Tadej Pogacar zdemolował rywali, wygrał etap na Alpe d’Huez i ustanowił nowy rekord kultowego podjazdu. Mimo wyraźnej przewagi nad rywalami, także oni zaprezentowali wybitny poziom sportowy. Ten dzień będzie symbolem obecnej ery sportu rowerowego i tego pokolenia kolarzy.
Wiele czynników musiało złożyć się na to, by Tadej Pogacar poprawił czas Pantaniego sprzed 31 lat o 1’15”, Remco Evenepoel był szybszy niż Lance Arsmtrong w 2001r a Paul Seixas, nie mający jeszcze dwudziestu lat w swoim debiucie w Tour de France został najszyszbym Francuzem w historii kolarskich podjazdów na Alpe d’Huez.
Choć mamy już końcówkę Wielkiej Pętli, sam etap był krótki a przed finałową wspinaczką zawodnicy nie wizytowali najwyższych przełęczy. Dzień wcześniej górski etap przejechali zachowawczo a wcześniejsze odcinki stały pod znakiem rywalizacji uciekinierów a nie faworytów generalki.
Jeśli pojawiały się wątpiwości związane z próbą bicia rekordowego czasu, dotyczyły one głównie sytuacji wewnątrz drużyny UAE: zdrowia pomocników Pogacara oraz jego samego a także ewentualnego, dalszego wspierania Isaaca del Toro przez lidera wyścigu.
Jak się okazało, czarne spodenki, które rzekomo miały symbolizować problemy jelitowe Tadeja Pogacara były najlepszą podpuchą tego sezonu. Pogacar był zdrów jak ryba a nawet jeśli nie wszyscy jego przyboczni byli w idealnej dyspozycji, dali radę pomóc mu na tyle, by sam Słoweniec mógł uhonorować Alpe d’Huez swoim genialnym występem.
Zanim jednak do tego doszło, mieliśmy rywalizację o zieloną koszulkę. A raczej heroiczny wysiłek Madsa Pedersena, który kolejny dzień z rzędu zabrał się do ucieczki dnia (bardzo licznej, około 40-osobowej). Nie w tym jednak rzecz, ponieważ Pedersen, który jest sprinterem czy też klasykowcem, musiał, by zebrać 25 punktów na premii lotnej przejechać dwie bardzo solidne premie górskie. I zrobił to, “z niewielką pomocą przyjaciół”, kolegów z drużyny, którzy wspierają go przez cały ten Tour de France. Teraz ma 57 punktów przewagi nad Jasperem Philipsenem i bardzo dużą szansę na wygranie zielonej koszulki. Na mecie w Paryżu, do której trasa prowadzi przez Montmartre, zatem jest utrudniona dla sprinterów, czeka 50 punktów za pierwsze miejsce, za trzecie jest 20 punktów a za ósme 10. Między pierwszym a trzecim miejscem na premii lotnej jest dziewięć punktów różnicy, Pedersen musiałby mieć bardzo dużego pecha, by Jasper Philipsen go wyprzedził. Wysiłek, jaki włożył w to, by znowu odskoczyć w klasyfikacji i mieć bezpieczną przewagę nad głównym rywalem był olbrzymi i jestem ciekaw, jak będzie wyglądała dalsza część jego sezonu i ile zajmie mu dojście do siebie po tym Tourze.
W ucieczce z Pedersenem jechali też kolarze EF, pilotujący Richarda Carapaza w drodze po punkty na premiach górskich, gdzie ten rywalizował z Paret-Peintrem, ale też Lenny Martinez, który witrualnie dzięki temu awansował w klasyfikacji generalnej. A to oznaczało, że podmęczoną i schorowaną drużynę UAE w kontrolowaniu różnicy czasu wspomagali inni, m.in. Decathlon i RedBull.
Po dojeździe do podnóża Alpe d’Huez tempo nadał przez kilkaset metrów Grosschartner a następnie Tadej przyspieszył i zgubił swoich rywali. Do nadrobienia miał sporo, ponieważ z przodu z licznej ucieczki zostali bardzo poważni gracze: Carapaz, Martinez i Sepp Kuss.
Na Pogacara czekał, mniej więcej w połowie wspinaczki Adam Yates. I co symptomatyczne, Tadejowi pomógł głównie mentalnie, ponieważ ten ucieszył się widząc swojego, niedawno mocno cierpiącego, kolegę w dobrej formie.
