Kronika Kolarska 04.09.2025

Ze sportowego punktu widzenia etap wokół Bilbao nie zawiódł: kolarze Vismy nadawali tempo niemal przez cały dzień męcząc rywali, na przedostatnim podjeździe atakował Almeida a na ostatnim Tom Pidcock dwukrotnie zerwał z koła wszystkich, wliczając w to Jonasa Vingegaarda. Następnie po zgarnięciu premii bonusowej czekające na szczycie pojechał z Duńczykiem do mety. Tyle tylko, że mety nie było.

Tłumnie zgromadzeni w Bilbao protestujący wspierający Palestynę sprawili, że organizatorzy wyścigu anulowali rywalizację o zwycięstwo etapowe a różnice czasu odnotowywano trzy kilometry przed wcześniej ustaloną metą. Kolarze zostali o tym uprzedzeni nieco wcześniej, aczkolwiek Pidcock, który bardzo chciał wygrać ten etap symbolicznie dojechał do końca trasy.

Warty odnotowania jest fakt, jak rzadko ktoś jest w stanie odjechać Vingegaardowi i Pidcock, który, owszem był w sprzyjającym dla siebie terenie, zrobił to wczoraj na niewielki dystans, ale jednak dwukrotnie. Brytyjczyk ewidentnie rośnie, zarówno fizycznie jak i mentalnie z dnia na dzień tego wyścigu. Najpoważniejsze testy jednak dopiero przed nim, zwłaszcza w ten piątek i sobotę. Jeśli je przetrwa, śmiało będziemy mogli mówić o “Pidcocku 2.0”.

A teraz co do samych protestów. Mam to szczęście, że wypowiadam się prywatnie, na prywatnym profilu, nie stoi za mną ani mała ani duża redakcja. Bo zrozumiałe jest, że na antenie telewizyjnej komentatorzy muszą ważyć słowa (tym bardziej, że nawet pozornie niezależna stacja sportowa jest też zależna od wielkich spraw, dla przypomnienia, w obronę telewizji TVN przed zmianami legislacyjnymi zaangażowała się kilka lat temu ambasador amerykańska. Nie dlatego, że tak zależało jej na pluralizmie i wolności słowa w Polsce, tylko dlatego, że TVN jest częścią amerykańskiej grupy medialnej, tej samej zresztą, do której należy Eurosport, czyli obecnie Warner Bros. – Discovery). I nawiązuję do tego nie bez przyczyny. Bo na każdym kroku sport z polityką się miesza.

Więc za każdym razem gdy słyszę, że “sport nie powinien być mieszany z polityką” traktuję to wyłącznie jako okrągłe zdanie, które nic nie wnosi. Abstrahując od przyczyn konfliktu izraelsko-palestyńskiego, zarówno w ogóle jak i jego obecnego etapu, w tym momencie jesteśmy w sytuacji, w której państwo Izrael dokonuje w Gazie kolejnych zbrodni przeciwko ludności cywilnej na bardzo dużą skalę (i tak, jest jeszcze to, to i tamto po obu stronach, ale ten fakt jest niezaprzeczalny).

I co ma to do kolarstwa zapytacie? Cóż, elementem tego sportu jest dostępność tras, zawodników a także obszerna obecność w mediach. Samo to powoduje, że transmisje z wyścigów kolarskich: rozgrywane na dużym terenie, stosunkowo luźno zabezpieczone a przy tym transmitowane na cały świat są wygodną platformą do przekazywania szerzej swoich opinii. Tradycja zakłócania wyścigów przez protestujących w różnych sprawach jest długa, została nawet uwieczniona na filmie kinowym “Niedziela w Piekle” Jorgena Letha z 1977, gdzie związkowcy zatrzymali Paryż-Roubaix. Czy to dobrze dla sportu, że tak się dzieje? Oczywiście, że nie, ale trudno coś na to poradzić przy formule w jakiej wyścigi są rozgrywane.

Narastające protesty osób wspierających Palestynę podczas Hiszpańskiego touru, których póki co największa eskalacja miała miejsce w Bilbao nie dziwią z kilku powodów. Po pierwsze – najistotniejsze – w wyścigu jedzie drużyna, która choć nie jest wspierana przez państwo Izrael tylko przez prywatnego inwestora – wiezie na koszulkach promocję kraju, który w tym momencie dopuszcza się (podkreślam to jeszcze raz) zbrodni na ludności cywilnej. Promuje Izrael jako fajne miejsce, dobre na “city breaki”, wspierające rozwój nowoczesnych technologii, no w ogóle cool kraj. Różnica między atakami Putina na ukraińskie miasta a równaniem Gazy z ziemią przez Izraelczyków (to też istotne, bo jednak jest to kraj demokratyczny a partia Binjamini Netanjahu odnosi w kolejnych wyborach na tyle duży sukces, że mimo perturbacji jest w stanie tworzyć kolejne rządy) jest w sumie niewielka.

