Rok: 2025

  • Ranking Kolarskich Mistrzów Świata – edycja 2025

    Ranking Kolarskich Mistrzów Świata – edycja 2025

    Tadej Pogacar w 2024 dokonał rzeczy wybitnej: zwyciężył w Giro, Tourze oraz w Mistrzostwach Świata ze startu wspólnego. Zdobył więc kolarskiego “wielkiego szlema”. Jeżdżąc przez kolejny rok w tęczowej koszulce potwierdził, że jest jednym z największych szosowców w historii.

    “Ranking kolarskich mistrzów świata” to mój wieloletni projekt, w którym śledzę, jak w XXIw radzą sobie zdobywcy tęczowej koszulki w sezonie po zdobyciu tytułu najlepszego szosowca.

    Ponieważ zasady rankingu UCI są zmienne, pod uwagę biorę punktację popularnego “CQ Ranking”, zwracam również uwagę na liczbę zwycięstw. Ta, choć niewątpliwie wpływa na zdobyte punkty, zależna jest od specjalizacji kolarza. Więcej wygrywał będzie sprinter, mniej zawodnik z ambicjami w wyścigach etapowych. Chyba, że jest Tadejem Pogacarem ;)

    Ranking 2020 i 2021 był zaburzony przez lockdowny i zmiany w kolarskim kalendarzu wywołane pandemią COVID-19. W sezonie 2022 co do zasady większość wyścigów odbywała się normalnie. 2023 to kolejne perturbacje: rywalizacja o tęczową koszulkę została zaplanowana na sierpień: między Tourem a Vueltą, co odebrało punkty za Vueltę 2023 Remco Evenepoelowi.

    Po Mistrzostwo Świata w Zurychu Tadej Pogacar pojechał w swoim, unikatowym stylu. Solowy atak z daleka był ryzykowny, ale zakończył się powodzeniem, choć był moment gdy wydawało się, że Słoweniec może jednak polec. Nic takiego jednak się nie wydarzyło i Pogacar dołączył do Eddy’ego Merckxa oraz Stephena Roche’a – jedynych męskich zawodników, którzy w jednym sezonie zdobyli kolarską “potrójną koronę” (zrobiła to jeszcze w 2022r Annemiek van Vleuten).

    Choć mógł być zmęczony (przejechał dwa wielkie toury, tygodniówkę i pięć klasyków) dość szybko postanowił zaprezentować się w tęczowej koszulce. Już tydzień po mistrzostwach w Zurychu wystartował w jednodniówce Giro dell’Emilia z metą przy Bazylice San Luca. Wyścig wygrał po raz kolejny “na solo” demolując rywali i rozpoczynając serię zwycięstw jako urzędujący czempion. 

    W kolejnym tygodniu zrobił to, do czego nas przyzwyczaił, czyli czwarty raz z rzędu wygrał monument, który prawdopodobnie najbardziej odpowiada jego możliwościom i stylowi jazdy, czyli Giro di Lombardia. Znów po solowym ataku, znów z olbrzymią przewagą nad Remco Evenepoelem.

    Następnie udał się na zasłużony odpoczynek by do ścigania wrócić w lutym podczas UAE Tour – imprezie sponsorów drużyny, w której jeździ. Był trzeci na płaskiej czasówce, wygrał dwa górskie finisze i cały wyścig, choć widać było, że to dla niego po prostu trening. 

    Następnie przystąpił do części sezonu, która powoduje, że ten rok był dla Pogacara wyjątkowy. Mistrz świata wiosną postawił bowiem wszystko na starty w wyścigach klasycznych, swoją kampanię rozpoczął na początku marca od Strade Bianche a zakończył w ostatnich dniach kwietnia podczas Liege-Bastogne-Liege. 

    W czasie tych niemal dwóch miesięcy rywalizował ze sprinterami podczas Mediolan-San Remo, specjalistami bruków na Flandrii i Paryż-Roubaix a z góralami w Ardenach. 

    Bilans powala na kolana: wygrana (mimo upadku) w Strade Bianche, trzecie miejsce w Mediolan-San Remo, wygrana Flandria, druga lokata w Paryż-Roubaix, trzecia w Amstel Gold Race oraz triumfy podczas Walońskiej Strzały i Liege-Bastogne-Liege. 

    Rywalizacja Pogacara z van der Poelem w Mediolan-San Remo oraz na brukach to jeden z najjaśniejszych punktów całego sezonu, pojedynek dwóch geniuszy kolarstwa, należących do zupełnie innych światów, których drogi przecinały się na najważniejszych wyścigach jednodniowych. I choć z tego pojedynku 2:1 zwycięsko wyszedł van der Poel fakt, że aktualny (i przed i po, to ważne) triumfator Tour de France stanął na podium imprez, które w teorii są “ nie dla niego” pokazuje, dlaczego coraz częściej stawia się Pogacara na równi z Merckxem. 

