“Sweat” Magnusa von Horna to kilka zaskakująco celnych obserwacji dotyczących życia fitnessowych influencerów. To także kolejny przykład niezłego filmu, który wykorzystuje sport do skomentowania otaczającej nas rzeczywistości.
Sylwia, główna bohaterka grana przez Magdalenę Koleśnik, to aspirująca influencerka w branży fitness. Z sześciuset tysiącami followersów w mediach społecznościowych jest nieco mniej znana niż Ewa Chodakowska czy Anna Lewandowska. Kamieniem milowym w jej karierze ma być wizyta w “Dzień Dobry TVN”.
Zanim to się jednak wydarzy, przeżyjemy z nią kilka dość intensywnych dni. Sylwia będzie zmagała się ze stalkerem, skonfrontuje swój sukces zawodowy z rzeczywistością podczas tradycyjnego, rodzinnego spotkania a sławę i priorytety prowadzącej zdrowy tryb życia gwiazdy z problemami dawno niewidzianej koleżanki ze szkoły.
Równocześnie poprowadzi event w galerii handlowej, nagra kilka motywacyjnych instastories, wypije smoothie i zamieści parę obowiązkowych materiałów “we współpracy”.
Zderzenie social medialnej kreacji z “prawdziwym życiem” zarysowano wyraźnie, tak jak daleko jest jaskrawemu różowi legginsów do burości mieszkania w bloku a zimnemu narcyzmowi głównej bohaterki do jej głęboko skrywanej wrażliwości.
Wydawałoby się, że to banał i oczywistość, ale, cóż, taki już urok małych, kameralnych filmów. Sprawna realizacja, dobre zdjęcia i przyzwoite aktorstwo sprawiają, że “Sweat” ogląda się równie dobrze co “Córkę trenera”.
Wygląda więc na to, że życie sportowca jest tym elementem polskiego kina, który sprawdza się jako temat opowieści o współczesnym życiu (w miarę) młodych ludzi.
Być może to efekt zmiany, którą widać niemal na każdym kroku. Wszak aktywność fizyczna wpisała się na stałe w nasz krajobraz. Z przyjemnością obserwuję więc jej obecność również w produkowanych obecnie filmach.
Co więcej, tych, które ogląda się nie tylko bez poczucia zażenowania, ale wręcz z pewną przyjemnością czy satysfakcją.
“Sweat” Reż. Magnus von Horn Polska/Szwecja 2020 105’
Dokument z 2015r pokazuje jak światowe aglomeracje radzą sobie z zanieczyszczeniem powietrza, korkami i wypadkami w ruchu drogowym. Odpowiedzią na te problemy ma być (oczywiście) rower.
Zwiastun filmu „Bikes vs Cars”, reż. Fredrik Gertten
Fredrik Gertten jest szwedzkim reżyserem, producentem i dziennikarzem, w swojej karierze skupiającym się głównie na kwestiach społecznych.
W “Bikes vs Cars” opowiada przede wszystkim o dwóch wielkich aglomeracjach: Los Angeles i São Paulo. Pokazuje, jak zaburzona równowaga i preferencje, które w procesie rozwoju tych miast dostali kierowcy samochodów, doprowadziły do licznych problemów, zagrożeń i absurdów.
Możemy więc zobaczyć, że “samochodoza” trawi w równym stopniu zarówno tę najbardziej rozwiniętą jak i dopiero rozwijającą się część świata. Dla kontrastu dostajemy obrazki z Kopenhagi, która z kolei przedstawiana jest jako rodzaj ziemi obiecanej, gdzie stroną “poszkodowaną” są kierowcy.
Śledząc losy aktywistów z LA i São Paulo obserwujemy, że mimo oporu ze strony konserwatywnych władz czy wpływów koncernów naftowych oraz przemysłu samochodowego zmiana jest możliwa.
Jej celem nie jest jednak udowodnienie swoich racji czy poglądów politycznych a coś tak oczywistego jak poprawa jakości życia.
Zniszczenia w sferze społecznej, kulturowej i zdrowotnej, jakie niesie ze sobą niezrównoważony rozwój miast, są bowiem poważne i trudne do odwrócenia.
Z tego powodu to ważny film również z naszej perspektywy. Choć “Bikes vs Cars” to film z 2015r, bardzo łatwo znaleźć w nim analogie do sytuacji, w której obecnie znajdują się polskie samorządy, zarówno te większe jak i mniejsze.
Będąc wciąż na dorobku i mając przed sobą sporo inwestycji, możemy wybierać, czy nasze miasta mają być betonowymi monstrami, czy przyjaznymi dla ludzi miejscami do życia.
Wbrew tytułowi to nie jest film o sporze rowerzystów z kierowcami, tylko o odzyskiwaniu miast dla ludzi. Dla nas.
Film w grudniu 2021 obejrzałem na Netflixie.
Bikes vs Cars Reż. Fredrik Gertten Szwecja, 2015 87’
Tour de Pologne porzuca Śląsk i Beskidy by przenieść się na wschód kraju. Jak zawsze prezentacja trasy wzbudza spore emocje kibiców, pytanie brzmi, czy są one w ogóle uzasadnione?
Z Kielc do Krakowa, z czterema etapami o dystansie ponad 200km, bez większych podjazdów za to ze sporą ilością mniejszych, czasem dość stromych górek. Do tego 15km jazdy indywidualnej na czas na Podhalu i, co najważniejsze, powrót do terminu między Tour de France a hiszpańską Vueltą.
W worldourowej historii wyścigu, bez względu na to, czy losy imprezy rozstrzygały się w Karkonoszach, Beskidach czy w Tatrach, co do zasady o zwycięstwie w Tour de Pologne decydują sekundy.
Po pierwsze taka jest charakterystyka tygodniowych etapówek, po drugie na zawodowcach nawet powtarzane wielokrotnie podjazdy trwające kilka minut nie robią większego wrażenia. A jeśli robią, to wciąż są zbyt krótkie, by spowodować widoczną selekcję.
Teoretycznie peleton TdP mógłby zajrzeć na Przełęcz Karkonoską lub Przehybę, ale po pierwsze, dobrze wiemy, że tylko teoretycznie a po drugie wciąż jeden taki podjazd nie byłby gwarancją “wielkich kolarskich emocji”.
Tour de Pologne ograniczany jest bowiem przez dwa elementy: bezwzględną geografię naszego kraju oraz swoje miejsce i rangę w kalendarzu.
Krótką mówiąc, bez względu na kumulację podjazdów i czasówek, trasa nie będzie nigdy dość ciężka by dorównać oczekiwaniom kibiców pragnących “prawdziwego touru” a o zwycięstwo walczyć będą raczej kolarze na dorobku niż największe gwiazdy.
O tym jak trudno znaleźć miejsce w kalendarzu dla tygodniowej etapówki, która miałaby odpowiedni prestiż niech świadczy przykład wielokrotnie zmieniającego termin Volta a Catalunya, zlikwidowanego Tour of California czy zorganizowanego w ciągu 110 lat zaledwie 36 razy Deutschlnad Tour.
