Kronika Kolarska 20.12.2025

Materiały podcastowe/youtubowe zaczynam zawsze od przedstawienia się i frazy “…i regularnie komentuję dla was najważniejsze wydarzenia w wyczynowym kolarstwie”. Bo tak, co do zasady skupiam się na tych najważniejszych. Z wielu powodów, głównie ze względu na ograniczone zasoby.

Czy zatem zmiana na pozycji trenera reprezentacji Polski jest “najważniejszym wydarzeniem w wyczynowym kolarstwie”. Z pewnością nie. Dlaczego więc pokuszę się o komentarz w tej sprawie? Bo mimo wszystko uważam, że powinienem.

Tutaj musi znaleźć się jedno zastrzeżenie. Choć nie uważam się za stronę, do pewnego stopnia nią jestem. Od 2021r pełnię funkcję sekretarza zarządu małopolskiego związku kolarskiego. To zajęcie tyleż nieprestiżowe co uciążliwe, w miarę swoich skromnych możliwości staram się tam “popychać rzeczy do przodu”, co idzie opornie, jest to być może temat na inną wypowiedź kiedy indziej. Oprócz zaangażowania jako publicysta-pasjonat oraz czynny zawodnik kategorii masters jestem więc równocześnie “działaczem”. A kluby regionu, który reprezentuję regularnie szkolą zawodników i zawodniczki, którzy osiągają poziom sportowy uprawniający ich do kwalifikacji do kadry narodowej i startów w najważniejszych imprezach. To, mimo najszczerszych chęci zachowania obiektywizmu, powoduje pewien konflikt interesów, który tutaj zaznaczam w ramach pełnej transparentności. Z dużym prawdopodobieństwem transparentność będzie motywem przewodnim tej wypowiedzi, więc to ważne.

Ponad trzy tygodnie temu zaczęły pojawiać się informacje, że Kornel Osicki został odwołany z funkcji trenera kadry kolarstwa górskiego oraz, że zastąpi go Natalia Jeruzalska.

Wiadomość stała się oficjalna po opublikowaniu przez Pawła Kuflikowskiego dwóch rozmów: z Markiem Bartosiewiczem https://www.youtube.com/watch?v=EljRzx7oShk, członkiem zarządu PZKol, który przedstawił się jako “koordynator nowego projektu” oraz z Natalią Jeruzalską, nową trenerką kadry narodowej mtb https://www.youtube.com/watch?v=Mb-YIeWMGR8. Materiały zostały nagrane i opublikowane dwa tygodnie temu.

Z obu rozmów nie wynika absolutnie nic. Osoba nawet bardzo uważnie śledząca wypowiedzi w kolarskich social mediach, bez insiderskiej wiedzy może czuć się zdezorientowana. Co ważne, mimo upływu czasu na stronie Polskiego Związku Kolarskiego Kornel Osicki wciąż jest wymieniony jako trener kadry mtb, podobnie jak Tomasz Brożyna odwołany z funkcji trenera młodzieżowej kadry szosowej. Strona nie jest “martwa”, regularnie publikowane są na niej newsy i komunikaty, dotyczące głównie kolarstwa przełajowego.

To co wiadomo w miarę publicznie to, że poprzedni trener został odwołany “za brak wyników” a nowy zespół (którego skład jest póki co oficjalnie nieznany) został powołany w trybie decyzji Zarządu PZKol, bez konsultacji z Komisją MTB oraz bez konkursu. Dla jasności, zarządowi wolno taką decyzję podjąć.

I tak, komisje przy PZKol są tylko ciałami opiniodawczymi, jednak wchodzimy tutaj we wspomniany wcześniej brak transparentności. Co powoduje, że nowy zespół będzie w trudnej sytuacji i nawet jeśli jest zbudowany z ludzi kompetentnych i ambitnych, jego współpraca z trenerami klubowymi czy zawodnikami indywidualnymi może być utrudniona.

Rozumiem, że można na różne sposoby oceniać dokonania polskich kadrowiczów i że zarząd PZKol ma prawo odwołać trenera czy też selekcjonera. Natomiast w ramach wprowadzania “dobrych praktyk” na jego następcę zdecydowanie powinien być przeprowadzony konkurs z jasnymi kryteriami, z zachowaniem sensownych terminów, ogłoszeń itd.

Jeśli już taki zespół został powołany, myślę, że nie bezpodstawnie użyję tutaj liczby mnogiej, chcielibyśmy publicznie znać jego skład. Bo póki co koordynator, Marek Bartosiewicz w rozmowie, którą można uznać za albo zabawną albo kompromitującą wił się jak piskorz unikając odpowiedzi na pytania w myśl zasady “wiem, ale nie powiem”. Za to rzucił obietnice wyników i świetlanej przyszłości niczym politycy w kampanii wyborczej.

