Zaskoczenie? Tak. Sensacja? Nie! Brandon McNulty, co prawda wraz z Tadejem Pogacarem, ale jednak wygrał przecież po ucieczce zainicjowanej ponad 30km przed metą. Tak jak wczoraj, tyle, że wczoraj dało mu to tęczową koszulkę mistrza świata!
Amerykanie byli bardzo mocną drużyną, która mimo braku łączności radiowej pojechała najlepiej taktycznie, a mając w składzie równorzędne gwiazdy – jak to USA – zjednoczoną.
Atak McNulty’ego przyszedł w momencie, gdy większości faworytów powoli kończyła się energia po wielu kilometrach bardzo intensywnego ścigania, ataków i pogoni. Co ważne, po tym gdy wcześniej w akcji z van der Poelem jechał Quinn Simmons, którego trzeba było traktować jak poważnego kandydata do medalu.
Równocześnie, gdy McNulty zmierzał po zwycięstwo, jego rywali skutecznie kontrolował Jorgenson, co z pewnością było jednym z powodów, dla których pościg nie układał się jak należy.
Tego dnia była to najlepsza i najlepiej wykonana taktyka.
Swoich rozwiązań próbowali też Belgowie, ale wyszło im to o wiele gorzej. Van Aert atakował niespełna 90km przed metą, rozpoczynając wyścig dla najważniejszych graczy. Sprowokował tym van der Poela, ale po przyspieszeniu Holendra 15km później (został na czele z Simmonsem, Oscarem Onleyem, dołączył do nich Roglic) przeszedł w tryb pogoni dla Remco. WvA wyczerpał jednak swoje zasoby i został z tyłu, więc na kolejnych rundach, gdy przewaga grupy van der Poela utrzymywała się, Evenepoel próbował kilka razy przeskakiwać do czołówki, jednak nieskutecznie.
Gdy na dwa i pół okrążenia przed metą mieliśmy na czele grupkę kilkunastu, mocno już ugotowanych liderów, 3km po tym, gdy grupa MVDP została doścignięta, na płaskim zaatakował McNulty. Amerykanie mieli za nim dwóch swoich kolarzy, van der Poel łapał oddech po wielokilometrowej akcji, gdzieś w międzyczasie Remco był z tyłu i musiał gonić czołówkę, Seixas pilnował del Toro a Pidcock próbował w swoim stylu szarpać by urwać konkurentów.
Tymczasem McNulty “po prostu” jechał ile sił w nogach, trzymając aerodynamiczną pozycję i odliczając kilometry do mety. W pościgu jego rywale byli z jednej strony coraz bardziej zmęczeni, z drugiej co chwilę próbowali dołączyć do lidera indywidualnymi atakami. Wyścig ułożył się w ten sposób, że wraz z nimi jechał też szybki na finiszach Michael Matthews, dołączył też Mads Pedersen, zatem wola dowiezienia ich do mety była niewielka.
W efekcie to McNulty łapiąc się z niedowierzania za głowę jako pierwszy minął linię mety. 13” później drugi finiszował Matthews, wygrywając srebrny medal z van der Poelem.
Mogliście już przeczytać komentarze o tym, jak to McNulty zdobył tęczową koszulkę przez kunktatowstwo swoich rywali. Ale, hej, to jest właśnie kolarstwo. Bywa, że wielkie zwycięstwa osiąga się atakując w odpowiednim momencie, przy określonym układzie taktycznym. A i tak wciąż trzeba być super mocnym by przez 30km, czyli po przejechaniu 240 samotnie uciekać i obronić się przed największymi gwiazdami pro peletonu.
Mamy więc w efekcie ciekawą sytuację. Przez kolejnych 11 miesięcy (w przyszłym roku MŚ będą pod koniec sierpnia) w tęczowej koszulce będzie jeździł znakomity kolarz, ale co do zasady pomocnik. McNulty w drużynie UAE co jakiś czas, zazwyczaj w tygodniowych etapówkach dostaje szansę poprowadzenia swojego zespołu (zazwyczaj wtedy, gdy o wyniku może decydować jazda na czas, jak rok temu na Tour de Pologne, gdzie wygrał), potrafi wygrywać też poszczególne etapy. Na co dzień jest jednak jednym z głównych pomocników Tadeja Pogacara.
Tytuł mistrza świata zostaje więc “w rodzinie”. McNulty ma nadzieję, że Pogacar jest z niego dumny. Z kolei pewne wątpliwości pojawiają się w związku z jazdą del Toro, który być może po części jechał w interesie nie tylko swoim, ale też kolegi z drużyny zawodowej a nie narodowej.
“Pokonanymi dnia” są więc przede wszystkim “górale”, dla których miał to być wyścig. Tymczasem mieliśmy bardzo otwartą rywalizację, w której uczestniczyli przedstawiciele wszystkich kolarskich specjalności. Najbardziej rozgoryczony wydaje się Paul Seixas, który w końcówce stracił nękany kurczami. Młody Francuz czuje, że zawiódł drużynę, świetnie pracującą dla niego przez większość dnia. A że interesowało go tylko złoto, porażka boli go szczególnie.
Nie ma go jeszcze na liście startowej mistrzostw Europy, które już w najbliższy weekend zostaną rozegrane na górzystej trasie w Słowenii. Zgłoszeni są już jednak Evenepoel, Roglic, Ayuso i Pellizzari. A ponieważ prestiż koszulki nie tylko z tęczowym pasem, ale też tym z odcieniami niebieskiego robi się spory, możemy się spodziewać świetnego ścigania w okolicach Ljubljany.
Na koniec, tak jak po jeździe na czas wrzucam podsumowanie marek rowerów, których używali zwycięzcy wyścigów ze startu wspólnego.
Junior – MMR
Juniorka – Canyon
U23 Kobiet – Cervelo
U23 Mężczyzn – Cervelo
Elita Kobiet – Specialized
Elita Mężczyzn – Colnago
A podsumowanie całych montrealskich MŚ przygotuję jako osobny materiał podcastowy.
Partnerem codziennych materiałów z mistrzostw świata był Stamox, producent suplementu z buraka poprawiającego wydolność sportowców.
Na ich stronie możecie używać przy zamówieniach kodu rabatowego MAREK15
#współpracareklamowa