Przy zaproponowanej trasie edycji 2022 wiele wskazuje na to, że Tour de Pologne mógłby być propozycją dla specjalistów wyścigów klasycznych. I w sumie to nie jest zła opcja, ponieważ dynamiczne ściganie każdego dnia, zbieranie bonifikat i budowanie przewagi przed czasówką to niezły scenariusz dla takiej imprezy.
Tyle tylko, że dwa dni po zakończeniu TdP startuje Benelux Tour. Jeśli więc można zdobywać doświadczenie w kolebce kolarstwa w miejscach gdzie każdej wiosny pisana jest historia tego sportu, po co przyjeżdżać na “najgorszy wyścig sezonu” (jak nazwano Tour de Pologne w rubryce “The Secret Pro” popularnego magazynu Cyclingtips)?
Równocześnie jeśli ktoś myśli o sprawdzeniu formy przed Vuelta a Espana, prawdopodobnie wybierze start w Vuelta a Burgos, kończącym się dzień przed rozpoczęciem Tour de Pologne.
A to oznacza, że po raz kolejny możemy mieć problem z obsadą polskiej, worldtourowej etapówki.
Szkoda, ponieważ mantra Czesława Langa o “pokazywaniu piękna Polski” na ekranach telewizorów ma w tym wypadku potwierdzenie w praktyce. Lubelszczyzna, Podkarpacie i Małopolska wyglądają dość malowniczo. Zwłaszcza w szerokich ujęciach, poniekąd przywołując tytuł projektu Wilhelma Sasnala “Z daleka widok jest piękny”.
Z własnego, krakowsko-małopolskiego podwórka wiem, że im więcej detali znajduje się w obiektywie operatorów, tym bardziej mi wstyd, bo wciąż jakość dróg, mała architektura, powszechna przy drogach reklamoza wspierana dodatkowo przez Lang Teamową balonozę sprawiają, że Tour de Pologne a zatem i Polska wyglądają jak z pocztówki tylko momentami.
Mimo to, o ile jeszcze Kraków ma wieloletnią umowę z TdP a i ugoszczenie wyścigu jest zaledwie jednym z punktów w sporym budżecie miasta, o tyle Chełm, Zamość, Przemyśl, Kraśnik, Lesko, Sanok czy Łańcut chętnie skorzystałyby z promocji, jaką daje obecność najlepszych drużyn kolarskich świata.
Skorzystałyby, gdyby wyścig był dostępny w szerszej dystrybucji. Ze względu na umowę z TVP i Polsatem, Tour de Pologne staje się de facto, przynajmniej do 2024r, produktem na rynek wewnętrzny. Zatem o odnowionych zabytkach, niezłej jakości drogach i malowniczej przyrodzie dowiedzą się głównie kibice krajowi.
Mamy więc, jak co roku, do czynienia z mieszanką aspiracji i kompleksów, oczekiwań i zawiedzionych nadziei a równocześnie czystego entuzjazmu i chęci współtworzenia kolarskiego święta przez dumnych z goszczenia World Touru fanów.
Bo gdyby wyścig taki jak TdP rozgrywany był w poza granicami naszego kraju, ze swoją charakterystyką, obsadą i terminem obchodziłby garstkę najwierniejszych entuzjastów. Ponieważ jest jednak najlepszym co mamy, trudno się dziwić, że emocje, które budzi są tak silne.
Koniec końców to jest “Nasz Wyścig”. Organizowany za (głównie) nasze pieniądze, pokazywany w publicznej telewizji i jakby na to nie patrzeć będący kawałem historii naszego sportu. Więc wbrew pozorom wszystkim nam na nim zależy.
Wynik nie mógł być inny. Nagrodę “Velo d’Or” dla najlepszego kolarza roku zdobył Tadej Pogacar. Bo któż inny?
Dwa monumenty: wiosenny Liege-Bastogne-Liege i jesienny Il Lombardia a do tego Tour de France. Właściwie to wystarczy by zapisać się na kartach historii kolarstwa.
Na tym tle nawet imponujące dokonania Wouta van Aerta: wygranie na jednej Wielkiej Pętli etapów prowadzących przez Mont Ventoux, Pola Elizejskie a do tego czasówki czy Primoza Roglica: najlepszego w jeździe indywidualnej na Igrzyskach Olimpijskich i dominującego w hiszpańskiej Vuelcie wydają się być zdecydowanie mniej doniosłe.
Roglic i van Aert zajęli odpowiednio drugie i trzecie miejsce w prestiżowym plebiscycie Velo d’Or. Z kolei nagroda dla najlepszego Francuza, Velo d’Or francais, przypadła obrońcy tytułu mistrza świata, Julianowi Alaphilippowi, który w tęczowej koszulce zaliczył całkiem udany sezon.
Skupmy się jednak na samym Pogacarze. Bez względu na to, jak długo potrwa jego błyskotliwie rozpoczęta kariera: czy zdominuje światowe kolarstwo na rok, dwa a może znajdzie pogromcę już w nadchodzącym sezonie, byliśmy świadkami wydarzeń wyjątkowych.
Dwudziestotrzyletni Słoweniec w swoim trzecim sezonie w World Tourze zrobił następny krok naprzód, z roku na rok rozwijając się w imponujący sposób.
Wyrażają to zarówno wyniki, liczba i prestiż wygrywanych imprez, ale też styl, w jakim Pogacar sięga po swoje sukcesy.
Po zapowiadającym wielką karierę Tour de l’Avenir w 2018r, błyskotliwym debiucie w World Tourze (wygrana w Tour of California i 3. miejscu w Vuelta a Espana) w 2019, trzęsieniu ziemi na Tour de France 2020 obejrzeliśmy dominację od wiosny do jesieni 2021.
Lider ekipy UAE Team Emirates potwierdził swój talent w niemal każdej kolarskiej specjalności: jeździe na czas, w górach, przez tydzień, przez trzy tygodnie, podczas klasyku i w sprincie z niewielkiej grupy. Co ważne, choć jego drużyna została przed sezonem 2021 wyraźnie wzmocniona a obecność choćby Rafała Majki w kluczowych momentach Tour de France z pewnością była cenna, Pogacar jest typem lidera, który częściej sam bierze sprawy w swoje ręce.
Jeździ ofensywnie, dobrze czyta sytuację na trasie i w peletonie a przy tym dysponuje taką przewagą fizyczną, że może wybierać sposób rozgrywania rywalizacji.
Sezon taki jak 2021 w wykonaniu Pogacara dla wielu kolarzy był szczytem kariery. Choć przed Słoweńcem jest jeszcze wiele wyzwań, już teraz znajduje się w sytuacji, gdy na każdym, kolejnym wyścigu, będzie pod ścisłą obserwacją, zawsze jako faworyt, pod wielką presją.
W tym momencie wchodzę na bardzo grząski grunt. Choć Pogacar dokonał w sezonie 2021 rzeczy wielkich a w teorii, jakkolwiek trudno to sobie wyobrazić, wszystko co najlepsze dopiero przed nim, największe wyzwanie z którym będzie się mierzył to oczekiwania.
Już teraz zapowiedział, że nie wybiera się na Giro d’Italia 2022, choć z pewnością “dublet” Touru i Vuelty będzie tym, czego żądać będą od niego fani i dziennikarze. Z kolei trasa mistrzostw świata najwcześniej będzie mu sprzyjać w roku 2023 (Glasgow), również Zurych (2024) i Kigali (2025) wydają się stwarzać przestrzeń do zwycięstwa dla zawodnika takiego jak on.