I teraz znów, dla pełnej jasności, być może powołanie wieloosobowego zespołu szkoleniowego ma sens. Być może napisanie i wdrożenie nowego programu identyfikacji talentów to także dobry pomysł (bo poprzedni, jeśli jeszcze funkcjonuje ma już kilkanaście lat) Co więcej, w przeciwieństwie do sporej części “środowiska” uważam, że dr Rafał Hebisz jest jedną z osób w tym kraju, które takiego wyzwania mogłyby się podjąć: jako jeden z nielicznych trenerów w tym kraju prowadzi działalność naukową. A przynajmniej swoją koncepcję zgłosić do konkursu. Ale wciąż, chciałbym, aby to wszystko było od początku jasne i przejrzyste.

Czyli przejrzyste powinny być okoliczności i kryteria według których nowy sztab szkoleniowy został powołany, na jakich zasadach pracuje, jakie są wobec niego oczekiwania oraz jakimi będzie dysponował środkami. I tak, to powinno być dostępne do publicznej wiadomości bez konieczności szukania informacji o grantach i dotacjach w BIPie.

Ten sam sztab powinien w jasny i transparentny sposób opublikować kryteria, według których będą finansowane i prowadzone przygotowania, akcje szkoleniowe i powołania. Należy unikać określeń, które choć być może z założenia są sensowne, zanim na dobre stały się elementem systemu identyfikacji talentów stały się memem.

A – uwaga – rzeczony sztab nie ma na to za wiele czasu, bo nowy sezon już za pasem kluby i zawodnicy dopinają budżety i planują kalendarze startów. Sytuacja w której koordynator na przełomie listopada i grudnia powiedział “przedstawimy nasz plan, gdy ministerstwo go zaakceptuje” jest niedopuszczalny. Bo sezon w Europie zaczyna się de facto w lutym.

Co więcej, za szkodliwe uważam ubieranie populizmu w płaszczyk profesjonalizmu. A za populizm uważam nazywanie kwot całkiem normalnych dla finansowania kadry w sporcie wyczynowym (kilkaset tysięcy złotych) marnotrawstwem czy przepalaniem. Bo tyle to po prostu kosztuje. Przykład operującej na niewielkim budżecie kadry duńskiej jest raczej anegdotą niż argumentem, o czym niżej.

Szerszym problemem, to którego również muszę nawiązać jest ocena dokonań polskich zawodników. Owszem, nie mieliśmy ani dobrych rezultatów na mistrzostwach ani na pucharach świata. Natomiast schodząc poziom niżej, wciąż na arenę międzynarodową: zawodów wysokiej kategorii UCI oraz mistrzostw kontynentu, było całkiem nieźle.

Na Mistrzostwach Europy sztafet nasza kadra zrobiła najlepszy wynik od lat (7. miejsce, do top 5 zabrakło niewiele). W wyścigach indywidualnych mieliśmy zaś miejsca w top 20. W wyścigach z kalendarza UCI, o ile czegoś nie przeoczyłem zawodniczki kategorii elita wygrały cztery wyścigi Continental Series oraz kategorii 1, do tego były dwanaście razy na podium tamże. Mężczyźni wygrali dwie “jedynki” i zaliczyli pięć miejsc na podium (a także wiele miejsc w top 5). Gabriela Wojtyła zajęła drugie miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Czech, zarówno ona jak i Krzysztof Łukasik zajmują zbliżone miejsca w rankingu UCI (odpowiednio 57. i 59.).

Czy to są wyniki znakomite, o których mówiłyby ogólnokrajowe media? Nie, zwłaszcza w kontekście licznych sukcesów w wielu innych dyscyplinach sportu. Czy są to wyniki bardzo solidne wyrażające dobry, międzynarodowy poziom? Tak. Oczywiście zachowując pewne proporcje, gdyby kolarze szosowi osiągali takie wyniki w wyścigach kategorii 1. co kolarze górscy, mielibyśmy hurraoptymizm.

Idąc dalej, polscy zawodnicy i zawodniczki, z kategorii elita, U23 i junior, reprezentujący czołowe polskie kluby od lat robią dokładnie to, co jest zapowiadane jako “zrobienie kroku wstecz by zrobić krok do przodu”: regularnie jeżdżą do Czech, Niemiec, Słowacji, na Bałkany, startują w wysoko punktowanych wyścigach UCI i są tam w czołówce. W związku z tym okazjonalnie startują też w europejskich eliminacjach Pucharu Świata. Bo taka jest kolej rzeczy. Dzięki której można zachować ciągłość szkolenia, utrzymywać kontakt ze światem i dać młodzieży perspektywę, że inwestowanie swojego czasu i życia w kolarstwo górskie może mieć jakiś sens.

