Czy to już jest ten moment, w którym powinniśmy wsiadać do "hype trainu" wiozącego Wouta van Aerta do Zurychu i tęczowej koszulki?
Pewnie jest na to za wcześnie z wielu powodów.
Po pierwsze, faktycznie jest za wcześnie, ponieważ te będą rozegrane za miesiąc.
Po drugie, rywale będą tam o wiele mocniejsi: Pogacar, będący w świetnej dyspozycji Hirschi (wygrał San Sebastian i Plouay), "wewnętrzna konkurencja" czyli Evenepoel a nie, z całym szacunkiem Groves Pacher czy Soler.
Po trzecie, część zawodników przygotowywać będzie się przez celowane zgrupowania a nie start w hiszpańskiej Vuelcie.
Ale z drugiej strony wielokrotnie to właśnie Vuelta dawała zawodnikom nie tylko odpowiednie przygotowanie fizyczne, ale też pewność siebie czy poczucie sprawczości. A te po trzech wygranych etapowych Wout van Aert z pewnością odzyskuje.
Tym bardziej, że na tej Vuelcie wygrał sprint z peletonu, sprint z nieco okrojonej podjazdem grupki i górzysty etap po "ucieczce dnia".
Wczoraj realnie nie miał sobie równych a gdy na ostatniej premii górskiej znalazł się na czele z Quentinem Pacherem z Groupamy a z tyłu został teoretycznie lepszy góral, Marc Soler, sprawa zwycięstwa etapowego była właściwie jasna. Gdy Pacher dojechał do ostatniego kilometra z WvA, Belg nie popełnił żadnego błędu i pewnie wygrał po raz trzeci na tym wyścigu.
Kilka minut za uciekinierami peleton jechał w miarę spokojnie, ewidentnie po szaleństwach pierwszego tygodnia faworyci postanowili poczekać na bardziej selektywne etapy.
W związku z tym dziś prawdopodobnie będziemy mieli powtórkę, choć oczywiście na Vuelcie nigdy nic nie wiadomo. Na dystansie 164km do pokonania będzie siedem podjazdów. Trzy z nich są premiowane a w kontekście walki o etap lub próby zmiany sytuacji w klasyfikacji generalnej ważne jest to, że szczyt ostatniego usytuowany jest 8km przed metą. To górka o parametrach 3km i 8,9% stromizny, zatem dobry teren do ataku. Na przykład Carapaza.
Finisz zaplanowano około 17.30, ostatnia godzinka może być ciekawa, zarówno w uciecze jak i w peletonie.

