Joao Almeida “zrobił Pogacara”. W ramach odrabiania strat w klasyfikacji generalnej wykorzystał główny podjazd dnia – Slugenpass i na 2km przed premią górską zaatakował.
Styl również był podobny do tego, który w ostatnich miesiącach prezentuje lider UAE – Almeida z wyselekcjonowanej grupy “po prostu przyspieszył”, stając w korbach dopiero po pewnym czasie.
I choć teren był dla niego niesprzyjający – do mety było jeszcze prawie 50km, Portugalczyk utrzymywał zbudowaną na podjeździe przewagę między 30 a 50 sekund.
Za jego plecami teoretycznie byli wszyscy ci, którym powinno zależeć na pogoni, ale a to współpraca się nie kleiła a to brakowało mocy i to Almeida bezpiecznie dojechał do mety na pierwszej pozycji.
Drugi wczoraj Oscar Onley realnie wyglądał najmocniej z reszty stawki – i na Splugenpass i na prowadzącej lekko pod górę drodze prowadzącej do finiszu, gdzie nieznacznie odsadził trzeciego O’Connora.
Almeida jest więc teoretycznie faworytem do wygrania wyścigu, ale jak sam stwierdził, do tego jeszcze długa droga, bo straty z pierwszego dnia wciąż ma spore.
Tak czy inaczej po raz kolejny zaprezentował znakomity performance i potwierdził, że będzie kluczowym wsparciem dla Pogacara w lipcu. Tym bardziej, że co pokazywał wielokrotnie, potrafi być lojalnym pomocnikiem. Natomiast przy progresie, jaki zanotował w ciągu ostatniego roku mam nadzieję, że w sezonie 2026 dostanie szansę jazdy na własne konto w jednym z wielkich tourów. Bo z kolarzy UAE, poza Pogacarem oczywiście, wydaje się być w tym momencie i najmocniejszy i – co ważne – jego dyspozycja jest najbardziej stabilna.
Dla zainteresowanych, główny segment Splugenpass Almeida pokonał w 23’10”, co przekłada się na VAM 1707m/h. Bardzo dobrze, choć daleko od dokonań Pogacara, natomiast warto uwzględnić fakt, że samo przyspieszenie wykonał na ostatnich dwóch z ośmiu kilometrów mierzonego podjazdu.
A co dzisiaj? Dzisiaj kolejny dzień, na odrabianie strat. 183km, ponad 3600m przewyższenia, co ważne, choć numeracja premii może być zwodnicza, spora część trasy rozgrywana jest na dużej wysokości. Przełęcze Julierpass i San Bernardino są powyżej 2000m n.p.m. i choć same oznaczone podjazdy są stosunkowo krótkie, to zanim zawodnicy dotrą do końcowej, decydującej części etapu, będą już solidnie podmęczeni.
Końcówka z kolei wymaga i mocy i dynamiki, do pokonania dwukrotnie jest położony niżej podjazd o bardzo konkretnych parametrach: 4,4km i 9,8% stromizny. Drugi raz zawodnicy pojadą jeszcze chwilę dłużej do mety w Santa Maria. Różnice między najmocniejszymi zawodnikami mogą być więc podobne co wczoraj.

