Autor: mt_jr

  • Cała Polska je truskawki?

    Cała Polska je truskawki?

    Cała Polska biega. Cała Polska na rowery. Cała Polska klaszcze. Raz, dwa trzy. Cała Polska je truskawki (choć drogie). Miłe, pożyteczne i robiące wiele dobrego akcje, moderowane głównie przez Gazetę & co. Szkoda tylko, że rozmijające się z prawdą.

    W czym problem? W domenie. Sezonowe akcje podpięte są pod sport.pl. Na polskanarowery.SPORT.pl opisywane są więc głównie sprawy związane ze zmianami w Prawie o Ruchu Drogowym (o refleksjach z tym związanymi przy innej okazji), zachowaniem w mieście, ubiorem, stylem, BHP i czymkolwiek jeszcze. A nie ze sportem. Fakt, znajdziemy tam też kalendarium, czasami zdarzy się też jakaś relacja albo zaproszenie. Nie to jest jednak najważniejsze.

    Minister Sportu w wywiadzie, którego udzielił Przemysławowi Iwańczykowi jest zbudowany tym, ile osób trenuje, odchudza się lub po prostu dojeżdża do pracy. Ja jestem zbudowany tym, ile osób biega wokół krakowskich Błoń albo uprawia sprint za odjeżdżającym autobusem (także w nieprzystającym do tego obuwiu). Ba jestem pod wrażeniem sprawności fizycznej lokalnych bandytów uciekających przed policjantami. Ci z kolei wprawiają mnie w lekkie przygnębienie, gdyż z pewnością nie dołączyli do akcji Polska Biega (sport.pl), dostali zadyszki i gnojki im uciekły.

    Mylone są pojęcia, mylone są pomysły, mylone są idee, mylone jest wszystko. Minister narzeka, że w pracy nie ma prysznica, więc do pracy dojechał samochodem a nie rowerem (czyli jak sądzę, zamiast spokojnie przemieścić się na mieszczuchu, zrobił godzinny trening z kilkoma akcentami). Na pytanie o wyzwanie, udziela odpowiedzi, że chce wziąć udział w maratonach Mazovii i spróbować rywalizacji z zawodowcami (i tymi, którzy nimi się czują). Ok, dla ministra niewątpliwie wyzwaniem może być wygospodarowanie czasu w weekendowe przedpołudnie, jednak na stówkę wpisowego raczej go stać. To, że nie powącha nawet spalin zawodników nie zmieni faktu, że ukończył maraton. Tak jak trzydziestoletni biegacze (w sensie: zdrowi mężczyźni w wieku zbliżonym do tego, w którym dysponują maksymalnymi możliwościami fizycznymi), dla których celem jest przebiegnięcie maratonu w cztery i pół godziny. Można to osiągnąć miło spędzając czas na świeżym powietrzu, często ze znajomymi. Nie trzeba trenować, nie trzeba uważać na to, co się je. Ba, można nawet nie rzucać palenia.

    Minister sportu chce, aby Ministerstwo angażowało się w akcje promujące sport. Śledząc jego tok myślenia, zapewne chodzi o rodzinne pikniki z elementami rywalizacji dla podtrzymania atmosfery. Zadanie w sam raz dla rad dzielnic przed wyborami (dla kontrastu rada Gminy gdzieś w Wielkopolsce lub na Śląsku wesprze w zimie zawody przełajowe, gdzie ścigać się będą juniorzy z lokalnych UKSów).

    Fakt, że w Krakowie (drugim co do wielkości mieście w Polsce, zielonej wyspie na mapie pogłębionej w kryzysie Europy) jest co roku kilka tysięcy „osobostartów” na maratonach mtb (o możliwość startu na Błoniach lub w okolicy stara się niemal każdy organizator) nie wpływa na to, że nie bardzo można zapisać nastoletnie dziecko do klubu, w którym mogłoby próbować treningów z prawdziwego zdarzenia. Czemu? Bo działający jest jeden (Krakus w Swoszowicach, nota bene kształcący co chwilę kolarza, który próbuje robić karierę w szerokim świecie), a mtb nie ma ani jednego. Możemy więc sobie promować sport do woli, ale fajnie, gdyby najpierw było go gdzie, z kim i za co uprawiać. Bo to nie polityka i nie marketing. Tylko ciężka praca. Tu trzeba coś umieć.

