Joao Almeida (i Jonas Vingegaard) wyrównują rekord podjazdu Angliru należący od 2000r do Roberto Herasa. Etap pod swoje dyktando rozegrała drużyna UAE Team Emirates i choć Almeida był najmocniejszym zawodnikiem i wygrał etap na jednym z najtrudniejszych podjazdów na świecie, stratę do Vingegaarda zmniejszył jedynie o różnicę w bonifikatach za pierwsze i drugie miejsce na mecie.
Wczorajszy etap przyniósł do analizy obie składowe górskich etapów wielkich tourów: i twarde dane, czyli czas jazdy czy prędkość zdobywania wysokości jak również “wrażenie artystyczne”, sposób w jaki zaprezentowali się poszczególni zawodnicy.
W licznej ucieczce dnia (25 kolarzy) swój cel zrealizował tylko jeden: Mads Pedersen zwyciężył na premii lotnej usytuowanej na przed podjazdem Cordal co sprawiło, że jego przewaga w klasyfikacji punktowej jest bezpieczna przez najbliższych kilka dni.
Pozostali na czele uciekinierzy (Jungels, Cepeda i młody Vinokourow) zostali u podnóża Angliru na chwilę zatrzymani przez protestujących wspierających Palestynę, ale nie wpłynęło to na przebieg rywalizacji.
W topniejącym z kilometra na kilometr peletonie tempo nadawali zawodnicy UAE. Jay Vine i Felix Grossschartner wykonywali znakomitą pracę dla Alemeidy, prowadzą przez pierwszą część Angliru. To właśnie nadawane przez nich tempo odpowiadało za brutalną selekcję (dość szybko z grupy odpadł zarówno Bernal, ale też większość – poza Kussem – pomocników Vingegaarda, ugotowali również Ciccone), ale też za końcowy rezultat uzyskany na mecie przez Almeidę i Vingegaarda.
Gdy po wypłaszczeniu w połowie szosa zaczęła piąć się najstromiej pod górę, na czoło wysunął się Almeida, który całą, najtrudniejszą część podjazdu jechał przed Vingegaardem, który z kolei nawet na moment nie spróbował wyprzedzić Portugalczyka.
Za ich plecami nieźle jechał Jay Hindley, całkiem dobrze spisywał się również Sepp Kuss. Pozostali zawodnicy: Pidcock, Gall, Riccitello, Pellizzari walczyli o to, by stracić jak najmniej prezentując różne podejście do podjazdu Angliru. A to próbowali jechać swoim tempem a to zaczynali się wyprzedzać, na zmianę i co chwilę “umierali i odżywali” na najtrudniejszych sekcjach wzniesienia.
Z przodu Almeida był niewzruszony, były nawet momenty, gdy wydawało się, że Vingegaard po kilka centymetrów puszcza jego koło, ale ostatecznie obaj zawodnicy dotarli razem do wypłaszczenia w końcówce. Ponieważ nabiera się tam prędkości a do tego jest wąsko, kluczowe było wejście w ostatnie łuki na pierwszej pozycji. Zrobił to Almeida i tym samym odniósł jedno z najbardziej prestiżowych zwycięstw w swojej karierze. Ostatnie, ekstremalnie strome 6,5km pokonali w 27 i pół minuty, co przekłada się na VAM 1903m/h. Uzyskany rezultat na całym podjeździe to 41’57”, co jest wolniejsze od wyniku Roberto Herasa z 2000r o sekundę, realnie to w granicach błędu pomiaru. Najbardziej stromą sekcję Almeida i Vingegaard pokonali nieznacznie wolniej niż Vingegaard i Roglic w 2023r, za sukces i rezultat na Angliru w tym roku odpowiedzialni są Vine i Grossschartner, którzy nadawali tempo na pierwszej części wspinaczki.
Co ważne, Almeida na mecie wyglądał najlepiej ze wszystkich zawodników czołówki. Owszem, był zmęczony, ale szybko wsiadł na trenażer a wywiad, którego udzielał był składny, mowa ciała Portugalczyka wskazywała, że nie sięgnął tak głęboko do swoich rezerw jak jego rywale. Równolegle Vingegaard wyglądał na mocno zmęczonego, podobnie jak Hindley a Pidock długo siedział na ziemi totalnie wyczerpany.
O tym, jak wysoki poziom sportowy oglądaliśmy niech świadczy fakt, że czwarty na mecie Sepp Kuss poprawił swój wynik z 2023, gdy bronił koszulki lidera o 21" a Tom Pidcock, który był na mecie siódmy zanotował 13 wynik na Angliru w historii.
Czy to oznacza, że szanse Almeidy na wygranie całego wyścgu rosną? Cóż, tylko nieznacznie. Trzeba pamiętać, że na kluczowym etapie największym jego sukcesem jest wygrana etapowa i fakt, że Vingegaarda pomęczył. Jednak nie był w stanie zgubić ani na moment.
Tak czy inaczej oglądało się to znakomicie a świetna postawa Almeidy sprawia, że na kolejne dni patrzymy z nadzieją w kwestii sportowych emocji. Bo wyścig nie jest jeszcze rozstrzygnięty a już dziś kolejna odsłona rywalizacji w górach.
Etap jest krótki (136km), ale treściwy (3800m w pionie) do pokonania jest górzysty dojazd do przedostatniego podjazdu dnia (Puertu de san LLaurienzu – 10,5km, średnio 8,5% stromizny, ostatnich 5km to cały czas 14%) a do mety prowadzi długi i ciężki do Lagos de Somiendo (16,9km, prawie 1000m przewyższenia, średnio 5,9%, ale ostatnie 6km i etapu i podjazdu zarazem to cały czas powyżej 8%.
To by sugerowało, że po raz kolejny znaczenie może mieć wytrzymałość Almeidy, pytanie tylko, czy to wystarczy, by złamać Vingegaarda. Może być tak, że liderowi wyścigu, nawet jeśli będzie przeżywał ciężkie chwile wystarczy i przewagi i talentu by przed Almeidą się obronić.
Etap zostanie pokazany w całości, transmisja w streamingach Eurosportu będzie od 13.15 do 18.00. Start ostry o 13.50, na San Llaurienzu czołówka powinna się zjawić około 16.30, u podnóża finałowego podjazdu około 16.50 na mecie około 17.25.
Zdjęcia: Unipublic / Cxcling / Antonio Baixauli, materiały prasowe ASO

