Primoz Roglic zrobił to, w czym jest najlepszy. Wykorzystał kilkuminutowy podjazd ze stromymi sekcjami do odpalenia atomowego ataku (VAM ponad 2000m/h przez 7’). Dzięki temu zyskał 37” nad Benem O’Connorem, zwiększył też przewagę nad Carapazem czy Yatesem. Z kolei z Roglicem utrzymali się Landa, Carlos Rodriguez, Gaudu i przede wszystkim Mas.
Można się było tego spodziewać, biorąc pod uwagę dotychczasowy przebieg wyścigu. Roglic jest jednym z tych zawodników, którzy potrafią perfekcyjnie wykorzystywać swoje mocne strony i minimalizować straty w terenie i sytuacjach, które mu nie sprzyjają.
Dlaczego zacząłem od Roglica a nie od ucieczki dnia, która składała się z niemal 40 kolarzy, miała w pewnym momencie niemal 7’ przewagi nad peletonem a George Bennett, Guillaume Martin i Eddy Dunbar mieli dzięki temu sporą szansę na awans nawet do top 10 klasyfikacji generalnej?
Cóż, wygląda na to, że na tegorocznej Vuelcie tak zaskakujące zwroty akcji są codziennością, przestają zaskakiwać i przy kolejnej okazji przyjmujemy je ze wzruszeniem ramion.
Przyspieszenie w peletonie przed ostatnim podjazdem oraz bardzo mocne tempo właśnie na nim sprawiły, że przewaga ucieczki zmalała na tyle, by kolarze z top 10 (nie wspominając o top 5) byli bezpieczni. Ostatecznie Bennett awansował na 10 pozycję, Martin na 16 a Dunbar na 18.
W przypadku Irlandczyka ważniejsze jest jednak to, że ten na 600m przed metą długim atakiem wywalczył wygraną etapową, swoją pierwszą w wielkim tourze i zaledwie czwartą w zawodowej karierze. A to przecież bardzo utalentowany zawodnik, możecie go pamiętać z zeszłorocznego Giro d’Italia, gdzie miejsce w pierwszej piątce klasyfikacji generalnej stracił dopiero podczas czasówki na Monte Lussari.
A co dzisiaj?
“To zależy”. Patrząc pobieżnie na profil etapu można by powiedzieć, że to tylko 140km, z czego 120 to dojazd do finałowego podjazdu, który jest dłuższy, ale nie aż tak stromy jak inne finisze na tej Vuelcie.
Tymczasem te 120km to ciągła jazda góra-dół i niezliczone podjazdy o przewyższeniu od 200-400m, z których żaden nie jest premią górską 😀 (dla porównania takie 400m przewyższenia to już solidna przełęcz np. w Beskidach).
A to oznacza etap ciężki do kontrolowania i męczący, nawet, jeśli krótki. Finałowy podjazd ma ponad 15km, ale średnia stromizna to tylko 4,5%. Co więcej, nie ma na nim jakiś szczególnie stromych sekcji.
Pytanie dnia brzmi więc nie czy, ale kto zabierze się w ucieczkę dnia i zostanie kolejnym zawodnikiem, który w ten sposób odrobi sporo czasu i wróci do gry w klasyfikacji generalnej. Finisz jak zawsze około 17.30, ale warto będzie śledzić doniesienia z trasy by nie przegapić jakiejś ważnej akcji.