  • Racers ready? Watch the game.

    Racers ready? Watch the game.

    Ok, oficjalnie startuję. Dość długo mierzyłem się z pomysłem pisania bloga, szukałem formy i tematyki. Cóż, ciągle najbliższe jest mi kolarstwo, więc głównie na ten temat będę się tu wypowiadał. Cel mam prosty: wypełnić niszę, której mi brakuje przeglądając lokalne media. Skupić się na tekstach opartych na pomyśle, argumencie, czasem emocji. Nie interesuje mnie przepisywanie newsów czy prymitywny sponsoring. Piszę od siebie, o tym co widzę, w czym uczestniczę i jak to odbieram. Stąd też sport to nie wszystko, aczkolwiek w tematyce wykraczającej poza to, czym się zajmuję niemal całe życie, pozwalam sobie na działania bardziej intuicyjne. Zatem zapraszam do zaglądania od czasu do czasu i z niecierpliwością czekam na feedback.

  • Dlaczego nie lubię (większości) wywiadów

    Dlaczego nie lubię (większości) wywiadów

    Wywiady z zawodnikami są nudne. A ściślej: wywiady z polskimi zawodnikami są nudne. Wnoszą niewiele, właściwie można by je pisać w domu i wysyłać do autoryzacji (choć nawet nie zawsze). Specyficzne pojmowanie profesjonalizmu sprawia, że właściwie nie ma sensu zadawać trudnych pytań.

    Jak forma? Co planujesz w najbliższym czasie? Co sądzisz o poziomie zawodników? Jakie są różnice między warunkami w Polsce i zagranicą? I tak dalej. Zastanawiam się, czy to wina dziennikarzy czy zawodników. A może i jednych i drugich. Biorąc do ręki Pro Cycling albo zaglądając na Cyclingnews.com raz na jakiś czas trafia się perełka. Zawodnicy nie tyle odpowiadają na pytania, co opowiadają o swoim życiu. Ciekawym, fascynującym, trudnym. O zmaganiu się z problemami, presją, ale i codziennością czy życiem rodzinnym. Historia się toczy, a co najważniejsze, znajduję w niej fragmenty, których nie byłbym w stanie wymyślić układając wywiad.

    Oczywiście nikt nie używa stwierdzeń bezkompromisowych, nie odkrywa też swoich prywatnych tajemnic treningowych. W opowieści sprzedawana jest za to filozofia konkretnego człowieka. Jego poglądy, spojrzenie na świat. Oraz doświadczenie. W ten sposób wielokrotnie dałem się oczarować Andrzejowi Stasiukowi. Pisarz, z którym wywiady czytam uważnie i czekam na każdy kolejny, swoją postacią zachęca mnie do sięgnięcia po jego książki. Mam ich kilka, nie przeczytałem żadnej. Przy bliższym poznaniu czar pryska, co nie zmienia faktu, że rozmowy ze Stasiukiem są fascynujące.

    Gdzie jest różnica? Po pierwsze czas. Na rozmowę trzeba poświęcić go więcej. 15 minut przez telefon, kwestionariusz wysłany mailem, rozmowa po dekoracji na zawodach. Czy w ten sposób można uzyskać coś ponad schemat? To raz. Dwa, trzeba faktycznie zainteresować się drugą osobą i niekoniecznie sprzedawać swoją tezę. Jeśli się zastanowię, to spora część wywiadów, które sam zrobiłem i większość, które czytam w naszych mediach rowerowych, ma charakter użytkowy. Ot, taki grzech „prasy sponsorowanej”. Bo i wydawca jest zależny od swoich sponsorów i zawodnik jest zobowiązany względem swoich własnych i pora roku odpowiada danej grupie interesów i tak dalej i tym podobne. A że na rynku mało środków i dobrostan niewielki, to każdy dba o swoje. Marketingowiec się cieszy, bo może sobie policzyć zwrot, za to czytelnik nie dostaje zbyt wiele. Nie poznaje, nie może się utożsamić, polubić (lub znielubić). Pozostaje obojętny.