Przebijając się przez tłumy kibiców (tu niestety po przejeździe sytuacja wymknęła się nieco spod kontroli, ponieważ jeden z kibiców wszedł pod koła samochodu UAE, kierowca tegoż gwałtownie zahamował przez co w tył auta wjechał Einer Rubio, co skończyło się dla niego kontuzją i wycofaniem z wyścigu!) Pogacar zmniejszał stratę do uciekinierów. Ci zaś, zamiast umówić się na utrzymywanie wysokiego tempa atakowali się nawzajem i próbowali rozegrać walkę o zwycięstwo etapowe taktycznie.
W efekcie, już za najtrudniejszymi sekcjami podjazdu Pogacar minął najpierw Kussa, następnie Martineza (który utrzmał się na kole Pogiego!) i ostatecznie Carapaza. Po pierwszym, nieskutecznym przyspieszeniu wymęczył ich mocnym tempem i skoczył ostatni raz zdobywając przewagę umożliwiająca mu pewne wygranie etapu. Drugi był Martinez a trzeci Carapaz, co wystarczyło mu na przejęcie od Pogacara prowadzenia w klasyfikacji górskiej. Tylko o punkt, ale dzięki temu pierwszy raz od dwóch tygodni w koszulce w grochy o pojedzie jej prawowity właściciel a nie zastępca.
Gdy zmęczony Pogacar łapał oddech za linią mety, Remco Evenepoel był najlepszą wersją siebie i na kilkanaście sekund odjeżdżał Seixasowi, którego w końcówce (“w swoim stylu” bo taka bardzo dobra jazda w drugich częściach podjazdów mimo wcześniejszych problemów jest jego znakiem firmowym) wyprzedzili też del Toro i świetny tego dnia Skjelmose.
I gdy okazało się, że Pogacar zdemolował nie tylko swoich rywali, ale też rekord Marco Pantaniego, patrząc na różnice na mecie okazało się, że w iście atomowym tempie pojechał nie tylko mistrz świata. Czas Pantaniego został przez niego poprawiony o 1’15”, natomiast co niezmiernie ważne zauważenia i podkreślenia, Remco poprawił rezultat Armstronga z 2001r, Seixas został najszybszym Francuzem w historii Alpe d’Huez (przed dwudziestymi urodzinami i w debiucie w Wielkiej Pętli) a nawet jadący cały dzień w ucieczce Martinez i Carapaz byli szybsi od Klodena, Landisa, Quintany, nie wspominając o Froomie czy Thomasie.
Mówimy więc tutaj o wyjątkowym momencie w historii kolarstwa, topowej formie licznej grupy kolarzy, co widzieliśmy już wcześniej kilka razy, m.in. na Mont Ventoux czy Plateau de Beille.
Prędkość podjeżdżania Pogacara przez 35’26” wyniosła 1895m/h. Draftingu było stosunkowo niewiele, różne estymaty wskazują na moc na poziomie 6,9-7W/kg.
Czego po takim występie możemy spodziewać się dzisiaj? Cóż, dzisiaj mamy, na sam koniec, królewski etap tego wyścigu. 171km i monstrualne przewyższenie 5450m. Trzy bardzo ciężkie podjazdy: Croix de Fer, Galibier drogą przez Telegraph i Sarenne, czyli “tył Alpe d’Huez” i finisz na płaskowyżu w Alpe d’Huez właśnie. Richard Carapaz by być pewnym wygrania klasyfikacji górskiej musi kolejny dzień z rzędu zabrać się w ucieczce i punktować na pierwszych premiach. Z kolei Pogacar zasygnalizował, że pomoże del Toro stanąć na podium generalki i wygrać klasyikację młodzieżową. Meksykanin ma bowiem zaledwie 24” sekundy przewagi nad Seixaem. Dla Remco zaś będzie to ostatni test, którym będzie mógł zamknąć usta krytykom, którzy wciąż podważają jego umiejętności w górach i podczas wyścigów etapowych. Skjelmose zaś spróbuje wspiąć się na piąte miejsce kosztem Lenny’ego Martineza, do którego traci tylko 9 sekund.
Start ostry o 11.30, premia na Croix de Fer około 12.40, Galibier około 14.50, Sarenne około 16.00 a finisz 10-12 minut później. Etap jest więc zaplanowany na około 5h30-45’, natomiast kończy się nieco wcześniej, ponieważ zawodników czeka po nim transfer do Paryża.
Dziękuję firmie Stamox , producentowi sproszkowanego koncentratu z buraka poprawiającego wydolność za partnerstwo przy moich materiałach z tegorocznego Tour de France. #współpracareklamowa
Zdjęcia użyte do ilustracji: materiały prasowe ASO, Thomas Maheux, Charly Lopez.
PS wczoraj wieczorem nagrałem dodatkowy komentarz do rekordowego czasu na Alpe d’Huez, czeka na Was na youtube i platformach podcastowych, zapraszam do odsłuchania.

