To jest Vuelta i za to wszyscy – cośtam* – ten tour.
*tu może być “kochamy”, ale jednak bez przesady 😉
Miał być etap dla ucieczki a Roglic miał spokojnie czekać na niedzielę, tymczasem dostaliśmy zaskakujące rozstrzygnięcie, którego efekty będą nas trzymały w niepewności przynajmniej przez kilka dni.
A wszystko zaczęło się od tego kuriozalnego startu w supermarkecie, smutnych obrazków zawodników stojących w galerii handlowej przy kasach w Carrefoure, żartów z obecności tam kolarzy drużyny Lidl-Trek i rozważań na temat tego, że u nas taki event wiązałby się ze slalomem między paletami w Biedronce.
Jeśli oglądaliście serial Netflixa o Tour de France, to pewnie kojarzycie Bena O’Connora jako tego chimerycznego, trochę rozkapryszonego gościa o wielkich ambicjach, sporym potencjale, który nie do końca radzi sobie z nakładaną na niego presją.
To jednak świetny kolarz, który zaimponował wygrywając górski etap Giro w 2020r, który był już czwarty w Tourze (gdzie również wygrał etap) i czwarty w Giro. I być może zarówno te etapowe sukcesy jak i bycie o włos od wielkiego sukcesu powodują, że reaguje na porażki tak jak reaguje.
W tej Vuelcie też już zaliczył wtopę – na Pico Villuercas we wtorek stracił do Roglica ponad minutę i był w tej grupie zawodników, którzy nie wytrzymali tempa i raczej zawiedli niż pojechali dobrze. A w grupie Ag2r-Decathlon mocniejszy zdecydowanie się Felix Gall.
O’Connor przystąpił do szóstego etapu z planem zabrania się do ucieczki. To jednak nie było łatwe, ponieważ wielu kolarzy chciało zrobić to samo. W pewnym momencie na czele znajdowało się nawet 33 zawodników, jednak powodzenie osiągnęła dopiero trzynastka, w której był właśnie Australijczyk a także, co ważne Jay Vine z UAE oraz młody talent, Florian Lipowitz z Red Bull – Bora Hansgrohe.
To prawdopodobnie obecność Lipowitza spowodowała, że ucieczka została odpuszczona, co było powaznym błędem ekipy Red Bulla. O’Connor poczuł krew i na 60km przed metą przystąpił do ataku, “ucieczki z ucieczki”. A że gdy nie ma problemów: kontuzji czy choroby, jest znakomitym kolarzem, najpierw zgubił jednego z rywali, którzy się z nim zabrali a następnie samotnie dowiózł zwycięstwo do mety.
Ponieważ w peletonie panowała konfuzja: Red Bullowcy nie bardzo gonili, bo z przodu był Lipowitz, który w generalce może szachować rywali a do pracy dopiero później wzięli się zawodnicy Movistaru i Bahrainu, O’Connor dojechał do mety z przewagą sześciu i pół (!!!) minuty nad peletonem i został nowym liderem. Trzeci na mecie Lipowitz faktycznie awansował do czołówki, na czwarte miejsce (27” za Roglicem, 19” za Almeidą i 5” przed Masem). Z mocnych kolarzy awans zaliczył także Christian Rodriguez z Arkei, na miejsce numer sześć.
I to wszystko na etapie z łącznością radiową, miernikami i mocy i tymi wszystkimi udogodnieniami technicznymi, które rzekomo zabierają spontaniczność i nieprzewidywalność rywalizacji.
Czy O’Connor będzie faktycznie pretendentem do wygrania wyścigu i czy starczy mu na to przygotowania i sił, dowiemy się jutro a jeszcze bardziej w niedzielę, gdzie będzie musiał mierzyć się z ciężkimi podjazdami. Dziś bowiem, choć na trasie mamy górkę nazwaną “Szczyt 14%”, to jedyna trudność a do tego wcale nie tak ciężka.
Większość etapu jest płaska, “Szczyt 14%” jest 25km przed metą, i jest na nim premia bonusowa, to jednak 7,5km wspinaczki o średniej stromiźnie 5,6% a najtrudniej jest 2km przed szczytem Szczytu gdzie % będzie nie więcej niż 12.
A to oznacza, że będzie albo ucieczka albo, co też prawdopodobne, o wygraną etapową może nawet powalczyć van Aert. Finisz zapowiedziano na 17.30, wspomniana górka około 16.55.
Aktualną klasyfikację generalną znajdziecie na screenshocie.

