwości będę mu pomagał na kolejnych etapach.

    Blythe jest rozwijającym się zawodnikiem (21 lat). W sumie ty też jesteś ciągle młody, może nie bardzo (30), ale ciągle możesz poprawiać swoje możliwości.
    To prawda. Do Polski przyjechałem jednak pomóc młodszym kolegom oraz zbudować formę przed Vuelta Espana, który jest jednym z moich głównych celów w sezonie.

    Co planujesz tam osiągnąć?
    Będę tam wspierał Jurgena Van Den Broecka, naszą gwiazdę na wielkie toury. Podczas Vuelty jest kilka etapów, gdzie będzie bardzo potrzebował mojej pomocy, więc ciężko będzie szukać możliwości szansy dla samego siebie.

    Wracając trochę do tematu kolarstwa górskiego, czy chciałbyś jeszcze kiedyś pościgać się w mtb?
    Jasne!

    Ale jako profesjonalista, czy tak jak niektórzy eks szosowcy dopiero na sportowej emeryturze, w kategorii masters?
    Właściwie, to chciałem pojechać znowu w Crocodile Trophy już w zeszłym roku, ale mój poprzedni zespół ? HTC nie pozwolił mi na to. W przyszłości zdecydowanie będę chciał spróbować jeszcze raz. Myślałem nawet o tym, żeby wystartować w tym sezonie, zobaczę, jak ułożą się moje starty w dalszej jego części. Problem z łączeniem mtb z szosą jest taki, że na szosie mamy bardzo wiele dni startowych. Kontrakt mam z drużyną szosową Omega Pharma Lotto i płacą mi za ściganie się na szosie. Do tego dochodzi możliwość ewentualnej kontuzji. Tak jak powiedziałem, chętnie wystartuję w Crocodile Trophy, ale to zależy od tego czy będę jechał Giro di Lombardia.

    Gdy kilka lat temu usłyszałem, że na stałe przechodzisz na szosę ucieszyłem się. Potem byłem jednak trochę zdziwiony. ?Górale? zazwyczaj dobrze czują się w górach a ty raczej rozprowadzasz sprinterów.
    Tak, to może wydawać się dziwne, ale z drugiej strony kolarze mtb są bardziej uniwersalni. Posiadają sporą wytrzymałość siłową i dobrze znoszą wysokie obciążenia. Przez to często są też dobrymi czasowcami. A od tego jest niedaleko do dyktowania tempa na płaskich etapach. W MTB nie musisz mieć dobrego przyspieszenia, ale jesteś w stanie rozkręcić niezłe tempo, co jest przydatne przy rozprowadzaniu sprintera. To dość cenna umiejętność.

    A co sądzisz o naszym wyścigu, jak ci się podoba trasa, szczególnie rundy w miastach?
    (uśmiech) Rozmawialiśmy nawet o tym z kolegami ostatniego wieczora. Dla kibiców to z pewnością jest spora atrakcja?

    …a dla was?
    ?cóż? dla kibiców to z pewnością jest spora atrakcja (śmiech). No dobrze, jeśli mam poszukać zalet, to miło jest jechać przy dopingu ludzi stojących przy trasie, w miastach jest ich więcej. I oczywiście możemy się lepiej zapoznać z finiszem. Jeśli runda jest dobra i bezpieczna, to dobrze, całkiem fajnie można przejechać taki etap. Jeśli jest wymagająca i jest na niej jakiś podjazd, wtedy łatwiej dokonać selekcji, ale i łatwiej się pogubić. Tak naprawdę to jest mi obojętne, czy etap kończy się rundami czy nie.

    Czego spodziewasz się w ciągu najbliższych dwóch dni?  Znasz nasze podjazdy? Niektóre są całkiem strome.
    Tak, słyszałem, że może być dość ciężko. Ale nie obawiam się tego.

    Czy myślisz, że Peter Sagan może obronić koszulkę lidera?
    Nie ma zbyt wielu powodów, dla których miałoby mu się to nie udać (Hansen nie pomylił się zbyt wiele, Sagan dobrze poradził sobie w górach)

    Planujesz tu przyjechać w przyszłym roku?
    Tak, to dobry wyścig. Podoba mi się i pasuje do kalendarza.

    A czy wiesz już, w jakiej drużynie będziesz jeździł w kolejnym sezonie? Twoja grupa przechodzi transformację, prowadzisz już jakieś rozmowy?
    Sprawa jest ciągle otwarta właśnie ze względu na to, że Omega Pharma i Lotto rozchodzą się. Nie jesteśmy więc pewni co dalej, mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu będziemy wiedzieli więcej.

    Jesteś jednak na tyle cenionym pracownikiem, że nie powinieneś mieć kłopotów z podpisaniem kontraktu?
    Zgadza się, mam kilka propozycji z różnych drużyn, ale też chętnie zostałbym tu gdzie jestem, zwłaszcza że część ekipy pozostaje razem i management chciałby nas zatrzymać.

    Na koniec chciałbym zapytać o Cadela Evansa. Obaj macie podobne korzenie: australijsko-mountainbikeowe. Czy jego popularność w jakiś sposób przekłada się też na ciebie? Czy ktoś mówi: o, jest kolejny ?Aussie?, który przeszedł z mtb na szosę, może on też będzie wygrywał wielkie toury?
    Tak, kilka osób mnie o to pytało i właściwie ty też właśnie to robisz. A odpowiadając szerzej. Przechodząc z mtb na szosę, twoje ciało jest bardziej, hmm? proporcjonalne. Mamy mocniejsze górne partie ciała. W sumie to pomaga na szosie, gdy nie jest się tak filigranowym. Przejście z mtb na szosę wydaje się być łatwiejsze niż zaczynanie na szosie od zera.

