Pierwsza “ścianka” prowadząca do mety etapu hiszpańskiej Vuelty i pierwszy etap, który można po prostu nazwać “Vuelta na 100%”. Czyli nikt nie spodziewał się takiego przebiegu finałowego podjazdu a równocześnie nikogo to nie dziwi :D
Odpowiedzialność za kontrolę sytuacji na etapie wzięli na siebie kolarze Red Bull – Bora – Hansgrohe, jak się później okazało słusznie. Utrzymali ucieczkę dnia w ryzach a gdy zawodnicy dojechali do finałowego podjazdu nie spanikowali, gdy atakować próbował Pavel Sivakow z teamu UAE.
Gdy dla Roglica przestał pracować Vlasov, Słoweniec samodzielnie, jakby zupełnie ignorując rywali sam nadawał tempo na stromym wzniesieniu o niewygodnej, betonowej, chropowatej nawierzchni.
Spokój i konsekwencja na podjeździe o sporej stromiźnie były kluczowe dla sukcesu. Przekonał się o tym Felix Gall (Decathlon), który atakował w środkowej sekcji, jednak jego entuzjazm został powstrzymany zarówno przez teren jak i jadącego niczym diesel Roglica. Za liderem Red – Bulla jak cień podążali za to Enric Mas (Movistar) oraz młody Lennert van Eetvelt (Lotto Dstny).
Gdy przestało być aż tak stromo i nawierzchnia powróciła do asfaltowej do czołówki zaczęli dołączać kolejni zawodnicy, w tym jadący w swoim stylu Joao Almeida.
I tu jedna uwaga, choć to Almeida wygląda jakby jechał szarpanym tempem, odpadał i doganiał tak naprawdę to on jeździe równym tempem ;) Podobnie wczoraj pojechał Mikel Landa, który do Roglica i spółki dojechał jeszcze później niż Almeida,za to podjął jeszcze próbę ataku na kilkaset metrów przed metą. Pogonił za nim i szybko wyprzedził van Eetvelt i już witał się z gąską zaczynając podnosić rękę w geście triumfu gdy z koła, po szerokim łuku wyszedł mu Roglic, który jak zawsze pojechał do samego końca co dało mu trzynaste w karierze zwycięstwo etapowe na hiszpańskiej Vuelcie oraz objęcie prowadzenia w klasyfikacji generalnej.
Mieliśmy więc wszystko, co charakterystyczne dla hiszpańskiego wyścigu: stromiznę, ataki zawodników, którzy choć dobrzy, to mało kto się nie spodziewał (Gall, Sivakow), znakomitą jazdę młodych gwiazd debiutujących w wielkim tourze (van Eeetvelt, Ricitello) i sprint po etap mimo wcześniejszej rywalizacji na stromym podjeździe. A także zawód ze strony anonsowanych wcześniej faworytów: Yatesa, Kussa, Carapza, Rodrigueza czy O’Connora.
A także upał. Bardzo dotkliwy upał, który przypomina o zmianach klimatu oraz skłania do zastanowienia się nad przeniesieniem Vuelty nieco później oraz zmusza zawodników do dbania o chłodzenie organizmu. I tu muszę podnieść jedną kwestię. Nie lubię komentować tego, co mówią komentatorzy w TV, ale wczoraj po raz kolejny stracili okazję, by powiedzieć coś więcej o tej sytuacji. O spadku wydolności związanym z przegrzaniem. O tym, jak wiele badań naukowych jest teraz prowadzonych na ten wpływu temperatury na wyniki sportowe. O czujnikach temperatury, z którymi jeżdżą zawodnicy. O metodach chłodzenia. I tak dalej i tak dalej. Tymczasem, w skrócie, dowiedzieliśmy się, że chłodzenie to moda i kiedyś tak się nie robiło a jak się robiło, to później na etapie bo kolarze znosili niedogodności dłużej.
A co dzisiaj?
Dzisiaj będzie okazja do pociągnięcia tematu upału i chłodzenia, bo na 177km etapie do Sewilli ma być znowu 36 stopni. Należy spodziewać się ucieczki, ale realnie będzie finisz z peletonu, bo to ostatnia (lub przedostatnia) szansa by Kaden Groves powalczył o zwycięstwo. Kolejna taka okazja będzie na etapie 17, oprócz tego same mniej lub bardziej górzyste końcówki. 50km prowadzących do mety jest lekko w dół a następnie całkiem płaskich, finisz zapowiedziano między 17.20 a 17.40. Póki co kolarze jadą raczej wolniej niż szybciej, ale wiele zależy od kierunku wiatru.