Na horyzoncie już teraz widać 12. etap najbliższego Tour de France, z metą na Alpe d’Huez i tabelą najlepszych czasów tego słynnego podjazdu. Obrona tytułu, trzeci wygrany Tour z rzędu, rekordowe tempo na kolejnych wzniesieniach, to wszystko będzie dla Pogacara coraz trudniejsze.
Choć wygląda na to, że ma pełne wsparcie swojej drużyny oraz trenera (Iñigo San Millán), miejsce pracy może zacząć Słoweńcowi ciążyć. Zarówno sam sponsor, czyli firmy ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich (kraju, który ma na bakier z prawami człowieka) jak i część kierownictwa drużyny z dopingową przeszłością (m.in. Mauro Gianetti) sprawią, że kolejne sukcesy będą komentowane w sposób daleki od pozytywnego. A dobry lub bardzo dobry rezultat na Alpe d’Huez rozpęta piekło pytań o niedozwolone wspomaganie.
Wytrzymanie tej, poza sportowej, presji i praca nad wizerunkiem będą więc dla Pogacara równie ciężkie co sięganie po kolejne sukcesy na europejskich szosach.
Tym bardziej, że kolejne drużyny wpadają w szał poszukiwania “nowych Pogacarów”, młodych, niezmiernie utalentowanych kolarzy, mogących powtórzyć jego sukces.
Ta pogoń za talentami jest zarówno fascynująca, bo już teraz widać, że jej efekty przynoszą spektakularne efekty, jak i niepokojąca. Trzeba pamiętać, że wciąż mówimy o ludziach a nie protagonistach kina superbohaterskiego. Oby więc zarówno Pogacar jak i jego rywale czy następcy mieli choć odrobinę przestrzeni, by sprostać nie tylko własnym talentom, ale też wiążącym się z nimi wymaganiom.
Trasa Giro d’Italia 2022 to ciekawa propozycja dla kolarzy o różnych specjalizacjach. Najbardziej zwraca uwagę jej układ, który powinien rozwiązać problemy pogodowe trapiące włoski tour w ostatnich latach.
Trudne czasy
Kolarstwo tak jak inne dziedziny życia zmaga się ze zmianami klimatu. Te wyrażają się między innymi radykalizacją zdarzeń pogodowych. Niewykluczone też, że przez jakiś czas w niektórych rejonach Europy powrócą ostrzejsze zimy, uzupełniające letnie fale upałów oraz nawałnice.
Giro d’Italia jest w szczególnie trudnej sytuacji. To pierwszy wielki tour sezonu, który do tego tradycyjnie odwiedza szosy położone nie tylko powyżej 2000, ale nawet 2500m n.p.m.
Wiosną tradycyjnie na takich wysokościach zalega jeszcze gruba pokrywa śnieżna, szosy prowadzące przez legendy włoskiego toury: Gavię czy Stelvio udrażnianie są zazwyczaj na kilka dni przed przejazdem kolumny wyścigu.
Owszem, ekstremalne warunki towarzyszyły peletonowi Giro niemal od zawsze. Do historii przeszedł szczególnie rok 1988 i jazda w śnieżycy przez wspomnianą wcześniej przełęcz Gavia.
Niechlubna tradycja
W XXIw skracanie lub odwoływanie etapów stało się niemal tradycją “Corsa Rosa”. Właściwie co roku “królewskie” etapy zawodów do ostatniej chwili stoją pod znakiem zapytania.
Dzieje się tak nie tylko ze względu na zmieniające się standardy bezpieczeństwa. Powoli choć systematycznie kolarze zyskują poprawę warunków swojej pracy przypominając, że sport, nawet rozgrywany w otwartym terenie i wystawiony na działanie żywiołów, powinien szanować zdrowie i życie atletów.
Załamania pogody faktycznie są coraz bardziej nagłe i brutalne, dlatego też, mimo całej nowoczesnej technologii, odzieży czy łączności, organizatorzy muszą mieć w zanadrzu plan awaryjny.
Co ważne, dotyczy to nie tylko rozgrywanego najwcześniej w sezonie Giro, ale również Touru (by przypomnieć rok 2019 i błotne lawiny), czy Vuelty, która zmaga się zarówno z piekielnymi upałami jak i nagłymi załamaniami pogody.
Wspólny problem
To staje się męczące poniekąd dla wszystkich. Ogranizatorzy muszą ponosić większe koszty zmian podejmowanych na ostatnią chwilę. Niezadowoleni są sponsorzy jak i samorządy płacące za obecność wyścigu na swoim terenie.
Walczący o wyniki kolarze nastawiający się na konkretne etapy, dokonujący rekonesansów tras, planujący taktykę nie mogą realizować swoich planów. Rozczarowani są też kibice. Zarówno ci przed telewizorami jak i ci rezerwujący noclegi czy planujący rowerowe wakacje oparte o kibicowanie zawodowcom.
Mamy rozwiązanie
Zaprezentowana trasa Giro d’Italia 2022 rozwiązuje większość z tych problemów. Choć nieco brakuje jej balansu (zawiera zaledwie 26km jazdy na czas), powinna wyłonić godnego zwycięzcę.
Istotny jest fakt, że peleton powyżej 2000m n.p.m. wjedzie zaledwie dwa razy, na ostatnim górskiem etapie 28 maja.
Nie oznacza to jednak, że będzie łatwo. Zawodnicy zmierzą się z Etną, Blockhausem, Mortirolo, Pordoi czy Fedaią a do tego z całą masą wymagających wzniesień położonych jednak na nieco niższej wysokości.
Co więcej, etapy są również krótsze, najdłuższy z nich ma 201km, najdłuższy górski 200km. Mimo to wydaje się, że akumulacja zmęczenia będzie wystarczająca, by tradycyjny “trzeci tydzień Giro” był prawdziwą rzezią. Na sześć etapów mamy bowiem jeden płaski, finałową czasówkę i cztery odcinki górskie, każdy z nich niezmiernie wymagający.
Zapewne organizatorzy w kolejnych latach będą jeszcze podejmowali próby wizyt na Gavii czy Stelvio, ale równie dobrze może się okazać, że wcześniej niż później pożegnamy się z legendarnymi podjazdami Giro. Przynajmniej do czasu, gdy świat nie upora się ze zmianami klimatu.
W sezonie 2021 trenowałem pod wirtualnym okiem algorytmów aplikacji AiTrainer. Realizacja planów treningowych układanych przez “wirtualnego” doradcę była ciekawym doświadczeniem i dała całkiem niezłe efekty.
Dobry czas na eksperymenty
Ten rok był dla mnie ostatnim w kategorii “Masters I” (czy też, według popularnej nomenklatury maratonowej, “M3”), zatem wczesną wiosną stwierdziłem, że to dobry czas na eksperymenty.
Gdy Dawid Markiel z Inpeaka i AiTrainer zaproponował mi przetestowanie nowej platformy treningowej nie zastanawiałem się więc długo.