    Istotną kwestią wreszcie jest fakt, że nasi nieliczni zawodowcy traktowani są jak dobro narodowe, podobnie jak gwiazdy Tour de Pologne goszczące u nas raz do roku. Nie wybiera się więc ciekawych historii, tylko z urzędu indaguje każdego, kto coś w sporcie osiągnął. Przy odpowiednich kontaktach można nawet wygenerować niezły hajp na daną postać i choć niekoniecznie będzie jej z tego powodu lepiej materialnie, to sporo korzyści może ugrać. I żeby nie było wątpliwości. To nie jest złe. Jest potrzebne, bo w końcu z czegoś trzeba żyć. Szkoda tylko, że tak rzadko robiony jest krok w inną stronę (by nie powiedzieć do przodu). Za link do intrygującego wywiadu sportowego zrobionego, z polskim zawodnikiem lub przeprowadzony przez polskiego media workera będę niezmiernie wdzięczny.

    P.S. Ostatnio tak jak na wywiady ze Stasiukiem, czekam na rozmowy z Orestem Lenczykiem. Weteran wśród aktywnych trenerów piłkarskich, który osiągnął na tyle dużo a z drugiej strony ciągle pozostaje na tyle poza układem, że może sobie pozwolić na minimum wolności przed mediami. Polecam.

  • Bettini 2.0

    Bettini 2.0

    Marc Madiot, człowiek, który kształtował początki kariery Philipe?a Gilberta twierdzi, że jeśli jest w peletonie jakiś kolarz, który nie stosuje dopingu, to jest nim właśnie Belg (a w zasadzie Walończyk). Czy można w to wierzyć? Sądząc po tym, w jakim stanie kolarz grupy Omega Pharma znajduje się po każdym kolejnym wielkim zwycięstwie chyba faktycznie tak jest.

    Łatwo powiedzieć, że przewidywało się wielkie triumfy danego zawodnika, gdy ten je już odnosi. Jeśli jednak sięgnę pamięcią wstecz, to jego pierwszego ważnego akcentu w karierze,  czyli wygranej w Omloop Het Volk wczesną wiosną 2006r, już wtedy cieszyłem się z wygranej Gilberta. Liczyłem, że będzie to bodziec, który wpłynie na rozwój jego kariery. Dlaczego właśnie zwróciłem uwagę na jego osobę? Cóż, w owym czasie był spory hajp na młodych kolarzy z FDJ. Mówiło się jeszcze o Thomasie Lovkviscie, Jussi Veikkanenie, nadzieje na dalsze sukcesy pokładano także w Sandym Casarze. Jak w wielu wypowiedziach powtarzał wspominany już Madiot, Gilberta spod swoich skrzydeł wypuścił tylko ze względu na finanse. FDJ to grupa niezbyt zamożna, której esencją są młodzi zawodnicy, którzy często robią krok dalej w bardziej dofinansowanych ekipach. W przypadku Belga fakt rozwoju poza FDJ wiąże się także z przejściem do drużyny z jego kraju, w której ma pełne wsparcie podczas wyścigów klasycznych.

    Nie dostawałby go jednak, gdyby nieprzeciętne możliwości, jakie prezentuje. Już teraz, a nie ma jeszcze 29 lat, zapisał się na kartach historii kolarstwa. Nie tylko powtórzył wielki wyczyn Davide Rebellina, czyli wygrał trzy ardeńskie klasyki: Amstel Gold Race, Walońską Strzałę i Liege-Bastogne-Liege, ale jeszcze go poprawił. Fenomenalną serię rozpoczął bowiem kilka dni wcześniej, triumfując w Strzale Brabanckiej. Nie jest to jednak pierwsza taka seria w wykonaniu belgijskiego kolarza. W 2009r wygrał Coppa Sabatini, Giro del Piemonte, Paryż ? Tours i Giro di Lombardia. Co go jednak odróżnia od niesławnego Rebellina, to opinia kolarza ?czystego?. Styl, w jakim w tym roku rozbił braci Schlecków podczas L-B-L (dwaj wybitni górale nie byli w stanie we dwóch pokonać osamotnionego Gilberta) a także rozprawił się z rywalami na innych górskich finiszach: w Huy i na Caubergu nie pozostawił dyskusji co do przewagi jaką miał nad rywalami. Różnica tkwi w szczegółach. Philipe Gilbert, podobnie jak Cadel Evans (zawodnik, który również podejrzewany jest o jazdę w porywach na aminokwasach i sterolach roślinnych) wjeżdżając na metę po wielkim zwycięstwie jest u kresu sił. Umordowany, słania się na nogach, często siada opierając się o barierki. Spory dysonans w porównaniu z herosami, którzy jeszcze niedawno po najbardziej morderczych końcówkach etapów tryskali nie tylko energią ale i dowcipem, dbając głównie o nienaganny styl swojej fryzury.