    Tym bardziej, że po przegranym ze Skjelmose Amstel Gold Race (Tadej był ewidentnie nie w pełni zregenerowany po Paryż-Roubaix), już kilka dni później powrócił do topowej formy demolując rywali na Walońskiej Strzale i Liege-Bastogne-Liege. Tym samym jako urzędujący mistrz świata wystartował po kolei we wszystkich rozgrywanych monumentach, z których trzy wygrał, raz był trzeci i raz drugi. 

    Właściwie w tym miejscu można by powiedzieć “kurtyna” lub niczym Geraint Thomas upuścić na ziemię mikrofon i zakończyć to podsumowanie, gdyby nie to, że Pogacar po chwili odpoczynku i wysokogórskich zgrupowaniach przygotował drugi szczyt formy na Tour de France. 

    Po drodze zbudował psychiczną przewagę nad Jonasem Vingegaardem gnębiąc go podczas Criterium du Dauphine, mimo jednej z nielicznych porażek (podczas czasówki choć jak się później okazało było to całkowicie bez znaczenia).

    Do Wielkiej Pętli wystartował jako obrońca tytułu i faworyt. Jego najwięksi rywale, drużyna Visma | Lease a Bike przywieźli do Francji super mocny skład. Przez pierwszą: wietrzno-pagórkowatą część wyścigu starali się uprzykrzać życie mistrzowi świata jak to tylko możliwe nadając tempo, nieustannie atakując  i szukając jego słabych punktów. Tych jednak praktycznie nie było, a sam Pogacar pokazaywał nie tylko moc, ale i taktyczne opanowanie. Ścigając się, niczym na wiosnę z van der Poelem na etapach przypominających charakterystyką klasyki wygrał czwarty etap wyścigu, został liderem a przy tym zanotował setne zwycięstwo w zawodowej karierze. Zrobił to w wieku niespełna 26 lat, na najważniejszym wyścigu na świecie, w koszulce mistrza świata. 

    Kurtyna, micdrop itd po raz kolejny.

    Następnie był drugi podczas płaskiej czasówki, wygrał na Mur de Bretagne by symbolicznie “skończyć” ten Tour de France w Pirenejach: odpalając ekstremalnie mocny atak na Hautacam oraz poprawiając podczas czasówki na Luz Ardiden. Kilka dni później dołożył do tego (choć nie wygrał etapu) rekord czasu na Mont Ventoux a w Alpach, choć kolarze Vismy próbowali różnych rozwiązań, był niewzruszony i czekał tylko na dojechanie do Paryża. A tam, na zmienionej rundzie prowadzącej przez Montmartre dostarczył nam znakomitej rozrywki ścigając się z van Aertem. I choć przegrał, ofensywną i bezkompromisową postawą pokazał, za co uwielbiają go kibice na całym świecie. 

    Co ciekawe, choć wcześniej anonsowano jego udział w hiszpańskiej Vuelcie (ależ to byłby inny wyścig, gdyby Tadej w nim jednak wystartował), Pogacar stwierdził, że czuje się wypalony i musi odzyskać świeżość oraz motywację. 

    Jak powiedział, tak zrobił. Spędził nieco czasu ze swoją partnerką, Urską Zigart, powrzucał trochę zaczepnych treści na social media, potrenował i wrócił do ścigania na nieco ponad tydzień przed mistrzostwami świata.

    Pogacar ewidentnie lubi kanadyjskie klasyki, bo mimo konieczności zmiany klimatu, strefy czasowej i długich podróży postanowił w nich wystartować. W Quebecu tak jak przy poprzednich okazjach mimo ofensywnej jazdy nie był w stanie zgubić rywali i zanotował najgorszy wynik w sezonie (29 miejsce, nieznacznie dalej był tylko na sprinterskich etapach touru). Dwa dni później w Montrealu był jednak zdecydowanie najmocniejszy, ale postanowił podzielić się wygraną ze swoim pomocnikiem, Brandonem McNultym, z którym razem dojechał do mety i wpuścił na nią pierwszego. 

    Wynik z Quebceu tłumaczył chorobą na kilka dni przed wyjazdem do Kanady, co byłoby kolejną infekcją, jaką musiał w tym roku zwalczyć (według komunikatów ekipy UAE chorował rownież w czasie Touru).

    Do Rwandy na mistrzostwa świata jedzie jako faworyt: trasa ma około 6000m przewyższenia, będzie to więc najbardziej górzysta rywalizacja o tęczową koszulkę. Zanim jednak przystąpi do jej obrony, zmierzy się m.in. z Remco Evenepoelem w jeździe indywidualnej na czas. 

    Tadej Pogacar jako urzędujący mistrz świata zaliczył sezon po prostu wybitny. Podczas 45 dni startowych wygrywał 16 razy, od zdobycia tytułu stawał na starcie 48 razy, z czego wygrywał 18.