Przez siedem miesięcy realizowałem plany serwowane przez algorytmy aplikacji. W tym czasie przejechałem 7000km co zajęło mi 340 godzin.
Ponieważ większość moich startów to były wyścigi cross country, to całkiem normalne, że kilometry “uciekały”, zwłaszcza w weekendy. W przypadku regularnych startów w maratonach lub na szosie, dystans zbliżyłby się zapewne do 10000km.
Wziąłem udział w sumie w 18 wyścigach: 14 cross country i 4 maratonach.
Co najważniejsze, większość z nich przejechałem z dobrym samopoczuciem a cały sezon zakończyłem bez poczucia “pustki w baku”, co jest jedną z największych zalet treningu z AiTrainer. Ale o tym za chwilę :)
W wiosennym wprowadzeniu do tego testu aplikacja nazywała się jeszcze “Inpeak Trainer”. Jest ona bowiem pomysłem i produktem ekipy, która z powodzeniem wprowadziła na rynek znany i lubiany miernik mocy.
By skutecznie korzystać z platformy treningowej miernik mocy jest oczywiście mile widziany, ale po pierwsze nie musi być to być akurat Inpeak, po drugie trening dla bardziej początkujących może być też układany w oparciu o samo tętno.
Ponieważ główną wartością, która przekłada się na działanie całej aplikacji są algorytmy sztucznej inteligencji, rebranding na “AiTrainer” był więc jak najbardziej uzasadniony.
Tak jak wspomniałem, aplikacja obsługuje różne poziomy zaawansowania i doświadczenia użytkowników. Od niego zależne są obciążenia, które na początku będzie serwowała aplikacja.
Ze swoimi wieloma sezonami spędzonymi na rowerze, VO2Max na poziomie 69 i wygospodarowanym czasem na trening ścieżka, którą wybrałem to było “mtb, 5 dni w tygodniu, 11h”, czyli maksimum, oferowane przez platformę.
Życie codzienne z AiTrainer
Aplikacja planuje treningi na dwa tygodnie do przodu. Po wykonaniu zadanego ćwiczenia należy ręcznie zapisać feedback dotyczący jego wykonania lub nie a także zaznaczyć samopoczucie na pięciostopniowej skali: od bardzo łatwego z chęcią trenowania więcej i mocniej do bardzo trudnego skutkującego niewykonaniem ćwiczenia. Oprócz tego (a może przede wszystkim), “w tle” algorytm analizuje zapisane parametry: tętno oraz moc i na tej podstawie planuje kolejne ćwiczenia. Dla ułatwienia sprawy każdego dnia ocenia realizację zadania w czterostopniowej skali: od wykonanego bardzo dobrze do niewykonanego a efekt oznaczony jest kolorem.
Na co dzień korzystam z licznika Garmin Edge 530. AiTrainer bez problemu synchronizuje się z Garmin Connect, który wysyła ćwiczenie na urządzenie. Sam trening można więc wykonywać w oparciu o wskazania komputera, nie zaprzątając sobie głowy pozostającymi do przejechania powtórzeniami czy wartościami mocy, tylko skupić się na tym, co jest do zrobienia w danej chwili.
Po wiosennej przerwie od wyścigów związanej z lockdownem i odwołaniem kolejnych imprez kalendarz zawodów zaczął się zapełniać zacząłem dodawać wyścigi do swojego kalendarza.
AiTrainer pozwala nadawać zawodom priorytet: niski, średni lub wysoki.
Gdy tylko sezon startowy ruszył, weekendów bez ścigania miałem zaledwie kilka. Ponieważ utrzymanie dyspozycji przy takim układzie kalendarza zawsze było dla mnie pewnym problemem, z zaciekawieniem czekałem, jak aplikacja poradzi sobie z tym wyzwaniem.
Wygląda na to, że zrobiła to całkiem nieźle. Przez cały sezon wykonałem wszystkie zaplanowane przez algorytm ćwiczenia. Zdecydowana większość została przez aplikację oceniona jako “bardzo dobrze”, zaledwie kilka jako “dobrze”.
AiTrainer przeprowadził mnie więc przez ten bardzo intensywny czas bez większych problemów dbając o to, by nie pojawiło się uczucie zmęczenia, znużenia czy wypalenia. W przeciwieństwie do gotowych planów treningowych czy “rozpisek” układanych przez trenerów, z których korzystałem w przeszłości, w zasadzie każdego dnia byłem gotowy do wykonania zadanego planu.
Efekty, czyli co z tego wynikło
Najlepszą rekomendacją byłoby zapewne po prostu napisać: w sezonie 2021 wystartowałem w tylu i tylu wyścigach, z których tyle wygrałem.
Cóż, to się nie udało, ale ten, kto doświadczył, na czym polega sport wie też, że każdy sezon jest inny i różnie się układa.
Po zdjęciu lockdownu na pierwszych wyścigach panowała spora nerwowość, która mnie również się udzieliła. Popełniałem więc sporo błędów: uczestniczyłem w kraksach, łapałem defekty, niepotrzebnie traciłem czas.
Kilka startów, podczas których czułem się naprawdę świetnie kończyło się więc niepotrzebną szarpaniną i gonitwą zamiast walką o wynik. Zabrakło mi więc nieco wejścia w wyścigowy rytm i bezpośredniej rywalizacji, co poniekąd odbiło się na dalszej części sezonu.
Na mistrzostwach Polski XC w Boguszowie-Gorcach również nie obyło się bez błędu, który zaowocował bolesnym upadkiem na tamtejszym rocgardenie. Z perspektywy czasu bardzo tego żałuję, ponieważ nie zweryfikowałem w ten sposób przygotowania przez AiTrainer do wyścigu o “wysokim” priorytecie.
Wszystko wyglądało jednak całkiem dobrze. Jeśli śledzicie wskazania swojego Garmina, dla porównania był to jedyny start w sezonie, przed którym na rozgrzewce “Performance Condition” wskazywało +7 (zazwyczaj było to w okolicach +1).
Z kolei start w Mistrzostwach Polski w maratonie był próbą nieco szaloną, ponieważ przez ponad kwartał nie startowałem w żadnym wyścigu długodystansowym. Jeden start testowy tydzień wcześniej to było dla mnie za mało na adaptację, w związku z tym w Srebrnej Górze zaliczyłem spektaktularną bombę. Natomiast już osiem dni później, w Krynicy, w ekstremalnie trudnych warunkach pogodowych przez trzy i pół godziny w deszczu i błocie utrzymywałem do samego końca moc, która skutkowałaby godnym ukończeniem Mistrzostw Polski.
Co ważne, choć do początku października startowałem co tydzień, podczas kolejnych wyścigów nie notowałem spadków mocy, zarówno na podjazdach różnej długości jak i mocy średniej czy znormalizowanej z całych zawodów.
W porównaniu z poprzednimi sezonami osiągnąłem porównywalny poziom wytrenowania (FTP na poziomie 4,6-4,7W/kg), natomiast po pierwsze, okupione to było mniejszym wysiłkiem, a co być może ważniejsze zajęło 10-12% mniej czasu niż zazwyczaj. Uniknąłem również typowego dla siebie załamania dyspozycji w lipcu a formę utrzymałem od pierwszego do ostatniego startu.