    A ile teraz ważysz? (przy wzroście 183cm)
    W tej chwili 77kg

    Nie widać, ale to całkiem sporo.
    Heh, dzięki. Ale za to mam sporo siły.

    Adam Hansen poszedł jeszcze na chwilę do teamowego autobusu. Jak na kogoś, kto przez kolejne dwa dni ma pokonać niemal trzydzieści podjazdów uchodzących za jedne z trudniejszych w tym kraju, wyglądał na całkiem zrelaksowanego. Etapy 5. i 6. ukończył w środku stawki.

  • HTC Highroad przestaje istnieć

    HTC Highroad przestaje istnieć

    Najskuteczniejsza drużyna kolarska, HTC Highroad po sezonie 2011 kończy działalność. Od 2008r zawodnicy kierowani przez Boba Stapletona zwyciężali 484 razy. Ciekawe, o ile za mało?

    Nie jest to informacja zaskakująca, sugestie, że jest źle pojawiały się od przynajmniej kilkunastu dni. Kluczowi kolarze ogłosili, że podpiszą kontrakty z nowymi pracodawcami. Teraz sprawa stała się jasna. Każdy z obecnych pracowników HTC Highroad ma wolną rękę i powinien zająć się szukaniem nowego zespołu. To niemal tak, jakby piłkarska Barcelona z dnia na dzień sprzedała cały swój skład.

    Team Highroad (ze sponsorami Columbia ? producent odzieży outdoorowej oraz HTC ? telefonów) powstał na zgliszczach uwikłanego w doping zespołu T-Mobile. Z ekipy budowanej wokół doświadczonych Niemców zmienił diametralnie swój profil. Stał się globalnym zespołem wprowadzającym do zawodowego peletonu najbardziej utalentowanych zawodników. Drużyna Stapletona stała się trampoliną, z której wybili się: Mark Cavendish, Edvald Boasson Hagen czy Peter Velits . W Highroad szczyt kariery przeżył Kim Kirchen.  Zwycięstwa etapowe w wielkich tourach, ostatnio aż sześć w ?Wielkiej Pętli? to jednak za mało dla sponsorów ? obecnych i potencjalnych.

    Kolarze, którzy byli tak skuteczni z pewnością znajdą zatrudnienie. Głównym pytaniem jest oczywiście to dotyczące kolejnej stacji pociągu rozprowadzającego Marka Cavendisha. Prawdopodobnie najszybszy obecnie sprinter trafi do teamu Sky, który gdy powstawał, miał skupiać najlepszych brytyjskich zawodników. O pracę nie powinni się również martwić pozostali kolarze.

    Upadek potentata nie jest pierwszym w zawodowym peletonie. Problemy finansowe doprowadziły do zniknięcia ze sceny m.in. ekip Kelme czy Fassa Bortolo. Kłopoty ze znalezieniem sponsora tłumaczone były zazwyczaj popsutym przez doping wizerunkiem kolarstwa.  W przypadku Fassa Bortolo, dyrektor sportowy Giancarlo Ferretti dodatkowo w negocjacjach z nowym sponsorem trafił na oszusta-mitomana, który podawał się za zupełnie inną osobę. Tym samym utytułowana ekipa przestała istnieć.

    Paradoksem jest, że Highroad to drużyna, która w sposób zasadniczy wyróżnia się w gronie najlepszych zespołów zawodowych świata. Nie tylko promuje młodych zawodników, ale też prowadzi transparentną politykę zapobiegania dopingowi a szef teamu często krytykuje UCI i WADA za nie dość konsekwentną walkę z niedozwolonym wspomaganiem. Jakby tego było mało, tegoroczny Tour de France był najciekawszym od ponad dekady i uznawany jest za ?najczystszy? od lat ponad dwudziestu. Żaden z tych elementów nie pomógł Stapletonowi ani w negocjacjach z HTC ani w pozyskaniu nowego mecenasa.

    Samemu HTC trudno się dziwić. Marka jest na fali wznoszącej, zaczyna mieć określony wizerunek, zatem sport wyczynowy pokroju kolarstwa niekoniecznie pasuje do szerszej strategii. Dobrze obrazuje to ostatnia reklama, w której zawodowcy są na dalszym planie. Głównymi postaciami są młodzi mieszkańcy miasta, którzy choć sympatyczni, niewiele maja wspólnego z profesjonalnymi kolarzami. Ci dyskretnie się uśmiechając, przejeżdżają w tle.

    Pytanie, czy istnienie grupy takiej jak Highroad jest możliwe, gdy obok niej wyrastają nowe projekty? Sky, Katusha czy Leopard to zespoły o chatakterze ?narodowym? a przynajmniej z silną identyfikacją (odpowiednio brytyjską, rosyjską i luksemburską). Każda z nich bazuje na wsparciu, będącym właściwie kaprysem jednego człowieka, właściciela danej korporacji. Odpowiadając na pytanie o możliwość istnienia Highroad? wygląda na to, że nie. I nie pomaga nawet obecność w tabloidach dzięki twitterowej aktywności Cavendisha.

    W tym kontekście wypada się więc cieszyć, że przedstawiciel ścisłej czołówki polskiego biznesu, Dariusz Miłek ma kaprys sponsorować od lat właśnie kolarstwo. Nie tylko szosowe, ale też górskie. Nie tylko zawodowców, ale też zawodników z młodszych kategorii poprzez wsparcie dla kadry narodowej. Mógłby przecież zacząć rywalizować ze swoimi kolegami po fachu i kupić sobie klub piłkarski. Pożytku miałby z tego pewnie tyle samo a przynajmniej mógłby czasami zasiąść w loży honorowej na wyremontowanym stadionie.