    Zdobył 4430 punktów, co daje mu ponad 1523 przewagi nad Peterem Saganem (a jeśli doliczyć Evenepoelowi lepszą z Vuelt 1487 nad nim). Pod względem liczby zwycięstw od Pogacara lepszy był tylko Boonen, Słoweniec jest za to lepszy od Cavendisha. Biorąc pod uwagę, że na Tourze w pewnym momencie przestał się ścigać o wygrane etapowe oraz, że podarował McNulty’emu Montreal można śmiało założyć, że rekord zwycięstw jako mistrz świata również mógłby pobić. 

    Prawdopodobnie oglądamy szczyt kariery Tadeja Pogacara. Jak długo potrwa i czy będzie mógł być jeszcze wyższy niż to, co obejrzeliśmy w sezonach 2024 i 2025 dowiemy się już niebawem. Pierwsza weryfikacja nastąpi 21.09 podczas jazdy na czas w Kigali, a następnie 28.09 w wyścigu ze startu wspólnego. Jeśli nie wydarzy się nic złego lub wyjątkowo zaskakującego,  za rok przeczytacie podumowanie kolejnego roku w wydaniu słoweńskiego mistrza.

    Ranking Kolarskich Mistrzów Świata, edycja 2025

    Tabela - ranking kolarskich mistrzów świata, edycja 2025

    Zdjęcie okładkowe: Tadej Pogacar wygrywa po raz setny w karierze na czwartym etapie Tour de France 2025, fot. materiały prasowe a.s.o./jonathan biche

  • Kto dojedzie do gór, czyli zapowiedź Tour de France 2025

    Kto dojedzie do gór, czyli zapowiedź Tour de France 2025

    Faworyt, pretendent i reszta. Gdyby kolarstwo było tylko testem mocy do masy, miskę na owoce, którą dostaje zwycięzca Tour de France moglibyśmy przyznać już teraz Tadejowi Pogacarowi. Ale do Paryża trzeba przede wszystkim dojechać. A w tym roku, by jakikolwiek test mocy do masy na pierwszym dużym podjeździe w ogóle się odbył, trzeba przetrwać pierwszych 11 etapów!

    Dla kogo jest ten Tour de France?

    Układanie trasy wyścigu kolarskiego składa się zawsze z kilku aspektów. Jest oczywiście ten finansowy, gdzie samorządy płacą organizatorom by móc ugościć imprezę i wypromować swój region. W przypadku Touru istnieje też zasada cyklicznego odwiedzania każdego z departamentów przynajmniej co kilka lat (traktowana ostatnio nieco bardziej elastycznie, ale nadal funkcjonująca).

    Ważny jest także aspekt sportowy – ewolucja tras wielkich tourów pokazuje, że sport kolarski zmienia się by utrzymać atencję widzów. Stąd też nie mamy zbyt wielu płaskich etapów, dodawane są atrakcje w postaci ekstremalnie stromych podjazdów, szosowców spycha się też od czasu do czasu na szutry czy bruki. 

    Fot. A.S.O./Tony Esnault, materiały prasowe

    Tour przeciwko Pogacarowi?

    Tegoroczny Tour de France w teorii jest ułożony “przeciwko” Tadejowi Pogacarowi. Na trasie znajdują się podjazdy, na których przegrywał z Jonasem Vingegaardem (Hautacam, Col de la Loze, Duńczyk był też szybszy od Słoweńca na Mont Ventoux). 

    Tyle tylko, że Pogacar po zmianie trenera z Inigo san Milana na Javiera Solę już w zeszłym roku pokazał, że jego wcześniejsze słabości: jazda w upale, duża wysokość i podjazdy dłuższe niż 40’ zostały wyeliminowane. 

    Faktem jest jednak, że tegoroczne etapy górskie są bardzo wymagające, stopień trudności narasta, kumulacja zmęczenia będzie dotkliwa. 

    Wielka Pętla 2025 to nie jest najbardziej górzysty wyścig ostatnich lat, ale suma przewyższeń plasuje go w pierwszej dziesiątce. W Pirenejach mamy najpierw etap z metą na Hautacam (13,5km, 7,8%), następnie czasówkę pod górę do Peyragudes z bardzo stromą końcówką a dzień później klasyczny przejazd przez pasmo górskie z przełęczami Tourmalet, Aspin i Peyresourde z metą na Super Bagnares (12,4km, 7,3%).

    Etap z Mont Ventoux z kolei rozgrywany jest bezpośrednio po dniu przerwy a następnie tylko dzień oddziela go od  dwóch etapów alpejskich. Na pierwszym z nich, zanim kolarze zmierzą się z Col de la Loze (26,4km, 6,5%, ale pamiętajcie o super ciężkiej końcówce na alejkach przygotowanych dla rowerzystów, gdzie jest wąsko, kręto i stromo po długim wysiłku i na dużej wysokości), muszą przejechać przez Glandon i Madelaine. Z kolei na drugim, finisz na ciężkim podjeździe do La Plagne (19,1km, 7,2%) poprzedzony jest kilkoma premiami, w tym bardzo ciężką Cold du Pre. 