Zazwyczaj utrzymywałem stratę do zwycięzcy na poziomie 10%. Najlepszym miejscem na zawodach Pucharu Polski w kategorii Masters I było szóste na mocno obsadzonej imprezie na warszawskiej Kazurze. Z kolei na maratonach serii “Dare to be” zajmowałem miejsca w top5 open, raz wygrywając i raz stając na trzecim stopniu podium w kategorii wiekowej. W lokalnych zawodach cross country regularnie dojeżdżałem do mety w top5.
Obietnica złożona przez autorów aplikacji została więc spełniona.
Jak korzystać z AiTrainer, czyli kilka praktycznych porad
AiTrainer jest ciekawą alternatywą zarówno dla gotowych planów treningowych jak i dla współpracy z “żywym trenerem”.
W stosunku do tych pierwszych jest bardziej elastyczna, dostosowuje się do postępów zawodnika, bierze pod uwagę jego zmęczenie i reakcję na zadawane bodźce. W porównaniu z planami pisanymi przez trenera jest z kolei bardziej obiektywna. Algorytm to algorytm, po prostu analizuje dane. Nie występuje więc w jego wypadku konflikt interesów, każdy klient traktowany jest tak samo.
Z drugiej strony AiTrainer skupia się wyłącznie na fizycznej stronie przygotowania zawodnika do sezonu. Choć mam mierniki mocy zarówno w rowerze szosowym jak w i górskim, wygospodarowanie miejsca na trening techniki jazdy nie było takie proste.
W razie wątpliwości związanych z realizacją planu, w ramach platformy istnieje możliwość konsultacji z opiekunem, jednym z doświadczonych trenerów i zawodników współpracujących z AiTrainer. Realnie nie miałem takich potrzeb, bardziej testowo zadałem krótkie pytania i szybko dostałem na nie odpowiedź. Bardziej dociekliwi użytkownicy mogą jednak pytać o kwestie treningowe czy okołotreningowe a nie tylko o detale planu serwowanego przez aplikację.
Ponieważ właściwie każde ćwiczenie zaplanowane przez aplikację jest mocno ustrukturyzowane, główny wysiłek, poza oczywiście wykonaniem treningu, wiąże się z odpowiednim zaplanowaniem trasy.
Po kilku tygodniach jazdy zmodyfikowałem nieco swoje zwyczajowe trasy tak, by lepiej dopasować się do układanego planu. Po tym czasie właściwie wszystko szło już niemal całkiem automatycznie.
Przed rozpoczęciem jazdy warto jednak, poza spojrzeniem na liczbę czy intensywność powtórzeń, przeczytać opis zadanego ćwiczenia, dotyczący sugerowanego terenu, kadencji czy sposobu jazdy (np. czy określone powtórzenia wykonywać na stojąco).
Na koniec dość istotna uwaga dotyczy czasu przeznaczonego na trening. Zależnie od miejsca zamieszkania, ukształtowania terenu i dostępnej infrastruktury, z dużym prawdopodobieństwem dłuższy niż ten proponowany przez aplikację.
W moim przypadku po wykonaniu ćwiczenia zostawałem kilka-kilkanaście kilometrów za miastem. Nie wpływało to jednak na wykonanie kolejnych treningów, natomiast przy planowaniu dnia czy tygodnia warto doliczyć nieco czasu do tego, który znajdziemy w kalendarzu AiTrainer.
Po całym sezonie jazdy z planem treningowym układanym przez AiTrainer mam wrażenie, że ta platforma sprawdzi się przede wszystkim w sytuacjach, gdy macie ograniczony czas na trening.
Stosunek poświęconego czasu do osiągniętych efektów jest po prostu znakomity. Muszę przyznać, że stojący za projektem od strony naukowo-treningowej Rafał Hebisz zrobił w tym temacie świetną robotę.
Myślę, że największą korzyść odniosą średniozaawansowani kolarze-amatorzy. Ci, którzy już trochę potrenowali, ale znaleźli się w pewnej stagnacji i potrzebują nowych bodźców do dalszego rozwoju.
Regularna cena dostępu do aplikacji to 149zł miesięcznie. Nowi użytkownicy mogą skorzystać z dwutygodniowego okresu testowego, natomiast do końca tego roku obowiązuje promocyjna cena 79zł miesięcznie.
Jeśli szukacie pomysłów i motywacji do przetrenowania zimy oraz przygotowania się do nowego sezonu, AiTrainer jest ciekawą propozycją wartą rozważenia.
Z dużym prawdopodobieństwem skorzystacie na niej bardziej niż na gotowych, “sztywnych” planach, podobnie jak na wysyłanych taśmowo rozpiskach typy “kopiuj-wklej”.
W poszukiwaniu wiedzy i inspiracji polecam Wam też nowy kanał na Youtube, na którym Rafał Hebisz radzi, jak trenować nie tylko skutecznie, ale przede wszystkim rozsądnie:
Porady, analizy i artykuły związane z treningiem kolarskim znajdziecie również na blogu AiTrainer (jest tam również kilka moich artykułów). Zapraszam :)
PS Dobra wiadomość jest taka, że promocyjna cena dla tych, którzy rozpoczną korzystanie z aplikacji może zostać utrzymana nieco dłużej. O szczegóły zapytajcie np. na facebooku AiTrainer.
Wraz z prezentacją Tour de France 2022, zmierzamy od podsumowania sezonu 2021: obfitującego w ekscytujące rekordy i wzruszające powroty do przewidywania wydarzeń w kolejnym roku.
Każdy koniec wielkiego touru to tak naprawdę początek kolejnego. Każdy “monument” otwiera drogę do historii, które towarzyszyć będą wyścigom klasycznym rok później.
Rozwój, rewanż, rozczarowanie, motywacja czy ambicja powodują, że choć kolarstwo rozpatrujemy z podziałem na kolejne sezony, tak naprawdę mamy do czynienia z ciągłą narracją.
Problemy obu płci
Francuzi zaprezentowali trasę kolejnej Wielkiej Pętli już w połowie października. Dodając do męskiego Tour de France powracający Tour de France kobiet, lato przyszłego roku będzie zdominowane przez ASO. Zdecydowanie najmocniejszą organizację w świecie zawodowego kolarstwa.
Marka “Tour de France” to w oczach szerszej publiczności synonim sportu rowerowego. Włączenie ośmiodniowej etapówki do portfolio francuskiej korporacji to milowy krok w rozwoju kobiecego kolarstwa. Na jego efekty trzeba będzie oczywiście poczekać, ale jest szansa, że krócej niż w tym momencie może nam się wydawać.
I tak, owszem, problemy niedofinansowania, niewystarczającego wyeksponowania i inne wciąż pozostają, ale bez zaangażowania ASO byłoby wciąż niezmiernie daleko do ich rozwiązania.
Choć z perspektywy kobiecego peletonu kłopoty, z którymi boryka się kolarstwo męskie wydają się błahe, jednak przechodząc płynnie od podsumowania do zapowiedzi kolejnego sezonu nie mogę zapomnieć o dwóch kwestiach.