    Próbując przewidzieć, co będzie działo się dalej, pojawiają się dwa pytania. Kiedy i ile razy Gilbert zdobędzie mistrzostwo świata oraz czy jest w stanie stanąć na podium wielkiego touru. Odpowiedź na drugą kwestię jest łatwiejsza. Przy niezbyt trudnej trasie oraz nieszczególnie mocnej obsadzie (brak Contadora), może się to udać. Choć Belg do tej pory nie rejestrował się nawet w pierwszej dwudziestce, klasyfikacja generalna nigdy nie była jego celem. Skoro w przeszłości Vueltę wygrał Laurent Jalabert, kto wie, na co stać Gilberta. Co kilka lat trasa hiszpańskiego touru omija najbardziej mordercze podjazdy, często też przez specjalistów wyścigów etapowych traktowana jest jako kąsek na pocieszenie a nie jako główny cel sezonu. Zatem scenariusz, że podopieczny Marca Sergante?a stanie w ciągu najbliższych kilku lat na podium w Madrycie jest całkiem możliwy. Inną sprawą jest zdobycie tęczowej koszulki. Po pierwsze mistrzostwa świata to do pewnego stopnia loteria. Po drugie, Gilbert ma w reprezentacji swojego kraju równorzędnego konkurenta, również wybitnego specjalistę wyścigów klasycznych. Tom Boonen jest równorzędną postacią i np. w tym roku to raczej on będzie liderem w Kopenhadze, gdzie trasa preferuje sprinterów. Wspominany w tytule Paolo Bettini, którego osiągnięcia Philippe Gilbert zaczyna powoli doganiać miał paradoksalnie lepszą sytuację. Choć reprezentacja Włoch zawsze była naszpikowana gwiazdami, ?Świerszcz? był ewidentnie najlepszym ?klasykiem?. Dodatkowo nieżyjący już Franco Ballerini potrafił być absolutnie bezkompromisowy w doborze ekipy na mistrzostwa, tymczasem Belgowie nie mają takiej postaci na stanowisku dyrektora sportowego. Czas więc pokaże, czy Gilbert będzie jeździł w tęczowej koszulce. Nawet jeśli jej nigdy nie zdobędzie, już teraz można wpisać go do panteonu największych gwiazd w historii kolarstwa.

  • Dlaczego skreślamy Toma Boonena (i inne gwiazdy sportu)?

    Dlaczego skreślamy Toma Boonena (i inne gwiazdy sportu)?

    Życie wybitnego kolarz po trzydziestce musi być bardzo ciężkie. Mając na swoim koncie niemal wszystko, co było w zasięgu możliwości i będąc u ich szczytu trzeba nadal walczyć z coraz to nowymi rywalami. I choć spokojnie można by położyć się na katafalku i myśleć o śmierci, a przynajmniej o końcu kariery, lukratywny kontrakt, wierni fani oraz rządni newsów dziennikarze ciągle chcą więcej.