    Padną rekordy

    Wielce prawdopodobne jest, że w tym roku padną rekordy czasów podjazdu na Hautacam (należący do Bjarne Riisa z 1996r), Mont Ventoux (przynajmniej jako czas ze startu wspólnego – Pantani 1994 a kto wie, może i rekord Ibana Mayo z czasówki 2004) i La Plagne (Indurain 1994). 

    Skąd takie przypuszczenie? Cóż, kolarstwo jest sportem bardzo wymiernym. Nie tylko na podstawie zeszłorocznego podjazdu na Plateau de Beille, ale całego trendu ostatnich kilku lat można się spodziewać, że będziemy obserwowali wybitny performance, wyrażany w bezwzględnych czasach podjazdu lub też VAM (czyli średniej prędkości podjeżdżania w metrach na godzinę). I tak, rekordzista, jeśli rekordy oczywiście padną, będzie tylko jeden, ale co do zasady grono zawodników, którzy jeżdżą pod górę bardzo szybko jest całkiem spore. 

    Tyle tylko, że rzeczone grono (na czele z Evenepoelem i Roglicem) po prostu pozostaje w cieniu Pogacara i Vingegaarda.

    Fot. a.s.o./charly lopez materiały prasowe

    Truizm: trzeba dojechać do gór

    Zanim jednak kolarze wjadą w góry i będą rywalizować na legendarnych wzniesieniach, czeka ich długi, drenujący energię fizyczną jak i psychiczną odcinek liczący aż 11 etapów, prowadzący z departamentu Nord, przez Normandię, Bretanię w Masyw Centralny. 

    Co to oznacza? Wiatr, wąskie, kręte drogi, sporo niewielkich podjazdów, ale takich, na których można stracić i siły i czas, kraksy, ściganie o bonifikaty na metach, rywalizację między sprinterami, kolarzami specjalizującymi się w klasykach oraz faworytami generalki. 

    Krótko mówiąc piekło ;)

    W porównaniu z Tourami sprzed lat, tych pierwszych 11 dni absolutnie nie jest płaskich. Realnie sprinterzy będą mieli tylko trzy okazje, by powalczyć na klasycznym finiszu z peletonu.

    Czy Tour de France był kiedyś lepszy? Porównanie tras Wielkiej Pętli obecnie i w przeszłości.

    Inauguracja wyścigu da możliwość zdobycia żółtej koszulki właśnie sprinterowi, ale już etapy drugi i czwarty są górzyste, gdzie ścigać mogą się van der Poel, zyskujący formę Alaphilppe z Pogacarem. 

    Następnie jest 33km czasówka preferująca zawodników mocnych i aerodynamicznych. 

    Etap szósty prowadzący przez Normandię ma ponad 3500m przewyższenia (czyli prawie tyle co uznawane za “górskie” szosowe mistrzostwa Polski) a siódmy kończy się na Mur de Bretagne (2km, 6,9% czyli coś jak podjazd do Bukowiny na TdP). I dopiero ósmy i dziewiąty są dla sprinterów. 

    A następnie, w poniedziałek, w Dzień Bastylii na kolarzy czeka – jak zawsze ciężki, etap w Masywie Centralnym, z ciągłą jazdą w górę i w dół oraz finiszem na podjeździe na jeden z wygasłych wulkanów (Puy de Sancy, 3,3km 8%). 

    To oznacza dziesięć dni intensywnego, nerwowego ścigania bez przerwy, ponieważ pierwszy dzień odpoczynku do dopiero wtorek. 

    Na rozruch po nim etap do Tuluzy, trochę dla sprinterów, trochę dla ucieczki i następnie zaczyna się decydująca o losach wyścigu górska część, którą opisałem wyżej. 

    Nie jest niczym odkrywczym napisać, że prawdopodobieństwo, by na etap z Hautacam dojechali wszyscy faworyci jest bardzo niskie. Ukształtowanie terenu, charakter dróg, zmienna pogoda (a przynajmniej wiatr), ewentualne defekty w połączeniu z szansami dla bardzo wielu typów zawodników sugerują, że tych pierwszych dziesięć dni wykluczy z rywalizacji przynajmniej kilku pretendentów. 

    I, to brutalne, ale prawdziwe, taki jest ten sport, takie są wielkie toury i to są wpisane w niego elementy ryzyka. Co nie zmienia faktu, że układając trasę w ten sposób organizatorzy tego ryzyka nie minimalizują. 

    Fot. A.S.O./Pauline Ballet materiały prasowe

    Koniec tradycji

    A co po Alpach? Jeden etap “wyjazdowy”, nieco górzysty, dla uciekinierów a następnie finał w Paryżu. 