Po pierwsze kolejny rok z rzędu mamy w World Tourze zespół będący na granicy upadku. Przez kilka sezonów żyliśmy w niepewności dotyczącej przyszłości zespołu Jonathana Vaughtersa, rok temu pożegnaliśmy team Jima Ochowicza, który w ostatniej inkarnacji sponsorowany był przez polską firmę obuwniczą CCC. Tym razem blisko zakończenia działalności jest Qhubeka.
Projekt o tyle ciekawy, że mający w tle ideę charytatywną. W środku sezonu 2021 “uratowany” przez związanego z rynkiem kryptowalut sponsora, który dość szybko rozmyślił się i przestał regulować swoje zobowiązania.
Sponsorzy o wątpliwej reputacji
Takich przygód zawodowe kolarstwo doświadczało już wielokrotnie a rozwiązania jak nie było, tak nie ma. Sponsorów wspierających sport rowerowy na realnie rynkowych warunkach jest niewielu. Trend, który za to pogłębia się, to obecność państw i organizacji o wątpliwej reputacji, wykorzystujących zawodowy peleton do poprawienia swojego wizerunku i odwrócenia uwagi od popełnionych występków.
Co do zasady bowiem sponsorzy zespołów world tourowych albo łamią prawa człowieka, albo są na bakier z ekologią i, cóż, wszyscy się na to godzimy.
Owi mecenasi gwarantują bowiem pewną stabilność finansową, w przeciwieństwie do technologicznych jednorożców czy kapryśnych przemysłowców, którzy przychodzą równie szybko i spektakularnie co z kolarstwem się żegnają.
Związani na lata
Osiągnięta bez wyrzutów sumienia stabilność skutkuje istotną zmianą. Młodzi, utalentowani i znakomicie rokujący zawodnicy podpisują z drużynami kontrakty nie tylko lukratywne, ale przede wszystkim wieloletnie.
Z UAE Team Emirates Tadej Pogacar będzie związany do roku 2027 (będzie miał wtedy 29 lat), podobnie jak Joao Almeida. Remco Evenepoel będzie reprezentował zespół Patricka Lefevere’a do 2026 a Jakob Fuglsang z grupą Israel Start-up Nation ma współpracować przez trzy sezony, do swojego 39 roku życia. Choć pojawiają się pogłoski o możliwym rozwiązaniu kontraktu Egana Bernala z Ineosem, Kolumbijczyk póki co jest zobowiązany do jazdy w brytyjskim teamie do 2025r. Ta data znajduje się również w porozumieniu Mathieu van der Poela z Alpecin-Fenix a także młodego Juana Ayuso z UAE.
Na tym tle dwuletnia przygoda Petera Sagana i jego świty z zespołem TotalEnergies wydaje się przelotnym romansem.
Tymczasem to wydarzenie o wiele bardziej doniosłe. Trzykrotny mistrz świata nie jest już najbardziej skutecznym zawodnikiem w peletonie, który czego nie dotknął, zmieniał w złoto/zieleń. Ekipa Bora-Hansgrohe stała się jednak dzięki niemu poważnym, liczącym się graczem a jej pozycja ma istotne znaczenie w ponownym rozwoju niemieckiego kolarstwa.
Sagan wraz z Maciejem Bodnarem, Danielem Ossem i rowerami Specialized odchodzi do TotalEnergies, francuskiej drużyny bez licencji World Tour. Droga, którą nieco wcześniej podążył Nairo Quintana (zmieniając Movistar na Arkea Samsic) nie wydaje się już tak egzotyczna.
Więcej niż zwycięstwa
Co więcej, zespół Alpecin-Fenix pokazał, że można z powodzeniem “oszukać system”: nie mieć zobowiązań wynikających z przynależności do World Touru a równocześnie zbudować skuteczną drużynę. Ekipa ta jest już zdecydowanie czymś więcej niż “teamem van der Poela”. Tim Merlier i Jasper Philipsen zwyciężali bowiem po dziewięć razy (MVDP – osiem). Wygląda też, że swój potencjał skutecznie zrealizował w niej Ben Tullet, który od przyszłego roku będzie jeździł w Ineosie.
Sam van der Poel był z kolei jedną z kluczowych postaci sezonu 2021. Najpierw obronił tytuł mistrza świata w przełajach, następnie w imponującym stylu wygrał Strade Bianche, dostarczył wielkich emocji ścigając się z Alaphilippem i van Aertem na etapach Tirreno Adriatico i przesiadł się na rower górski by wygrać dwa wyścigi XCC na pucharach świata. Następnie wrócił na szosę, dał pokaz charyzmy na rozpoczynających Tour de France etapach, co zaowocowało emocjonalnym zdobyciem żółtej koszulki i historią z upamiętnieniem jego dziadka, Raymonda Poulidora. Kolejna przesiadka na mtb zaowocowała spektakularną porażką na igrzyskach olimpijskich w Tokio. Memiczny upadek nie ostudził jednak zapału Holendra, który wrócił na szosę, zbudował formę na końcówkę sezonu zwieńczonego trzecią lokatą w Paryż-Roubaix.
MVDP to poniekąd symbol współczesnego kolarstwa. Ściga się cały rok, nie unika wyzwań, na rowerze prezentuje sportowy charakter. Co więcej, nie jest w tym osamotniony. W kolarstwie drugiej dekady XXIw obserwujemy bowiem festiwal talentów, ale też paradę ekscytujących osobowości.
Czasy, gdy twarzą peletonu był osamotniony Peter Sagan czy wyróżniający się z tłumu, puszący się niczym paw Mario Cipollini mamy za sobą.
Co więcej, odchodzimy od klasycznej konwencji “pojedynków”. Armstrong vs Ullrich, Boonen kontra Cancellara (by nie sięgać do najbardziej ikonicznych potyczek sprzed 50 i więcej lat) to przeszłość.
Zarówno w klasykach jak i w wyścigach etapowych obserwujemy bezprecedensowo dużą grupę kolarzy zarówno z ponadprzeciętnym talentem, zmysłem taktycznym, ale i odwagą.
Nie sposób wymieniać kolejnych wyścigów, na których działy się rzeczy wielkie. Choć kolarzem sezonu jest oczywiście Tadej Pogacar, to gdzie nie spojrzeć obserwowaliśmy wydarzenia, o których jeszcze kilka lat temu mogliśmy tylko marzyć.
Wygrana czasówki, sprintu na Polach Elizejskich i etapu z Mont Ventoux przez van Aerta? Proszę uprzejmie.
Kolejne rekordy tempa podjeżdżania w wykonaniu Bernala, Yatesa, Vingegaarda, Carapaza, Pogacara czy Roglica? Zaliczone.
Wieczny pomocnik, Damiano Caruso stający na podium Giro d’Italia? Jest!
Genialne powroty Marka Cavendisha i Fabio Jacobsena? Aż ciężko wskazać, który był bardziej wzruszający.
Dominacja Ineosu w wyścigach tygodniowych? Rzecz zdecydowanie warta zauważenia.
Tour de France i dwa monumenty w jednym sezonie w wykonaniu 24 latka? Mamy to!
Huśtawka emocji, upadków i triumfów Primoza Roglica? Jak on to zniósł???
Sensacyjna Anna Kiesenhofer, mocarny Ganna i złoty Carapaz? Zapamiętamy to na długo.