Rosyjscy i białoruscy kolarze zostali za agresję ukarani jazdą “w neutralnych barwach”, jest to dotkliwe bo Rosja jest w sporcie potęgą (co jest – uwaga – częścią jej polityki i dumy narodowej), sportowcy z Izraela są w większości dyscyplin siłą marginalną. Ekipa Gazpromu, jako wspierana przez państwową rosyjską spółkę została zdyskwalifikowana po rozpoczęciu agresji na Ukrainę. Ekipa Izrael – Premier Tech jeździ dalej, bo cóż, pozycja Izraela jest inna niż Rosji to raz a dwa, bannerem reklamowym tegoż Izraela jest nie na życzenie państwa a prywatnego inwestora Sylvana Adamsa. Próby jej delegalizacji skończyłyby się prawdopodobnie pozwem i długą sprawą sądową, którą UCI lub organizatorzy wyścigów zapewne by przegrali.

Ale, i tu jest dalszy kontekst polityczny, podczas tej Vuelty peleton przejeżdża przez kolejne regiony, które mają długą tradycję walki narodowo-wyzwoleńczej. Katalończycy a zwłaszcza Baskowie choć są w strukturach hiszpańskiego państwa, mniej lub bardziej marzą o niepodległości.

Przypomnijmy, że nie tak dawno (2017) kataloński polityk, premier Katalonii Carles Puigdemont musiał uciekać przed aresztowaniem po tym, gdy odmówił złożenia przysięgi hiszpańskiemu królowi. Z kolei baskijska ETA zakończyła działalność dopiero w 2018r. ETA była organizacją walczącą o niepodległość kraju Basków i była uznawana za organizację terrorystyczną (bo co do zasady posługiwała się takimi metodami, podkładając bomby, organizując zamachy itd), w skrócie robiła to co północnoirlandzka IRA, ale też i Organizacja Wyzwolenia Palestyny (upraszczam, ale kontekst jest ważny). W międzyczasie elementem manifestowania baskijskiej dumy narodowej stały się wyścigi kolarskie. Przez wiele lat kibice z charakterystycznymi flagami Ikurriña byli nieodłącznym elementem krajobrazu etapówek i klasyków, drużyna Euskaltel była ambasadorem baskijskiej sprawy. (tu powinien się też pojawić segment o nacjonaliźmie flamandzkim i różnicach w charakterystycznych żółtych flagach z czarnym lwem, ale to juz by było za wiele 😉 ).

Koniec końców Baskowie z Hiszpanami poszli na kolejne kompromisy, natomiast nie można zapominać, że duch narodowo-wyzwoleńczy jest w tym miejscu silny. Zatem jeśli ktoś mówi, że to nie jest ten czas i to miejsce na protesty w obronie mniejszości, która de facto jest eksterminowana, to cóż, powinien chyba wrócić do szkoły. Bo to dokładnie jest ten czas, to miejsce i ci ludzie. Gdzie indziej niż właśnie w Bilbao, które jeszcze niedawno walczyło o swoją niezależność miałoby dojść do takiego protestu?

I jasne, “szkoda” rywalizacji sportowej i tak, należy obawiać się o bezpieczeństwo kolarzy (a także kibiców zainteresowanych tylko wspieraniem zawodników), jednak (co już zasugerował dyrektor Vuelty) wydaje się, że przy nasilającym się oporze społecznym rozwiązaniem sytuacji powinno być wycofanie się drużyny IPT z wyścigu. Bo jeśli mamy “nie mieszać sportu z polityką”, to z dużym prawdopodobieństwem powinniśmy usunąć ze sportu jeżdżący banner kraju, który – znów podkreślę – właśnie teraz dokonuje zbrodni na ludności cywilnej (i tak, można włączyć “whataboutism” i wspomnieć o krajach arabskich, gdzie łamane są prawa człowieka, sponsorujących drużyny czy o złych korporacjach jak Ineos, jednak jest różnica między tym a równaniem miasta z ziemią i głodzeniem ludzi).

Nadzieją dla bezpiecznego czy też bezpieczniejszego przeprowadzenia Vuelty do końca jest wyjazd z miasta. Większość kolejnych etapów będzie rozgrywana w górach, w okolicach mniejszych miejscowości. Tam i trudniej dojechać, trudniej zebrać ludzi na masowy protest, ale też łatwiej służbom go zneutralizować. Problem zapewne powróci podczas finału w Madrycie, ale – nie oszukujmy się – ta Vuelta będzie pod presją protestujących każdego dnia.

Po tej długiej dygresji należy zadać sobie pytanie “a co dzisiaj” zakładając, że dzisiejszy etap odbędzie się bez przeszkód. A dzisiaj krótki (145km), ale treściwy dzień z dwoma ciężkimi podjazdami, jednym na początku a drugim ze szczytem 20km przed metą. To 7km o średniej stromiźnie niespełna 8%, ale trudnymi, 15% sekcjami w trakcie. Ponieważ jutro mamy jeden z kluczowych dni wyścigu, czyli finisz na podjeździe-monstrum Angliru, należy spodziewać się rywalizacji o wygraną etapową wśród uciekinierów.

Transmisja rozpoczyna się o 14.45, u podnóża podjazdu Collada de Brenes czołówka powinna być około 16.45, na szczycie czekają bonusowe sekundy a do mety prowadzi zjazd. Na kresce najszybsi powinni zameldować się około 17.30.

Zdjęcia: Unipublic / Cxcling / Antonio Baixauli, materiały prasowe ASO. Ponieważ używam legalnych zdjęć z pressroomu, fotografii protestujących na mecie w Bilbao nie ma dostępnych. Zamieszczam więc poglądowo screenshot z transmisji, realizatorzy raczej odwracali uwagę od tego, co dzieje się na mecie.

oryginalny post na facebooku