    Finał kontrowersyjny, ponieważ tradycyjne, honorowe rundy po Polach Elizejskich zostały zamienione na trzy rundy przez wzgórze Montmartre. Sukces wyścigu na Igrzyskach w Paryżu zachęcił organizatorów do złamania tradycji co powoduje, że sprinterzy będą mieli trudniej, hipotetycznie też gdyby jakimś cudem klasyfikacja generalna wciąż nie była rozstrzygnięta, możliwe jest ściganie między zawodnikami walczącymi o żółtą koszulkę!

    Ta zmiana powoduje wiele negatywnych komentarzy w konserwatywnym środowisku kolarskim. Z drugiej strony ta tradycja “etapów przyjaźni”, choć w jakiś sposób piękna, realnie powodowała, że niektóre wielkie toury zamiast 21 etapów realnie miało 20. Tegoroczny Tour de France dzięki włączeniu Montmartre’u ma realnie pełnowartościowe, 21 etapów. 

    Kto i o co powalczy w Tour de France 2025?

    No dobrze, to kto zatem wygra ten wyścig?

    Rzecz, której bardzo nie lubię, to przyznawanie niezliczonej liczby gwiazdek niezliczonej liczbie zawodników. Na Tour de France – jak zawsze – lista startowa jest tak mocna, że wyróżnić w jakiejś kategorii można zdecydowaną większość peletonu.

    Faworytem jest Tadej Pogacar. Jego przygotowania przebiegały bez przeszkód, co więcej, choć intensywna wiosna, podczas której ścigał się w wyścigach klasycznych (w tym brukowanych) sprawia, że trudno sobie wyobrazić, by miał trudności w przypominającej kolejne wyścigi jednodniowe pierwszej części wyścigu. 

    Kolarstwo to sport bardzo wymierny, patrząc na performance prezentowany na kolejnych podjazdach w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, jeśl Pogacar i Vinegeaard wjadą w góry razem, przewagę powinien mieć Pogacar. Nikt nie kręci mocy takich jak on, nikt nie atakuje tak dynamicznie i nikt nie ustanawia tylu rekordów podjazdów co on. 

    Z drugiej strony drużyna Visma | Lease a Bike wydaje się być ustawiona nieco bardziej właśnie na tę pierwszą fazę rywalizacji. Van Aert, Benoot, Campenaerts, Affini w teorii mogą zrobić różnicę w pagórkowato-wietrznym terenie. Hipotetycznie, gdyby ekipa Visma chciała wygrać z Pogacarem siłą zespołu, gra na przewagę Jorgensona (który dobrze jeździ w górach i jest równocześnie bardzo skutecznym klasykowcem) w pierwszych dziesięciu dniach mogłaby do jakiegoś stopnia sprawić, że Pogacar straci przed górami zbyt wiele energii i ostatecznie mu jej zabraknie. 

    Fot. a.s.o./charly lopez materiały prasowe

    Róża jest różą, jest różą, jest różą

    Bo Pogacar, cóż, jest Pogacarem. I choć na naszych oczach dojrzewa, wciąż nie jest w stanie okiełznać swojego temperamentu – lubi atakować, pokazywać swoją dominację, przyspieszać, ścigać się o zwycięstwa etapowe i bonifikaty. A realnie, jeśli chce wygrać Tour, następnie Vueltę i mistrzostwa świata to w teorii powinien do Hautacam dojechać tracąc jak najmniej energii. A następnie zniszczyć rywali ustanawiając rekordy na kolejnych 2-3 podjazdach. 

    Z grona rywali Pogcara (i Vingegaarda) najwyżej teoretycznie należy postawić Evenpoela. Belg, w przeciwieństwie do Primoza Roglica (z którym historycznie są na podobnym poziomie jeśli chodzi o najlepsze występy w górach) jest wciąż w fazie rozwoju. Trudno sobie wyobrazić – patrząc na jego występy rok temu i w tym sezonie (i mając w pamięci kontuzję i rekonwalescencję na przełomie 2024/2025), by to na tym konkretnym Tourze miał wykonać ten ostatni krok w stronę wielkości i przyspieszyć na podjazdach o tych kilka procent, które umożliwią mu walkę o zwycięstwo. Ale podium? Podium jak najbardziej jest w jego zasięgu. Tyle tylko, że Remco zdarza się (podobnie jak Roglicowi) upadać, zajmować złą pozycję w peletonie, plątać w jakieś niesprzyjające sytuacje. Dlatego dla obu tych zawodników największym wyzwaniem będzie pierwsza część wyścigu.

