Było bezpiecznie, to najważniejsze. Kolarze mogli w stanie rywalizować na skróconej trasie czasówki w Valladolid bez większych przeszkód, chyba, że będziemy mieli na myśli wiatr i zakręty.
12km to za mało, by wprowadzić większe różnice między najmocniejszymi zawodnikami, choć to wcale nie oznacza, że była to łatwa próba. Choć to zaledwie 13’ jazdy, odpowiednia taktyka związana z wykorzystaniem wiatru i odpowiednim rozłożeniem sił okazała się kluczowa dla sukcesu lub porażki.
O wynikach decydowało utrzymanie mocy na ostatnich czterech kilometrach i idealnie zrobił to Filippo Ganna. Włoch na czwartym kilometrze przegrywał z Jayem Vinem o 3 sekundy, na ósmym o dziewięć by ostatecznie wygrać etap o niespełna jedną. To ciekawe o tyle, że Vine startował ponad 2,5h po Gannie, w międzyczasie do mety dojeżdżali kolejni zawodnicy i było mniej więcej wiadomo, jaką siedzący na “gorącym krześle” do samego końca kolarz Ineosu obrał na ten etap taktykę.
Podobnie wysokie tempo od startu nadał Mads Pedersen, ale w końcówce nie tyle zaczął tracić, co realnie walczył o przetrwanie, tracąc na ostatnich czterech kilometrach aż 12 sekund.
Bardzo równo pojechał Almeida, co dało mu trzecie miejsce w klasyfikacji etapu i dziesięć sekund odrobionych do Vingegaarda. Portugalczyk był nieco zawiedziony z powodu skróconej trasy, z kolei Duńczyk cieszył się, że pierwszy raz przejechał próbę indywidualną ze średnią prędkością powyżej 55km/h. Najlepszą czasówkę w karierze pojechał Pidcock (22. miejsce, 3” przed swoim najgroźniejszym rywalem, czyli Hindleyem), za to Pellizzari stracił 10” do Riccitello.
Co to wszystko oznacza dla klasyfikacji generalnej? Niewiele. Różnice między zawodnikami były symboliczne, zatem wszystko rozstrzygnie się na ostatnim, górskim etapie w sobotę. O tym, jakie były tam w przeszłości różnice i co może się ewentualnie wydarzyć napiszę Wam jutro. Bo dzisiaj jest dzisiaj, więc należy się zapowiedź dzisiejszego a nie jutrzejszego etapu ;)
A ten może być albo ciekawy albo nieciekawy, zależnie jak na to spojrzeć ;)
Istotny fakt. Na tej Vuelcie 7 etapów wygrali kolarze UAE, 3 Ineosu, po dwa Visma – Lease a Bike i Alpecin – Deceuninck i po jednym Groupama – FDJ, Lidl-Trek i RedBull – Bora – hansgrohe. Szesnaście drużyn pozostaje więc z niczym a to oznacza, że 162km lekko tylko pofałdowanej trasy będzie areną zaciekłe walki o etapowe zwycięstwo, bo przecież nikt nie chce wracać z wielkiego touru jako całkiem przegrany. Teoretycznie jest płasko, teoretycznie ma nie być wiatru, ale to nie znaczy, że nie będzie chaotycznie. Bo chętnych do zabrania się w odjazd będzie wielu a równocześnie wielu będzie oszczędzało siły na sobotę.
Zachęcam więc do sprawdzania co pewien czas, czy nie dzieje się coś bardzo dziwnego, bo szkoda byłoby przeoczyć jakąś desperacką próbę i ewentualną niespodziankę. Premia lotna około 16.10, finisz około 17.25. Ostatnie 3km są proste, ale trzeba na nich pokonać ok. 60m przewyższenia, więc nie jest to tak całkiem banalna końcówka. By znaleźć taki “podjazd” pewnie trzeba z Warszawy oddalić się około 100km ;)
Tyle o Vuelcie, ale to nie wszystko. Pogoń drużyny UAE za rekordem zwycięstw w sezonie jest bliska skutecznego zakończenia. Isaac del Toro wygrał trzeci z rzędu klasyk we Włoszech (Coppa Sabatini), pokonując na finiszu pod górę Benjamina Thomasa. Licznik dla ekipy sponsorowanej przez Emiraty sięgnął liczby 83. Do wyrównania osiągnięcia HTC-Highroad z 2009r brakuje już tylko dwóch pierwszych miejsc.
Czy zrobi to w ten weekend Tadej Pogacar? Dziś Słoweniec restartuje swój sezon podczas worltourowego GP de Quebec. To ten mniej górzysty z dwóch kanadyjskich klasyków, teoretycznie nie do końca sprzyjający Słoweńcowi. Obie imprezy (GP Montral w niedzielę) są bardzo widowiskowe, rozgrywane w pagórkowatym, ale miejskim terenie. Rundy nawiązują do takich, które często można spotkać na mistrzostwach świata i są elementem przygotowań do walki o tęczową koszulkę. Transmisja w streamingach Eurosportu od 16.50 do 22.35. Różnica czasu nie jest dla nas aż tak niekorzystna, kolarze będą finiszować po 17 według strefy w Quebecu.
A na Mistrzostwach Świata MTB dziś wyścigi XCO juniorów i juniorek. Wystartują Piotr Hankus i Nikola Gliniecka. Oboje byli wczoraj członkami sztafety (wraz z Gabrielą Wojtyłą, Natalią Grzegorzewską, Brajanem Świdrem i Krzysztofem Łukasikiem), która zajęła 9. miejsce. Startowało 13 drużyn i już widziałem jakieś głosy krytyki, ale patrząc na czasy okrążeń i fakt, że nasza reprezentacja pokonała zawsze mocne składy Danii i Hiszpanii należy ocenić ten występ jako bardzo solidny. Cieszy też fakt, że nie tylko wystawiliśmy sztafetę, ale też wystartowali w niej de facto najmocniejsi zawodnicy i zawodniczki. Można mieć różne zdanie na ten temat, moje jest takie, że budować sukces można tylko w sposób ciągły a nie startować wyłącznie wtedy, gdy ma się szansę na topowy rezultat. Zatem gratulacje za solidną postawę i zachęcam do śledzenia poczynań naszych reprezentantów i reprezentantek na szwajcarskich mistrzostwach świata. Transmisji z wyścigów juniorskich nie będzie, live timing dostępny jest na stronie https://www.tissottiming.com/2025/mtbxcowch/schedule
Zdjęcia: Unipublic/SprintCyclingAgency/ Cxcling Creative Agency / antonio baixauli – materiały prasowe ASO

