Klaudia Zwolińska wygrywa plebiscyt Przeglądu Sportowego. To drugi rok z rzędu, gdy w tym specyficznym, choć wciąż prestiżowym konkursie największe uznanie widzów zdobywa przedstawicielka sportu “niszowego”.
Nie mam danych, na podstawie których mógłbym ocenić, co to tak naprawdę oznacza. Opcji jest kilka. Najbardziej optymistyczna to ta, że zmienia się mentalność polskich kibiców sportu, którzy są w stanie wyjść poza oczywistość, docenić wymierny sukces i zbalansować popularność dyscypliny czy jej sezonowość z zasięgami danego sportu oraz charyzmą kandydata lub kandydatki.
Kolejne to te, że zmienia się sam plebiscyt oraz osoby w nim głosujące. W tym roku nie mamy informacji o liczbie oddanych głosów, w poprzednich dziesięciu numer jeden otrzymywał wsparcie od 70 do 400tys osób.
Od czego zależą te liczby – nie mam pojęcia. Co jest dla mnie istotne to – póki co anegdotyczny, ale jednak istniejący – dowód, że da się wyjść ze stygmy “sportu niszowego”, zdobyć popularność widzów i zachęcić ich do zaangażowania w głosowanie reprezentując tak egzotyczne (choć olimpijskie) konkurencje jak wspinaczka sportowa czy kajakarstwo górskie.
Czy jest to kwestia szczęścia połączonego z jakimś specyficznym zeitgeistem, marketingu i PRu (mam wrażenie, choć to tylko wrażenie, że w ostatnich dniach Zwolińska była obecna w mediach) czy może jednak zmęczenia “społeczeństwa” tymi najbardziej topowymi gwiazdami, które na co dzień wychodzą z naszych szuflad i lodówek pozostaje do rozstrzygnięcia. Jeśli jednak kajakarka górska jest w stanie pokonać zwyciężczynię Wimbledonu, triumfatora Le Mans 24 czy starzejącego się, ale wciąż znakomitego napastnika Barcelony to znaczy, że się da.
I nie zamierzam w tym momencie utyskiwać, jak to w kolarskiej bańce mamy w zwyczaju, że Kasia Niewiadoma nie dostała się do czołowej dziesiątki plebiscytu (co nie udało jej się nawet w roku gdy wygrała Tour de France Femmes). Chcę Was jednak nieustająco przekonywać, że wbrew temu co w ramach syndromu sztokholmskiego wielokrotnie powielają kolarskie media i influencerzy, sport rowerowy nie jest jakoś szczególnie niszowy.
A nawet, jeśli w Polsce nie zalicza się do czołówki najbardziej popularnych dyscyplin, równocześnie sam ten fakt nie przeszkadza aktywnościom, o których trudno powiedzieć, by cieszyły się jakimś wyjątkowym wzięciem. Najwidoczniej, jak mawia slogan Adidasa, “Impossible is nothing”, czego dowód dostaliśmy drugi rok z rzędu.
Jeśli więc ktoś się chce biczować, jak smutnym sportem jest kolarstwo, to nie tutaj. Bo nie jest, po prostu chwilowo swoje pięć minut ma ktoś inny.