    Dalej mamy grono pretendentów i pomocników: wspomnianego Jorgensona, Joao Almeidę (UAE, którego perfomance na Tour de Suisse sugeruje, że mógłby powalczyć nawet o podium), Mattjasa Skjelmose  z Lidl-Trek, Santiago Buitrago i Lenny’ego Martizneza z Bahrajnu, bardzo mocnego w tym roku Floriana Lipowitza z RedBulla (tu ciekawa może być wewnątrzdrużynowa rywalizacja z Roglicem), Bena O’Connora i Eddiego Dunbara z Jayco AlUla, bohatera Tour de Suisse Kevina Vauquelina z Arkei, mimo wszystko Enrica Masa z Movistaru, Felixa Galla z Decathlonu, Carlosa Rodrigueza z Ineosu, Oscara Onleya z Picknic PostNL, Tobiasa Johanessena z Uno-X i wielu, wielu innych.

    Może być tak, że ktoś z nich nawet jeśli nie w klasyfikacji generalnej, ale np. na dwóch pirenejskich lub alpejskich etapach zaprezentuje poziom, który zasugeruje, że w następnych wyścigach przejdzie z “szerokiego grona” do grupy ścisłych pretendentów lub wręcz faworytów. Póki co jednak, mamy Tadeja Pogacara, Jonasa Vingegaarda, zawieszonego między nimi a resztą Evenepoela i Roglica i resztę.

    Fot. a.s.o./charly lopez, materiały prasowe

    A co poza klasyfikacją generalną? Czyli o sprinterach, góralach i młodzieżowcach

    Na żadnym innym wyścigu zwycięstwo etapowe oraz wygrana w pomniejszej klasyfikacji nie są tak cenne jak na Tourze. Grono zawodników, którzy są przygotowani na 100% i jadą w Wielkiej Pętli by zrealizować jeden ze swoich celów jest nieporównywalnie większe niż gdziekolwiek indziej. 

    Współczynnik jakości listy startowej (suma punktów rankingowych zawodników) na Procyclingstats dla TdF 2025 wynosi 1711 punktów. Dla porównania Giro d’Italia miało 946 a zeszłoroczna Vuelta 916. 

    Ze względu na charakter pierwszej części wyścigu specjaliści wyścigów klasycznych będą mieli pole do popisu. Liczne górki finisze na krótkich, stromawych podjazdach, wiatr, trudne do kontrolowania warunki mogą sprzyjać ciekawej rywalizacji. 

    Na starcie mamy najlepszych zawodników w wyścigach klasycznych: Pogacara, van der Poela, Evenepoela, ale też skutecznych w nich zawodników Treka: Skjelmose, Nysa (tu ciekawe, czy zawodnik będzie w stanie wejść na wyższy poziom i wygrać etap w Tourze) i Skujnsa, będącego pierwszy raz od dawna na fali wznoszącej Alaphilippe’a oraz partnerującego mu w drużynie Tudor Hirschiego, pełniących pomocnicze role w Vismie van Aerta i Jorgensona, walecznego Bena Healy, Powlessa (pamiętacie jak pięknie ograł kolarzy Vismy na Dwars Door Vlaanderen?), Corta Nielsena, De Lie i, tak jak wyżej, wielu, wielu innych. 

    Niewiadomą jest występ van der Poela. Holender ewidentnie na darzy Touru jakąś szczególną miłością, w ostatnich latach skupiał się na pomocy Philippsenowi. Tym razem to jednak on będzie miał więcej okazji do walki o etapy niż kolega z drużyny. I choć twierdzi, że skupi się w tym roku na walce o koszulkę mistrza świata mtb, w teorii mógłby nawet powalczyć o zieloną koszulkę klasyfikacji punktowej. Również w teorii charakterystyka finałowego etapu w Paryżu wydaje się ułożona właśnie dla MVDP. Wszystko zależy od jego formy, nastawienia i priorytetów w drużynie Alpecinu. 

    Te w ostatnich latach były skierowane na ich topowego sprintera. Jasper Philipsen w tym roku będzie miał bardzo mocne grono rywali. W dobrej dyspozycji są i Jonathan Milan i Tim Merlier. Bohater zeszłorocznej Wielkiej Pętli, Biniam Girmay ma ewidentnie słabszy sezon, w stawce jest jednak jeszcze kilkunastu zawodników, którzy na pierwszym etapie będę zaciekle walczyć o zajęcie dogodnej pozycji do sprintu dającego żółtą koszulkę lidera choć na jeden dzień. Groenewegen, Stewart, Wærenskjold, Dainese, Meeus Bittner, weterani Demare, Ackerman, Coquard… robi się tłoczno. Tym bardziej, jesli weźmiemy pod uwagę, że sprinterzy będą mieli naprawdę niewiele okazji by popisać się swoimi umiejętnościami. 

    Teoretycznie najwyżej punktowane (po 50 za zwycięstwo) są etapy 1,2,3,4,7,8,9,11,15,17,21, jak jednak już wiecie, całkiem płaskie finisze są na 1, 3,8, 9 i 17. Co ważne, bonifikaty czasowe są przyznawane wyłącznie na metach: nie na premiach lotnych, nie ma też specjalnych premii bonusowych, zatem to zwiększa liczbę chętnych do walki na finiszach etapów pagórkowatych. Wytypowanie zwycięzcy zielonej koszulki wydaje się więc w tym roku wyjątkowo trudne. 

