Jeśli bycie profesjonalnym kolarzem było lub jest waszym marzeniem, to z pewnością nie marzycie o takim “dniu w biurze”, jaki wczoraj musieli spędzić zawodnicy startujący zarówno w Paryż-Nicea jak i Tirreno-Adriatico. Deszcz, zimno, wiatr i odpowiednio ponad 4 (na P-N) i 5 i pół (na T-A) godzin na rowerze. Koszmar.
Co więcej, z powodu bocznego wiatru na francuskim wyścigu kolarze rozpoczęli intensywne ściganie niemal od startu. Nie wszystko można było obejrzeć w transmisji, ale wiemy z relacji, że peleton kilkukrotnie się rwał a decydującą akcję przeprowadzili kolarze RedBull Bora Hansgrohe. Z tyłu zostali m.in. zawodnicy Ineosu: Vauquelin przez nieuwagę (lub wypchnięcie przez kogoś z Soudalu) a Onley przez defekt. Jednak to nie ranty i wiatr spowodowały największe problemy, lecz kraksy na mokrej i śliskiej nawierzchni. Upadali m.in Ayuso, McNulty i Hoole, którzy zmuszeni zostali do wycofania się z wyścigu. Na szczęście obyło się bez złamań, ale stłuczenia i otarcia z pewnością zaburzą im tę część sezonu.
Wraz z mijającymi kilometrami na czele zostało tylko czterech kolarzy RedBulla oraz Jonas Vingegaard. Ten niezbyt elegancko, nie dając wcześniej zmian wyskoczył po sekundy bonifkaty na premii lotnej a na finałowym podjeździe przyspieszył kilometr przed metą. W ten sposób wygrał etap 41” przed Danim Martinezem, został liderem. Kolejni kolarze w ekstremalnie trudnych warunkach tracili o wiele więcej: szósty Vauquelin 3’38”, siódmy Lenny Martinez 4’02” a dziesiąty Marc Soler 5’07”
I choć zła pogoda, wywracające klasyfikację akcje drużynowe czy kraksy faworytów zdarzają się co jakiś czas na Paryż-Nicea, ten etap zostanie zapamiętany na długo. Także dzięki odzieżowym wyborom Jonasa Vingegaarda, który wizualnie pogwałcił wszystkie niepisane zasady zawodowego kolarstwa. Za to zachował ciepłotę ciała, dzięki czemu nie tylko mocno zbliżył się do wygrania całego wyścigu, ale też być może uchronił się przed hipotermią czy chorobą.
Kolarski świat nie zapomni mu jednak kurtki założonej tył na przód czy szelek spodni na wierzchu. W ciągu etapu użył następujących elementów ubioru (za cyclingnews):
– skarpetki
– ochraniacze na buty
– neoprenowe ocieplacze palców
– bielizna termoaktywna
– dwie pary spodni
– dwie koszulki
– rękawiczki zimowe
– rękawki
– dwie kurtki
– kamizelka
– komin na szyję
Czy zdjęcia Vingegaarda z dzisiejszego etapu będą tak ikoniczne jak Andy’ego Hampstena w grubych rękawicach na zaśnieżonej przełęczy Gavia? Raczej nie, ale ten widok z pewnością zostanie z nami na dłużej.
W klasyfikacji generalnej po wypadnięciu Ayuso Vingegaard ma bezpieczną przewagę nad Danim Martinezem. O trzecie miejsce powalczy Vauquelin (w imponujący sposób wyprzedzał kolejnych zawodników po poniesionej wcześniej stracie) ze Steinhauserem i właściwie tyle, możemy powiedzieć że wyścig został rozstrzygnięty, ale pogoda wciąż może sprawdzić niemiłe niespodzianki. Jej załamanie może spowodować problemy m.in. na sobotnim etapie. Dziś natomiast ma być w miarę sucho i ciepło. Po wczorajszej rzeźni i przy ustawionej generalce pagórkowaty teren zapewne umożliwi walkę o wygraną uciekinierom. Ostatnie 40km jest mocno pagórkowate a meta usytuowana jest na niewielkim podjeździe. Finisz zaplanowano ok. godziny 17.00.
Na Tirreno-Adriatico, choć również było paskudnie, obyło się bez sensacji i większych problemów. Być może dlatego, że kolarze wybrali zachowawczą jazdę a ściganie rozpoczęli dopiero w końcówce.
Prowadzący lekko pod górę finisz wygrał po bardzo dobrym rozprowadzeniu Tobias Lund Andersen z Decathlon CMA CGM. Duńczyk ma świetny sezon, w styczniu wygrywał dwa razy w Australii, teraz dołożył prestiżowe zwycięstwo na etapie T-A. Znakomicie ustawił się na kole Jonathana Milana, wyprzedził go za ostatnim łukiem i wytrzymał tempo na końcowych 75m. Z prawej strony atakował Philipsen – pierwszy raz prezentując dobry sprint w tym sezonie, na trudnej końcówce odnalazł się też de Lie. Dla niego również był to pierwszy udany finisz w tym roku.
Prognozy na dzisiaj nie są zbyt optymistyczne a końcówka etapu to kolejny sprawdzian dla zawodników dobrych w wyścigach klasycznych. Choć na przekroju podjazdy w końcówce wydają się niewielkie, to ostatni z nich – Tortoreto Badeta to 1,7km, średnio 9,2 a maksymalnie 20% stromizny.
Sam finisz jest jednak całkiem płaski, zobaczymy zatem kto do niego dojedzie na czele stawki. Meta zaplanowana jest około 15.45.
Zdjęcia: materiały prasowe ASO i RCS