    Po rewelacyjnym sezonie 2005, kiedy wygrał dookoła Flandrii, Paryż ? Roubaix oraz mistrzostwo świata Tom Boonen (wówczas dwudziestopięciolatek) zapowiedział, że chce się ścigać do trzydziestki. Od tamtej pory jeszcze raz wygrał Flandrię, dwa razy Paryż- Roubaix, zieloną koszulkę najlepszego sprintera Tour de France, mistrzostwo swojego kraju oraz wiele pomniejszych triumfów. Po tegorocznej wiośnie wyścigów klasycznych, a w zasadzie jeszcze w trakcie jej trwania (gdy odpadał po defekcie z walki o zwycięstwo w ?Piekle Północy) jest raczej stawiany po stronie przegranych. Jest to o tyle ciekawe, że na swoim koncie zapiał wygraną w prestiżowym Gandawa-Wewelgem a we Flandrii był czwarty. Biorąc pod uwagę, że w sezon wchodził niepewny dyspozycji a jego start w Mediolan-Sanremo nie był wcale pewny, można to uznać za sukces.

    Obiektywy kamer, aparatów oraz twitterowe konta skierowane były na innych. Cancellara, Gilbert, Hushovt, nawet preferujący specyficzny styl jazdy Pozzato przykuwali uwagę mediów i rozbudzali emocje fanów. Tymczasem Boonen nie dość, że jest już praktycznie rozliczony z sezonu, wszak wygrał istotny wiosenny wyścig, to jeszcze w RVV decydował o obliczu rywalizacji, sprowokował głównego faworyta ? Fabiana Canellarę do przedwczesnej akcji a w Roubaix w słynnym lasku Arenberg (gdzie wyścig przegrał już niejeden as) miał po prostu pecha.

    Co więcej, jeśli ominą go kontuzje lub problemy osobiste może być kluczową postacią jesiennych mistrzostw świata w Kopenhadze. Jesienią zazwyczaj jest w dobrej formie, budując dyspozycję podczas hiszpańskiej Vuelty. Aby sięgnąć po drugą tęczową koszulkę, musi dostać trochę spokoju. Stawka jest wielka, ponieważ zrównałby się z Paolo Bettinim, uznawanym za króla klasyków ostatniej dekady a także w pewnym sensie z Johanem Musseuwem, którego jest w belgijskim peletonie następcą. Tyle tylko, że choć z pozoru radosny, Tom Boonen jest postacią dość kruchą. Trudno stwierdzić, czy winna jest temu presja sponsorów, mediów czy kibiców, ale po spektakularnych sukcesach osiągniętych w młodym wieku, gdy pojawiła się pewna stagnacja, Belg zaczął mieć problemy. Zawieszenie za zażywanie kokainy (chociaż ?rekreacyjne? a nie zmierzające do poprawy wyników sportowych), problemy z alkoholem, szybka jazda samochodem? na myśl przychodzą problemy tragicznie zmarłego ?złotego dziecka? flamandzkiego kolarstwa, Franka Vandenbrucke?a.

    Całe szczęście, Boonen żyje w nieco innej epoce a do tego cała jego kariera związana jest z jednym dyrektorem sportowym. Swoją drogą, póki Patric Lefevre, menadżer grupy Quick Step cieszył się dobry zdrowiem i bardziej aktywnie niż teraz zarządzał swoją ekipą, kariera ?Tornado Toma? błyskotliwie się rozwiała. Gdy, nie tak przecież wiekowy (Lefevre w tym roku obchodził 56. Urodziny) szef Boonena podupadł na zdrowiu, kariera jego podopiecznego faktycznie nieco przygasła. Z drugiej strony Flamandczyk jest kolarzem, który raczej realizował kilka wyznaczonych celów w sezonie niż odnosił seryjne zwycięstwa. I choć w zeszłym sezonie nie wygrał zbyt wiele a w tym ma na koncie wygraną ?tylko? w semi-klasyku potrafi sprawy rozegrać tak, by zapewnić sobie kontrakt na kolejny sezon. Sęk w tym, że choć zapewne może osiągnąć jeszcze wiele – wiosenne wyścigi jednodniowe preferują kolarzy mogących pochwalić się sporym doświadczeniem, pojawia pytanie, czy kolejne lata w zawodowym peletonie są tym, czego naprawdę chce.

  • Taka piękna porażka.

    Taka piękna porażka.