    Klasyfikacja górska w ogóle jest loterią. Z jednej strony może ją po prostu wygrać Pogacar, jeśli zgarnie np. 4 górskie etapy, może też jeden z zawodników, którzy szybko wypadną z walki o generalkę z powodów losowych a nie niskiej dyspozycji  a dojechawszy w góry będzie bohaterem licznych, heroicznych ucieczek. 

    Jeśli zaś chodzi o klasyfikację młodzieżową, jeśli nie pogubi się w pierwszej części wyścigu, faworytem jest Remco Evenepoel. 

    Fot. a.s.o./charly lopez materiały prasowe

    Święto Kolarstwa każdego dnia

    Tour de France to najważniejsze wydarzenie w światowym kolarstwie. Żaden inny wyścig nie przyciąga tylu kibiców, tylu mediów i tylu pieniędzy. Producenci sprzętu prezentują nowe modele, ogłaszani są nowi sponsorzy, Netflix kręcił serial. Ludzie z całego świata przyjeżdżają na kilka dni by uczestniczyć w kulturowym doświadczeniu, jakim jest Wielka Pętla. 

    Wokół żadnego innego wyścigu nie powstaje też tyle treści. Same drużyny zaleją nas w najbliższych tygodniach galeriami zdjęć, wideo, przepisami, anegdotkami, memami, wywiadami. Do tego dochodzą podcasty, blogi, magazyny. A nad tym wszystkim transmisje w Eurosporcie pokrywające całość rywalizacji. 

    Jak co roku postaram się pomóc Wam nawigować w tym gąszczu informacji. Na moim profilu facebookowym będą się poajwiać codzienne zapowidzi-podsumowana-analizy-ciekawostki wraz z profilami etapów, planem na dany dzień, wynikami i zdjęciami. 

    A gdy tylko wróci mi głos, pojawią się przynajmniej w dniach przerwy podsumowujące kolejne części wyścigu podcasty. 

    Zatem zapraszam Was do wspólnego śledzenia Tour de France 2025!

    Najważniejsze etapy:

    1. sobota 05.07 Bo pierwszy, finisz z peletonu i koszulka lidera dla sprintera
    5. niedziela 06.07 Czasówka 33km, płaska, teoretycznie dająca przewagę Evenepoelowi
    7. piątek 11.07 Mur de Bretagne – fajna końcowka w stylu wyścigów klasycznych, rywalizacja Pogacara z klasykowcami
    10. poniedziałek 14.07 Ostatni przed przerwą, święto narodowe Francji, przejazd przez Masyw Centralny, ponad 4500m w pionie, finisz na stromym podjeździe na stary wulkan
    12. czwartek 17.07 Pierwszy duży podjazd na metę, czyli Hautacam
    13. piątek 18.07  Czasówka pod górę z metą w Peyragudes
    14. sobota 19.07 Przejazd przez Pireneje z metą w Superbagnares
    16. wtorek 22.07 Mont Ventoux
    18. czwartek 24.07 Alpy, dwie przełęcze i meta na Col de la Loze
    19. piątek 25.07 Nadal Alpy Col du Pre i meta w La Plagne
    21. niedziela 27.07 Paryż w nowym wydaniu

    Zdjęcie okładkowe: Fot. A.S.O./Billy Ceusters materiały prasowe

  • The Norwegian Method

    The Norwegian Method

    Jedną z najważniejszych porad treningowych dla amatorów jest “nie trenuj jak zawodowcy”. Dlatego też mam dla Was recenzję książki “The Norwegian Method”, dzięki której będziecie jak Blummenfelt, Iden i Ingebrigtsen. Od razu jak wszyscy trzej na raz ;).

    A tak naprawdę to nie. Oczywiście. 

    Jeśli interesujecie się treningiem, rozwojem osobistym poprzez sport, poprawą własnych możliwości, wcześniej czy później spotkacie na swojej drodze trend, który ma być receptą na wszystkie wasze problemy. Wyrwie ze stagnacji, zapewni wzrost parametrów wydolnościowych i wyniki na zawodach przy minimalnym nakładzie czasu i środków. I jest oczywiście lepszy niż wszystkie poprzednie. 

    Mam wrażenie, że dyscypliny wytrzymałościowe i tak całkiem dobrze opierają się uleganiu chwilowym modom w porównaniu choćby ze światem szeroko pojętego fitnessu. Mimo to i tak ciągle szukamy drogi na skróty, najchętniej dzięki prostym rozwiązaniom, podszytym jakimś rodzajem magii.