Krótko mówiąc nie trzeba więc wymyślać koła na nowo, ponieważ właśnie w tym momencie jesteśmy w miejscu, które nowy “sztab” chce dopiero budować. A w miejsce to dotarliśmy dzięki sumie wysiłków (celowo nie używam sformułowania o “wspólnym wysiłku” bo często jednak dochodziło do różnych konfliktów interesów) klubów i zawodników indywidualnych, organizatorów imprez Pucharu Polski finansujących obecność w kalendarzu UCI a także poprzednich trenerów kadr.

A nawiązując jeszcze do klubów, mimo wyzwań, z którymi się mierzą, potrafią zachować wspomnianą ciągłość szkolenia, czego wyrazem są kolejne roczniki z powodzeniem ścigające się w młodzieżowych mistrzostwach Europy, skąd przywożą dobre wyniki a nawet medale. Czy to przełoży się później na osiągi w dorosłych kategoriach wiekowych? Trudno stwierdzić. Ale być może ułatwi zdobycie kontraktu w młodzieżówce jednego z dużych, międzynarodowych zespołów.

Ponieważ – uwaga – kolarstwo górskie obecnie przechodzi bardzo poważną transformację zbliżającą je do kolarstwa szosowego. Zamyka najlepszych z najlepszych w hermetycznej bańce najmocniejszych ekip zawodowych niczym w szosowym World Tourze. A to oznacza tyle, że droga do kariery i złotego medalu w Brisbane nie będzie prowadziła przez kadrę narodową. I oczywiście, że marzeniem młodych ludzi wchodzących do mtb będzie zawsze medal olimpijski. Ale pragmatycznie rzecz ujmując celem ich rozwoju sportowego powinien być angaż w Specializedzie, Cannondale’u, Canyonie, Orbei czy Treku bo tylko w ten sposób będą mieć zaplecze umożliwiające rywalizację jak równi z równymi w UCI World Series. A bez tego jakiegokolwiek systemu i kadry byśmy tu nie zbudowali o medalach dla kraju możemy zapomnieć. Bo wspominani przez Bartosiewicza Duńczycy, owszem, mieli kadrę operującą na niewielkim budżecie, ale równocześnie sześcioro zawodników i zawodniczek z tego kraju jeździ na co dzień w drużynach z licencją UCI World Series, co może do pewnego stopnia tłumaczyć, dlaczego nie potrzebowali aż takich funduszy na “szkolenie centralne” (choć nie ukrywajmy, szosa to nie mtb i zawodnicy zapewne nie pogniewaliby się za np. dodatkowo sfinansowane przez ich związek kosztowne zgrupowania na wysokości).

Co więcej, jesteśmy póki co gospodarczo w takim miejscu, że kilkaset tysięcy złotych, milion a może nawet dwa nie powinny budzić grozy i przerażenia tylko być oczekiwanym budżetem na szkolenie w olimpijskiej dyscyplinie sportu. Jednak z zachowaniem jasności co do reguł dotyczących ich wydatkowania.

W tym wszystkim kluczowe jest bowiem poczucie niepewności, braku perspektyw czy wręcz braku sensu inwestowania czasu, energii, pieniędzy w karierę kolarza górskiego w istniejących uwarunkowaniach. I nie są to tezy wyssane z palca, bo w miarę regularnie dostaję taki feedback w prywatnych rozmowach od zawodników lub ich rodziców (być może zwracają się do mnie wiedząc, że gwarantuję w miarę bezpieczną przestrzeń do rozmowy). Brak przejrzystości, populizm, oparcie o partykularne decyzje, które stały się w międzyczasie środowiskowym memem (“decyzja trenera”, “potencjał biologiczny” itd.) a co najważniejsze brak perspektywy, że będąc czołowym zawodnikiem czy zawodniczką zasłuży się na miejsce w kadrze powodują nie tylko odejścia do innych konkurencji czy dyscyplin, ale też niestety coraz częściej po prostu rezygnację ze sportu czy nawet problemy psychiczne i osobiste.

A nowa ekipa, jakkolwiek kompetentna czy profesjonalna by nie była zaczyna swój projekt daleko od przełamania tych schematów.

Co po prostu mnie smuci.

oryginalny post na facebooku