    Nie ma nic bardziej fascynującego niż porażka 100% faworyta. Fabian Cancellara będąc najsilniejszym zawodnikiem, w popisowy sposób przegrał Ronde van Vlaandereen oddając na finiszu zwycięstwo Nickowi Nuyensowi. Szwajcar nadmiernie pewny swoich sił, wielokrotnie prowokowany przez rywali nie dał rady kolarzom, którzy w przedstartowych rankingach stawiani byli najwyżej w roli czarnego konia.

    W pierwszą sobotę kwietnia oglądałem prawdziwe święto sportu. Nie dość, że przy trasie zgromadzonych było około miliona widzów – to prawdziwy fenomen, którego zazdrościć mogą inne dyscypliny – to jeszcze zawodnicy dostarczyli fanom niespotykanych w ostatnich latach wrażeń. Na 40km przed metą Fabian Cancellara dał się sprowokować głównemu rywalowi. Tom Boonen, czy to w imię zespołowej taktyki (miał z przodu pomocnika – jokera, Sylvaina Chavanella) czy też własnych interesów („kasował” odjazd klubowego kolegi) przyspieszył zmuszając lidera teamu Leopard do kontry. Sam nie wytrzymał, Szwajcar pojechał do przodu a gdy dogonił prowadzącego stawkę Francuza a przewaga nad peletonem szybko osiągnęła minutę, byłem przekonany, że będzie dokładnie tak jak rok temu. Tyle tylko, że w grupie zasadniczej można było zaobserwować niespotykaną determinację, aby tym razem nie oddać Cancellarze zwycięstwa. Zawodnicy BMC, Quick Stepu i Omega Pharma (gdy tylko dociągnęli do peletonu wracającego po defekcie Gilberta) dawali z siebie wszystko i na słynnym Murze doścignęli uciekinierów.

    Obrońca tytułu, choć umordowany – wszak jechał przeciwko wszystkim pozostałym faworytom – nie poddawał się. Resztkami sił atakował na płaskim kilka kilometrów przed metą, czym tak naprawdę wygrał miejsce na podium. W walce „na kreskę” brakło mu ostatecznie sił. Przegrał z Nuyensem, jadącym przez większość wyścigu w cieniu największych herosów oraz bohaterem dnia, Chavanellem.

    W całej tej historii jest kilka faktów godnych wyróżnienia. Po pierwsze, Fabian Cancellara był absolutnie najmocniejszym kolarzem tego dnia. Przegrał, bo wyjątkowo zmobilizowani byli jego rywale. Rzadkość, ponieważ często w ostatnich latach peleton uginał się pod ciężarem dyspozycji numeru jeden. Po drugie, jak zawsze perfekcyjną taktykę obrał Quick Step, tyle, że Boonen był za słaby w konfrontacji 1:1 z Cancellarą a Chavanell zbyt mało pewny siebie by zrobić to, co Devolder w latach ubiegłych. Po trzecie wreszcie drugi rok z rzędu wygrał zawodnik prowadzony przez Bjarne Riisa,
    choć ten teoretycznie nie dysponował karetą asów jak to było w latach ubiegłych.

    Sam Riis ekstazie po zwycięstwie Nuyensa omal nie rozbił teamowego samochodu, co można było zobaczyć na żywo, gdyż przekaz telewizyjny zrobił kolejny krok w podniesieniu atrakcyjności relacjonowania kolarstwa. Kamery w samochodach dyrektorów sportowych kluczowych ekip podniosły poziom emocji (gdy Cancellara uciekł można się było m.in. dowiedzieć, że wiarę w zwycięstwo straciło kierownictwo ekipy Sky) ale stały się też argumentem przeciw zakazowi łączności radiowej. Mimo kontaktu menadżerów z kolarzami widowisko nie straciło na jakości. Wystarczyło, że ci byli dostatecznie zmotywowani do walki.

    Choć fizyczna przewaga, jaką Fabian Canellara ma nad swoimi rywalami – ścisłą czołówką specjalistów wyścigów klasycznych – pozostawia sporo wątpliwości, przebieg „Flandryjskiej Piękności” sprawił, że pierwszy raz od lat czekam z niecierpliwością na Paryż – Roubaix. I mimo pewnej słabości podczas RVV kibicuję Boonenowi.