    Ullrich wygrywa jeżdżąc z niską kadencją: wszyscy jeżdżą z niską kadencją. Armstrong rozkręca swój “młynek”? Przepychanie na twardo staje się passe zanim jeszcze Amerykanin dociera do mety na Alpe d’Huez. Froome zakłada owalne zębatki? Pogacar skraca korby? Wiecie co robić, prawda?

    “Metoda Norweska” jest idealnym produktem: ma gwiazdy osiągające wielkie sukcesy, posiada jeden, teoretycznie łatwy do zrozumienia element treningu (“Double Threshold Day”) i jest dodatkowo związana z sentymentem do surowego stylu życia Skandynawów (który kojarzy się ze zdrowiem, ekologią, powrotem do korzeni i charyzmą Travisa Fimmela ;) ). Tyle, że równocześnie “Metoda Norweska” od bycia produktem jest niezmiernie daleko.

    Dziennikarz vs Wikingowie

    Jeśli myślicie, że książka Brada Culpa weźmie was za rękę i na skróty doprowadzi do sukcesu, cóż, będziecie srogo rozczarowani. Pełny tytuł to bowiem “Metoda norweska: kultura, nauka i ludzie stojący za przełomowym podejściem do treningu w sportach wytrzymałościowych”.

    Pochodzący z okolic Chicago Culp sam jest triathlonistą, przede wszystkim jednak dziennikarzem z wieloletnim doświadczeniem. Swoją fascynację sukcesami norweskich sportowców i metodyką ich treningu prezentuje w formie krótkich rozdziałów, w których na przemian nawiązuje do Wikingów, przełomowych momentów w historii Norwegii, zarysowuje kluczowe postaci wpływające na ewolucję tamtejszego systemu szkolenia i wreszcie sam spotyka się z Blummenfeltem i trenuje z nim w Bergen. A także streszcza zasady treningu opartego o pomiar mleczanu, pomiar temperatury ciała, przygotowania na wysokości i dni z dwoma ćwiczeniami o intensywności okołoprogowej. 

    Cierpliwość, nie magia

    Tyle tylko, że najbardziej oczekiwane przez odbiorcę “mięso” dostajemy na końcu w stosunkowo niewielkiej objętości. Zanim dojdziemy do clou, zapoznajemy się z niezbędnym kontekstem. A kontekst w tym przypadku jest wszystkim i bez niego nie ma się co zabierać za próbę imitowania treningu norweskich mistrzów.

    Norwegia nie jest jedynym na świecie małym, zamożnym krajem, który osiąga sukcesy w sporcie. Bezpieczeństwo socjalne, tradycja i przywiązanie do spędzania czasu na zewnątrz i kontaktu z przyrodą czy dający przestrzeń do samorealizacji system edukacji to tylko niektóre składowe tej układanki. 

    I z całym szacunkiem dla osiągnięć naukowych Mariusa Bakkena czy medialnego i komercyjnego rozgłosu wokół Blummenfelta i Ingebrigtsenów, Brad Culp całkiem skutecznie przekonał mnie, że ich osiągnięcia są bezpośrednio powiązane z tym, skąd pochodzą. A w norweskiej metodzie nie ma za wiele magii: jest za to konsekwencja, cierpliwość i precyzja. 

    “The Norwegian Method”

    216 stron
    Brad Culp
    80/20 Publishing

    Książkę kupiłem w grudniu 2024 za 77PLN na Amazonie. 

    PS

    By spiąć ten materiał właściwą klamrą sam kupiłem “The Norwegian Method” by poznać bliżej koncepcję treningu z użyciem miernika mleczanu, którą od niedawna stosuję i lepiej zrozumieć ideę “double threshold days” a nie historię Wikingów czy norweskiego stylu życia. Czyli, tak jak wszyscy szukałem kolejnej recepty na wszystko. Natomiast realnie zacząłem rozważać zmianę metodologii z dość restrykcyjnie stosowanej “80/20” na “norweską” kilka miesięcy wcześniej. Choć teoretycznie nie jest to najlepszy pomysł dla sportowca niezawodowego, eksperyment ten traktuję właśnie jako element samorozwoju. Spośród różnych książek o treningu kolarskim czy też ogólnie o treningu w sportach wytrzymałościowych “The Norwegian Method” jest w najmniejszym stopniu poradnikiem natomiast w większym inspiracją. Ostatecznie napisał ją dziennikarz a nie naukowiec, co w sumie jest jej zaletą.

    Dla chcących rozszerzyć temat polecam trzy materiały uzupełniające:

    Rozmowę z autorem, Bradem Culpem na podcaście “The Coaching Lab”. 

    Rozmowę ekipy Fast Talk z Dr Stephenem Seilerem, guru “treningu spolaryzowanego”. 

    Wideo z Blummenfeltem i Idenem, ikonami “treningu po norwesku”, którzy podsumowują swój sezon 2024. Który był dla nich co do zasady porażką.