Froome walczący o powrót do formy, pożegnania z peletonem Tonego Martina, Anny van der Breggen, Alaphilippe broniący tytułu mistrza świata i wiele, wiele, wiele innych.
2022? Jestem podekscytowany i zaniepokojony
Historii, które w tym sezonie zasługują na osobne opisanie było bez liku a co najważniejsze, większość z nich zapowiada ciąg dalszy.
Bo choć dominacja Pogacara wydaje się trudna do obalenia a Słoweniec najlepszym kolarzem w peletonie, po tak udanym sezonie jak 2021 musi sobie postawić nowe wyzwania.
Poniekąd robią to za niego organizatorzy Tour de France, odważnie prezentując trasę z legendarnymi podjazdami. Po tym, gdy Egan Bernal ustanawiał najlepsze czasy na Zoncolanie i Giau, Pogacar zadziwił nas swoim rajdem przez przełęcze Romme i Colombiere, Vingegaard i Lopez byli niezmiernie szybcy na Mont Ventoux, pora na Alpe d’Huez.
Czy zatem na kultowych serpentynach zostanie poprawiony czas Pantanieg i Armstronga? A jeśli nie, to może przynajmniej Landisa czy Klodena? Choć Alpe d’Huez zobaczymy w połowie wyścigu, etap, na którym zostanie podjechane zapowiada się na bardzo wymagający.
Ostatnie dokonania Pogacara, Bernala czy Roglica wskazują, że prędkość podjeżdżania na poziomie 1740m/h w takich okolicznościach jest możliwa. A to oznacza, że by złamać granicę 39 minut i pojawić się w pierwszej dziesiątce najszybszych rezultatów trzeba będzie na koniec liczącego 166km etapu, zaliczając po drodze Galibier i Croix de Fer, wygenerować ok 6,2W/kg.
Trudne, ale nie niemożliwe a równocześnie rozpoczynające na nowo dyskusję o dopingu we współczesnym kolarstwie.
Po ewidentnym załamaniu tempa jazdy w 2011r, gdy system paszportów biologicznych niewątpliwie wstrząsnął zawodowym peletonem, ten stopniowo zaczął odrabiać straty.
Choć “marginal gains” stały się frazesem, w ciągu dziesięciu lat kolarstwo doświadczyło prawdziwych rewolucji: technologicznych, dietetycznych, treningowych, logistycznych i innych.
Te zdecydowanie wpływają na przebieg rywalizacji. Z jednej strony przyspieszając kolarzy, z drugiej pogłębiając różnice między bogatymi a biednymi.
Niestety poza niewątpliwym postępem, który popycha nie tylko sport wyczynowy, ale całą branżę rowerową, kolarstwo wciąż nie uwalnia się od duchów przeszłości. Stąd też trudno w pełni podziwiać to znakomite, być może najlepsze, najbardziej utalentowane i zdecydowanie najbardziej profesjonalne w historii pokolenie wiedząc, że za jego sukcesami wciąż stoją ludzie, którzy sami przyjmowali i podawali niemal nieograniczone ilości “twardego” dopingu.
Zatem choć wśród wielkich wyzwań, przed którymi stoi zawodowy sport wymienia się ekonomię i ekologię, należy przede wszystkim domagać się otwartości i transparentności.
Szukając więc swoich bohaterów sezonu 2021 i wybierając idoli sezonu 2022 proponuję wybierać tych, którzy wnoszą do peletonu coś więcej niż piękną jazdę i kolejne zwycięstwa.
Julian Alaphilippe kończy sezon spędzony w tęczowej koszulce z czterema zwycięstwami na koncie. W czasie swojego panowania Francuz kilkukrotnie pokazał nie tylko znakomitą dyspozycję, ale też i niezwykłą charyzmę, która jest jego znakiem rozpoznawczym.
“Ranking kolarskich mistrzów świata” to mój wieloletni projekt, w którym śledzę, jak w XXIw radzą sobie zdobywcy tęczowej koszulki w sezonie po zdobyciu tytułu najlepszego szosowca.
Ponieważ zasady rankingu UCI są zmienne, pod uwagę biorę punktację popularnego “CQ Ranking”, zwracam również uwagę na liczbę zwycięstw. Ta, choć niewątpliwie wpływa na liczbę zdobytych punktów, zależna jest od specjalizacji kolarza. Więcej wygrywał będzie sprinter, mniej zawodnik z ambicjami w wyścigach etapowych.
Uwaga: Tak jak wiele innych spraw, także mój mały projekt został zaburzony przez pandemię. Poprzedni mistrz świata, Mads Pedersen nie miał zbyt wielu szans by sprawdzić swoją formę w tęczowej koszulce. Z kolei Alaphilippe kilka wyścigów mógł pojechać dwa razy. Ostatecznie “skorzystał” z tej szansy tylko raz, ponieważ kraksa na trasie jesiennej edycji Ronde van Vlaandereen zakończyła jego sezon 2020. W przypadku Liege-Bastogne-Liege, gdzie rok temu skompromitował się zbyt wcześnie unosząc ręce w geście triumfu (a wcześniej zmieniając linię sprintu), zaliczyłem mu rezultat z wiosny 2021 (drugie miejsce).
By z kolei oddać sprawiedliwość Pedersenowi, skorygowałem tabelę o wyniki (i zwycięstwa), odniesione już po rozegraniu kolejnych mistrzostw świata (w Imoli), lecz które mu się właściwie “należały” a przez pandemię zmieniły termin (Gandawa-Wevelgem i etap Binck Bank Tour).
Podobne zasady zastosuję do rozgrywanego po tegorocznych mistrzostwach Paryż-Roubaix. Nowemu championowi zostanie zaliczony lepszy wynik uzyskany w jesiennej (2021) lub wiosennej (2022) edycji “piekła północy”.
A jeśli świat się nie zawali, po tej korekcie ranking znów będzie funkcjonował normalnie.
Wracając do Alaphilippe’a, trzeba wrócić właśnie do jesieni zeszłego roku. “Wpadkę” z Liege-Bastogne-Liege naprawił podczas Brabanckiej Strzały, choć trzeba przyznać, że i tam było blisko by koło “wystawił mu” van der Poel. Z kolei podczas Ronde van Vlaanderen, gdy wraz z van der Poelem i van Aertem uciekał w kluczowej fazie wyścigu, został potrącony przez motocykl. Nie tylko stracił szansę na dobre miejsce, ale doznał też złamania kości śródręcza, które zakończyło jego sezon.
Do ścigania wrócił dość wcześnie, bo już w lutym podczas Tour de la Provence. Podczas Strade Bianche nie był w stanie odpowiedzieć na atomowy atak van der Poela, ale za to zdołał wygrać z Holendrem na etapie Tirreno – Adriatico.
Wiosenny szczyt formy mistrza świata przypadł jednak na “ardeńskie klasyki”, gdzie kolejno był szósty w Amstel Gold Race, wygrał w Walońskiej Strzale (po raz trzeci w karierze) a w Liege-Bastogne-Liege znów brał udział w decydującym finiszu, ale tym razem szybszy był od niego Tadej Pogacar.
Przygotowanie do Tour de France Alaphilippe poprowadził przez start w Tour de Suisse, gdzie świetnie spisał się w czasówkach (piąte i drugie miejsce).