  • Kolarskie święto wiosny

    Kolarskie święto wiosny

    ?Vlaanderens mooiste?, kolarskie święto wiosny. Herosi na starcie, tylko najbardziej kompletny zawodnik przy wsparciu najlepszej drużyny może wygrać w Meerbeke. Nie sprinter. Nie wychudzony góral i nie osiłek, który przepchnie rower przez kocie łby.

    Nie wiem, czy jest lepszy dzień na powrót do komentowania wydarzeń kolarskich niż dzień najpiękniejszego z monumentów. Ronde van Vlaandereen startuje z Brugii, zmierza do Meerbeke. Jak co roku przez brukowane (choć bruku coraz mniej, mimo, że niektóre miejsca są wpisywane na listę zabytków) pagórki przejadą największe gwiazdy zawodowego peletonu.

    Tym razem mamy do podziwiania prawdziwy gwiazdozbiór. Po przetasowaniach na rynku transferowym, nowe ekipy powstałe w ostatnich latach (Sky, BMC, Cerverlo-Garmin, Leopard) stawiają na klasyki jak mało kto wcześniej. Tradycyjny belgijsko ? holenderski pojedynek staje się zdecydowanie bardziej otwarty. Do dyrektorów sportowych: Lefevre?a wraz z pomocnikami (Quick Step), Serganta (Omega Pharama Lotto) i Breukinka (Rabobank) dołączają inni. Już kilka lat temu na klasyki postawił Bjarne Riis, jednak człowiek, który doprowadził do sukcesów zawodników Saxo Bank, czyli Kim Andersen zachował się niczym żmija wychodowana na piersi matki. Zabrał najlepszych zawodników i założył konkurencyjną drużynę, która w tym roku stawiana jest w roli największego faworyta.

    Fabian Cancellara, zwany nieco pretensjonalnie ?Spartakusem? to absolutny faworyt numer jeden. Podczas zawodów E3 poniżył rywali odjeżdżając od grupy faworytów na płaskim terenie ?jak gdyby nigdy nic?. Pytania o jego nadzwyczajną dyspozycję nasuwają się same. Odwrócenie tematu w stronę rozwiązań technologicznych, jakie rzekomo lub realnie stosowane są w rowerze Szwajcara odsuwa uwagę od gigantycznej przewagi, jaką ma nad konkurentami. Całe szczęście, poza rowerem Cancellara wydaje się być miłym i spokojnym człowiekiem, który z szacunkiem wypowiada się o kolegach z peletonu. W większości wcześniejszych przypadków zawodnicy, którzy w tak dosadny sposób udowadniali swoją dominację na rowerze byli też aroganccy poza szosą. Co symptomatyczne, zazwyczaj źle kończyli gdy okazywało się, że ich bezkompromisowy styl jazdy jest efektem chemicznego wspomagania.

    Boonen, Gilbert, Devolder, Flecha to postaci, które w ostatnich latach dominowały podczas wiosennych klasyków. Cancellara dorastał razem z nimi, ale w pewnym momencie zrobił wielki krok naprzód, deklasując tych wybitnych kolarzy. Jego nadnaturalne zdolności to jeden z nielicznych minusów, jaki może przyćmić mi przyjemność z oglądania relacji z wiosennego święta mojego sportu :)

  • Blast from the past

    Blast from the past

    Kilka tekstów, z których po pewnym czasie od ich publikacji nadal jestem zadowolony. Z różnych względów, często pozamerytorycznych. Z oddalenia widać też sporo braków i niedociągnięć. Na usprawiedliwienie pozostawiam sobie presję wysokiego tempa, w jakim musiałem je generować.

    Niewiarygodne przygody Davida Millara
    Wywiad z Alessandro Ballanem, w którym sugeruję to, co stało się 2 lata później (czyli Mistrzostwo Świata dla tego zawodnika)
    Lene Byberg
    Miła korespondencja z Pią Sundstedt
    Mój „idol” Lance Armstrong wychodzi z zamrażalnika
    Mini Mig
    Erik Zabel story
    Kilka słów o Paolo Bettinim
    Przełaje – moja wannabe dyscyplina