Jonas Vingegaard zgodnie z przewidywaniami wygrał etap z metą na podjeździe Blockhaus. Ale wbrew przewidywaniom wyścig w tym momencie jest daleki od bycia “skończonym”.
Vingegaard zyskał wyraźną przewagę nad większością rywali poza Felixem Gallem, ale aż pięciu zawodników, mimo wyjątkowo długiego etapu oraz uciążliwego wiatru, poprawiło rekord wspinaczki należący wcześniej do Nairo Quintany.
Zacznijmy właśnie od dystansu. To był bardzo “ciężki dzień w biurze” dla kolarzy jadących w Giro d’Italia. Do podnóża Blockhausu peleton jechał ze średnią 41,5km/h, pokonując po drodze prawie 3500m przewyższenia. Według danych z jego stravy, do tego momentu Derek Gee wydatkował 4875kJ a następnie wspinał się na Blockhaus z mocą 435W, co w jego wypadku wystarczyło na ósme miejsce ma mecie.
Vingegaard i Gall byli od niego szybsi odpowiednio o 1’40 i 1’27”. Trudności całego dnia (nawet jeśli był to dopiero siódmy etap wyścigu) połączone z porywistym wiatrem na podjeździe powodują, że ocena prędkości podjeżdżania (VAM zwycięzcy to 1769m/h, szacowane na ok. 6,3W/kg) jest trudna. “Jako liczba” to nie jest poziom, który umożliwia walkę nawet o podium na Tour de France. W kontekście długiego podjazdu w trudnych warunkach na koniec ciężkiego dnia to bardzo dobre tempo.
Tym bardziej, że Vingegaard, Gall, Hindley, Pellizari i O’Connor byli lepsi niż Quintana w 2017r, gdy pogoda była lepsza a etap łatwiejszy.
Natomiast kontynuując rozmaite konteksty. Wspominałem w zapowiedzi wyścigu, że Felix Gall może być wysoko, ponieważ jedną z jego najważniejszych cech jest wytrzymałość. I właśnie to mogliśmy wczoraj obserwować.
Austriak z drużyny Decathlon CMA CGM pojechał Blockhaus znakomicie, nie dał się ponieść emocjom jak Pellizzari, który próbował utrzymywać tempo Vingegaarda za co zapłacił zmęczeniem w drugiej części podjazdu. Tymczasem Gall “jechał swoje”, nawet jeśli oznaczało to konieczność samotnej walki z wiatrem. Taktyka ta jednak się opłaciła, ponieważ ostatnie 3km wspinaczki pokonał o kilka sekund szybciej niż Vingegaard a trzeba zaznaczyć, że Duńczyk był bardziej osłaniany przez motocykle czy samochód dyrektora wyścigu, obok Galla jechał tylko jeden motocykl z operatorem kamery.
Z kolei Pellizzari postanowił sprawdzić się w jeździe z najlepszym zawodnikiem w peletonie Giro i zapłacił za to sporą cenę. Po ataku Vingegaarda (przygotowanym przez Piganzollego i Kuusa) zawodnik RedBulla ładnie trzymał koło, przy okazji chroniąc się nieco od wiatru. Duńczyk był chyba nawet nieco zaskoczony obecnością rywala, ale ten nie wytrzymał tempa i zaczął “spływać”.
Nadaje to ciekawej dynamiki jeśli chodzi zarówno o walkę o podium całego wyścigu jak i w kwestii tego, kto jest liderem ekipy RedBull Bora Hansgrohe. Od Pellizzariego lepszy był bowiem Hindley, który stracił 1’02” do Vingegaarda a na całym podjeździe był nieznacznie, ale jednak lepszy od młodego Włocha ze swojej drużyny.
Zaskoczenia dnia? Bardzo solidna jazda Bena O’Connora, świetna postawa Mathysa Rondella (Tudor), który wjechał na Blockhaus jako szósty w klasyfikacji generalnej jest siódmy. Rondell to ten zawodnik, który dwa dni wcześniej uderzył w tył samochodu UAE. Poza tym niewiele o nim wiemy. To 22-letni kolarz z Francji, który “dobrze się zapowiada” o czym świadczą jego rezultaty w Tour de l’Avenir i Giro Next Gen oraz niezly początek tego sezonu. Co ciekawe, Rondell ma kontrakt z Tudorem aż do 2030r.
Niespodziewany lider wyścigu, Afonso Eulalio pojechał “na miarę swoich możliwości”, stracił do Vingegaarda 2’55”, obronił więc prowadzenie w Giro a jeśli wczorajszy dzień nie kosztował go ekstremalnie dużo, tylko po prostu dużo, ma sporą szansę, by doczekać w maglia rosa do wtorku.
A co mamy w planie na dzisiaj? Być może jeden z ciekawszych etapów. Bo o i ile Blockhaus, z dokładnością do nieco mniejszej przewagi Vingegaarda, bardzo dobrej postawy Galla oraz przeszarżowania przez Pellizzariego został rozegrany zgodnie z planem, o tyle dziś może obejrzymy sporo fajnego, ofensywnego ścigania.
157km z Chieti do Fermo, z czego pierwsze 96km to płaska trasa wzdłuż wybrzeża a następnie na dystansie 61km będzie sześć podjazdów, z czego ostatni na metę. Wzniesienia będą krótkie (od jednego do 9km), ale strome. To teren zbliżony do takiego, w jakim w marcu zawodnicy ścigają się podczas Tirreno-Adriatico. Trudny do kontrolowania sytuacji w peletonie, wymagający od kolarzy uwagi a równocześnie dynamiki.
Pamiętajmy, że wczoraj czas jazdy był dłuższy niż podczas tegorocznego Liege-Bastogne-Liege czy Paryż-Roubaix, zawodnicy są po siedmiu dniach ścigania i podróży z Bułgarii, po drodze zmagali się też ze złą pogodą. Część drużyn jest już niekompletna, zatem będzie to spore wyzwanie dla wszystkich. Przy chwili nieuwagi lub kumulacji zmęczenia po Blockhausie można ponieść straty niemal tak duże jak wczoraj. Tym bardziej, że podjazd do mety zaczyna się od 22% “ścianki”.
Zabawa zaczyna się na 96km, tam też może nawet dojechać cały peleton, ponieważ jest premia lotna i sprinterzy być może będą chcieli powalczyć o punkty. Czołówka powinna pojawić się tam ok. 15.35 i od tego momentu zachęcam do włączenia transmisji. Trzy podjazdy dalej, ok. 16.30 na jednym ze szczytów będzie premia RedBulla a przedostatnia górka na 11km powinna być przejeżdżana ok. 17.00. Finisz w Fermo około 17.10. Teoretycznie około 15 w rejonie Fermo ma przestać padać. Jeśli jednak nie przestanie, wyzwaniem będą również zjazdy.
Zdjęcia: materiały prasowe RCS