Wielką Pętlę “rozliczył” dla siebie już pierwszego dnia. Po brawurowym ataku na 2km przed metą samotnie minął linię mety i został liderem wyścigu. To osiągnięcie szybko “poprawił” van der Poel, dzień później popisując się jeszcze większą charyzmą i śmiałością. Musimy jednak pamiętać, że przez cały Tour Alaphilippe odgrywał też kluczową rolę w “pociągu” Marka Cavendisha wydatnie przyczyniając się do czterech wygranych etapowych Brytyjczyka.
Mistrz świata nie wybrał się na Igrzyska w Tokio, za to zajął szóste miejsce w Clasica San Sebastian a powrót do bardzo wysokiej formy pokazał podczas klasyku w Plouay (drugie miejsce, kolarze Deceuninck – Quickstep zostali ograni przez Benoit Cosnefroy) a także w sprawdzianie przed próbą obrony tytułu, czyli Tour of Britain. Tam jednak bardziej dynamiczni i silniejsi byli od niego Wout van Aert i Ethan Hayter.
Na szosowe mistrzostwa świata 2021 we Flandrii Alaphilippe przyjeżdża w dobrej dyspozycji i z mocną drużyną. Z pewnością będzie jednym z kandydatów jeśli nie do zwycięstwa to przynajmniej do medalu.
Sezon Francuza w tęczowej koszulce był więc bardzo udany. W gronie mistrzów świata ze startu wspólnego w XXIw plasuje się na siódmym miejscu. Trzeba jednak pamiętać, że pierwszy, trzeci i piąty najlepszy sezon miał Peter Sagan. Alaphilippe niemal cały czas prezentował wysoką formę, decydował o obliczu wyścigów, w których startował a zwycięstwa odniósł w prestiżowych imprezach.
Swoją charyzmą i osobowością dodawał tytułowi splendoru, a jego jazda właściwie zawsze wzbudzała wielkie emocje kibiców. Krótko mówiąc Julian Alaphilippe był znakomitym mistrzem świata.
Rafał Majka to jeden z najwybitniejszych polskich kolarzy. Choć wygrywa rzadko, jego triumfy należą do szczególnie cennych i są kamieniami milowymi w historii naszego sportu.
Tour de France 2014, etap 14
Po znakomicie rozpoczętej karierze w World Tourze u boku Alberto Contadora oraz dwóch miejscach w pierwszej dziesiątce Giro d’Italia, Rafał Majka zadebiutował w Tour de France jako kluczowy pomocnik Hiszpana. Ten jednak wycofał się z wyścigu z kontuzją kolana a polski kolarz zaczął zabierać się w ucieczki, kolekcjonując punkty w klasyfikacji górskiej i próbując wygrać etap. Na odcinku numer 13 niedaleko przed metą w Chamrousse doścignął go będący w świetnej formie Vincenzo Nibali (triumfator całego wyścigu). Dzień później, w Risoul Majka był już najlepszy wprawiając w euforię polskich kibiców i komentatorów Eurosportu.
Tour de France 2014, etap 17
Po sukcesie w Alpach, Rafał Majka kontynuował świetną jazdę w Pirenejach. Na górskim finiszu w Saint Lary Soulan, znów był najlepszy, a zgromadzone punkty wzbogacone o te za trzecie miejsce kolejnego dnia na podjeździe Hautacam (gdzie najszybszy był Nibali przed Thibaut Pinot) dały Polakowi wygraną w klasyfikacji górskiej i możliwość zaprezentowania „koszulki w grochy” na podium w Paryżu.
Tour de Pologne 2014
Na fali sukcesu podczas Wielkiej Pętli, Rafał Majka przyjechał na Tour de Pologne. Już rok wcześniej dobrze spisał się na trasie TdP, finiszując na czwartym miejscu. Tym razem był najlepszy na górzystych etapach do słowackiego Szczyrbskiego Plesa oraz do Bukowiny Tatrzańskiej a na czasówce ulicami Krakowa obronił się przed Ionem Izagirre. Było to pierwsze zwycięstwo Polaka w Tour de Pologne ery World Touru oraz pierwsze od 2003r, gdy w imprezie triumfował Cezary Zamana.
Tour de France 2015, Etap 11
W 2015r Alberto Contador podjął próbę wygrania Giro d’Italia i Tour de France w jednym roku. Na Wielkiej Pętli pomóc miał mu w tym Rafał Majka. Ponieważ jednak znużony walką we Włoszech Contador nie nadążał za kolarzami Team Sky, Majka dostał szansę w Pirenejach na etapie prowadzącym przez przełęcz Tourmalet z metą w Cauterets. Było to jego trzecie zwycięstwo etapowe na górskim etapie Tour de France w karierze. Dwa miesiące później, po znakomitej jeździe, Polak stanął na trzecim stopniu podium klasyfikacji generalnej Vuelta a Espana.
Vuelta a Espana 2017, etap 14
W sezonie 2016 Majka ponownie spróbował sił w klasyfikacji generalnej Giro d’Italia, gdzie zajął bardzo dobre, piąte miejsce. Na Tour de France w obliczu wycofania się Alberto Contadora znów podjął trud walki w klasyfikacji górskiej. Choć tym razem bez wygranej etapowej, to jednak drugi raz w karierze stanął „w grochach” na podium w Paryżu. Zbudowana tam forma pozwoliła mu również wywalczyć brązowy medal Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro. Po zmianie barw klubowych na Bora-Hansgrohe w 2017r, jako lider ekipy miał walczyć w Tour de France, jednak kraksa na 9. etapie wykluczyła go z wyścigu. Na hiszpańską Vueltę pojechał więc z zamiarem wygrania etapu co udało mu się na ciężkim podjeździe Sierra de la Pandera.
Vuelta a Espana 2021, etap 15
Rafał Majka musiał czekać na kolejną wygraną aż cztery lata. W tym czasie cały czas prezentował bardzo wysoki poziom, zajmując szóste miejsca w Giro d’Italia i Vuelta a Espana 2019, trzecie miejsce Tirreno-Adriatico 2020 i czołowe lokaty w wielu tygodniowych etapówkach oraz górzystych klasykach. W sezonie 2021 zmienił pracodawcę i przeniósł się do drużyny UAE Team Emirates. W czasie Tour de France pomógł Tadejowi Pogacarowi w wygraniu całego wyścigu, szczególnie dobrze jadąc w Pirenejach. Na hiszpańską Vueltę pojechał z zamiarem wygrania etapu, co uczynił podczas 15. dnia wyścigu po znakomitej ucieczce dnia i solowym rajdzie zapoczątkowanym ponad 80km przed metą w El Barraco.
Licznik zwycięstw Rafała Majki póki co zatrzymał się na liczbie „12”.
Do wygranych wyścigów i etapów należy jeszcze dodać dwa zwycięstwa w klasyfikacji górskiej Tour de France (2014, 2016). Choć na Igrzyskach w Rio de Janeiro zajął trzecie miejsce, które nie liczy się do tych statystyk, zdobycie medalu olimpijskiego niewątpliwe należy dodać do całej puli, podobnie jak trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Vuelta a Espana 2015.